Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

wtorek, 30 kwietnia 2013

156.Rajbanki

Umysł jeszcze nie wie, że ma parę dni wolnego, za to ciało już się połapało i przyklapnięte sygnalizuje zmęczenie.

Policzyłem, że średnio wystawiam 300 ocen miesięcznie, 95% z nich - za prace pisemne.

Wypadałoby sprawić sobie kontrsłoneczne patrzałki. Dotychczasowe, nawet jeśli pominąć że fatalnie w nich wyglądam, to niewątpliwie dotarły do punktu zużycia moralno-technicznego. No i tu zaczynają się schody. Najlepiej pójść do optyka i przymierzyć, aby dobrać fason i rozmiar akuratne dla mojej nadobnej facjaty. Są jednakowoż dwa ale. 
Primo - wybór dyskusyjny. Okularów dużo, ale kiedy szuka się konkretnego wzoru i nie jakiejkolwiek kolorystyki, to nie ma co z półki zdjąć, nawet w hucznej krajowej sieciówce. Secundo - ceny z widoczną marżą za podłogę i witrynę. A że spodobały mi się ray-bany, to i same ceny są... hmmm... bardzo widoczne. W necie można znaleźć oryginalne, od przedstawiciela za sporo taniej (co nadal nie znaczy: tanio!), oszczędzając jakieś 20-25 %, ale nie ma jak przymierzyć. Nie jestem maniakiem marek, ale tandeta najdrożej kosztuje, a ja lubię rzeczy porządne. No i zagwozdkę mam. A ja nie lubię zagwozdek.

Pewnie, że lepiej by było zarabiać tyle, by wydanie kulkuset złotych na dobre okulary chroniące wzrok nie stanowiło takiego problemu, ale cóż... Pensja jest jaka jest - na bieżące wydatki starcza, ale już cokolwiek wykraczającego poza standard "świadczenia+spożywka+drogeria" stanowi problem. To tylko naiwnej publice wydaje się, że mamy po 5 tysięcy na miesiąc.


sobota, 27 kwietnia 2013

155.Tulipanik

Pogoda troszkę się popsuła. Słoneczko zniknęło. Może to maturzyści je ze sobą zabrali?

Bo poszli sobie.

Ostatni dzień był w stylu naszej szkółki - jakieś żałośnie dziadowskie, puste rytuały, z których nic nie wynika poza niesmakiem. Trzeba coś zrobić, to się to robi, tylko bez refleksji co to ma oznaczać i czemu ma to służyć. Bo w gruncie rzeczy chodzi przede wszystkim o to, by odfajkować. Bezmyślność, zabijająca pracę wychowawczą i (z małym opóźnieniem) dydaktyczną, u nas rozkwitła bujnie i szeroko. "Nie myśl - trwaj!" taki napotkany gdzieś napis mógłby być naszą dewizą.

Jeszcze kilka lat temu matrzyści pojedynczo i grupkami przychodzili do nas żegnać się. Było to miłe i ważne, bo dawało nam jakoś szczere potwierdzenie, że nasza praca i nasz wysiłek miały sens, że wnieśliśmy coś ważnego w życie tych młodych ludzi. W ogóle nie chodziło o czekoladki czy kwiatki (które zresztą dla niezmotoryzowanych były potężnym problemem logistycznym), ale właśnie o te słowa, wyrażające szczere emocje. 

A dziś?

Cóż zmieniły się i czasy i - szczególnie - młodzi ludzie do nas uczęszczający. Odruch, żeby się pożegnać, o podziękowaniu za wspólnie spędzone trzy lata nie wspominając, zanikł u niemal wszystkich. Niektóre klasy, przymuszone jeszcze działającym z rozpędu terrorem wychowawców, rozsyłają ekipy "W imieniu klasy 3coś chcieliśmy panu podziękować za blabla..." - dźwięk równie dobrze mógłby lecieć z odtwarzacza wbudowanego w kwiatek czy torebkę herbaty/kawy w charakterze załącznika do vocalu.

Podziękowań spontanicznych było jedno. Żadnych krępujących suwenirów, za to szczery uścisk dłoni i słowa, że było super. Sam nie wiem czy to przypadek, czy może właśnie powiązane, ale to uczeń z grupy tych, których żegna się zarazem radośnie - że idą z sukcesem w świat, i z żalem - bo postać barwna i sympatyczna.

