Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

piątek, 31 maja 2013

171.Dalie

Ranek nie zapowiadał niczego nieprzyjemnego. Wstanie, śniadanie, szykowanie wyjścia na zakupy. Poszedłem na bazar, gdzie kupiłem śliczne dalie - teraz za oknem pokoju mam bajecznie kolorową baterię. Wróciłem, posadziłem i pojechałem do modelarskiego kupić sobie nagrodę.
A w drodze powrotnej, którą odbyłem długim międzydzielnicowym spacerem, jakoś mnie opadły smuty. Jakoś tak nagle.
Niemiło, aż dławiło.
Nawet z samochodziku się nie cieszyłem.
* * *

Teraz zaś... komentarz Panteraza przypomniał mi, jak bardzo "cywile", czyli ludzie nie mający dziś stycznosci ze szkołą, nie zdają sobie sprawy z tego jak dalece różni się ona od tej sprzed choćby 10 czy 15 lat.

Polski system oświaty zdaje się być reformowany pod hasłem wykorzeniania i zapobiegania złu. Matury zmieniliśmy, żeby zlikwidować korpucję. Prawa ucznia i procedury zmieniamy by chronić go przed niedobrym nauczycielem. W trosce o "przyszłość narodu" chuchamy, dmuchamy i ułatwiamy. W rezultacie hodujemy - bo wychowywaniem trudno to nazwać - naszą rodzimą odmianę Pokolenia Y. Pod hasłem dbałości i troski o młodego człowieka w gruncie rzeczy krzywdzimy go, tworząc w szkole sztuczne, demoralizujące i demotywujące warunki, niewystępujące w dorosłym życiu, w które  tego młodego człowieka  bez ostrzeżenia wrzucamy na końcu taśmy produkcyjnej systemu. Socjalizacyjnie ten system jest oszustwem.

Na deser parę ciekawostek. Jeśli uczeń nie dostał zagrożenia (jedynką), to mu tej jedynki nie można postawić na koniec roku. Innymi słowy, jeśli dostał ocenę przewidywaną "dopuszczający", to może przez ostatnie tygodnie sobie bimbać i nic nie robić, a jedynki już i tak nie dostanie.
Jeśli uczeń nie przyszedł na klasówkę i ma tę nieobecność nie usprawiedliwioną, to nie wolno mu postawić za to jedynki. Nie przyszedł, to nie przyszedł - widać nie miał ochoty.
Uczeń może w majestacie prawa opuścić bez usprawiedliwienia połowę lekcji w roku. Nieklasyfikować go (co oznacza konieczność zdania egzaminu) można tylko wtedy, kiedy opuścił co najmniej połowę lekcji w okresie (okres to I półrocze, albo cały rok szkolny). Państwo wydaje pieniądze na zorganizowanie szkoły, wymaga, żeby każdy do tej szkoły chodził, po czym zgadza się, by można było praktycznie bezkarnie nie chodzić na połowę zajęć. To ładny przykład filozofii naszego systemu oświaty.


środa, 29 maja 2013

170.Szeleszczenie

Dzięki Bogu, parę dni wolnego. Czuję jakieś takie ni to zmęczenie, ni to znużenie.

Na Demotywatorach przeczytałem coś co niestety zabrzmiało znajomo:
"Lat na karku coraz więcej, a celu w życiu jak nie było, tak nie ma"
Rozbawił mnie demot: Językowe łamańce



Zabawne tekściki, w niektórych jest ładna melodia.
Najbardziej chyba spodobały mi się "Byczki", "Czyżyk" i "Trznadle".
Takie układanki pozwalają lepiej zrozumieć, dlaczego niektórzy bracia Słowianie mówią o naszym języku "szumiące spółgłoski", albo "polskie szeleszczenie".

wtorek, 28 maja 2013

169.Apelowanie

Bloody Petter skasował bloga - niedobrze i szkoda. Widać ma doła po kangury.  :-(

Jawne i totalne olewanie przez niektóre klasy tego co mam do powiedzenia, budzi mój głęboki niesmak i zniechęcenie.

Polowanie z nagonką na rodziców, żeby podpisywali zagrożenia swoich pociech.

Dyrekcja apelująca do pracowników o wypełnianie podstawowych obowiązków pracowniczych i przypominająca, że przypomina o tym już od wielu lat - eee... muszę to nazywać? Bo tak trochę jakby brak słów, a może raczej - chęci żeby takie coś komentować.

