Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

piątek, 30 stycznia 2015

393.Wojna secesyjna w kolorze

Trafiłem na ciekawą stronę: http://civilwartalk.com/forums/colorized-period-photographs.139/ na której zapaleńcy umieszczają pokolorowane przez siebie czarno-białe fotografie uczestników wojny secesyjnej. Pozostając w nienaruszonym szacunku dla czarno-białej fotografii, muszę przyznać, że te kolorowanki robią silne wrażenie - można by rzec, iż dzięki nim ci ludzie ożywają. Połączenie specyficznej plastyki ówczesnej fotooptyki z umiejętnie dobranym kolorem daje bardzo ciekawy efekt.

Tytułem  cytatu - dla zachęcenia do odwiedzenia wspomnianej strony:

konfederacki generał Joseph R. Anderson

federalny generał Gershom Mott


392.Refleksje na koniec stycznia

 Ferie, ferie i po feriach. Odfajkowałem w ich trakcie kolejny rok tej bezużytecznej wegetacji. Schwester, napotkana tego dnia na mieście, nie omieszkała mi przypomnieć który to już. Abstrakcyjna ta liczba... nie czuję żadnego jej związku z tym jak się czuję. Oczywiście, jeśli nie liczyć faktu przejścia na emeryturę i wypatrywania już tylko szczupłej postaci w czarnej szacie, która zagadnie bezdennym głosem: WITAJ, CZEKAŁEM NA CIEBIE*)! Ja zaś będę mógł  westchnąć: "A ja na ciebie! Tyle lat się męczyłem! Nie mogłeś, do kurwy nędzy! pofatygować się wcześniej?!"
___________________________________
*) vide: Pratchett.

niedziela, 25 stycznia 2015

391.O wojnie secesyjnej powieści

Ferie lekturowo upływają pod znakiem wojny secesyjnej. Czytam sobie z prawdziwą przyjemnością trzytomową opowieść Shaarów (ojca i syna) o amerykańskiej wojnie domowej z lat 1861-65: "Bogowie i generałowie", "Gettysburg" i "Żywi i polegli". Temat nie jest mi zupełnie obcy, bo od lat przy różnych okazjach sobie poczytywałem na ten temat, a i kilka filmów obejrzałem, z żalem wzdychając, że nas nie stać (finansowo i technicznie) na kręcenie podobnych batalistycznych obrazów o naszej historii.

Mimo upływu lat zadziwia mnie niezmiennie zapał z jakim Amerykanie mordowali się w tej wojnie. Z jakim niezwykłym poświęceniem i nieustępliwością szli do niezwykle krwawo prowadzonych bitew. Przegrywali jedną, szli na drugą, zmasakrowani w trzeciej - myśleli o czwartej. Zdumiewające! Dawno już zauważono, że wojny domowe należą do najokrutniejszych. Także dlatego, że podziały między walczącymi idą przez miejscowości, ulice, domy, przyjaźnie, rodziny; przykładem może być generał federalny John Gibbon, którego trzej rodzeni bracia, dwóch szwagrów i kuzyn walczyli w armii Konfederacji.

Technika wojenna poszła do przodu - granaty artyleryjskie z zapalnikami czasowymi, dalekonośne karabiny gwintowane, broń wielostrzałowa, a przez pół wojny walczono jak za Napoleona i broni gładkolufowej - zwarte, głębokie szyki i zmasowany atak piechoty "idącej w dym". Efektem były przerażające straty. W słynnej szarży Picketta pod Gettysburgiem w 1863 r. straty (i krwawe i niewola) sięgnęły połowy atakujących piechurów Konfederacji. A jednak wojna trwała nadal - żołnierze nadal walczyli...

czwartek, 22 stycznia 2015

390.Przed lekturą weź coś na obniżenie ciśnienia

Jarek K. w komentarzu wyraził żal z powodu nieznajomości zarobków nauczycieli. Więc proszę bardzo:

Zaznaczam, że nie zajmuję się sprawami płacowymi i mogłem coś pokręcić, ale podaję bona fide.