Wracałem spacerkiem z przyjaciółką; przygnębiona gorzko komentowała naszą rzeczywistość i to czym się nasza szkółka stała. Mijaliśmy akurat ogólniak dużo lepszy od naszego, przed którym szykowali się do wejścia tamtejsi maturzyści. Jakoś trudno było nie zauważyć, że tamta młodzież jakoś inaczej od naszej prezentowała się - byli dużo bliżsi temu, co się określa mianem ludzi dobrze wychowanych i  kulturalnych. Nagle nasz wzrok równocześnie spoczął na okazałych wiązankach niesionych przez eleganckich chłopaków. Uniosłem swój samotny, chudziutki tulipanik i spytałem:

- Czy dostrzegasz pewną różnicę?

Oboje parsknęliśmy śmiechem. Czy muszę dodawać - jaki był ten śmiech?


czwartek, 25 kwietnia 2013

154.Jednooki

Home, sweet home!

Powrót po 12 godzinach pracy może być przyjemnością. Zwłaszcza kiedy pomyślę sobie o ciepłej kąpieli z bąbelkami. 

Jedną z niefajności w tej robocie jest sytuacja, kiedy mamy dziecko, które potrzebuje pomocy, i poznajemy jego rodzica. Królowa Lodu skrzyżowana z pługiem drogowym. Okropność.

Wróciłem jak wymłócony. W oku postrzelały mi naczynia krwionośne i wyglądam, jakbym dobę bez przerwy łupał w jakąś grę na kompie. Boli mnie szczęka z tej samej strony. Zdaje się, że moje zatoki znowu postanowiły o sobie przypomnieć.

I jeszcze szarlotka się skończyła. Co gorsza - skończyła we mnie.

Ku wielkiej uldze, przyszła paczka z lokomotywą - oliwkowa stonka wygląda pięknie.



środa, 24 kwietnia 2013

153.Wieczór przy pracy

Minęła dziewiąta, a ja wciąż zakopany w robocie. Test dla nieuków ułożony i wydrukowany. Karty pracy - nie skończyłem sprawdzać. Przewidywane oceny zachowania moich bachorów - ledwie 1/3 gotowa. Jutro fafnastogodzinny maraton w pracy.
A ja czuję się zmęczony i chciałbym zanurzyć się w nabąbelkowanej wannie i nie myśleć o pracy. Niestety - o tej namolnej cholerze nie udaje mi się nie myśleć. Bo, w gruncie rzeczy... to jedyne co mam absorbującego w życiu. Jedyne o czym mogę (od biedy) powiedzieć, że mi się udało.

Do tego niepokój, czy facet któremu wpłaciłem okrągłą sumkę przyśle mi umówioną lokomotywę, czy też szukaj wiatru w polu.

Do tego wyrzuty sumienia, że obżarłem się szarlotką. Niestety, na widok maminej szarlotki tracę rozum oraz jakiekolwiek hamulce i wpieprzam jak durna świnia.
Ale też z drugiej strony ostatnio parę razy westchnienie nad michelinizującą się sylwetką zostało przebite i wyparte inną myślą: "No i co z tego? Przecież ty i tak nie masz się już czym przejmować. Miałoby to sens, gdybyś kogoś szukał, a kiedy nikogo już nie szukasz i z nikim się nie spotykasz, to co za różnica?"
Cóż, nie da się ukryć, że nawet szczupły kaszalot nie stanie się delfinem. No fakt. Choć muszę przyznać, że podobała mi się perspektywa kupowania sobie spodni w mniejszym rozmiarze. :-(

piątek, 19 kwietnia 2013

152.Jazda elastyczna

Nieufne branie przez ostatnie dni do torby parasola - opłaciło się. Ochłodziło się, chmury mi słoneczko podpieprzyły i już nie tak ładnie się zrobiło. 

Do moich bachorów chyba coś niecoś z wczorajszej rozmowy dotarło i siedzieli cicho i grzecznie - jak nie oni. Prowodyrzy zajęli się w ciszy i skupieniu komórkami, heroicznie siląc się by nie robić burdelu na lekcji. A i ja też poprowadziłem ją inaczej, uwzględniając część ich uwag, co chyba zauważyli, bo było... inaczej. :-) 

Uznałem, że jeśli zaproponowali coś, co im się wydaje dogodne, a ja mogę to bez szkody i problemu wprowadzić, to czemu nie? Niech i oni mają poczucie, że  ich słucham i szanuję. Nie sądzę, bym daleko zajechał na dyktaturze i forsowaniu wyłącznie swojego zdania.