Do tego gromkie potępianie palaczy i nakaz zdecydowanego ich ścigania, przy jednoczesnym tolerowaniu przez tęże dyrekcję nielegalnej palarni nauczycielskiej w środku szkoły, o której wszyscy wiedzą, bo trudno nie poczuć wydobywającego się stamtąd tytoniowego smrodu.

poniedziałek, 27 maja 2013

168.Z kim przestajesz?

Zimno, plucha, paskudnie. Marznę w mieszkaniu. Stos prac do sprawdzenia topnieje stanowczo zbyt wolno. Zimno i stres źle wpływają na moją sylwetkę - podżeram słodycze. Obawiam się, że w tym tempie wkrótce nie będzie śladu po tym jak bez wysiłku zeszczuplałem kilka lat temu. Cóż, wtedy nadzieja na znalezienie jednak sobie kogoś zdziałała cuda. Teraz jej już nie ma i z niepokojem obserwuję siebie halsującego w stronę kuchni.

Wyprowadza mnie z równowagi potworne lenistwo młodzieży. Ich rozpaczliwe wysiłki aby nie uczynić najmniejszego choćby wysiłku przekraczają pewną granicę - swoistej estetyki, sprawiają wrażenie odrażającego wicia się czegoś oślizgłego i obrzydliwego. Boję się tego, że pewnego dnia przestanę ich lubić i będę patrzył na nich jak na tępą, wulgarną masę, pełną pretensji i wysokiego mniemania co to im się nie należy, na pustactwo przekonane o swojej wysokiej wartości, na to polskie cwaniactwo, ociekające tupetem i pewne swego sprytu - czym z wolna od niektórych poczynając, się stają. Boję się, że stykając się z takimi ludźmi sam będę się zmieniał na gorsze.

sobota, 25 maja 2013

167.Pusta poduszka

Tydzień natłoku obowiązków dobiegł szczęśliwie końca. Leży jeszcze sterta prac do sprawdzania (130 sztuk - prawda że drobiazg?) z tego tygodnia, których nie miałem kiedy tknąć.
Niesmak po zebraniu z rodzicami - 80% rodziców zagrożonych przeze mnie bambini nie pojawiło się u mnie. W ogóle w szkole bardzo mało rodziców (za to moi, tj. mojej klasy, stawili się prawie w komplecie). Wciąż nie mogę się pogodzić z takim olewaniem spraw własnego dziecka. Pewna mamusia po raz kolejny nie pojawiła się, mimo mojej wyraźnej prośby via wychowawczyni. Od początku roku nie jestem w stanie ściągnąć baby na rozmowę w sprawie jej syna.

Na pociechę kupiłem sobie piękny model czeskiej firmy Eduard. Trochę to wkurzające, że Czesi potrafili rozkręcić dużą firmę z bogatą ofertą, a nasze (jej) odpowiedniki to żenada lub partactwo i amatorszczyzna. Kiedy otworzyłem pudełko z tym Messerschmittem, to pomyślałem, że jeśli to Weekend Edition, to musi to być bardzo długi weekend, bo tyle tam części!



Niestety - pociecha w sumie słaba, gdyż nastrój kiepski. Niewątpliwie pewną rolę odgrywa zmęczenie i niewyspanie z zeszłego tygodnia, ale głównie chyba ciąży formatowanie życia. Złapałem się parę razy na tym, że kiedy kładę się do łóżka i gaszę światło, przypomina mi się jak obok leżał M. Od początku to było skazane na porażkę, ale... nigdy niczego więcej niż wtedy nie miałem. A teraz, cóż - tempi passati, jak moje życie.

poniedziałek, 20 maja 2013

166.Warsztat pracy

Tydzień zapowiada się niefajnie - skumulowały się różne zawodowe atrakcje, zwykle rozdzielone po różnych tygodniach. Obawiam się, że w piątek wieczorem będę troszkę wymłócony.

Wkurza mnie wyposażenie warsztatu pracy. Są szkoły wielkości naszej, ta sama gmina, ergo - kasa bardzo zbliżona, a wyposażenie nieporównywalne. Nie jakieś luksusy, ale sprzęt potrzebny do prowadzenia zajęć w standardzie wykraczającym poza wiek XIX, czyli kredę i tablicę.