I. Pensja zasadnicza
Dla uproszczenia wszyscy są magistrami z przygotowaniem pedagogicznym (czyli top; jak im jednego z nich brakuje, to wtedy pensja niższa) , netto obliczone przy założeniu że stanowi 69,724% brutto:
a) stażysta - brutto 2.265 zł. / netto 1579 zł. 
b) kontraktowy - brutto 2.331 zł. / netto 1625 zł.
c) mianowany - brutto 2.647 zł. / netto 1845 zł.
d) dyplomowany - brutto 3.109 zł. / netto 2168 zł.

II. Dodatek za wysługę lat.
1% pensji zasadniczej za każdy przepracowany rok, ale nie więcej niż 20%;
czyli może wynieść maksymalnie:
c) mianowany - 369 zł. netto
d) dyplomowany - 434 zł. netto

Kolejne składniki wypłaty mają charakter fakultatywny, to znaczy nie wszyscy nauczyciele je dostają.

III. Zapłata za godziny ponadwymiarowe.
Odpowiednik "nadgodzin" w innych branżach. To godziny zajęć lekcyjnych powyżej etatu, czyli pensum 18 godzin dla nauczyciela-przedmiotowca (inni, jak bibliotekarze,  pedagodzy itp. mają inne, wyższe pensa!). Mogą być stale przydzielone lub doraźnie (zastępstwa). Nauczyciel może mieć maksymalnie 9 godzin ponadwymiarowych stale przydzielonych (w wymiarze tygodniowym) w jednej szkole, nie ma limitu na zastępstwa. Wielkość kwoty zależy od stawki osobistego zaszeregowania nauczyciela (w uproszczeniu - stopnia awansu zawodowego) i jest jakąś tam częścią pensji zasadniczej. Z poważnym zastrzeżeniem niepewności co do prawidłowości wyliczeń, orientacyjnie:
b) kontraktowy - 22 zł netto
c) mianowany - 25 zł. netto
d) dyplomowany - 29 zł. netto
Mnie się dotąd wydawało, że te kwoty są o parę złotych wyższe.

IV. Dodatek motywacyjny.
Zależy od zasobności i hojności organu prowadzącego. Rozpiętość w kraju jest ogromna - są gminy w których wynosi on (podobno - piszę tak, bo nie znam konkretnych lokalizacji, ale nie mam powodu nie wierzyć w prawdziwość informacji) kilka-kilkanaście złotych, lecz w dużych, bogatych miastach wynosi on kilkaset złotych. W Warszawie np. wynosi on (jak mi się zdaje) 600 zł brutto na etat (od 1.09.2014, wcześniej tego roku było 450 zł brutto, a w 2013 r. - 300 zł brutto). Ta stawka "na etat" oznacza, że dyrektor ma pulę pieniędzy do podziału wedle swego uznania i regulaminu na dodatki poszczególnych nauczycieli, czyli Kowalska może dostać 200 zł brutto, a Malinowska 1000 zł. brutto.

V. Dodatek za wychowawstwo.
Podobnie jak wyżej, rozpiętość od 5 (!) zł w niektórych gminach, do przypuszczalnie 100-200 brutto w bogatych, np. Warszawie jest to 170 zł brutto.

VI. Jakieś dziwne i egzotyczne dodatki w rodzaju: wiejskiego i mieszkaniowego.
Każda gmina sama sobie ustala ich wysokość, mgliście się w ich wysokościach orientuję, ale zdaje się, że to kwoty rzędu kilkudziesięciu złotych za mieszkaniowy i podobno nawet 200-300 (??) zł brutto za wiejski.

Do tego świadczenia okazjonalne:

VII. Dodatkowe wynagrodzenie roczne ("trzynastka").
Wypłacane raz w roku w I kwartale. Nie mam bladego pojęcia jak się wylicza jego wysokość, przypuszczam że jakoś uśrednia się pensje miesięczne z minionego roku. W dużym przybliżeniu odpowiada wysokością przeciętnej pensji.