Ciekawe, jak długo wytrzymają, nim znów zaczną fikać. Jakoś wątpię, żeby dali radę do końca roku szkolnego - gdzieś po majówce powinienem już wypatrywać powrotu Bandar-Logu...

Ale że przy tym wszystkim jestem przecież podłym i wrednym belfrem, to skorzystałem ze swych prerogatyw, by bliżej przyjrzeć się niektórym nieobecnościom i podzielić się refleksjami zrodzonymi przy tej okazji z rodzicami moich bambini. Oj, chyba się paru wysypanym humorki zwarzyły... >:-3

A to dopiero początek. Bo ze mną opłaca się grać uczciwie - wtedy można się dogadać w różnych sprawach i jedziemy elastycznie. A jeśli nie - to zawsze jest regulamin i grzeczna skrupulatność, zaś jazda robi się sztywna i jakby... czemuś... mniej wygodna. Tylko niewielu ludzi ma dość inteligencji, żeby to dostrzec i uwzględnić.

* * *
Trwa lekcja. Do sali zagląda dziewczę z innej klasy,, które chce pochwalić się nauczycielowi, 
że uporało się z zagrożeniem z innego przedmiotu (o którym wcześniej rozmawiali):

- Zaliczyłam!

- Gratuluję!

Klasa (męska) - w rechot.

kurtyna

czwartek, 18 kwietnia 2013

151.Wenn du von mir fortgehst...

Piekna słoneczna pogoda. Na dużej przerwie wyszedłem pospacerować po boisku, miło było, ciepło, wiosennie, słonecznie. 

Ciężkie rozmowy: 
  • z moją klasą - wyszło szydło z worka, że to co ich najbardziej wkurza to to, że muszą się uczyć, frustracja z tego powodu odrywa ich kompletnie od rzeczywistości - porażające;
  • w sprawie jednego z bambini - z nim samym i z belferstwem; trudny przypadek, dzielny chłopak, pozwalało się nań sporo, daj Boże by poradził sobie ze wszystkim;
  • z rodzicem - bambini podłapało paskudną chorobę i martwię się, jak to się potoczy - czy nie pozostawi mu ona śladów (na fizyce i psychice).
Czytam "bąbe atomowom", "radzieckom rakietom" i wzdycham. Słyszę, że "Polska A to ta na lewo od Wisły", widzę szukanie Izraela między Uralem i Władywostokiem i... nawet nie mam już siły wzdychać.

Siedzę sobie właśnie i sprawdzam prace, a dla przyjemności: Marek Weber i jego piękne "Wenn du von mir fortgehst" z 1929 roku - roku strasznego Wielkiego Kryzysu Światowego.


wtorek, 16 kwietnia 2013

150.Erupcja uśpionego wulkanu

Wczoraj pisałem o wiązance powitalnej, a w końcu tylko o jednym zdarzeniu napisałem. O drugim już mi się nie chce pisać - emocje opadły, a ja nie bardzo pamiętliwy jestem, chyba że decyzję jakąś podejmę, to wtedy się jej trzymam i zmieniać nie lubię. Sam nie wiem czy to wrodzona cecha charakteru (BTW - są w ogóle takie?), czy umyślne odreagowanie tatusia z dziką galopadą pomysłów, zmieniającego zdanie 15 razy na godzinę. Starczy napisać, że głupota i bezczelność niektórych ludzi wciąż mnie zadziwia, tym bardziej, kiedy udaje im się rzadka sztuka - poważnie zrazić mnie do siebie tak, że muszę uważać, bo przy jakiejś scysji mogę wygarnąć co myślę nie przebierając w słowach. Sądzę (przyznam, iż bawi mnie to znacznie), że wywieram wtedy na świadkach niezłe wrażenie, gdyż w utrwalony obraz łagodnego i życzliwego (choć w słowach ciętego) człowieka wdziera im się nieoczekiwany i nieznany obraz zionącego irytacją impetyka, bardzo nie bardzo owijającego w bawełnę. Zdarza się to bardzo rzadko, ale zdarza, a ja nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia - jak już wybuchnę, to z poczuciem że słusznie.