A u nas - powyciągane z lamusa rzęchy, powolne, szwankujące, łatane, od Sasa do lasa. Dla dyrekcji chyba sztuka jest sztuka. Jest komputer? Doskonale, piszemy w każdej sali komputer. I już pięknie sprawozdanie wygląda. Tyle, że ten komputer działa tylko wyłącznie temu, że uczeń zlitował się i przyniósł RAM z domowej rupieciarni. Windows na tyle leciwy, że Google Chrome nie dał się zainstalować. System muli tak, że nie da się wykonać normalnej pracy w dzienniku elektronicznym - wpisanie tematu i zaznaczenie paru nieobecności zajęło mi całą przerwę i początek lekcji. Stareńki monitor ~15" o takiej jakości obrazu, że muszę nosem ryć w kineskop, żeby szczegóły dojrzeć i kolory odróżnić. Serwer zrywający połączenie czasem co minutę. Czasem co trzy. Na jakiekolwiek uwagi czy prośby słyszę oburzone: "Ciesz się, że w ogóle masz komputer w pracowni!". Ciemnota i ujemny profesjonalizm (bo nawet nie zerowy). Potrzebuję nie gadżetu do zabijania czasu i lajkowania na fejsie, tylko NARZĘDZIA PRACY! Co mi po rupieciu, na którym nie mogę normalnie pracować, a który doprowadza mnie do szału (dzisiaj noszkurwamacie mi się już skończyły) ?

Oczywiście wiem, jaka byłaby najwygodniejsza dla władzy moja reakcja - żebym sam sobie kupił tablet lub lapka, sam opłacił dostęp do netu i na nim wykonywał pracę. Myślałem nawet o kupnie sobie do pracowni drukarki, żeby móc wydrukować potrzebne materiały, a nie chodzić po prośbie do administracji (do dziś brzmi mi w uszach pogardliwe parsknięcie na moje grzeczne pytanie o szansę skserowania sprawdzianu). Gotów byłbym wysupłać te paręset złociszy, dla zapewnienia sobie jakichś znośnych warunków pracy.

Gdyby w kierownictwie byli inni ludzie, pewnie bym rozważył taką opcję. Ale mam niemiłe wrażenie, że kupionym przeze mnie wyposażeniem wkrótce by się szkoła chwaliła, nawet nie zająknąwszy się że to nie jej nabytki, tylko z prywatnej kieszeni pracownika, a może nawet po kolejnej inwentaryzacji odkryłbym na mojej drukarce sygnatury rejestru  majątku szkolnego. Więc takiego wała! Co znamienne, zgadało się że oprócz mnie jeszcze parę koleżanek ma identyczne przemyślenia. Z desperacji kupiłyby sobie jakieś wyposażenie, ale uznały że nie warto - nikt tego nie doceni, za to uzna się zwolniony z obowiązku i ochoczo podczepi się do tego.

To jakieś chore... Mam za własne pieniądze kupować sobie podstawowe wyposażenie swojego warsztatu pracy?!

niedziela, 19 maja 2013

165.Spacer nad rzekę

Spacer nad Wisłę i do Portu Czerniakowskiego. Widać w nim jak wiele zrobiono przy wybudowaniu nabrzeży. Nad Wisłą mnóstwo ludzi. Blisko brzegu powoli sunął tramwaj wodny. Czuć powiew lata.


sobota, 18 maja 2013

164.Kwiatki w domu

Zalatany dzień. Rano - do Ikei po suwenir dla Mamy, bo w nadchodzącym tygodniu będę miał tyle roboty, że nie dam rady pojechać, a dzień Matki już za tydzień. Wracając - drobne zakupy, przeszedlem spory kawał na piechotę. Ruszyło mnie, żeby znowu posadzić kwiatki na balkonie, więc zaszedłem na bazar i sprawiłem sobie kilka krzaczków pelargonii. To zaś oznaczało konieczność ogarnięcia balkonów. Na szczęście nie miałem na nim żadnych gratów poza kilkoma skrzynkami na kwiaty. Plastik skrzynek zestarzał się już i zaczął pękać, więc skrzynki na śmietnik, balkon umyty, a ja do marketu po ziemię i nową skrzyneczkę. Wróciłem sobie jeszcze dłuższym spacerem. W sumie więc dzisiaj ładnych kilka (7) kilometrów machnąłem.
Pelargonie posadzone, a jeszcze trochę ich chyba dokupię.