VIII. Świadczenia z funduszu socjalnego.
Korzystają z niego nie tylko nauczyciele, ale także pracownicy administracji i obsługi!
a) na święta Bożego Narodzenia lub w sytuacjach losowych, trzeba uzasadnić konkretną potrzebą życiową, przeciętnie to chyba jakieś 300-400 złotych netto, a jak były poważne wydatki np. na leczenie czy katastrofa życiowa to więcej, ale nie sądzę, żeby ponad 1000 zł netto i to góra jedna, dwie osoby na całą szkołę.
b) świadczenie urlopowe 
Wypłacane raz w roku proporcjonalnie do wymiaru czasu pracy i okresu zatrudnienia nauczyciela w danym roku szkolnym. To kilkaset złotych na rękę, ale nie pamiętam konkretnych kwot. Wydaje mi się, że w 2014r. to było jakieś 600-700 zł netto na pełny etat, ale to tak z dużym zastrzeżeniem sklerotycznym.

IX. Jakieś ekstrasy.
Być może zamożne samorządy dorzucają jakieś pieniądze ekstra np. "karpiowe", ale jakie to kwoty i gdzie tak dobrze - nie mam pojęcia.

Tu zaś dla porównania link do artykułu z przykładami konkretnych pensji. 

Trzeba pamiętać, że w zależności od miejscowości i obowiązków (liczby godzin) pensje konkretnych nauczycieli nawet w tym samym stopniu zawodowym są bardzo zróżnicowane! 

A teraz drogi Czytelniku, jeśli jeszcze Cię szlag z zawiści nie trafił,
to możesz sobie policzyć różne warianty zarobków nauczycielskich
w zależności od użytych zmiennych.

wtorek, 20 stycznia 2015

389.Kształcenie-gonienie

Mam wrażenie, że jednym z najważniejszych zadań dyrektora szkoły jest dziś pozyskiwanie pieniędzy od sponsorów na realizację jej zadań statutowych. Gminy uwielbiają jęczeć i zawodzić, ileż to wydają na oświatę i że przytłaczająca większość tych pieniędzy idzie na nauczycielskie pensje. Owszem, zdecydowana większość budżetu szkoły to płace, ale nie dlatego, że są one tak wielkie, tylko dlatego, że ten budżet jest tak ubogi i gminy drastycznie oszczędzają na wszystkim innym. Stąd się biorą samorządowe podchody, żeby uwolnić się spod "tyranii" Karty Nauczyciela, bo wówczas mogliby poobcinać i pensje, tak jak to już zrobili z wszystkimi innymi wydatkami.

Zastanawiam się czy przypadkiem nasi decydenci nie wyobrażają sobie nauczania w ten sposób, że nauczyciel stoi i gada, albo zadaje zadanie do zrobienia - wypisz wymaluj tak jak 30 czy 40 lat temu, kiedy oni sami "pobierali nauki". I wedle tego właśnie wyobrażenia kreślą budżety. Lecz dziś wypadałoby uczyć trochę nowocześniej: na takich przedmiotach jak biologia, chemia czy fizyka zrobić jakieś doświadczenia, coś pokazać (niekoniecznie od razu zburzenie skrzydła szkoły, ale coś efektownego). Dać środki na wyposażenie pracowni w sprzęt i materiały. Nie mówię już nawet o jakiś elektronicznych gadżetach jak wagi, kamery do mikroskopów itp. ale zwykłe szkło i odczynniki, narzędzia i materiały do robienia preparatów... takie tam choćby! Żeby osiągnąć poziom zaawansowania wyposażenia jak przed wojną... :-x

Tyle co się mówi o potrzebie gonienia rozwiniętego świata, kształceniu inżynierów, techników itp. a to lipa&humbug jest. W szkołach najlepiej robić klasy lingwistyczne, humanistyczne, geograficzne - bo tanie! W mojej szkółce duża część wyposażenia pracowni: biologicznej, fizycznej, geograficznej i historycznej pochodzi jeszcze sprzed 1989 r.! Że nie wspomnę o mapach starszych ode mnie...

