Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

środa, 31 grudnia 2014

382.Życzenia noworoczne

Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom tego Płotu Jojczenia *)
Życzę wszelkiej pomyślności w 2015 roku!
Niech Wam się dobrze i korzystnie powiedzie  wszystko co ważne!
Szczęśliwszego Nowego Roku!




_____________________________
*) bo Ściana Płaczu to jednak inna liga.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

381.Bez obaw

Wszystkim poczciwym ludziom, którzy złożyli mi życzenia świąteczne - serdecznie dziękuję.

Święta były i się zmyły. Kolejne odhaczone, tak jak kolejny rok życia. Wszystko jedno co weźmiemy sobie za punkt odniesienia miary, nie zmieni to faktu, że zasygnalizuje nam zniknięcie kolejnej porcji naszej egzystencji. W tym wypadku - porcji 365 dni.
Wigilia i pierwszy dzień - tradycyjnie, z rodzinką, w mikrogronie. Drugiego dnia zostałem w domu i nie wychodziłem nigdzie aż do dziś (do poniedziałku). Patrzyłem na mroźne, oprószone śniegiem ulice i nie przychodził mi do głowy żaden powód by opuścić ciepłe mieszkanie. Towarzystwa dotrzymywały mi świeczki i po kawałku oglądane pierwsze sezony "Gry o tron". Całkowita cisza i pustka. 
Dziś dopiero wyszedłem po zakupy - bardziej jako pretekst do wyjścia niż aprowizacyjna konieczność. Przy okazji musiałem się ogolić, likwidując kilkudniową brodę. Ostatni raz taką miałem chyba ponad 20 lat temu.
Z niechęcią myślę o powrocie do pracy; być może odzywa się mój perfekcjonizm i samokrytycyzm, na pewno zaś - niechęć do tego czym stała się dziś szkoła średnia.

PT Czytelniczki i Czytelnicy mogą w najbliższych dniach zaglądać tu bez obaw - podsumowania roku i postanowień noworocznych nie będzie.

środa, 24 grudnia 2014

380.Życzenia świąteczne

Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom 
Spokojnych i Przyjemnych Świąt!
Trafionych prezentów,
smacznego jedzonka bez wyrzutów sumienia
i oderwania się od trosk i smutków.



niedziela, 21 grudnia 2014

379.Zazdrość

Rozmowa z M., kolejny kamyczek do układanki, która od pewnego czasu do mnie dociera.

- Oj, to ty byś w gimnazjum przepadł. Tam to muszą się ciebie bać. Tylko jak będą mieć przed tobą respekt, to będziesz w stanie lekcje prowadzić i skłonić ich do nauki. A miłego to w dupie mają i zaraz mu na głowę wejdą.

Krążące po szkole plotki, że mam problemy z utrzymaniem dyscypliny na lekcji, znikąd się nie wzięły. Zresztą sam przecież widzę. Nie w takiej szkole chciałem uczyć i nie w takiej uczyłem. Nie umiem być zamordystą, nie potrafię utrzymywać terroru. W dzisiejszej szkole to kalectwo. Z taką ułomnością powinienem zmienić zawód, tylko to nie realne - nie ten wiek, do niczego nie przydatne wykształcenie, brak znajomości, wypalenie.
Parę miesięcy temu umarła na wylew moja koleżanka. Jednego dnia była w pracy, następnego już jej nie było. Wczoraj złapałem się na myśli: "Kurczę, zazdroszczę jej."

poniedziałek, 15 grudnia 2014

378.Rewizor z ministerstwa żeglugi

Naszą tratwę Meduzy czeka oficjalny przegląd - towarzystwo klasyfikacyjne dokona oględzin, przesłuchań i przyzna literkę szufladkującą. Nie bardzo do nas jeszcze dotarła groza położenia, bo część wymagań dotyczy stwierdzenia istnienia i funkcjonowania czegoś czego u nas nigdy nie było. Przykładowo: "jednostka posiada i wykorzystuje maszt z ożaglowaniem", a my, panie, przecie zawsze drągiem od dna się odpychalim i tak się pływa i zawsze dobrze było... Do tego będą obserwacje i przesłuchania załogi oraz nominowanych załogantów w trakcie ich czynności pokładowych. Wszystko naturalnie zgodnie z najwyższą biurokratyczną sztuką opanowaną przez ekspertów ministerstwa żeglugi, którzy nigdy jednostki pływającej nie obsługiwali, ale wiedzą doskonale jak należy to robić, bo są ekspertami i mają wytyczne. 

Jeśli wyciągnę krótszą słomkę, to będę musiał się tłumaczyć czy skrobię skorupiaki z dna tratwy uwzględniając ich potrzeby rozwojowe, czy buchtuję linę metodami aktywizującymi np. z użyciem dramy lub happeningu i dlaczego nie nauczyłem jeszcze obsady nagelbanku stepowania oraz śpiewania szantów.Z góry też wiadomo, że moje tłumaczenia nie będą miały znaczenia, skoro w papierach inspektorów są dwie kratki: "Spełniono" i "Nie spełniono".

Patrząc na pokład i sterówkę i mam wrażenie, że nie do końca jeszcze do towarzystwa dotarło, że to nie będzie, jak do tej pory, produkowanie dętych dyrdymałów dla typowej inspekcji bosmana portu, któremu zwisało co się napisze, byle było napisane okrągło i kwieciście, i na niezatłuszczonym rybami papierze.

Raczej przypominamy stado gęsi, które właśnie dowiedziały się o wynalezieniu łowiectwa, ale jeszcze do nich nie dotarło co to oznacza.

Zdecydowanie mój nastrój potrzebował jeszcze takiego wzmocnienia...

poniedziałek, 8 grudnia 2014

377.Aplikowanie

Nie mam zupełnie poczucia, że do Świąt zostały już tylko 2 tygodnie. Widzę tylko zadania do wykonania, które czekają mnie jeszcze w tym okresie. Tylko podświadomie wyczuwam, że chyba jestem mocno zmęczony, zapewne świadomość nie pozwala rozluźnić się wymagając skupienia na pracy. Chomicze kółko musi się kręcić! Chomik, który przestaje przebierać łapkami - umiera. 
Koleżanka wczoraj wycięła numer roku. W niedzielę wstała rano, ogarnęła się i... przebywszy większość miasta przyjechała do pracy. Zamknięta na cztery spusty placówka nie obudziła jej podejrzeń, lecz wywołała zaledwie zdezorientowanie. Dopiero telefon do koleżanki wyjaśnił jej co się dzieje. 
Parę dni temu zrobiłem pyszny gulasz. Chciałem zaprosić M. na obiad, albo samemu go odwiedzić, bo dzień wcześniej narzekał, że się nie widujemy i chciałby się spotkać, ale odpisał mi, że jest już umówiony. No i więcej się już przez cały weekend nie odezwał.
Mówi się, że dobrze mieć znajomych. Tylko kiedyś przychodzi ochota machnąć ręką i dać sobie spokój z tym aplikowaniem o uwagę. Jeśli niczego nie oczekujesz, mniej się rozczarujesz.

niedziela, 30 listopada 2014

376.W tym ambaras, by 2 różnych chciało naraz

Pierwszy podmuch zimy, mróz choć lekki jeszcze, każe wyjąć ciepłą kurtkę. Już tylko trzy tygodnie do świąt - jak ten czas leci... 

Poszedłem sobie na Targi Książki Historycznej. Nawet się obkupiłem, choć zrazu pomyślałem, że jakoś niewiele jest interesujących pozycji. Jak zwykle  musiałem sobie narzucić restrykcje, żeby nie przeszarżować z wydawaniem pieniędzy, ale i tak z pięćset złociszy poszło. Gdybym się nie hamował, to i drugie tyle bez problemu bym wydał.  Zabawną przy tym miałem przygodę. Otóż na targach zauważyłem trzeci tom historii Prus (PANu) i zmartwiłem się zdawszy sobie sprawę z tego, że przegapiłem ukazanie się drugiego tomu. Mówi się trudno, kupiłem trzeci tom i z postanowieniem przetrząsania netu w poszukiwaniu drugiego tomu wróciłem do domu. Następnego dnia na zakupach znalazłem się przypadkiem pod Dedalusem przy Chmielnej. Wchodzę, patrzę i oczom nie wierzę! Drugi tom się piętrzy! I tym trafunkiem czeka mnie frajda 2 tysięcy stron historii Prus w latach 1701-1871.

M. wpadł z krótką wizytą i w jej trakcie zdążył znaleźć anons, odpisać nań, zdzwonić się z chłopakiem, pomieniać fotkami, umówić na spotkanie i zakończyć kontakt. Właściwie - doprowadzić do zakończenia letalnym, jak się okazało, pytaniem o rolę w seksie. No bo dwóch takich samych, to nic z tego nie będzie. Niby jest w tym jakaś logika, ale i tak trochę smutne to.


środa, 26 listopada 2014

375.Szczelina w drzwiach

Przygniatająca nastrój aura. Rytm przebierania łapkami w kołowrotku przyśpiesza upływ czasu - mój Boże, już trzy miesiące od rozpoczęcia roku minęły! Trzy miesiące - ćwierć roku. Jak, gdzie, na co? Na nic - na rutynę dnia codziennego, na mielenie treści w pracy, nie dające żadnych dostrzegalnych efektów poza świadomością faktu przemielenia.

Dyrekcja chyba już uwierzyła w swoją wielkość i czuje się coraz swobodniej. M. jest tym głęboko zbulwersowana, ale mnie to już, po prawdzie, średnio rusza. Własne smutki wystarczająco zaprzątają mą świadomość, bym nie zwracał większej uwagi na poczynania innych; tym bardziej że przecież nie niespodziewane. Parę dni temu koleżanka "na dzień dobry" ujrzawszy mnie na korytarzu wyszeptała zgnębiona, że gdyby nie miała fury kredytów do spłacenia, to by wyszła stąd tak jak stoi i nigdy więcej tu się nie pokazała. 

Króciutkie dni witające mrokiem wychodzącego z domu i z pracy. Ledwie dwa dni słoneczne - cóż to jest?! Pojawiła się myśl o zakończeniu blogowania, ale nauczony doświadczeniem zdaję sobie sprawę z wpływu pory roku, więc postanowiłem odłożyć decyzję na później, tak, by mieć pewność że wypływa z mojej przemyślanej decyzji nie uwarunkowanej depresyjnym wpływem aury. 
Niezależnym od niej pozostaje, od dawna istniejące, poczucie niewielkiego sensu tej pisaniny. Kiedy zadaję sobie pytanie czemu służy to pisanie, trudno mi znaleźć jakieś wartościowe uzsadnienie. Analiza statystyki wskazuje, że choć od miesiąca nic nie napisałem, to ilość wejść zmniejszyła się tylko nieznacznie, a więc czy piszę czy nie piszę - różnicy większej nie ma. Na pytanie "co mi daje blogowanie" - nie znajduję wiarygodnej dla mnie odpowiedzi. Być może to tylko  podtrzymywanie złudzenia, że nie całkiem jeszcze zniknąłem z życia, że drzwi skorupki nie całkiem się jeszcze zatrzasnęły. Lecz złudzeniem to jest zaledwie, gdyż widzę przecież jak żyję: praca, net, rwana lektura i rzadkie incydentalne powroty do warsztatu. Poza tym pustka i samotność, doskwierające poczucie samotności w życiu, nawet nie w dniu codziennym, lecz właśnie w życiu - nigdy nie kochający i  nigdy nie kochany, nie mający nikogo, o kim mógłby powiedzieć "mój".
Niedawno coś mnie całkiem niespodziewanie naszło by wrócić na "fellka", zacząłem już wypełniać rubryczki formularza, kiedy nagle przyszła refleksja - po jaką cholerę to robisz? już zapomniałeś poprzednie razy? teraz jesteś jeszcze starszy i na co ty niby liczysz? Felek i ty przeszliście w międzyczasie cudowną metamorfozę i teraz będzie sweet & happy? Tu się stuknij stary naiwny durniu!

czwartek, 30 października 2014

374.Zabójczy chuch

Podobnież infekcja wirusowa trwa 10 dni. Super - będę więc wypatrywał ozdrowienia o niedzielnym świcie, o brzasku patrząc na wschód. Oby nadeszło, bo czuję się zmęczony tym chorowaniem. Zakładając oczywiście, że to wirusówka. Co by to nie było, to przynajmniej żaden wampir mi nie grozi, bo wpieprzam tyle czosnku, że samym chuchem powaliłbym go z fafnastu metrów.