Pod moją nieobecność zakradła się moja Mamusia przytaszczywszy całą tortownicę jakiegoś ciasta. Wściekłem się, bo słodkie mam na kilka dni kupione, a tu jeszcze takie młyńskie koło kalorii. Wyrzucić mi to szkoda, bo nie wyrzucam jedzenia, a jak to zjem, to będę jeszcze bardziej tłusty. Niestety do moich rodziców to absolutnie nie trafia - jak dostali pierdolca kilkadziesiąt lat temu, że synuś nie je i matkoboskacotobędzieumrzepewniezgłodu! tak im zostało. Ich zdolność przyswajania sobie czegokolwiek nowego, zawsze raczej skromna, na starość jeszcze się zredukowała. Moje prośby, żeby Matka sobie przeliczyła jakąkolwiek wałówkę na konkretne porcje, które można bez szkody dla organizmu dziennie zjeść i dopiero wtedy oceniła ile mi pakować, żebym na przykład nie jadł czegoś przez trzy tygodnie bez przerwy, są chyba przeze mnie wygłaszane w suahili. Niestety taka gorliwa była tylko w pchaniu żarcia, a tam gdzie naprawdę potrzebowałem wsparcia i pomocy to była pustka, albo żenada.

A wracając do tych kwiatków, to ciekawa sprawa. Kiedyś miałem cały balkon w kwiatach, rok w rok. Ale kilka lat temu, jakoś straciłem do nich serce i całą roślinność z balkonu usunąłem. A dziś do nich wróciłem. Dziwne to się może wydać, ktoś pomyśli, że fundnąłem sobie ładnie rozwijającą się obsesję, ale czuję się jakbym był także w aspekcie tych kwiatów, zieleni, roślinności w mieszkaniu, w tym samym punkcie co kiedyś, gdy żegnałem się z nadziejami na ułożenie sobie z kimś życia i wyrzekałem się w gruncie rzeczy swojej orientacji. Kwiaty i rośliny były chyba substytutem życia, czymś jedynym żywym co miałem. Kiedy postanowiłem ponownie spróbować wyjść do ludzi - straciłem zainteresowanie roślinami.
Dziś... wracam do nich znów.


piątek, 17 maja 2013

163.Nuty wolą tańczyć solo, ale wiedzą...

Ostatni krzyk mody oświatowej to ewaluacja. Właściwie to pojawiła się już kilka lat temu, ale to nie podważa trafności metafory, bo ducha oświaty dobrze wyraża krzyk długi i rozdzierający. Oczekuje się, że belfer dokonuje ewaluacji swojej pracy, by wiedzieć czy pracuje dobrze. Wśród różnorakich obszarów składających się na owo "dobrze" jest także (co za niespodzianka!) jakość kształcenia. Innymi słowy - belfer winien baczyć, czy dobrze uczy. Przyznam się ze wstydem niejakim, że czasami (coraz częstszymi czasami) wolę nie myśleć nad tym czego się moi uczniowie co niektórzy nauczyli i co umieją.

Uczeń liceum nie mający pojęcia jakiego państwa stolicą jest Wiedeń, z żadnym państwem nie kojarzący Budapesztu ani Bukaresztu, lokujący Wiosnę ludów (omawianą na poprzedniej lekcji!) w XVII wieku, wśród największych mocarstw morskich w połowie XIX w. wskazujący Austrię i Szwajcarię, szukający Australii na Atlantyku... Imię ich - Legion.