Rzut oka na podstawę programową i budżety szkół rozwiewa złudzenia co do owego gonienia. Znów daliśmy się jako społeczeństwo zrobić w trąbę i nawet tego nie zauważamy, a jeśli zauważamy to guzik nas to obchodzi, bo "moja chata z kraja".

niedziela, 18 stycznia 2015

388.Alojzy

Inspekcja tratwy Meduzy zakończona, raport będzie za parę tygodni, a na razie parę refleksji "z".

Część załogantów olała zgrabnem strumieniem inspekcję, co wytworzyło w gronie pewne kwasy - o dziwo wyartykułowane na naradzie. 1/3 załogi nie była uprzejma pofatygować się wypełnić ankietę, w której inspekcja badała jak też we własnym mniemaniu załoga pracuje. Zważywszy, że są placówki, w których ankietę wypełniło 100% uprawnionych, to daliśmy niezły występ.

Inspekcja życzyła sobie obejrzeć niektóre prace pokładowe; to że im się wybory miotały i co dzień zmieniała się lista prac do obejrzenia, to nawet mniejsza, choć szarpało nerwy ludziom. Lepsze jest, że część załogi, jako starzy rutyniarze, co to z niejednej wody ryby jedli, uznała że nie musi się w żaden sposób przygotowywać i poszła z marszu, tak jak stali. (a jak stali, tak się wyj...li, jak by napisał poeta). No i część obserwacji wypadła razczej niepomyślnie, z czego większość chyba jeszcze nie zdaje sobie sprawy.

Tak przy okazji ciekawi mnie czy magazynier Alojzy zachorował przed tym czy po tym, jak się dowiedział, że został  wytypowany do obserwacji. 

Klienci, znaczy pasażerowie, też nie dopisali, ukazując inspekcji mniej więcej 50-procentowe obłożenie, które nie zostało poczytane za satysfakcjonujące. Rodzice pasażerów również nie rzucili się zbytnio do wypełniania ankiety dla nich przeznaczonej i wypełniło pewnie z 15%.

Jako że syćkie my som udane, to i obsada mostka też błysnęła. Najpierw nie kojarząc, że może korzystnym byłoby wyznaczyć zastępstwa na dyżurach na przerwach za nieobecnych, żeby inspekcji nie przywędzić dymem tytoniowym z toalet. Potem zaś tak obszernie informując inspektorów o dokonaniach placówki, że kiedy ci przystąpili do wywiadu z grupą załogantów, to dostrzegli pewną... niespójność obu strumieni informacji, którą skwitowali: "Ależ ja widzę, że u państwa bardzo dużo się dzieje! Dyrekcja nic o tym wspominała." No, brawo!

Ciekawe, naprawdę ciekawe - na którą literkę nas podsumują?

Pisząc powyższą notkę zdałem sobie sprawę z tego, że właściwie nie mam nawet komu o tym tygodniu opowiedzieć - jak się czułem, co myślałem, jaką ulgę czuję teraz, że jest te parę dni prawdziwego wolnego (bo w święta i nowy rok to była praca, nerwy i żaden relaks). Cóż, człowiek ma takie życie na jakie sobie zasłużył...