W pracy legion zabójców czyhających na mnie mnoży się jak króliki. Mam wrażenie przekraczania jakiejś granicy - dla przyszłości narodu abstrakcyjne stają się nawet takie ikony kulturowe jak husaria (w razie by kto nie wiedział, to była "szwedzka jazda z mieczami i takimi wielkimi strzałami*) co je mieli na wroga"). Czuję się jakbym zderzał się ze ścianą.

A za szybami toczy się życie.
_______________________________
*) PT Czytelnicy domyślają się co to za owe "wielkie strzały"? :-)

niedziela, 26 października 2014

373.Widoki starej Warszawy

Niektórzy mają dobrze i raczą się ptasim mleczkiem spijanym (z życia) i zjadanym (z pudełka). Inni się odchudzają i myślą że będą mieć dobrze. Po dłuższej przerwie wpadł M. - jeszcze chudszy. Przykro patrzeć co ten cymbał z siebie robi. Miał bardzo apetyczną szczupłą sylwetkę, a robi siebie Auschwitzkind, chudzielca z coraz liczniej wystającymi gnatami. Nie jestem w stanie przemówić mu do rozsądku - jest uparty jak osioł. Zrezygnowany ostrzegłem go, żeby uważał, bo przez nieuwagę zamkną go w pracowni biologicznej jako eksponat (szkielet, nie parzystokopytnego).
Przeglądam sobie bardzo fajnego bloga o zabudowie Warszawy - jak się zmieniała w XX wieku. Blog o Warszawie wczorajszej i dzisiejszej Dla starszych nostalgiczna podróż w lata młodości i przypomnienie jak bardzo są już starzy (jestem starszy niż Zamek Królewski! ), dla młodszych zaś możliwość ujrzenia jak piękna lub fajna była Warszawa za II RP lub za nieboszczki komuny.

środa, 22 października 2014

372.Chcą mnie zabić

Morfeusz to wredny skurwiel - ledwie przedwczoraj napisałem, że się wysypiam, to mnie zbudził trzy razy w ciągu jednej nocy.

Moi uczniowie chcą mnie zabić. Takiego steku bzdur dawno nie czytałem. Że od początku roku mają ciężką postać kryzysu klasy drugiej to nie nowina - trąbię o tym na wszystkie strony, ale to co nawypisywali na sprawdzianie załamuje. Nawet się starali nie oddawać czystych arkuszy, mało pustego miejsca zostawili, ale treść... Łojzicku! "Kara Mustafa, dzielny wódz Krzyżaków, prowadził swe wojska przez Alpy na Kraków". 

Wczoraj położyłem się spać zdrowy i w dobrej formie, a dziś rano wstałem zainfekowany i z obolałym gardłem. Helooou! Ja głosem pracuję! Co to za głupie żarty?! 

poniedziałek, 20 października 2014

371.Wyspać się

Większość października już przeszła. Szybko ten czas leci, coraz szybciej.

Dziwna sprawa - niby według planu kończę lekcje w miarę wcześnie, a dzień w dzień schodzę z pokładu tratwy Meduzy między 16-tą a 17-tą, a bywają dni, że i później - nie obijając się, ani nie przesiadując na plotach itp. ani trochę. Reszta dnia schodzi mi przy biurku, prokrastynacyjnie między sprawdzaniem prac i netowaniem.

Za sukces poczytuję, że staram się (z powodzeniem) iść wcześniej spać i przespać te 7 godzin; dzięki temu jestem w miarę kumaty w robocie. Pamiętam jak fatalnie odbijało się na mnie niedospanie w poprzednich latach. Myślę, że to w zdecydowanie mniejszym stopniu efekt mojej żelaznej i nieugiętej woli, a w większym - groszków dla niespokojnych, które sobie łykam od jakiegoś czasu.

W pracy irytujący burdel w dokumentacji i nie mniej irytujące oczekiwanie, że ja mam w tych warunkach należycie wykonywać swoje obowiązki.

Biedny M. postanowił się wyoutować przed rodzicielką. Doradzałem mu delikatnie ostrożność i rozwagę, lecz się uparł. Z tego co napisał można wnioskować, że totalna porażka. Przykre.

niedziela, 12 października 2014

370.Wyposażenie

"Nie grasz - nie wygrasz."
Joan Didion

Proste i celne spostrzeżenie, w gruncie rzeczy - na pograniczu truizmu. Jakże kusząco wygodne do swobodnego użycia w charakterze porady życiowej. Życie jednak jest nieco bardziej skomplikowane, niżby się dało zamknąć w krótkiej maksymie. Należałoby jeszcze przyjrzeć się z czym kto do gry idzie, bo co człowiek, to inne wyposażenie od natury i życia.

poniedziałek, 6 października 2014

369.Rozmówki belferskie

W pracy ziąb jak cholera, wymarzłem jak pies.

Rozmówki w jaskini belferni.

-Wykończą mnie te bachory. Tak gadają i hałasują, że ledwie siebie samego słyszę.
-Naprawdę? No proszę - a u mnie siedzą cicho i grzecznie. I pracują ani pisną.
-Bo instynkt im podpowiada, że jesteś mściwą harpią o długich rękach i jeszcze dłuższej pamięci, a we mnie wyczuwają tylko ciepło, dobro i życzliwość, co nawet muchy nie skrzywdzi.

*******

-Posłuchaj kwiatka: "Walki w powstaniu śląskim toczyły się wokół Poznania."
-No, coś tam świta jednak.
-Ta! "świta". Szkoda tylko, że na ogół po tym świtaniu dzień nie nastaje.

*******
-Buahaha! Uwielbiam tego faceta! Aberuś! Jesteś wielki!
-Tia, głównie w pasie.

*******
Jeden z owocków grona od rana pieni się i wścieka na dyrekcję. Mr A. wskazując na jego koszulkę z napisem "Nie bój się - myślenie nie boli!", pyta:
-Nie masz wrażenia, że twoja koszulka ma dziś charakter wywrotowej demonstracji?

*******
-Dlaczego ty mi nie wierzysz?! Aberfeldy! Ona mówi, że ja ściemniam! No powiedz sam - jak można mi nie wierzyć?!
-Pani Zosiu, bądźmy szczerzy - niech pani zapomni o tym wszystkim co na jego temat ludzie plotą i niech pani popatrzy bez uprzedzeń na tę twarz. Czy te małe chytre oczka mogą kłamać?

sobota, 4 października 2014

368.Odwiedziny

Na tratwie Meduzy niepodzielnie króluje głupota i rozpaczliwy brak elementarnego profesjonalizmu. To wciąż zdumiewające, jak ludzie siedzący od lat w tym zawodzie nie potrafią pojąć co jest ważne, na co trzeba położyć nacisk i jaka powinna być sekwencja myślenia (i postępowania!!!) kierownika.

Czuję się jakby próbowało mnie napocząć przeziębienie. Niedobrze.

Od paru nocy nękają mnie dziwne, wyraziste sny (leitmotiv: idę, biegnę, uciekam), na pograniczu koszmaru. Fajnie że coś się śni (coś się w tym żałosnym życiu dzieje), ale mogłoby coś przyjemnego.

Na szczęście doktor Kredens przepisał odwiedziny cioci Soplicy i cioci Connemary. I już jakoś tak swobodniej  się człowiek czuje. Co nie znaczy - szczęśliwiej.

środa, 1 października 2014

367.Towarzysz wędrówki

Niezachęcająca jesienna szarówka. Poranny ziąb. Koc na kołdrze, ta zaś dzięki temu naciągnięta na głowę. Grunt to ciepło.
Od weekendu chodziło mi pogłowie czy by nie wybrać się z M. w środę do kina. Jeszcze wczoraj rankiem sprawdzałem repertuar, ale już po powrocie z pracy wstrzymałem się z telefonem, dziś zaś zrezygnowałem zupełnie. Spiętrzenie prac do sprawdzania i widok zasłanej nimi półki sprawiły, że myśl o stracie wieczoru obudziła zbyt silne wyrzuty sumienia. Nie do końca jestem pewien czy w istocie to sumienie czy raczej niedowartościowane emocje; nie mogę także wykluczyć, że po prostu głupota.
Praca to jedyna sfera moich osiągnięć jaką mam w życiu, która tworzy jakąś moją jakość. Odłożenie sprawdzenia prac i opóźnienie ich oddania naturalnie nie spowodowałoby, że zawaliłoby się niebo, ale poczułbym się źle - że pracuję nie dość, że za słabo się staram. I tak zresztą mam takie poczucie, że powinienem być lepszym nauczycielem, być starannie przygotowanym w różnych miejscach, w których teraz jadę na rutynie i intuicji, ale robienie zaległości w pracach to byłoby już zbyt wiele. Kłaniają się wdrukowane w dzieciństwie wzorce zachowań, których zmienić nie potrafiłem.
Kino z M. zapewne sprawiłoby mi przyjemność, tym bardziej, że nie pamiętam kiedy ostatnio byłem w kinie (dla własnej przyjemności a nie służbowo) - chyba jakoś na początku roku, na "Hobbicie". Właściwie mam świadomość, że to głupie rezygnować z przyjemności w imię obowiązku, którego nikt poza mną nie dostrzeże, a tym bardziej - nie doceni. Jednak praca i obowiązek to grunt, a znajomości to ulotny miraż.  Cóż z tego, że ostatnio M. dokaloryzowany tortem zdrzemnął się przytulony do mnie, kiedy i tak jesteśmy tylko "kolegami"? Koledzy pojawiają się, koledzy i znikają - nierzadko bez słowa. A praca trwa, mój jedyny obok smutku towarzysz wędrówki. Nielubiany, lecz wierny. Ceniony - bo jedyny.

czwartek, 25 września 2014

366.Mój wiek umysłowy

Wrzesień się kończy, ani się człowiek obejrzał. Na tratwę Meduzy zajrzało parę ex-moich diabląt weneckich. O dziwo znaleźli chwilę, żeby i do mnie zagadać. Poczułem się troszkę dziwnie, kiedy patrząc na nich - absolwentów, przypomniałem sobie kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy - jedno miotało się między stolikami komisji rekrutacyjnej próbując przypomnieć sobie do której klasy składało papiery, do drugiego dzwoniłem z informacją o wolnym miejscu i wkrótce pojawiło się idąc pustym korytarzem, a ja, nie wiedzieć skąd, od razu zorientowałem się, że to do mojej klasy, trzecie wciąż widzę przez otwarte drzwi sekretariatu jak stoi i mozolnie gryzmoli podanie o przyjęcie do szkoły. Wszystko to jakby było wczoraj, wciąż ostre, świeże wspomnienie. A to już ponad trzy lata! I tak - niepostrzeżenie - życie przemija.