Wiedza przekazana. Egzekwować skrupulatnie? Musiałbym oblać połowę, w niektórych przypadkach 2/3 klasy. Rodzice, dyrekcja i kuratorium by mnie za to zlinczowali. Jeśli nauczyciel obnaży brak wiedzy, umiejętności i przede wszystkim chęci do pracy uczniów, którzy przecież tak dziarsko przemaszerowali przez I, II i III etap kształcenia, to może to świadczyć tylko o jednym: że to nauczyciel jest do dupy, bo w przeciwnym razie należałoby się przyjrzeć właśnie tym poprzednim etapom kształcenia (podstawówce i gimnazjum) - co tam się działo, za co ci uczniowie dostawali tak pozytywne oceny i co jest wart egzamin gimnazjalny, z którego dostali tak dobre wyniki, żeby się dostać do naszej szkółki. Jest chyba oczywiste, że nikt na rozwiązanie drugie nie przystanie, skoro można to załatwić taniej, prościej i bezpieczniej pacyfikując durnego belfra, który najwyraźniej w swej tępocie nie pojął, że gra w gromadzie, według reguł narzuconych przez sędziego. A dlaczego w "gromadzie" a nie w zespole? Bo kadra pedagogiczna, jak już kiedyś pisałem, nie działa zespołowo, lecz każdy na własną rękę.

W czasie pisania tej notki  przyszła mi na myśl "Piosenka o nutach" Włodzimierza Wysockiego, którą PT Czytelnikom polecam.




środa, 15 maja 2013

162.Nie dla psa kiełbasa

Ostatnio latam po sklepach modelarskich realnych i wirtualnych. Po ładnych kilku latach przerwy odkryłem w sobie ponowne zainteresowanie sklejaniem i (znacznie mniejsze) malowaniem modeli - aktualnie samolotów. Pierwsze symptomy tego wystąpiły już w zeszłym roku. A dziś tak się zastanawiałem wędrując do ukochanej pracy, że chyba historia się powtarza, że coś podobnego już kiedyś było.

Trudne i gorzkie godzenie się z samotnością, zaakceptowanie, czy może lepiej: przyjęcie do wiadomości niezaspokojenia ważnej sfery potrzeb, prowadzące do swego rodzaju powrotu do szafy już kiedyś przeżyłem. Wtedy reakcją na to było zaangażowanie się w modelarstwo, w fotografię, w studia, w pracę. Wystarczyło na wiele lat. Z czasem jednak stopniowo te wypełniacze wypaliły się, odsłaniając dziurę w tym samym miejscu, w którym była te 20 lat temu.

Dziś, kiedy znów przyjąłem do wiadomości, że dziura jest, a szanse na jej zapełnienie są tak małe, że nie mam siły na nich czegokolwiek budować, zdałem sobie sprawę z tego, że poszukuję jakichś obszarów zastępczej aktywności, łat, którymi zasłonię tę wyrwę. Powrót do sklejania samolotów jest chyba tym właśnie - powrotem do wypróbowanego erzacu. Jednak mam pewną rezerwę, wynikającą z pamięci o moim rozstaniu się z modelarstwem: porzuciłem bo uznałem że nie jestem dość dobry. Że są modelarze o niebo lepsi ode mnie, a moje modele są niewiele warte. Rola internetu była w tym katastrofalna - tam zobaczyłem to czego nie mogłem w modelarstwie osiągnąć.

Sądzę, że podobny mechanizm zadziałał później, kiedy net podsunął mi pod nos obraz innych, szczęśliwych gejów. Pomyślałem, że może nie wszystko dla mnie stracone, że może tę dotkliwą, ropiejącą w ukryciu dziurę da się zdrowo zapełnić, by zasklepiła się szczęśliwie. 

Cóż - próbowałem, tak można by skwitować. Nieco złośliwie ujmując: po to by uświadomić sobie to co już wiedziałem dawno temu, ale miałem nadzieję że może się myliłem. Nic z tego nie będzie - nie dla psa kiełbasa. Wiem to - i co z tego? Czy mi lepiej, łatwiej? Nie - raczej gorzkie poczucie, że w zasadzie życie mi się już skończyło, a została tylko wegetacja i różnego rodzaju erzace, przez głupców nazywane aktywnym życiem pełnym pasji. Doprawdy, nadzwyczaj zniechęcająca perspektywa na następnych parędziesiąt lat.