piątek, 16 stycznia 2015

387.Farciarz

Tydzień (a właściwie półtora) koszmarny w pracy dobiegł końca; chyba jeden z najbardziej stresujących tygodni w mojej karierze zawodowej. Choć i tak być może, że to specyfika mojej psychiki - "było - minęło, płyniemy dalej!" i poprzednich podobnych stresów już nie pamiętam, wyparłszy je skutecznie. Od świąt do dzisiaj - miesiąc jak strzelił - żyłem w stresie i napięciu. Dziś to już zełżało. Wprawdzie nie wiadomo co rewizorzy z ministerstwa żeglugi wysmażą o naszej tratwie w swym raporcie, ale mnie to już właściwie niespecjalnie obchodzi. Co do mnie należało, zrobiłem najlepiej jak umiałem, a co dalej, to już na to żadnego wpływu nie mam. Dziś miałem naiwną nadzieję wyjść trochę wcześniej niż we wszystkie noworoczne dni, ale jak się zabrałem za wypełnianie dokumentacji, to bite 5 godzin po lekcjach mi na tym zeszło i zmrokiem ulica mnie powitała. Wszystkich papierów zresztą i tak nie ogarnąłem. Wymowne, zważywszy, że mam u nas opinię belfra z wyjątkowo sumiennie prowadzoną wszelką papierologią.

Czuję się jak wymłócony. Umysł wie że jestem wyżęty i padnięty, lecz ciało jeszcze nie przyjmuje do wiadomości odtrąbienia alertu i wciąż utrzymuje wszystko w mobilizacyjnym spięciu. Mam nadzieję, że kiedy puści, to się nie rozsypię - wolałbym te kilka dni urlopu spędzić jakoś bardziej ruchliwie niż chorując. Zresztą w poniedziałek chyba będę musiał przespacerować sie z powrotem do roboty na rozmowę z dyrekcją, bo trzeba wyjaśnić pewne kwestie, a wolę nie załatwiać tego drogą mailową ani telefoniczną - mógłbym się... powiedzmy, że eee... zdziwić, ujrzawszy co zrobiło z informacją moje drogie kierownictwo, pozostawione z nią sam na sam. W takich przypadkach kreatywność decyzyjną ma godną podziwu, o zwalaniu  świadków z nóg nie wspominając.

W kuchni na stole leży jabłko. Zasługuje na tytuł "Farciarza Roku". Pięć razy, dzień po dniu, było brane do pracy w charakterze drugiego śniadania (oraz obiadu i podwieczorku) i za każdym razem wracało nietknięte - nie ze stresu, lecz z braku czasu nie miałem kiedy go zjeść. Myślę, że teraz powinienem pozwolić mu na spokojne doczekanie końca w skurczeniu i odejście w całunie pleśni. Bohaterów fortuny się nie zjada. 

piątek, 9 stycznia 2015

386.Mentalność fabrykanta

Zasnąłem po drugiej w nocy, licząc na to że do tej 7.30 sobie pośpię i choć trochę snu złapię. Jednakowoż 6.15 - telefon. M. ma problem i potrzebuje pomocy: guzik w koszuli mu się urwał i co on ma zrobić, bo nie umie przyszyć i czy ja umiem i czy mógłbym mu pokazać jak to się robi? Aha, na niedzielę potrzebuje. Po tym fonie to już sobie nie pospałem, a do pracy podążyło Zombiefeldy. Kilka wieków temu, kiedym był młody, to się szybko regenerowałem noc zarwawszy, a dziś organizm stary i zużyty, to i przywrócenie do choć częściowej sprawności zajmuje więcej czasu.

Trudne i przykre rozmowy z paroma rodzicami - trudne przypadki, niewiele możemy zrobić, żeby tym młodym ludziom pomóc. Nasza polityka zarządzania oświatą jest silnie nacechowana dążeniem do oszczędzania na czym się da. A to powoduje, że nasz system szkolny nie jest przyjazny uczniom z problemami różnego typu. Nietypowe przypadki wymagają zwiększonych nakładów, a to jest zagrożeniem dla ważnego założenia strategicznego - wydawania możliwie mało. Najlepiej jakby dało się wszystkich przepuścić przez cały, wieloetapowy cykl kształcenia jak najtaniej, w jednej masie, bez żadnych podnoszących koszty wariantów. Coś jak z ofertą Forda: "Możesz kupić Forda T w dowolnym kolorze, z tym tylko zastrzeżeniem że będzie to kolor czarny".