Zmora zawodowa - sprawdzanie prac, zagościła już na dobre. Myśli zaabsorbowane pracą.

Letni ból niespełnionych nadziei ustąpił jesiennej goryczy rezygnacji. To jeszcze nie jest pogodzenie z losem, lecz tylko świadomość tego losu. Pogodzenie wciąż przede mną.

Jedna tylko rzecz mnie rozbawiła nieco - zabawa w określanie wieku umysłowego na stronie www.arealme.com/mental/pl Otóż okazało się, że moj wiek umysłowy to... 22 lata! 

czwartek, 18 września 2014

365.Nasze zwierzę narodowe

Już czuję rytm roku szkolnego - dzień mija za dniem, niepostrzeżenie mija kolejny tydzień. Praca siedzi w głowie królując tam niepodzielnie. Z rzadka tylko na chwilę przepchnie się ku uwadze smutna myśl na temat mojego życia, lecz wnet zanika.

Atmosfera w pracy kiepska. Dziś musiałem z gaśnicą skakać, bo zaczęło dymić na jednym z przedmiotów u moich bambini. Znajomość miejscowych realiów podpowiada mi, że tę gaśnicę to sobie mogę... wsadzić, bo tu potrzebna będzie cysterna, więc po prostu będzie się jarać długo, zatruwając dymem okolicę, a pewnego pięknego dnia być może, iż strzeli ogień taki, że hoho.

Poza tym w pracy zachrumkało mi coś pod nogami. Bliższe oględziny pozwoliły bez pudła określić kto mi to, jakże polskie, zwierzątko w tym miejscu umieścił. Jakże miło.

Biedny M. ma ostatnio fatalny okres. Zderzył się z ludzką małością i tchórzostwem, z nikczemną chciwością i ze straszliwym skurwysyństwem - wszystko spod naszej tęczowej flagi. Bardzo mi go szkoda, nie zasłużył sobie na takie traktowanie; zresztą nikt inny też. I to jeszcze wszystko tak naraz, w ciągu paru dni.

niedziela, 14 września 2014

364.Enklawa

Jak dziś pięknie na dworze! Ciepło, lecz nie upalnie, słonecznie. Jakby pożegnanie lata, które na odchodnym próbuje nam pokazać jak przyjemnym być może, byśmy tęskniej je wspominali kiedy nadejdą jesienne i zimowe mroki i chłody. 
Wyszedłszy od rodziców nie chciałem iść prosto do domu, wiec ruszyłem spacerem przez Starówkę. Wstyd troszkę - warszawiak od urodzenia, a tak rzadko tam bywam, niektórych zaułków nigdy w życiu nie widziałem. Jak piękne są niektóre zakątki tej, malutkiej przecież, cząstki Warszawy!
Kościelną zaszedłem do stareńkiego kościoła Nawiedzenia Najśw. Maryi Panny. Uwielbiam budowle z surowej cegły; jaka szkoda, że tak niewiele gotyku u nas przetrwało. Pieszą dotarłem na Rynek nowomiejski, z niego zaś Starą na południe. Potem cichą, pozbawioną tłumów Brzozową i Celną przez Kanonię dotarłem na pełen ludzi i rozgardiaszu Plac Zamkowy. 
Zabudowa Brzozowej jest fantastyczna - stareńkie kamieniczki, wąskie i szerokie, z wejściami niknącymi w głębi potężnych murów przyziemia. Po wschodniej stronie zabudowa opadająca stromą skarpą ku Wiśle daje niezwykły kontrast między obiema pierzejami ulicy. Wspaniały klimat miejsca! Przyszły mi na myśl czarno-białe fotografie Polski z lat 50. - małe miasteczko ze starą zabudową, silne kontrasty słońca i cienia, leniwy nastrój pełni letniego dnia. Enklawa ciszy otoczona prawdziwie warszawskim tłumnym zgiełkiem. Przypomina mi mnie. 

piątek, 12 września 2014

363.Teacher's pet

Ciężka druga połówka tygodnia. Pierwsze zebranie z moimi rodzicami, na domiar złego w pędzie, bo miałem tyle (dość stresujących) spraw do załatwienia, że nawet nie miałem czasu zatrzymać się by przypomnieć sobie jak się nazywam.
Na radzie kolejny popis niezborności, ględzenia o niczym i obezwładniająco naiwnej wiary, że 60 ludzi żyjących z występowania przed audytorium nie zauważy, iż prowadzący są nieprzygotowani. Jednak nasza tratwa jest klasą sama dla siebie.
Trochę mi się mina wydłużyła, kiedy zobaczyłem ilu rodziców przyszło na pierwsze zebranie w nowej szkole swoich dzieci - zaledwie 3/4! Resztę musiałem obdzwonić i poumawiać na przyszły tydzień, co oznacza, że specjalnie dla nich muszę przyjeżdżać wcześniej i zostawać po lekcjach. Ci rodzice którzy byli, sprawili pierwsze wrażenie raczej pozytywne; powiedziałbym że niektórzy wydają się być bardziej reaktywni i sympatyczni od swoich dzieci.
Moje dzieci - różne. Takie, przy których zapala się lampka ostrzegawcza "Uważaj!" też niestety mam. Choć i tak mam wrażenie, że trafiłem duuużo lepiej od kolegi. Ujrzałem go jak siedzi   z poszarzałą twarzą,  w formie zmaltretowanego zewłoka rzuconego na krzesło. Nieco automatycznie zagadnąłem go:
               - I jak twoje dzieci?
Spojrzał na mnie umęczonym wzrokiem i wyszeptał:
               - Zwierzęta, normalnie zwierzęta!

Wyglądało na to, że miał na myśli inne zwierzątka niż misie.

poniedziałek, 8 września 2014

362.Socha

Coraz więcej wskazówek, że moje nowe diablątka weneckie będą nieletkie w prowadzeniu. Może nie aż tak jak poprzednie, ale o spokojnej pracy wychowawcy raczej będę mógł zapomnieć. Do tego na odcinku ważnego przedmiotu będzie błyskać i iskrzyć. A co jest w takich sytuacjach piorunochronem? Oczywiście zgadłeś, drogi Czytelniku! - dupa wychowawcy, tam będą trafiać wszystkie pioruny. Miałem dostać spokojną, trochę bezbarwną klasę, a wygląda na to, że dostałem w gruncie rzeczy "męską" klasę i parę okazów, które w moim poprzednim małpim gaju czułyby się nadzwyczaj swojsko i pasowałyby jak ulał. Zapowiada się orka. Sochą po kamieniach.

Znów przemyślenia M, któren martwi się.
"Bo ty się za szybko poddałeś. No bo ilu ty facetów poznałeś? Tyle co nic. A trzeba wielu przerobić, przeszukać, żeby kogoś sobie znaleźć. Tak z parę setek. A poza tym, nie obraź się, ale powinieneś sobie znaleźć kogoś w swoim wieku, bo młodsi to niestety na kasę lecą, na sponsora, a nasza pensja na to nie pozwala - przecież nam ledwie na własne życie starcza. W ogóle przecież jak się powie że jest się nauczycielem, to... No sam wiesz, jak zareagują. Młodzi na kasę lecą, i wygląd trzeba mieć bardzo dobry, więc nie obraź się, ale nie masz szans i powinieneś znaleźć sobie starszego. Z takimi po czterdziestce też pisałeś? Naprawdę? Na pewno za mało ich było. Trzeba więcej, żeby znaleźć. Popatrz na mnie, ja wciąż szukam, nawet target zmieniłem - już tylko młodszych od siebie wykluczam, rówieśnicy już mogą być. Ty takich pod trzydziestkę szukałeś? naprawdę? Myślałem że młodszych. Ale powinieneś ze starszymi się umawiać. Z młodszymi nie, bez szans."

sobota, 6 września 2014

361.Motorniczy

Takich "porządków" na tratwie Meduzy jeszcze nie było, przynajmniej nie za mojej pamięci, a mało kto na niej sięga nią dalej. Informacja - zawsze skąpo u nas wydzielana, teraz stała się dobrem hiperdeficytowym. Najpóźniej w piątek powinna być podana (wywieszona) decyzja co do organizacji poniedziałku (od samego poniedziałkowego rana!), a kiedy wychodziłem z pracy w piątek o piątej nie było najmniejszego śladu tejże. Tak więc w poniedziałek rano zacznie się nerwowa improwizacja i pośpieszne łatanie na łapu-kacapu, powiększające bałagan. To, że od dawna było dobrze wiadomo co ma się dziać w ten poniedziałek, nie ma najwyraźniej żadnego znaczenia.

Mija pierwszy tydzień roku szkolnego, więc czas już najwyższy na zmianę planu lekcji. Kiedy koleżanka zobaczyła swój (nowy), to się poryczała. Jak mnie zaczęto pouczać kiedy mi się lepiej pracuje i kiedy wygodniej przygotuję sobie pracę, to myślałem że eksploduję! Kindersztuba zadziałała i inwokację do kurwynędzy pohamowała, ale opieprzyłem z miejsca. Ktoś wie lepiej ode mnie co jest dla mnie dogodne! Jak trzeba mieć poryte pod kopułą, żeby dorosłemu człowiekowi z wieloletnim doświadczeniem zawodowym takie pierdoły wciskać?!

I cóż się dziwić, że kiedy M. żalił się na swoją szkołę i powiedział, że zastanawiał się ostatnio czy nie lepiej byłoby być konduktorem lub motorniczym, zamiast nauczycielem, to wywołało to u mnie smutny uśmiech. Kilka razy miałem identyczne przemyślenie - jadąc tramwajem do pracy przyszło mi na myśl, czy nie byłaby to lepsza praca od tej bezproduktywnej harówki. Wiem, że każdy zawód ma swoje plusy i minusy i akurat motorniczym chyba w rzeczywistości bym nie chciał być, ale to pokazuje jak belferka może frustrować, zwłaszcza kiedy nie mamy oparcia w życiu prywatnym.

wtorek, 2 września 2014

360.Z drogi!

Bałagan na tratwie Meduzy trwa. Przyczyna jest dla co bystrzejszych oczywista i nieusuwalna, przynajmniej - nie ich siłami. Ciekawe jak to będzie dalej - w końcu przed nami jeszcze wiele, wiele dni.

Na korytarzach tłumy nieco spłoszonych pierwszaków blokujących przejście. Marzę o małym gąsienicowym dronie z lemieszem i szpicrutą. Z braku takowego radzę sobie gromkim pokrzykiwaniem dla torowania drogi. Jak mam dziennik to okładam nim zawalidrogi. W sumie osiągam drożność na poziomie dopuszczającym (czyli na 2, no może z plusikiem).