Moja przyjaciółka niedawno westchnęła z zazdrością i podziwem, że chciałaby mieć moją umiejętność szybkiej i trzeźwej oceny perspektyw relacji i zdolność zdecydowanego jej przecięcia nim zacznie mnie poważnie ranić. Ona w swoich związkach orientowała się w co wdepnęła zwykle dużo później i dużo boleśniej. Z jednej strony to fajnie, że tak mam, ale z drugiej... być samotnym również boli.

poniedziałek, 13 maja 2013

161.Dress code

Wiosna w pełnym  rozkwicie. Chwilowo temperatura spadła nieco, ale to dobrze - w upał paradowanie w marynarce i pod krawatem jest dla mnie powodem dyskomfortu. Szybko się pocę jak ruda mysz, a spocony nie czuję się świeżo. Kiedy matury są rano, to jeszcze pół biedy, bo wychodzę z domu na tyle wcześnie, że temperatura bliższa jest  nocnej rześkości niż południowej spiekocie, ale kiedy muszę siedzieć na popołudniowym terminie, to zupełnie co innego - dużo gorsze "co innego". 

Patrzę po kolegach i widzę, że ułatwiają sobie życie. Za przykładem dyrekcji pierwsze w kąt idą krawaty. Inna sprawa, że to bardzo dobrze, bo tam tylko jest miejsce tych okropnych poliestrów w których paradowali. Potem znikają marynarki, zaś barwne (w sensie - nie białe) koszule zyskują jednolicie ciemny koloryt, dobierane pod jedną tonację ze spodniami. Ostatnia faza rozstawania się ze strojem quasi-formalnym, to wkroczenie do pracy w stroju całkowicie codziennym - jasne dżinsy lub czinosy i do tego koszula z krótkim rękawem w gustowne paseczki przywodzące na myśl zasłonki w oknach domków kempingowych Funduszu Wczasów Pracowniczych za nieboszczki komuny.

Klasą sam dla siebie jest kolega (starszy ode mnie!) paradujący w tonacji biało-pastelowej: dżinsy i obcisła pasiasta koszula z krótkim rękawem, do tego białe trampki względnie - jesiotry tegoż koloru.

U naszych belfrów to jeszcze widać jakieś niknące w oczach próby  zachowania pozorów, ale ci którzy przychodzą z innych szkół by siedzieć w naszych zespołach nadzorujących, to już w ogóle nie wysilają się na nic - ubiór w 100% codzienny tak, że nie sposób dostrzec niczego co by wskazywało na jakąkolwiek wyjątkowość okazji wystapienia.

Na palcach jednej ręki zasłużonego pracownika przemysłu drzewnego można policzyć u nas tych, którzy na matury przychodzą w marynarce i pod krawatem. Ja i tak mam wyrzuty sumienia, że nie pojawiam się w garniturze (bo takowego w zasadzie nie posiadam*), ale przynajmniej spodnie dobieram tak, żeby stosownie się prezentować, choć kolorystycznie. Za to krawaty mam śliczne, jedwabne, że cała reszta  niech się schowa i nie pokazuje! :-P

Kiedyś (za komuny) mówiło się, że w tłumie ludzi Polaka zawsze niezawodnie zdradzi jeden element stroju - buty. Dziś ta reguła nieco się osłabiła, ale nadal zachowała swą żywotność. Buty są najsłabszym elementem strojów, jakie się widuje. Niedobrane fasonem i barwą,  tandetnej jakości,  zdeformowane i nie znające prawideł, nie wypastowane i nie wyglansowane. Od razu poznać, że ludek jeszcze niedawno (historycznie) boso zasuwał, a buty - jeśli miał - to tylko od święta zakładał. A po zachowaniu - że nawet jak się buty już pojawiły, to i tak nadal z nich słoma wystawała. Pardon - do dziś wystaje. I takie też mają słomiane podejście do dress codu w kontekście matur.

Choć trudno uniknąć pytania: a w gruncie rzeczy jaki to ma sens, w obliczu tego, co z matury zrobiono?

___________________________________
*) wiem, wiem - wstyd. :-(
Choć z drugiej strony, jeśli wciąż się mieszczę w garnitur ze studniówki to nie jest ze mną jeszcze tak najgorzej... ;-)


środa, 8 maja 2013

160.Upływ czasu

I znów matura. Wydaje się, że poprzednia była dopiero co, a tu rok cały przecież przeleciał. Kiedyś to brzmiało imponująco: rok, hoho! szmat czasu, w którym wiele może się przydarzyć, wiele można zdziałać, wiele osignąć, wszystko odmienić. Ocean możliwości. 