M. wpadł pod wieczór, zobaczył jak się przyszywa guzik i nawet sam dzielnie kilkanaście przewleczeń wykonał. Zuch chłopak!

385.Krótka doba

Obliczanie ocen klasyfikacyjnych właśnie skończone. Spis argumentów do dyskusji z kierownictwem tratwy Meduzy w sprawie rewizorów z ministerstwa żeglugi przed chwilą przygotowany (znów mam wrażenie, że będę objaśniał i niósł na mostek coś, co właśnie z tego mostka powinno było już dawno spłynąć w przemyślanym rozkazie kapitańskim); muszę tylko pamiętać, żeby nie mówić w górno-khandyjskim czy innym roccolańskim.  Jeszcze tylko przygotować materiały do lekcji na jutro i będzie można iść spać. No, ale jak się z pracy wyszło o 19-tej, a potem jeszcze przez ponad pół godziny telefonicznie omawiało sprawy wychowawcze z koleżanką, to tak zeszło. Szkoda tylko, że ja wciąż zejść nie mogę.

O! już piątek!

Uzupełnienie:

01:44 - Robota skończona, można iść spać.


wtorek, 6 stycznia 2015

384.Turlając się w dół

Takiej przerwy świąteczno-noworocznej jeszcze nie miałem. W Wigilię, Sylwestra i Nowy Rok siedzieć nad pracą - tego jeszcze nie przerabiałem. W poniedziałek przed 3Królami oczywiście poszedłem do pracy; wyszedłem z niej jako jeden z ostatnich - tyle mi zeszło na porządkowaniu dokumentacji. Prowadzenie podwójnej dokumentacji (papierowej i elektronicznej) to zajebista sprawa, sama radość dla wychowawcy! Dziś cały dzień spędziłem przy papierach i kompie. Dyrekcja doznała iluminacji i pocztą pantoflową podrzuciła jeszcze na cito robotę - jakby nie można było tego zaplanować przed świętami! Mam poczucie narastającego przytłoczenia - właściwie potrzebuję jeszcze jednego wolnego dnia, żeby ogarnąć w tym tygodniu niezbędną robotę. Czuję się fatalnie, a wiem, że będzie jeszcze gorzej. Między przerwą świąteczno-noworoczną a feriami zimowymi (w tym roku) jest zaledwie półtora tygodnia zajęć, a ja mam poczucie, że to będzie maraton koszmaru. Mam nieprzyjemne wrażenie, że ciężko odchoruję to kiedy napięte nerwy puszczą w końcu na rozpoczęcie ferii.  

Idźmy wytrwale! Tam w dali, za zwieraczami musi być światło!



sobota, 3 stycznia 2015

383.H3 alias H-B5A. Uwaga spoilery!

W piątek trzeba było rano podreptać do pracy. Najpierw załatwiłem bambini złażące się stopniowo do poprawiania różnych sprawdzianów, a potem zająłem się papierkową robotą. Przerwała mi ją w pewnym momencie pani woźna wyrastając nagle przy biurku z komunikatem: "Ja już wychodzę. Jak pan skończy, to powyłancza pan i pogasi wszystko." Tak też i zrobiłem, dziwiąc się tylko co już tak ciemno na dworze się zrobiło. Poogarniałem z grubsza dzienniki, ale mam niemiłe poczucie, że właściwie powinienem przyjść w poniedziałek i dalej porządkować papierzyska, choć podzieliliśmy się dyżurami tak, że mam wtedy wolne.