Pierwszy raz w karierze mam poczucie wyobcowania, dystansu i braku zaciekawienia nową klasą. Wykonuję zadania wychowawcy, ale jakoś bez serca. Dawniej (tzn. przy wszystkich poprzednich klasach, w których byłem wychowawcą) odczuwałem pewne podniecenie wyzwaniem i odpowiedzialnością za te dzieciaki, zaciekawienie "Jakie one będą?" "Jak nam się ułoży współpraca?" itp. A dziś? Sam nie wiem czy to rutyna, wypalenie czy może coś jeszcze innego? Obserwuję ich, analizuję zachowania, rozpoznaję typy i możliwe problemy, ale z chłodnym dystansem, bez emocjonalnego zaangażowania. Coś się zmieniło. Jakby zgasło, bądź wypaliło się. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Troszkę smutne.

piątek, 29 sierpnia 2014

359.Bliskowschodni bazar

Pierwszy tydzień w pracy - zmęczenie, zniechęcenie i zażenowanie. Bałagan i niekompetencja. Na posiedzeniach rady hałas, przekrzykiwanie, olewanie nieprzygotowanych prowadzących, można by nagrywać ścieżkę dźwiękową do programu o suku (bliskowschodnim bazarze). Prawie sześć godzin posiedzenia bez najmniejszej przerwy w tych warunkach jest męczące. Do tego ta kłująca w oczy niekompetencja, bezmyślność, nieogarnianie zależności i szerszego kontekstu oraz tumiwisizm - w dużym stopniu kreowany taką a nie inną praktyką zarządzania. I to jest treść mojego życia...

wtorek, 26 sierpnia 2014

358.Powrót na wyspę doktora Moreau

Lato i po lecie. Zimno, mokro, ponuro, paskudnie.

Poprawki i po poprawkach. Ciężka praca komisji przepychania przyszłości narodu do następnej klasy. To kolejny rok, kiedy dostaję potwierdzenie słuszności wystawionej przeze mnie oceny niedostatecznej. Dziecię przyszło absolutnie zielone - bez najmniejszego pojęcia o podstawowych terminach, widać było że w najlepszym razie markowało uczenie się do poprawki. 
Stawiam mało niedostatecznych na koniec roku, ale kiedy już stawiam to w przypadkach beznadziejnych, przy czym chodzi tu raczej o beznadziejne lenistwo i olewactwo, bo słabość potencjału intelektualnego jeśli poparta jest staraniem się i wysiłkiem to u mnie już do oblania nie kwalifikuje się. A na poprawkę tacy delikwenci zjawiają się kompletnie nieprzygotowani i rozwiewają wszelkie wątpliwości co do wystawionej im "jedynki".

Dziś, niestety, przypomniałem sobie o bytowaniu na naszej tratwie Meduzy istot, o których udało mi się zapomnieć na te kilka letnich tygodni. Niedobrze mi.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

357.Zagięcie czasu

Pierwszy dzień w pracy. Zderzenie z nową porcją absurdów - jednak nasza tratwa jest klasą sama dla siebie.
M. dostała taki zespół uczący w jej klasie, że gdybym był w lepszym nastroju to bym parsknął szczerym śmiechem na taki "Drim tim". Czemuś odwlekam chwilę dowiedzenia się jak wygląda mój zespół.
W pewnym momencie rozmowy z kolegą miałem przebłysk: "Wiesz co, czuję się jakbym wyszedł stąd wczoraj, a nie 6 tygodni temu..." On miał tak samo.

sobota, 23 sierpnia 2014

356.Znajomi

Ostatni weekend urlopu. Pojutrze chomik wraca do swojego toksycznego kołowrotka, żeby znów  przebierać łapkami w iluzji użytecznego i wartościowego życia.

Zgadało się z M. o znajomych.

M. - To z tamtym chłopakiem z piątku nic nie wyjdzie? Nawet jako znajomość?

A. - Nie, przejrzałem jeszcze raz maile, które wymieniliśmy po spotkaniu i widać wyraźnie - bardzo grzeczne w formie, ale w treści zdystansowane i bez jakiejkolwiek aluzji do ciągu dalszego znajomości. Cóż, był chyba pod wrażeniem mojego pisania sprzed lat, a potem zderzył z rzeczywistością - autorem na żywo.  A zresztą... co mi po znajomych?

M. - Ja lubię mieć dużo znajomych. To z tym, to z tamtym i tak można czas spędzić.

A. - Bo ty, Aniołku, jesteś zwierzątko stadne, które potrzebuje uwagi i zajęcia wokół siebie, a ja jestem introwertykiem i kontakty z ludźmi wyczerpują mi akumulatorki. A poza tym... jakoś tak z biegiem lat zauważyłem, trochę mi głupio tak mówić, bo to nieładnie - tak handlowo brzmi, że w znajomości jakbym więcej wkładał niż dostawał. Nie piję do ciebie, tylko uogólniam.

M. - No, ale to fajnie tak się z kimś spotkać, posiedzieć. Raźniej się człowiekowi robi.

A. - Owszem, ale ile to trwa? Godzinę, dwie, a potem się rozchodzimy, i wracam do swojej pustki. To tylko chwilowe zajęcie uwagi, odwrócenie jej zaledwie. Łatwo ulec złudzeniu, że ma się wypełnione życie mając wielu znajomych i to tak poustawianych, żeby zawsze z którymś się móc spotkać, wyskoczyć, pogadać, żyć jakby ci się drzwi nigdy nie zamykały. Możesz latami tak funkcjonować, żyjąc w złudzeniu, lecz problem pojawi się z całą mocą, kiedy dotrze do ciebie że to tylko znajomi, suma wielu płytkich kontaktów nie jest głęboką więzią! Że tam, gdzie potrzebowałbyś właśnie kogoś bliskiego, ważnego, dla kogo byłbyś nie jedną z wielu postaci tła, lecz aktorem pierwszoplanowym, tam nie masz NIC. Znajomi mają swoje życia, w których jesteś tylko elementem drugo- lub trzeciorzędnym.

środa, 20 sierpnia 2014

355.Marynarka

Coraz więcej przypomnień o zbliżającym się powrocie do pracy. Najdeliktaniej rzecz ujmując - nie nastraja mnie to optymistycznie. Jakby było z czego optymizmu ulewać.

M. wpadł z wizytą, a jak się okazało - i po poradę. Wysłuchałem, poradziłem, a że rada okazała się zbieżna z jego wcześniejszą decyzją, to się chłopak uskrzydlił i tak ucieszył, że na odchodnym uściskał i wykrzyknął: "Aberuś, kocham cię!". Słodki jak szczeniaczek.

Wymiana garderoby - trzeba było wymienić jedną z marynarek dość wyraźnie ruszoną zębem czasu i intensywnej eksploatacji, bym nie mógł już na nią patrzeć. Zwiedzanie popularnych sieciówek zaowocowało w końcu zakupem, ale com się naszukał i namacał, tom się nategocił. Fajne przeceny ma Bytom, ale w necie, bo w stacjonarnych ta oferta jest tak wycinkowa, że albo nie ma w ogóle tego modelu, albo rozmiaru. No a jakoś marynarkę z netu to się trochę boję kupować - w salonie mam od ręki poprawki za free, a z netu to muszę szukać krawca, który sobie z marynarką poradzi, no i oczywiście dodatkowe kilkadziesiąt złociszy do wydania. W sumie najwięcej interesujących marynarek w nieprzyjemnych cenach było w Van Graafie. Szkoda że muszę teraz tak się z kasą liczyć.

Przy oglądaniu marynarek znów włączył mi się stary znajomy mechanizm. Widzę fajną marynarkę, w głowie układają mi się różne możliwe kombinacje kolorystyczne ze spodniami, widać że ciuch ma duży potencjał, tzn. może być częścią wielu różnych zestawów, ale... No właśnie - gromki głos: "Tak kolorowo?! Stary dziad i takie fanaberie? I pocotokomunaco? Stary pedał w barwy godowe się stroi! Żeby się ludzie śmiali! Nie wyróżniać się z tłumu staruchu! Nie wyróżniać! Zniknąć!"

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

354.Proste rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi


Na demotach znalazłem ordynarną prostacką agitkę pod nazwą "Proste rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi". No to popatrzmy...

1. Zakochanie się
Nie miałem okazji spróbować.
2. Śmianie się tak, że aż zabolą Cię mięśnie twarzy
Nie mam z czego.
3. Gorący prysznic
Groźba oparzenia nie jest dla mnie synonimem szczęścia.
4. Żadnych kolejek w supermarkecie
To stan oczekiwany, a nie szczęście.
5. Odświętny wygląd
Wiąże się z jakąś zupełnie nieszczęśliwą okazją.
6. Otrzymanie e-maila
Spamy nie generują mojego szczęścia.
7. Jazda po pięknej drodze
Oznacza towarzystwo śmierdzących współpasażerów co zabija wszelkie pozytywne emocje, o rodzeniu jakichkolwiek form szczęścia nie wspominając.
8. Gdy grają twoją ulubioną piosenkę w radiu
Nie słucham radia.
9. Leżenie w łóżku i słuchanie deszczu padającego za oknem
Nie słyszę. I nie wyleguję się w łóżku.
10. Gorące ręczniki prosto z suszarki
Nie mam suszarki.
11. Shake czekoladowy lub waniliowy
Nie pijam – kupa chemii i kalorii. I jaka droga.
12. Rozmowa zamiejscowa
Nie przeprowadzam.
13. Kąpiel z bąbelkami
Rachunek za wodę niszczy szczęście.
14. Chichotanie
Własnego nie praktykuję, cudze mnie irytuje.
15. Dobra rozmowa
Nie mam z kim. A z sobą już się dość nagadałem.
16. Plaża
Zapomniałem jak wygląda.
17. Gdy znajdziesz 100 złotych w płaszczu z zeszłej zimy
Nie przeszukuję cudzych płaszczy, a w swoich nie trzymam forsy luzem, zwłaszcza takiej forsy.
18. Śmianie się z siebie
Wychowano mnie, że nieładnie śmiać się z kalek (życiowe też się liczą).
19. Telefon o północy, który trwa godzinami
Nie miałby szansy tyle trwać – w ciągu najdalej kwadransa udusiłbym rozmówcę, bez względu na to gdzie by się znajdował.
20. Bieg pod spryskiwaczem
To się nazywa wkurw a nie szczęście.
21. Śmiech bez powodu
A co to za szczęście, że leki przestały działać?
22. Gdy ktoś Ci powie, że jesteś piękny.
Łgarze mnie odpychają.
23. Przyjaciele
Nie posiadam.
24. Gdy przypadkowo usłyszysz, jak ktoś mówi coś miłego o Tobie.
Czego będzie chciała ode mnie ta menda?
25. Gdy budzisz się rano i okazuje się, że masz jeszcze kilka godzin snu
Nie mam – i tak wstaję (patrz punkt 9).
26. Pierwszy pocałunek
Nie przypominam sobie.
27. Poznawanie nowych przyjaciół lub spędzanie czasu ze starymi
Patrz punkt 23.
28. Zabawa z nowym szczeniaczkiem
Od kiedy pochowałem wszystkie stare szczeniaczki żadnych nowych już nie mam.
29. Słodkie sny
Nie miewam.
30. Gdy ktoś się bawi Twoimi włosami
Psychol. Zresztą i tak nie ma już czym. A poza tym i tak nikt się nie bawi.
31. Gorąca czekolada
Tyle kalorii, że wyrzuty sumienia by mnie zabiły.
32. Wycieczki z przyjaciółmi
Patrz punkt 23.
33. Huśtanie się na huśtawce
Groźba wyrzucenia w powietrze zabija wszelkie warianty szczęścia. 
34. Rozpakowywanie prezentów pod choinką przy równoczesnym jedzeniu ciasteczek i piciu likieru
Koszmar. Przynajmniej jeśli chodzi o prezenty. Likier pozwala w ogóle przetrwać tę imprezę.
35. Gdy znajdujesz słowa piosenki wydrukowane na okładce nowego CD tak, abyś mógł śpiewać nie czując się głupio
Przy moich zdolnościach wokalnych nie potrzebuję tekstu, żeby czuć się głupio śpiewając.
36. Pójście na dobry koncert
Nie bywam. Tłum nie jest pożądanym rekwizytem do słuchania muzyki.
37. Nawiązanie kontaktu wzrokowego z przystojnym nieznajomym.
Wychowano mnie, że nie wypada robić ludziom przykrości, więc nie nawiązuję.
38. Wygranie gry zespołowej
Nie zdarzyło mi się, więc nawet nie potrafię sobie wyobrazić.
39. Robienie ciasteczek czekoladowych
Nie robię. Czasem co najwyżej zjadam, ale mam potem wyrzuty sumienia.
40. Gdy przyjaciel przyśle Ci ciasteczka domowej roboty
Patrz punkt 23. Poza tym strach takie jeść – bo to wiadomo jak to było robione?! Zaufanie mam tylko do własnych.
41. Spędzanie czasu z bliskimi przyjaciółmi
Patrz punkt 23.
42. Widzieć i słyszeć śmiech przyjaciół
Zważywszy na punkt 23 byłoby to niepokojące – znaczyłoby to, że potrzebuję nowych leków.
43. Trzymać za rękę osobę, na której Ci zależy
Ile można trzymać powietrze?
44. Pobiec do starego przyjaciela i uświadomić sobie, że rzeczy (dobre lub złe) nigdy się nie zmieniają
Nie potrzebuję nigdzie biegać, wystarczy że popatrzę sobie (z miejsca) na swoje życie.
45. Jeździć na najlepszej kolejce górskiej bez przerwy
Bez przerwy na rzyganie i zesranie się ze strachu? Mowy nie ma.
46. Obserwowanie wyrazu twarzy osoby, gdy ta otwiera wymyślony przez Ciebie prezent
Wolę tego nie widzieć - a jak się nie spodoba?
47. Oglądanie wschodu słońca
Słońce. Wciąż, kurwa, żyję… No helou! Ileż można?!
 48. Gdy wstajesz z łóżka każdego poranka i dziękujesz Bogu za następny piękny dzień.
Patrz punkt 47.
 49. Gdy mąż przyniesie Ci kawę do łóżka
Nie mam męża. I nikt mi nic do łóżka nie przynosi.