A dziś - zda się mgnieniem zaledwie, okruchem przelatującym w strumieniu równie jak on anonimowych przelatujących przez klepsydrę życia.  Rok - 360 dni wedle rachuby gimbazy, nie wartych pamiętania nie dlatego, że przyniosły coś o czym chciałoby się zapomnieć, lecz dlatego, że nie przydarzyło się w nich nic zasługującego na pamięć i pielęgnowanie wspomnień.

Młodym wydaje się, że rok to długi okres pełen możliwości i okazji. Starym coraz trudniej odróżnić go od miesiąca, z czasem i od tygodnia, aż przychodzi dzień, w którym patrzą ze zdumieniem i niedowierzaniem na datę i pojąć nie mogą, jak, gdzie i na czym to całe życie im upłynęło. Czują się jakby im ktoś je skradł. A oni je po prostu przeżyli rutyną dnia codziennego, pustką emocjonalną, brakiem głębszych więzi, brakiem pasji. Całe życie płynęli kanałem. Ciało starzeje się szybciej od umysłu. Na ogół.


niedziela, 5 maja 2013

159.Niespodziewany powrót rowerzysty

Dziwna rzecz mi się przydarzyła, a może nie tyle dziwna, ile niespodziewana. Pokręciłem się po mieszkaniu w rutynowych czynnościach, zrobiłem pranie itp. Wyjrzałem przez okno na skąpaną słońcem, niemal opustoszałą ulicę i nagle przysło mi do głowy: "Fajnie byłoby się przejechać na rowerze." Co więcej, po kilku minutach byłem już w ferworze czyszczenia i smarowania roweru, pompowania kół i innych czynności przygotowujących go do jazdy.

Zadziwiające jest to, że ostatnim razem jechałem rowerem jakieś 4 lata temu. Od tamtej pory z przyczyn niezbyt uświadomionych roweru nie tykałem. Ostatnio zacząłem o tym więcej myśleć i doszedlem do wniosku, że mogło to mieć jakiś związek z dawniejszym incydentem. Jechałem szybko pustym chodnikiem, w małoludnej okolicy i minąłem w pewnym momencie wejście do budynku - zwykłe drzwi, na poziomie chodnika, bez schodków itp., przejeżdżając tuż przy ścianie tego domu.
Jakiś czas później - tydzień czy miesiąc, nie pamiętam - jechałem w tym samym miejscu, ale tym razem po drugiej stronie tego samego chodnika, czyli przy krawężniku, a nie przy ścianie. I nagle z tych drzwi wybiegła mała dziewczynka, taka z 4-5 lat może, dokładnie w momencie kiedy byłem na wysokości drzwi. Nie dobiegła do mojego toru jazdy, lecz zatrzymała się w połowie chodnika, ale mnie oblał lodowaty pot przerażenia. Uświadomiłem sobie co by się stało, gdybym jechał jak poprzednio, albo gdyby ona wtedy wybiegła. Staranowałbym i zapewne zabił małą. Jeszcze dziś, gdy o tym myślę, robi mi się słabo. Bóg miłosierny czuwał nad nami i dzięki mu za to.
Chyba podświadomie bałem się siadać na rower. DC to nie jest miasto przyjazne rowerzystom i jeździ się tu mało komfortowo, by nie powiedzieć wprost - niebezpiecznie dla siebie i innych.

Druga możliwa przyczyna rowerowej abstynencji, to powrót z pewnej przejażdżki. Była piękna, słoneczna pogoda, zdecydowanie ciepło, a trasa wiodła odkrytą przestrzenią. Równa nawierzchnia wprost zachęcała do rozpędzenia się i upajania pędem. Dwie czy trzy godziny w takich warunkach, dla takiego starszego pana jak ja, okazały się troszkę zbyt ciężkie. Dojechałem do domu, na ostatnich 200 metrach czułem już, jak sądziłem, lekkie zmęczenie, troszkę może mdłości, ale luzik, zaraz sobie na kanapie klapnę i odsapnę.