Wieczorem wybrałem się (Achtung, achtung!) do kina. Zaprosił mnie M. na "Bitwę pięciu armii i jednego hobbita". Od kilku tygodniu już to zapowiadał jako prezent świąteczny. Wyraźnie mu na tym zależało. Nigdy nie byliśmy w kinie, więc pomysł mi się spodobał, tym bardziej że i sam chodzę bardzo rzadko (niestety). Godzina przed seansem - telefon. M. pyta czy może wziąć swojego znajomego, który jak usłyszał że idziemy na "Hobbita" to też chciał pójść. Jegomościa znałem tylko ze słyszenia, ale dawno temu trafił na moją czarną listę za to jak kiedyś potraktował M. Jednakowoż mściwy nie jestem, a skoro M. zaprasza to ma prawo sobie dokooptować kogo zechce. OK, gość idzie. Ale eMuś ma problem: jak to zrobić, żeby znajomy się nie zorientował, że ja mam bilet fundowany, a on nie. Kiedy usłyszałem zgrzytające trybiki maszynki do napoleońskich planów i poczułem że na nieodległym horyzoncie widać szybko zbliżajace się zażenowanie, skończyłem sprawę deklaracją, że najprościej i najlepiej będzie jak po prostu sam za siebie zapłacę. I tak też się stało. :-))
A gość tak jakoś manewrował, że siadł między mną i M. Nie powiem, żebym był tym zachwycony.

Trzecia część "Hobbita" jest zdecydowanie najsłabszą. Pomysł zarezerwowania całej trzeciej części filmu na bitwę Pięciu Armii uważam za dobry i uzasadniony, ale kiepsko przeprowadzony. Sądzę, że przede wszystkim wyszła tu dotkliwie zasadnicza słabość Petera Jacksona (i jego scenarzystek?) - nie dorównywanie i co za tym idzie nie rozumienie Tolkiena. Zmieniają to, co Tolkien napisał, często na gorsze, bez dostatecznego uzasadnienia wymogiem filmu. Widać ich wyraźne niedostatki w szerokim spojrzeniu na całość postaci, całość historii. Ulegają ciągotom ku efekciarstwu, ku grepsom, ku drugorzędnym kwestiom, tracąc z oczu sprawy istotne. Do tego, niestety, w tej części doszły jeszcze niedoróbki realizatorskie.

Wybrane przykłady. Kolejność nieco przypadkowa. [UWAGA SPOILERY!]
1. Brak pomysłu na bitwę. Skoro pokazujemy wymyśloną bitwę, to należało ją najpierw starannie rozpisać tak, by widz miał wrażenie, że ogląda sekwencję faktycznych wydarzeń prowadzących do zwycięstwa sił dobra. Tymczasem wszystko to się nie bardzo kupy trzyma i po pierwszych ciosach armie zdają się miotać po polu bitwy; co tam się generalnie dzieje - nie wiadomo. Taktyki w tym wszystkim nie widać. Tolkien opisuje bitwę lakonicznie, ale widać w niej jakieś zamysły taktyczne, jakieś przyczynowo-skutkowe ciągi zachowań obu walczących stron. A w filmie - cała para w incydenty i detale.

2. Ciężko opancerzeni orkowie nie sprawiają wrażenia, że bardzo ustępują szybkością elfom (te zresztą to jakieś cyborgi sterowane jednym pilotem). Szarżę orków na początku bitwy elfowie przyjmują na białą broń (wyskakujący z szablami ponad murem krasnoludów), a co robią w tym czasie łucznicy? Dlaczego nie ma deszczu strzał? Nieopancerzeni rybacy powinni zostać błyskawicznie zmasakrowani w walce wręcz z opancerzonymi od stóp do głów i szybkimi jak elfy orkami. Okrzyk Barda w Dale "Odwrót!" spowodowałby raczej panikę i ucieczkę ludzi, których orkowie by wycięli; takie komendy w trakcie zaciekłej walki wręcz to można wydawać zawodowemu, otrzaskanemu wojsku, a nie cywilom. 

3. Gandalf sieje panikę: Ueaea! Bójcie się, bójcie! Wielka armia strasznych orków z Gundabagu nadchodzi z północy! Od Kruczego Wzgórza idzie! Bójcie się! Po czym pojawia się tam w sumie pewnie parudziesięciu orków, wbiegających pojedynczo, najwyżej po paru naraz. Gdzie się reszta podziała?? 