piątek, 15 sierpnia 2014

353.

Przepraszam P.T. Czytelników za brak nowych notek, ale nie mam nic interesującego ani pozytywnego do napisania. 

* * *
Niedobrze przerywać homiczą emeryturę uległszy namowom na spotkanie - smutniej  po tym. Kiedy się pogrzebałeś, to już nie wyłaź.

środa, 23 lipca 2014

352.Wakacje

Kiedy byłem uczniem wakacje to był fajny czas. Ciepło, słonecznie, nie było szkoły, nie trzeba było zrywać się po szóstej, można było pospać dłużej (tzn. góra do ósmej, bo zaraz ojciec rozpuszczał jęzor). Dwa miesiące odsapki od szkoły to było coś, choć niestety nie od rodzinki.

Dziś wakacje to najgorszy okres w roku, gorszy od świąt. W ogólnej świadomości to okres włączania się skojarzeń z wypoczynkiem, przyjemnością, radością, wyjazdami, zwiedzaniem ciekawych miejsc, lecz dla mnie to wszystko tym bardziej przykre, że w praktyce nieosiągalne. To przerywnik pracy, coraz mniej lubianej, lecz absorbującej i wypełniającej dni i miesiące wydłużającą się agendą spraw do załatwienia, nie pozostawiającą czasu ani sił na myślenie i przeżywanie deficytów (może poza tą krótką chwilą między spoczynkiem i zaśnięciem, kiedy gaśnie ostatnia lampka w domu).
W wakacje staję sam na sam ze swoim pustym, samotnym życiem i nie jest to konfrontacja, którą bym polecał - przynajmniej przyjacielowi. Kiepsko sobie to życie ułożyłem, a zmienić go nie umiem. Skończyć, niestety, też nie. Żenujące w całej rozciągłości. 

czwartek, 17 lipca 2014

351.Staruchy

Chyba zauważam pierwsze nieśmiałe symptomy "odpuszczania" organizmu z okazji zakończenia pracy. Kark i głowa bolą wyraźnie mniej. Oby tak dalej! Na wszelki wypadek jednak (pierwszy raz w życiu) zajadam się groszkami dla niespokojnych. Ciekawe czy, kiedy i jak pomogą. 

M. wpadł z wizytą. Tym razem - godzinę przed zaanonsowanym terminem. Cały zadowolony opowiadał o swoim zagranicznym wojażu. Nie byłby sobą, gdyby się nie poużalał nad cenami i drożyzną. Na krajowym zaś gruncie dokonał radykalnej zmiany założeń operacyjnych, oznajmiając mi gromko:

"Od dziś koniec ze staruchami! Umawiam się z ludźmi w moim wieku." 

Owe "staruchy" to byli ludzie do czterdziestki. Miło.

wtorek, 15 lipca 2014

350.Ciemnota restituta

Jakieś oszukane to puzzle. Już się ułożyło. :-(
Nie to co kiedyś. Kiedyś to puzzle układało się, że hoho. A teraz szast-prast! i gotowe, po 500 klocków na dzień wyszło. Tak, tak, drogie dzieci, puzzle dziś już nie takie jak kiedyś.

Kiedy czytam różne doniesienia z kraju, mam od pewnego czasu wrażenie może nie ofensywy, ale jakiegoś przebudzenia i ośmielenia się w naszym kraju ciemnoty, obskurantyzmu i szowinizmu. Co gorsza, nie bardzo dostrzegam jakiś szerszy i wyraźniejszy sprzeciw wobec agresywnego rozpychania się takich ludzi w przestrzeni publicznej.

poniedziałek, 14 lipca 2014

349.Saint Tropez

Urlopu dzień trzeci, więc trzeba by wybrać jakieś ładne miejsce. Saint Tropez nad Morzem Śródziemnym byłoby chyba akuratne. Ciepło, słonecznie, woda, urocza stara architektura, wspomnienia o najsłynniejszym żandarmie świata - Maréchal des logis-chef Ludovicu Cruchot (cykl komediowy wielkiego Louisa de Funèsa) - same miłe skojarzenia.








No i 1500 elementów zbyt szybko się nie ułoży, więc będę miał trochę zajęcia...




sobota, 12 lipca 2014

348.Pierwszy dzień urlopu

W piątek zakończyłem część rekrutacji. Wrócę do niej w ostatnim tygodniu sierpnia. Teraz będzie mogła sobie przy niej majstrować do woli dyrekcja, która zajęła miejsce komisji. Zważywszy na wybitne talenty rekrutacyjne kierownictwa lepiej nie myśleć kogo w swojej klasie zastanę. Myślę, że nawet gdybym się starał - nie dałbym rady wybierać gorzej niż, jak się nieraz mogłem przekonać, kierownictwo naszej tratwy w swych połowach. Można odnieść wrażenie, że horyzont rozpatrywanych skutków (o ile w ogóle takie rozpatrywanie ma miejsce...) nie przekracza najbliższego kwadransa, zaś obserwacji dokonuje się przez wielkie soczyście różowe okulary.

Nabór, powiedzmy, że wyszedł mocno zróżnicowany. Wedle punktów rozpatrując moja klasa udała się stosunkowo nieźle. A jacy ludzie za tymi punktami się kryją, to dopiero wyjdzie w praniu za x miesięcy.

Dziwnie się czuję na myśl, że w poniedziałek nie muszę już iść do pracy. Chomik jest zdezorientowany wysiudaniem go z karuzelki. Nie wie co zrobić z łapkami. Znalazłby sobie jakieś zajęcie, ale żadnego nie znajduje godnym uwagi i wartości. Od zakończenia roku i tak już za wiele siedzi przy kompie szukając w necie czegoś co by zapełniło pustkę, lecz jedyny pewnik na tej drodze to hemoroidy.

Ostatnio, ku niejakiemu zaskoczeniu, zajrzałem kilka razy na stronę tęczowych anonsów. Niektóre wyglądają znajomo - ci sami ludzie co kilka lat temu wciąż się ogłaszają, może nawet fotki te same.  W trakcie lektury odzywało się we mnie poczucie jakiejś nierzeczywistości, wrażenie, że czytam o sprawach i relacjach, które już mnie nie dotyczą, już mi nie przysługują, że nie do mnie już adresowane te ogłoszenia. Coś się skończyło.

czwartek, 10 lipca 2014

347.Metropolis już jest

Acrobat swym mądrym komentarzem zwrócił uwagę na ciekawą kwestię - wizję przyszłości w "Metropolis" Fritza Langa, klasyce kina z 1927 r.
Obawiam się jednak, że przywołane przez Niego "Metropolis" jako przerażająca wizja zdehumanizowanej przyszłości w rzeczywistości dzieje się już teraz - tylko w kolorze i w bardziej optymistycznym plastycznie anturażu.
Kiedy widzę w Syrenowie potoki śpieszących się ludzi, z ponurymi, nieuśmiechniętymi twarzami, szaro-niebiesko-czarne, z rzadka przetykane jakimś kolorowym akcentem, przelewające się ze środków komunikacji do biurowców i z powrotem, w milczącym stłoczeniu jadące metrem czy tramwajem, gromady młodych ludzi starających się wyróżnić z masy stylówą, a w istocie równie zuniformizowanych jak korpoludki, obsiadających jak chmary ptaków wybrane knajpy i kafejki, pragnących się wyróżnić z tłumu, a jednocześnie odcinających się od innych nurkując w ekrany i ekraniki elektronicznych kajdan,  tych ludzi o szarych, zmęczonych, choćby wymalowanych i upiększonych twarzach... Kiedy widzę tę masę ludzi, to mam poczucie, że "Metropolis" już jest, tylko jak zwykle w historii - jeszcze tego nie zauważyliśmy. 

środa, 9 lipca 2014

346.Hodowanie księciunia

Oryginały sobie leżą skompletowane, napływają natomiast podania o przyjęcie. Z rzadka trafia się jakaś "lepsza sztuka", z dobrymi punktami (>110). Tłumimy westchnienie i bierzemy podania opatrzone adnotacją 72 pkt., 78 pkt. itp., czasem litościwie rozwiewając złudzenia "Możemy przyjąć to podanie, ale szanse są małe". Na świadectwie dominują dopy, z egzaminu gimnazjalnego po trzydzieści parę, czterdzieści parę procent i co z tym począć? Młody chce do liceum, ale 15-20 lat temu to by się kwalifikował do zawodówki i to niezbyt wymagającej. A teraz rozdmuchane aspiracje i lenistwo. Jakieś liceum je przyjmie i przepchnie do matury, tylko jaka będzie wartość takiego wykształcenia?