Wszedłem na klatkę schodową, czekam na windę i nagle nachodzi mnie fundamentalne pytanie: "Dlaczego przede mną jest sufit, skoro oczekiwanym widokiem powinna być ściana?" Po nim przyszła kolej na pytanie egzystencjalne: "Dlaczego ja leżę na klatce schodowej?" Pozbierawszy się w celu powrotu do postawy pionowej, odetchnąwszy z ulgą, że nikt mnie w tak kompromitującej pozycji nie widział, wtarabaniłem się z rowerem do windy i ruszyłem. Boh trojcu liubit, jak mawiają Francuzi, więc pojawiło się i trzecie pytanie: "Dlaczego ja siedzę na podłodze windy, skoro zawsze w niej stałem?". Przy otwieraniu drzwi do mieszkania omal nie sturlałem się z rowerem ze schodów, ale nauczony już doświadczeniem, żeby nie zadawać nic nie wnoszących pytań, pokornie przyjąłem to jako zrządzenie losu, który widać miał taki kaprys, by pobawić się moją wertykalnością.

Pamiątki po tym incydencie miałem dwie: znaczna redukcja ochoty do letnich przejażdżek i potężny guz głowy, którą przyfastrygowałem w posadzkę korytarza, bolący  jeszcze przez wiele dni. Miałem zresztą jeszcze więcej szczęścia, bo gdybym poleciał kilkanaście centymetrów w lewo, to nie pacnąłbym makówką w gładką posadzkę, tylko w ostry narożnik ściany, co skończyłoby się szyciem rozciętej łepetyny. Nie mówiąc o tym, że gdybym odpłynął minutę wcześniej, w trakcie jazdy ulicą, to bym się albo rozplaskał na krawężniku, albo wturlał pod jadące samochody. 
Bóg miłosierny z pewnością i wtedy czuwał nad tym swoim niewydarzonym eksponatem.

A dzisiejsza przejażdżka była przyjemna i uwieńczona spotkaniem ex-ucznia, z którym odbyliśmy długi spacer przegadany na różne tematy. Miło było.
Tylko tyłek mnie boli - jak zawsze, kiedy po dłuższej przerwie siadam na rower. Cóż, stare gnaty muszą się ułożyć do niezbyt wygodnego siodełka.


sobota, 4 maja 2013

158.Gdy cieknie...

Majówka, majówka i w większości po majówce. Jak w życiu: nastawiamy się na nowe, oczekujemy tego, a potem ani się obejrzymy, kiedy to mija a w rubryce "Zyski" zastanawiamy się co wpisać.

Ja mogę wpisać: wymiana baterii. Zaczęło się niewinnie od wody kapiącej z kranu, a skończyło na konieczności wymiany całegoż. Wyjazd do jednego marketu, do drugiego, kupno, montaż, co zarazem oznaczało konieczność wypatroszenia szafki z różnych nagromadzonnych tam przydatności, a potem jej na powrót zapełnienie zgodnie z regułą rozkładania i składania zegarka. Przy okazji - mycie i sprzątanie. Same nadzwyczajności i dzień minął. Wiem - prawie minął, bo jeszcze 4 godziny z niego zostały.

Rozmyślałem o sobie, o swoim życiu, o wyborach jakich dokonałem, o tym czy po tylu latach samotności byłbym w stanie z kimś się związać. To z kolei nasunęło pytanie: A jakie mogą być formy owego związania, wszak dziś mamy nieco większe bogactwo modeli bycia razem, niż model jedyny akceptowany przez biskupów. "Questions without answers" jak westchnąłby Gandalf.

W życiu nieraz bywa tak, że ruszamy małą drobną rzecz by dokonać jej zmiany, a za nią nieoczekiwanie rusza cały ciąg kolejnych z niej wynikających.

środa, 1 maja 2013

157.Sympatie Bozi

Święto pracy uczciłem:

1) wywieszeniem flagi,
2) snem do za kwadrans ósma (choć obudziłem się już przed siódmą),
3) krótką wycieczką na pogranicze miasta i spacerem tamże (z uprzejmości tak piszę, dla mnie to już prowincja ;-) )
4) pizzą, wprawdzie mrożoną, ale smaczną. Przy tej okazji zdałem sobie sprawę, że poprzednio pizzę jadłem jeszcze z M. Ileż to już czasu minęło... Półtora roku. :-(
5) pysznymi babeczkami, a właściwie tarteletkami czekoladowo-kajmakowymi z bitą śmietaną, które pierwszy raz zrobiłem.

A za oknem piękne słońce. Jak daleko sięgnę pamięcią, komuchy zawsze miały na 1 maja świetną pogodę. Lać mogło przedtem i potem, ale na pierwszego pochód szedł sucho. Widać dobra Bozia ma słabość do ateistów. ;-)