4. "Nie idź Thorinie na Krucze Wzgórze! To zasadzka!" Poza Azogiem i Boldem oraz kilkoma ich popychlami psa z kulawą nogą na wzgórzu nie było. Super zasadzka obliczona na maksymalnie 4 krasnoludów, dodajmy - niezwłocznie rozdzielajacych się, co jest, jak wiadomo, głęboko rozumnym zaczepnym manewrem taktycznym w terenie zabudowanym  i zdominowanym przez przeciwnika.

5. Walka Tauriel z Bolgiem - wydawało się, że elfka jest o klasę zwinniejsza i szybsza od zwalistego orka i zręcznymi unikami powinna go pochlastać w trymiga, tymczasem dużej różnicy szybkości ruchów nie widzimy, za to baba jak skończona idiotka wdaje się w walkę siłową. Brawo.

6. Thorin walczy konsekwentnie - zamiast zwodami unikać sygnalizowanych i przewidywalnych ciosów Azoga oraz atakować cięciami jego nogi, żeby go spowolnić, wykrwawić i obalić, wygląda jakby wciąż walczył z pokusą, żeby jednak ten cios gigantycznym kiścieniem przyjąć na klatę. Przez 195 lat życia facet powinien był coś więcej załapać ze sztuki walki.

7. W książce "Fili i Kili padli w wlace, osłaniając króla tarczami i własnymi ciałami, był bowiem starszym bratem ich matki." Taka śmierć braci miała wymiar heroiczny - zginęli bohatersko w obronie swego króla i krewnego. Tymczasem w filmie giną po prostu głupio i nijako. Jackson miał podane rozwiązanie wartościowe, zamienił je na miałkie i płytkie. Jeśli zestawimy je z mnożeniem do porzygu scen z Alfridem, to widać problem reżysera - niezbyt wysokim poziom wyrafinowania kulturalnego / twórczego. Czuje i rozgrywa do granic dobrego smaku, lub poza nie nawet, taniokomediowe wątki, nie zauważając i nie doceniając podanych rozwiązań o wyższych walorach dramatycznych. 

8. Dialog między Legolasem i Thranduilem pod koniec bitwy trąci tandetnym romansidłem i operą mydlaną. Do tego także bzdurą, jeśli chodzi o polecanie Aragorna uwadze i znajomości Legolasa - Araguś miał wtedy niecałe 11 lat. Już to widzę, jak był znany już wtedy jako Obieżyświat, nie mówiąc o tym, że pod tym imieniem był znany w Bree, więc wątpliwe by posłużył się nim elficki władca. Thranduil mógł o nim wiedzieć tylko od Elronda, a na jego dworze prawdziwą tożsamość Aragorna ukrywano (zrazu nawet przed nim samym) i występował tam pod imieniem Estel.

9. Thorin z kompanią w Ereborze paradowali w pełnych zbrojach z hełmami, po czym zrzucili je wybiegając do bitwy - brawo! Dain Żelazna Stopa na wieprzu!!! Koziorożce, które pojawiły się znikąd... (Taxi! Na Krucze Wzgórze szybko!) Beorn desantujący się modo ursusi z orła i łapiący się na raptem kilka sekund całego filmu... Gandalf stuknięciem drewnianego kija w kirys orka załatwia sukinsyna na amen.

10. Uderzenie Białej Rady (a wlaściwie jej części) na Dol Guldur i pokonanie Saurona z jego dziewięcioma przydupasami to jakaś niskobudżetowa dziadoszczyzna. Można by odnieść wrażenie, że to taka sobie wzmianka o rzeczach mało istotnych i trzeciorzędnych.

Były i rzeczy dobre: aktorstwo (z kategorycznym wyłączeniem niejakiego Orlando Blooma!), atak Smauga na miasto, przegrupowanie krasnoludów Daina do odparcia szarży orków (choć mam pewne wątpliwości co do sensowności takiej akurat taktyki), zobrazowanie Nazgûli.