Zauważyłem pewną charakterystyczną prawidłowość - kiedy przychodzi matka z córką, to podanie z reguły pisze córka, ale kiedy przychodzi matka z synem, to w większości wypadków podanie pisze mamusia, a synek siedzi obok.

niedziela, 6 lipca 2014

345.W poszukiwaniu ciastek

Kiedyś, kiedy byłem mały (a także trochę większy) patrzyłem na dziadka z pewnym poczuciem abstrakcyjności - był tak stary, że przekraczało to moją wyobraźnię. Miał siedemdziesiąt kilka lat (umarł minimalnie przekraczając osiemdziesiątkę). Był to wiek tak odległy, tak niepojęty, że nie byłem w stanie wyobrazić sobie co się robi przez aż tak długie życie. A tymczasem mój ojciec przekroczył ten wiek, żyje już dłużej niż jego ojciec. Zdumiewające... Co ja zrobiłem przez ten cały szmat czasu?

Rodzice jubla nie urządzali, wiec kupiłem ciastka i likier i poszedłem z życzeniami. Ojciec w bardzo dobrej formie, wystroił się, ale cóż, musiał oczywiście pozostać sobą i wypytać ile ciastka kosztowały. Co za buractwo! Przychodzi gość z prezentem a ten indaguje ile wydał! Naturalnie tylko nas, bo innych wypytywać przecież nie wypada, ale wiadomo że wobec własnych dzieci zasady savoir-vivre'u nie obowiązują. I tak łaskawie powstrzymał się od standardowego "Za drogo! Nie opłaca się!" Nigdy się chyba do tego nie przyzwyczaję.

Swoją drogą, ile się nachodziłem, nim te ciastka kupiłem! Niby stolica, ale jak się chce kupić raptem taki rarytas wyszukany jak ciastka tortowe, to się zaczynają schody. Owszem, wiem, grymaśny jestem, ale bez przesady.
1. oferta archaiczna - ciastka jakby nic się od PRL nie zmieniły, bez krzty polotu, odpychające już wyglądem, sugerujące ciężki, tłusty smak i niestrawność.
2. cukiernia mi podpadła i bojkotuję ją. Zwykle za obsługę i brak higieny.
3. wątpliwości co do świeżości - wielka rodzinna sieciówka, ochy i achy jakie to składniki naturalne, a ja już trzy razy u nich kupiłem ciastka ewidentnie stare, zleżałe do niejadalności tak, że nawet taki łasuch i kutwa jak ja wyrzuciłem po skosztowaniu. 
4. albo ruch minimalny - ilekroć przechodzę nie widuję klientów, a gabloty wypełnione wyrobami. Siłą rzeczy nasuwa się pytanie - ile one tam leżą? bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że codziennie wymieniają na nowy towar, bo już dawno by splajtowali.
5. inna rodzinna sieciówka, ekspandująca na całą Polskę, wielu się ekscytuje i chyba snobuje, że tradycja taka niezwykła, długa że hoho! a mnie ich ciastka zwyczajnie nie smakują - małe, drogie i ... nijakie, bez wyrazu, niemal jak trociny.
6. albo oferta uboga tak, że de facto ciastek mogących uchodzić za tortowe byłyby może ze trzy do wyboru. A cała reszta to takie zwykłe ciastka.
7. no i jeszcze 2x top-snob, ale mnie smak nie przekonuje - takie nic szczególnego, a ceny absurdalne, obliczone moim zdaniem na cyckanie frajerów śliniących się na markę i firmę.

I tak 6 kilometrów miasta przeczesałem. Ale przynajmniej jadalne kupiłem. Siostrunia, od kiedy sięgam pamięcią, zawsze psioczyła na ofertę warszawskich cukierni, z wielkim uznaniem wypowiadając się o krakowskich. W Krakowie parę lat już nie była i ciekawe czy ta różnica nadal jest widoczna.

A skoro o ciastkach mowa... ...niektórzy to w czepku urodzeni są - starczy że w kafejce siądą i choćby "Metro" zaczną czytać, a już ciacho na nich leci. Ale to nihil novi sub sole - dziedzicowi to i byk się ocieli, a chłopu to własna żona w łóżko się zesra.

piątek, 4 lipca 2014

344.Radość na tratwie

Nastrój oczekiwania. Młodzi ludzie przynoszą dokumenty w ramach rekrutacji. Powoli sączy się strumyczek. Czasem kilka kropel jedna za drugą, czasem przez godzinę lub dwie spadnie kropelka. Po całym dniu niespełna pół klasy skompletowane. Byłoby więcej, gdyby przyszłość narodu umiała czytać uważnie i przychodziła z odpowiednimi dokumentami. Ponieważ tak jednak nie jest, to trzeba było odsyłać po uzupełnienie. 
Niektórzy jedną ręką dawali dokumenty, drugą zaś podania o zmianę klasy.
Spory strumyczek ciurkał z podaniami o przyjęcie do nas, bo albo nigdzie się nie dostali, albo do szkoły która im się nie podoba. Nasuwa się dość oczywiste pytanie - to po co wpisywali sobie te szkoły na listach preferencji, skoro im się nie podobają?
Wczoraj, kiedy system wypluł listy zakwalifikowanych do przyjęcia, grono podniecało się jaką to mamy dobrą rekrutację, koleżanka niemal gdakała z zadowolenia, a dyrekcja zachwycona oznajmiła, że "no, wreszcie odbijamy się!" - że niby od dna. I ta powtarzana z ledwie skrywaną Schadenfreude informacja, że pewna lepsza od nas szkoła w dzielnicy "nie ma naboru" i ma chętnych tylko na 2 klasy z 7 planowanych. 
Patrzyłem na nich z przygnębieniem i niesmakiem. Przecież te listy w tym momencie niewiele znaczą, gdyż naprawdę liczy się czyje świadectwa u nas zostaną, a jasne jest że ci najlepsi do nas przyjęci, do końca sierpnia powycofują oryginały i wyniosą się do lepszych szkół. A my znowu będziemy musieli łatać dziury na listach perłami po 90 (albo i mniej) punktów. Co roku tak jest, a ci się cieszą... Kiedy w porcie cumują tratwa Meduzy i statek pasażerski, to jaki jest sens cieszyć się że tratwa ma pełne obłożenie, a statek świeci pustkami? Kiedy wieść o tym się rozniesie, to naprawdę lepsi podróżni z tratwy nie przeniosą się na statek? Zostaną na tratwie?
Czuję się samotny wśród tych ludzi. 
Także tu.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

343.Miernik łakociowy

Rekrutacja trwa. Młodzież z fizjonomii i świadectw niezbyt zachęcająca. Zobaczymy jak to się zmieni kiedy zaczną przynosić oryginały świadectw potwierdzające wybór naszej szkoły. Komisja się pociesza, że będzie lepiej, to znaczy że lepsza młodzież wtedy przyjdzie. No, pocieszanie się to dobra rzecz, ja się np. pocieszam że wygram w totka i będę mógł wreszcie odejść z tej budy. No i proszę - jakiż jestem pocieszony! No że ho-ho!

Koleżanka napisała mi, że przeraziła się tego co zobaczyła w zeszłym tygodniu w moich oczach. Nie, nie chodzi np. o wyłażącą na coś żądzę mordu czy coś w ten deseń, raczej ujrzała w nich moje życie takim, jakim ja je widzę. Powinienem się lepiej maskować.

Kierownictwo naszej tratwy Meduzy wciąż potrafi zaskoczyć. Wydaje ci się niemożliwe by podjąć TAKĄ decyzję, a tu proszę - pierdut! i jeszcze głupsza podjęta! No, klasa sama dla siebie. Szkoda tylko, że ja wciąż też na tej tratwie.

Ludzie witają mnie radosnym okrzykiem "O, urlop zacząłeś/pan zacząłeś!" Staram się być grzecznym - na zewnątrz, bo na wewnątrz to sobie pozwalam.

Zadzwonił M. relacjonując szczegółowo ile kwiatków i łakoci dostał od swoich uczniów na zakończenie roku. Informacja ile ja dostałem podbudowała go i natchnęła zadowoleniem, którym przepełniony zakończył rozmowę. 

Powinienem się wreszcie nauczyć, że w kwestii umawiania się M. jest Murzynem z Afryki i ma zupełnie inne podejście do czasu i zobowiązań niż ja.
"Zaraz wyjdę" bądź "Niedługo będę" może normalnie oznaczać np. że: zje obiad, weźmie kąpiel, sprawdzi pocztę, obejrzy coś w telewizji, ubierze się, wsiądzie do autobusu, spotka się ze znajomym i w końcu, po 3-4-5 godzinach zjawi się. Ja tę drogę pokonuję w trzy kwadranse.
"Będę za godzinę, na pewno!" - można spokojnie zabrać się za obejrzenie dwugodzinnego filmu i wszystkich napisów końcowych.
"Pojedziemy jutro do sklepu?" czy "Pomożesz mi jutro w zakupach?" - rezerwowanie czasu na owo jutro jest czynnością równie sensowną, jak niezwłoczne wysprzątanie mieszkania w oczekiwaniu na jutrzejszą wizytę królowej angielskiej.
"To pomożesz mi przed wyjazdem? - należy rozumieć, że chodzi o jakiś abstrakcyjny, niezidentyfikowany i nieskonkretyzowany wyjazd w bliżej nieokreślonej przyszłości, a nie ten najbliższy, o którym ci właśnie opowiada.

Czasem czuję się przy nim jak time-nazi.

czwartek, 26 czerwca 2014

342.Puste kalorie

Koleżanka z błyskiem pożądliwości w oku:

- Co trzeba zrobić, żeby mieć drukarkę w sali?
- Kupić ją sobie.

* * *
Życzliwa niewiasta zainteresowała się Mr Aberfeldym.

- A jak ty się czujesz?
- Niespecjalnie. Bywało lepiej.
- Bo źle w oczach  wyglądasz.
- Zmęczył mnie ten rok.
(a w myślach rozwinął:
- W gruncie rzeczy, ogólna chujoza. A właściwie - achujoza.)

***
Bombonierka z Biedrony w charakterze ofiary na przebłaganie złego mzimu a conto przyszłego roku. Wszystkie pralinki smakują niemal tak samo, różnią się głównie kształtem. Nadają nową głębię znaczeniową określeniu "puste kalorie".



środa, 25 czerwca 2014

341.Wiesz, ludzie mówią...

Dostałem poufną życzliwą radę: żebym coś zrobił ze swoim kalectwem, bo chodzą słuchy, że nie radzę sobie z dyscypliną na lekcji, znaczy - przez to.

Nie wątpię w dobre intencje, ale diagnoza chybiona. Problemy z dyscypliną mam, ale gdzie indziej niż się koleżankom wydaje  pies leży pogrzebany. Wiem co robię nie tak, lecz kwestią zasadniczą jest czy znajdę w sobie siłę i dam radę żeby to zmienić. Zanosi się na to, że będzie mniej zajęć w nowym roku szkolnym, więc może się uda.

niedziela, 22 czerwca 2014

340.Pierwszy dzień lata

Wszystkiego najlepszego
z okazji pierwszego dnia lata anno domini 2014!

Kiedyś, panie, to były piosenki! 

Klasyka - najbardziej znane wykonanie Haliny Kunickiej
(niestety nie znalazłem klipu bez tych straszliwie kiczowatych obrazków).


A tu ciekawostka: oryginał z filmu...


...na którym można zobaczyć Płock w roku 1960. Cóż za klimat!

piątek, 20 czerwca 2014

339.Kontener

Drugi dzień długiego weekendu; wolny "piątek po Bożym Ciele" odpracowaliśmy wcześniej, więc nieedukacyjni  - nie hejtować!

Wczoraj wyszedłem na spacer i ku swemu niemałemu zaskoczeniu nie tylko wziąłem aparat, ale i zaszedłem do Łazienek. Nie byłem w nich od ładnych kilku lat, a na niektórych alejkach, którymi przemieściłem swą osobę, to być może nawet nigdy dotąd. Odczułem coś na kształt zaskoczenia, że idę sobie tak po prostu, bez celu, na  spacer, bez ciśnienia, podminowania i napięcia z powodu czekającej pracy. Pomyślałem: "O kurczę... koniec roku się zbliża! Nic nie muszę sprawdzać, nic nie muszę przygotowywać. *) Luz." Zrobiłem trochę landszaftów, cyfrakiem wprawdzie, ale i tak to niezwykłe, zważywszy, że to chyba pierwsze zdjęcia od roku.

Kiedyś lubiłem robić zdjęcia i, jakkolwiek nieskromnie to zabrzmi, robiłem ładne fotografie, pejzaże w czerni i bieli, cokolwiek nastrojowe, na negatywach, w małym i średnim formacie. Ale kilka lat temu coś pękło, a może się wypaliło? Jakbym poczuł, że to wypełniacz, ersartz, oszukiwanie samego siebie, aktywność zastępcza, wypełniacz życia nie wypełnionego tym za czym w głębi wciąż tęsknię. I aparaty poszły na półkę. A szkoda. Przy całym swoim bardzo daleko posuniętym samokrytycyźmie uważam, że robiłem niezłe fotografie krajobrazowe, można by rzec - oldskulowo nastrojowe. A teraz leżą sobie w szafce  w pudełku, by po mojej śmierci wylądować zapewne w dużym kontenerze który stanie na podwórku. Cóż, nie posądzam swojego spadkobiercy o jakąkolwiek wrażliwość w kwestii artystycznej.

Zwariowana pogoda dni ostatnich sprezentowała mi lekkie zaziębienie - mam nadzieję, że nie rozwinie się w nic poważnego. Ale irytuje.

Na bazarze spotkałem M. z jej przyjacielem; nie da się ukryć, że słone honoraria dietetyka im służą - zeszczupleli wyraźnie. Pomogłem im odnieść zakupy do samochodu. M. odnalazła w sobie geny kuchmistrzyni i się spełnia. Zapraszali mnie na jakąś posiadówkę w kawiarni, ale się wymówiłem, bo miałem zakupy i jeszcze sprawunki do załatwienia - jutro trzeba się do Schwester i siostrzeńca na jubel meldować. Ale i po prawdzie nastroju nie miałem. Koniec roku szkolnego to czas, kiedy znikają zasłony pozwalające podtrzymywać iluzję - odchodzą klasy i uczniowie absorbujące moją uwagę, odsłaniając przygnębiającą pustkę mej egzystencji. 
___________________________________________
*) OK - poza durnowatymi, w istocie bezproduktywnymi sprawozdaniami, żeby nakarmić świętego Biurokracego.

czwartek, 19 czerwca 2014

338.We mgle niepewności

Komentarz Matta do poprzedniej notki zainspirował mnie do pewnych przemyśleń. 

Jeden z największych problemów z podejmowaniem decyzji w sprawach ludzkich na tym polega, że chyba nigdy nie są to sytuacje czarno-białe, lecz szare, z rozmytym, wręcz niewidocznym konturem linii granicznej, którą my dopiero musimy wytyczyć. Podjęcie decyzji wymaga dokonania rozstrzygnięcia, rozważenia racji często trudno porównywalnych (względnie - trudno mierzalnych). Zwykle jest na mało czasu, a trzeba wybrać tak, żeby mieć uczciwe poczucie sluszności swej decyzji nie tylko teraz, ale i za jakiś czas. 
A tu jest przecież trochę jak na wojnie - nigdy nie mamy pełnego obrazu sytuacji, lecz tylko jej wycinek, nigdy też nie znamy wszystkich istotnych uwarunkowań. Działamy w szumie informacyjnym, opierając się na informacjach o różnym stopniu wiarygodności, zawsze jednak niepełnych, mając bardzo ograniczone możliwości ich weryfikacji. Jesteśmy poddani presji bezpośredniej i skonkretyzowanej - ucznia lub rodzica, z którym rozmawiamy, oraz pośredniej i potencjalnej - dyrektora i kuratoryjnego wizytatora, którzy mogą się włączyć z interwencją, jeśli niezadowolony klient poleci ze skargą.
Decydujemy we mgle niepewności.

środa, 18 czerwca 2014

337.Oświatowe plasterki kojące

Szkoła to miejsce, w którym uczymy młodych ludzi wiedzy i umiejętności, oraz oceniamy stopień ich opanowania przez tychże. Ocena pełni funkcję informacyjną. Nie jest naszym zadaniem i stosownie do tego nie mamy narzędzi ani uprawnień do kompensowania trudnych sytuacji życiowych. Szkoła nie jest miejscem do rozdawania ocen w charakterze plastrów kojących deficyty socjalne, rodzinne, wychowawcze, międzyludzkie itp.
Sama informacja o trudnej sytuacji rodzinnej nie jest podstawą do dyspensy od obowiązujących zasad oceniania, lecz jest elementem do szerszej oceny zachowania ucznia - jednym z wielu, i podlegającym weryfikacji.

Przykładowo: ciężka choroba w rodzinie.

Uczeń A jest przygnębiony, rozkojarzony, ciężko mu się uczyć, ale stara się jak może, chodzi, stara się uważać na lekcji, coś tam zanotować, coś napisać na kartkówce czy sprawdzianie, na poprawę jak na szafot ale przyjdzie z własnej woli. Efekty ma kiepskie, ale nie ulega wątpliwości, że próbuje coś robić. Dla mnie jasne jest, że trzeba dzieciakowi pomóc, zachęcić, wesprzeć, jak trzeba - nagiąć delikatnie lecz rozsądnie zasady.

Uczeń B nie uważa, nie pracuje, na lekcjach notorycznie bawi się smarfonem (net, gry, muza). Na zwrócenie uwagi potrafi strzelić fochem "dlaczego on ma się tego (przedmiotu) uczyć, to mu do niczego się nie przyda, bo on tego zdawać nie będzie". Na pracach pisemnych tyleż bezczelnie co nieudolnie ściąga, na poprawy nie przychodzi, albo przychodzi zieloniutki jak sztandar PSL, prac fakultatywnych się nie podejmuje. Na tydzień czy dwa przed końcem roku przypomina sobie, że "przecież on nie może mieć poprawki!" i rozpoczyna się presja na nauczyciela, żeby "dał szansę!', "jeszcze jedną szansę!", "ostatnią szansę!" A czemu? No bo przecież on ma taką trudną sytuację rodzinną! Więc jak można odmówić? Toż trzeba serca nie mieć, być nieludzkim, takim ludziom nieżyczliwym! To dziecko biedne takie, trzeba zrozumieć. A "dziecko" zdumione jak to możliwe, że styka się z odmową, że nie dostaje jeszcze tego co sobie zażyczyło. A tu mamusia śpieszy z odsieczą jak kawaleria federalna, a właściwie - zważywszy na lane od progu jak na zawołanie potoki łez - jak SEALsi. I za co tu prezent w postaci promocji, bo byłabyż ona prezentem właśnie, bez uczciwej własnej pracy uzyskana, co najwyżej za pozoracją tejże. Prezentem niezasłużonym i niemoralnym w tych okolicznościach.
Na tym ma polegać szkoła i uczenie? 

I tak po ludzku współczuje się człowiekowi tego co nań los zrzucił, ale trudno uniknąć surowej oceny głupiego wychowania, jakie swemu dziecku zafundował, krzywdząc je na starcie samodzielnego życia.


wtorek, 17 czerwca 2014

336.Prysznic

Zadania, grunt to mieć zadania do wykonania, a życie jakoś się toczy. Przy odrobinie szczęścia i zręczności może się nawet wartko toczyć, tak wartko że niepostrzeżenie będą mijać tygodnie i miesiące. Ten tydzień trzydniowy to wystawianie ocen, klasa po klasie, linijka po linijce, nazwisko po nazwisku.

Co i rusz zawód, kiedy wykreślam z notesu kolejne nazwisko ucznia, który umówił się na poprawę i nie pojawił się. Żeby jakieś "przepraszam", jakieś krótkie choć zawiadomienie, że nie przyjdzie, żebym nie czekał... Nic, po prostu zignorowanie, jakby się w ogóle nigdy ze mną na nic nie umawiali, jakby żadnej rozmowy nie było. Kiedyś dyskretne wyjście bez pożegnania z przyjęcia nazywało się "wyjściem po angielsku". Czyżbym więc stykał się z ewolucją tegoż, w postaci "olania po angielsku"? 

Po tym zostaje tylko zawód i niesmak, z czego powinienem się może nawet cieszyć, skoro występy niektórych osobników potrafią wywołać głęboką niechęć i obrzydzenie do drugiego człowieka. Daję szansę poprawy, wyciągnięcia się na lepszą ocenę, niekiedy jest to tożsame z uratowaniem przed spędzeniem wakacji z podręcznikiem w ręce dla przygotowania się do sierpniowej poprawki, przywracam upłynięte terminy, słowem (no dobra - trzema słowami) - idę na rękę. A w zamian dostaję najbardziej żenujący spektakl bezczelnego ściągania i łgania w żywe oczy. Zwracam uwagę raz, zwracam drugi i... NIC! Robi to dalej! Kiedy zabieram pracę - potrafi głośno i z oburzeniem protestować, wmawia że przecież on/ona nic, zupełnie, że czemu ja, i w ogóle... Mam ochotę wzdrygnąć się z obrzydzeniem, czuję się głęboko zdegustowany zetknięciem z kimś tak fałszywym, kłamliwym i bezczelnym, tak przekonanym, że może swoimi słowami przeinaczać rzeczywistość. O czym tu można dyskutować, kiedy widzę na podołku włączonego smartfona ze stroną www, sms, czy mailem? Do czego mnie można przekonywać, kiedy odpowiedź do zadania podaje się na głos przez całą długość sali? Naprawdę sądzi się, że nie widzę tej słuchawki w uchu piszącej? Naprawdę sądzi się że nie zobaczę, a nawet jeśli, to uwierzę, że ten smartfon podało się piszącemu w drodze do mojego biurka żeby mnie o pierd jakiś zagadać i odebrało się wracając, tylko po to, żeby sobie kolega fona potrzymał?

Można powiedzieć, że praca z młodzieżą sprzyja higienie - po zetknięciu się z niektórymi jej przedstawicielami mam ochotę wziąć prysznic. :-(

sobota, 14 czerwca 2014

335.Ambiwalentność

Poczułem, że jest coś nie tak.
Dziwny niepokój, nieokreślony co do źródła, nie bardzo natarczywy, ale dostateczny by być odczuwalnym. 
Czegoś brakuje...
O-o!
Półka klasówkowa jest pusta!
Skończyły się prace do sprawdzania i półka obok biurka zawsze zapełniona równymi stosikami prac ułożonych w kolejności chronologicznej, teraz świeci gołą gładzią drewna na całej długości.
Oj... ojoj. To znaczy jedno - zbliża się trudny czas, czas urlopu. Czas, kiedy nie ma czym zająć uwagi, ani wypełnić go czymś absorbującym na tyle, by natrętne smutne myśli trzymały się gdzieś za płotem.

Oceny klasyfikacyjne już prawie wszystkie poustalane, tylko je powpisywać do dzienników. Programy i podstawa programowa zrealizowana, w zasadzie mogę im już same filmy puszczać. ;-) 
Jeszcze tylko kilka osób jeszcze ma coś zaliczyć i będzie spokój. Potem trzeba będzie dokończyć papierologię - spłodzić plik psu na budę potrzebnych sprawozdań, popisać uzasadnienia endeestów (bo kiedy zły nauczyciel postawi jedynkę na koniec roku, to musi się z tego pisemnie wytłumaczyć - "co zrobił, żeby uczeń jej nie miał", serio), arkusze ocen uzupełnić, kiedy moje ex-diablęta weneckie odbiorą zaświadczenia o wynikach matury (27 czerwca dowiem się jak cholery ją pozdawały).
Potem już rekrutacja i 5 tygodni urlopu, który trzeba będzie jakoś przeżyć. I tęsknię za nim i z niechęcią go witam. :-(

wtorek, 10 czerwca 2014

334.Swołocz

Biedny M. miał paskudną przygodę. Wybrał się na randkę, z klubem w programie. Tam zaś, choć nietrunkowy, dał się randkowiczowi namówić na drinków kilka, które go ścięły na maksa. Po (zmierzonych później) promilach sądząc, niejedna matka karmiąca więcej sobie golnie, no, przynajmniej w Rosji. Ale M. nie pije i głowę ma słabą jak niemowlę. No i Zed dead, baby, Zed dead!
Po wyjściu  z klubu koleś go zostawił i pod jakimś pretekstem się ulotnił. W nocy, w mało ludnym miejscu, chłopaka z urywającym się filmem! Co za skurwysyństwo! 
Szczęściem w nieszczęściu przejeżdżał patrol i odstawił M. do "hotelu dla trunkowych", nim mu się jaka poważniejsza krzywda stała. Dopiero rano dowiedział się i odtworzył co się z nim działo. 
Niewątpliwie to byla najdroższa z jego randek (ubranko i honorarium pensjonatu), ale i tak łaska boska, że mu nic poważniejszego się nie przydarzyło.
Żeby człowieka w takim stanie zostawić? Porzucić narażając na rozmaite niebezpieczeństwa? Czy to zachłyśnięcia się wymiocinami i śmierci z uduszenia  czy też gwałt, pobicie, okaleczenie! Ot, ścierwo.

Choć był w tym i aspekt humorystyczny, bo dziś M. powstrzymał się  od tradycyjnej rady: "Nie możesz rezygnować. Musisz kogoś poznać, kogoś sobie znaleźć!"

poniedziałek, 9 czerwca 2014

333.Podaj mi, dziecko, kuszę

Przykre jest odmawianie uczniom oceny wyższej niż ta, którą wypracowali. Niektórzy (-re) chodzą i proszą, żeby im dać jeszcze jakąś szansę. A co tu jedna praca zmieni, kiedy ocen ma 12-15 i wychodzi z nich coś wyraźnego? Charakterystyczne jest dość częste występowanie strategii zupy z gwoździa. 
1. Najpierw zachwiać przekonaniem belfra i wybłagać zgodę na możliwość "powalczenia jeszcze".
2. Wychodzić warunki generalne np. zaliczenie działu X.
3. Następnie zacząć grymasić i nalegać, żeby konkretne warunki zaliczenia były wygodne dla ucznia, czyli jeśli belfer życzy sobie napisania sprawdzianu, to naciskać na odpowiedź ustną, jeśli chce ustnej, to cisnąć na pisemną, jeśli chce rozprawki to prosić o test, kiedy godzi się na test, to żebrać o "abc" itd. Szczytem są klienci, którzy wysępiwszy już upierdliwą presją swoje warunki strzelają tekstem w rodzaju: "A może ja bym jakiś referat w domu napisał i przyniósł? Muszę to zdawać?" W tym momencie mój wzrok biegnie tęsknie ku filarkowi między oknami, na którym w mojej szkole, którąm onegdaj kończył, wisiała okazała kusza. Niestety, w mojej pracowni filarek jest pusty... Cóż za niedoróbka!

Ale na allegro zdaje się, że widziałem szpicruty...

* * * * *
Komentarz kolegi Sansenojskiego do tej notatki przywiódł mi na myśl pewien obraz Kossaka. ;-)

Wojciech Kossak "Z depeszą"

czwartek, 5 czerwca 2014

332.Słuchaj ojciec!

Półtorej setki prac sprawdzonych w tym tygodniu, a właśnie sprawdzają się kolejne. Codziennie po pracy reszta dnia spędzona przy pracach, kompie i materiałach do lekcji. Zakupy po drodze do domu. Spacer wykluczony - szkoda czasu - praca czeka. A poza tym... lepiej nie widzieć.

Szok w pracy po zapoznaniu się z rozdziałem godzin na przyszły rok w naszym zespole. Ja tylko kręcę głową z podziwem nad... khehmmm... niech będzie: nieustająco zaskakującą pomysłowością dyrekcji i niezłomną niechęcią do dłuższych (niż najbliższa) perspektyw w planowaniu, za to kolega wyglądał jakby potrzebował defibrylacji. Nie wiem czy jego psychiatra ma prawo przepisywać dostatecznie silne antydepresanty. W każdym razie finansowo będzie mi dużo szczuplej.

Fikcja pod tytułem szkolenie odfajkowana. Pan, cokolwiek nieco branżowo zalatujący, gadał przez bite cztery godziny chaotycznie, ogólnikowo i bezproduktywnie. Kojarzył się z apostołem po kursie korespondencyjnym. Prywatnie może być interesującym towarzyszem i rozmówcą, ale jako edukator... oj. Czułem się jak ojciec, któremu odsłania się oto niezwykle doniosłe odkrycie nauki potwierdzone licznymi badaniami - stosunek płciowy! Ale na tak wysokim poziomie ogólności i abstrakcji, że gdybym już nie wiedział co i jak, to ni cholery bym się nie domyślił na czym to polega i jak to się robi.

środa, 4 czerwca 2014

331.Apocalypsis cum figuris

Alexanderson zniknął z Warszawy i blogosfery -
jego blog pod nazwą widoczną w tytule notki zniknął za hasłem.
Szkoda.
Oby mu się na tym dalekim zachodzie ułożyło lepiej niż w stolicy.

Alexandersonowi


EDIT: Blog wrócił, pozostaje mieć nadzieję, że Alexanderson będzie nadal w nim pisał.. :-)

wtorek, 3 czerwca 2014

330.Skorupka lubi szarości

Brnięcie przez stosy dyrdymałów wypisywanych przez uczniów w sprawdzianach. Ustawiczne budzenie się w nocy - kiedyś zupełnie mi nieznane, spałem jak kamień, burza z piorunami mijała mnie niezauważona, a dziś... bywa że i dwa razy na 6 godzin ze snu się wybijam. Pusto i smutno. Staram się zaprzątać swoją uwagę pracą, netem, obowiązkami domowymi, jakąś pozorowaną krzątaniną, żeby nie widzieć, nie myśleć, nie czuć. Zdałem sobie sprawę z tego, że znów po mieście chodzę z opuszczoną głową. Bo po cóż widzieć to, co tylko przykro przypomina? Zapominanie jednak wciąż idzie mi kiepsko. Być całe życie samotnym i jeszcze tego nie polubić - cóż za żenująca nieudolność!
I żywsze kolory od dawna nie opuszczają już szuflad i wieszaków. Skorupka lubi szarości. Dni zadaniowo i wypełniaczowo opędzane mijają tak niezauważone, że tylko weekendy sygnalizują upływ kolejnego tygodnia. Zbliżające się wakacje przypominają, że mija kolejny rok, równie zbędny, bezużyteczny i pusty jak poprzednie. Dobra Bozia chyba naprawdę miała gorszy dzień, kiedy siedziała nad projektem Mr Aberfeldy - taki niewypał wypuścić... no doprawdy!

niedziela, 1 czerwca 2014

329.Korwiniści

Na dwóch, kompletnie różnych, forach zaciekłe dyskusje korwinistów i antykorwinistów. Na jednym przewagę mają ci pierwsi, na drugim - ci drudzy. Po lekturze przyszły mi na myśl takie refleksje: 

1) Korwinista na ogół sądzi, że (zawsze) będzie młody, sprawny, zdrowy, dobrze zarabiający i nie potrzebujący żadnej pomocy.

2) Korwinista świetnie sobie radzi na poziomie makro-ogólników, za to bardzo niechętnie schodzi na poziom mikro-konkretów, ukazujących jego postulaty w praktyce (w realnym życiu).

3) Z wypowiedzi wielu korwinistów przebija potworny, aspołeczny egoizm. Można odnieść wrażenie, że spośród linijek ich tekstów wydziera się krzyk: "To moje, kurwa, TYLKO MOJE pieniądze! Odpierdolcie się od nich, one mają być tylko dla MNIE!"  

Realizacja tej wizji to po prostu dorżnięcie naszego dychawicznego i ułomnego społeczeństwa. Zamiast wzmacniania więzi społecznych, prowadzi to do ich zaniku i rozpadu społeczeństwa na dwie grupy: zamożnych i plebs. To przyśpieszenie ukazywanych w filmach wizji społeczeństwa przyszłości, w którym rządzi nieliczna opływająca w dostatki elita, izolująca się w strzeżonych enklawach, otoczonych przez nędzne fawele zamieszkałe przez robocze bydło o półniewolniczym statusie. Nie trzeba dodawać, po której stronie ogrodzenia widzą się zwolennicy JKM.
Zamiast naprawy naszego, mocno niedoskonałego, państwa próbuje się je zniszczyć, przynajmniej w sensie "rzeczypospolitej", czyli rzeczy wspólnej. Nie tyle sam Korwin i jego awans mnie martwi, ile ukazanie skali tego czynnika aspołecznego. To przełom porównywalny z tym, gdy obłąkany Antoni ze swoim pryncypałem ujawnili rozmiary grupy owładniętych myśleniem spiskowo-magicznym i lękiem przed zmianami. 

Te grupy zawsze były, lecz zbyt łatwo zapominaliśmy o ich istnieniu.

niedziela, 25 maja 2014

328.W ogrodzie-by

Gorąco i parno - czuć, że gdzieś tam, za horyzontem grasują burze.

Przeczytałem najnowszego Pratchetta, w sumie fajne, choć jakoś bez fajerwerków. Mam wrażenie, że w ostatnich książkach postacie Vetinariego i Vimesa są opisywane ciut inaczej niż w starszych; nie potrafię tego sprecyzować, ale dotyczy to ich zachowania - są bogatsze? bardziej zróżnicowane? Sam nie wiem. Ale myślę, że to dobrze świadczy o autorze, że potrafi zróżnicować opisy zależnie od od tego, z którego punktu widzenia opisuje postać; widać to szczególnie wyraźnie w książkach, których bohaterem jest Moist von Lipwig. Różnicę talentu (nie tylko pisarza, ale i tłumacza - wybitny Piotr W. Cholewa!) widać kiedy porównamy sir Terry'ego z Glenem Cookiem (cykl o przygodach Czarnej Kompanii), który wypowiedzi wszystkich postaci pisze tym samym stylem (wszyscy w zasadzie mówią tak samo), co nuży i na dłuższą metę zniechęca.

Jak przyjemnie byłoby wyciągnąć się na leżance w ogrodzie, w cieniu,
z łagodnym wiaterkiem, otoczonym zielenią i kwiatami...   


Hélas!