A pogoda śliczna - słonecznie i ciepło, lazurowe niebo bez jednej chujki-chmurki. Właśnie wróciłem z pracy, zjadłem obiadek (rzadki to przypadek) w postaci pierogów z serkiem i waniliową śmietanką i próbuję nie myśleć o stosiku prac do sprawdzania. W głowie lekko szumi od kapitana Morgana z bosmanem Colą. Życie jest jednak żałosne, kiedy musimy się kontentować takimi powodami do zadowolenia.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

149.Jezuickie - spadaj!

Piękna pogoda, aż miło popatrzeć. A ja - niedowiarek - wychodząc rano wziąłem parasol. W pracy miła wiązanka na rozpoczęcie tygodnia - moi znowu zademonstrowali, w której części ciała mają to co robię i mówię. Rozważałem przełożenie sprawdzianu, wobec tego, że nie zdążyłem części zagadnień omówić a na sprawdzianie o to pytam. Ale z drugiej strony - czy nie będzie to (znowu?) troska papcia, przejętego że dziecko czegoś się nie nauczyło i trzeba przecież o nie zadbać, nosek wytrzeć, kurteczkę zapiąć i o drugim śniadanku przypomnieć? Jeśli oni mają w dupie co będzie na sprawdzianie, to czemu ja mam stawać na głowie i skakać z terminem, przekładać, martwić się? Ich życie, ich wybory. Jak niedouczeni przyjdą to dostaną oceny odpowiednie do stanu wiedzy i umiejętności. Podręcznik mają, czytać potrafią, mojej wiedzy nie chcą, to kijek im na drogę. Jezuici mają mądre podejście: pomóc możesz temu, kto po pomoc przychodzi, nie możesz - temu, kto pomocy nie chce, więc nie trać na niego czasu, bo nie warto.

Fajnie byłoby mieć kolejkę, żeby sobie pojeździć pociągiem. Zwłaszcza taką ze sterowaniem cyfrowym - lokomotywa może mieć głośniczek i wydaje dźwięki takie jak prawdziwa - na przykład jak ta Stonka na filmiku:



sobota, 13 kwietnia 2013

148.Nietrwałość homo

Troszkę się podziało przez te parę dni - niańka pieluch nie uprała, kot mleko zjadł i farfurka się stłukła.
Awantura w robocie - dyrekcja  po kilku miesiącach połapała się, że jej zarządzenie chyba bylo nie do końca przemyślane i należało wydać inne. Ale zamiast załatwić sprawę prosto komunikatem w rodzaju:
"Kochani, źle się stało - dostaliście taki i taki komunikat, a należało to zrobić tak a tak. Bardzo mi przykro, ale musimy zmienić wstępne plany i postąpić inaczej niż zamierzaliśmy na początku roku. Źle się stało, ale trudno, nie możemy inaczej postąpić."
postąpiła w swoim stylu, tzn. wykręcając kota ogonem. Mianowicie ogłosiła, że nic podobnego nigdy nie było mówione, zawsze było tak jak ona teraz przekazuje, a jak kto sugeruje że można by przyjąć inne rozwiązanie, to nie wiadomo zupełnie skąd mogło mu coś takiego przyjść do głowy. Kiedy pokazaliśmy skąd mogło - mianowicie z jej dyspozycji, to wyparła się wszystkiego, przechodząc do agresywnego kontrataku, że nam się najzwyczajniej nie chce pracować i chcemy po prostu do pracy nie przyjść. Zarzut, poza kontekstem nawet, absurdalny, bo o wolnym dniu nie było mowy i jasne było dla nas, że tego dnia jesteśmy w pracy. Bezczelność i zakłamanie po prostu zapiera dech  w piersi.

Rodzinna imprezka. Jak zwykle nastrój kameralnej stypy. Kuzyn, który pojąć nie może dlaczego nie robię doktoratu i nie zmieniam pracy na taką, w której nie bedę się marnował. Butelka hiszpańskiego dotrzymująca towarzystwa i niepokojące odkrycie, że osuszyłem ją sam chyba w 3/4 - ale czym tu się innym zająć?

Wciąż smutne myśli. Z jednej strony - samotność boli. Z drugiej - świadomość, że po przeżyciu całego życia samotnie, raczej nie nadaję się już do jakiegokolwiek związku. Nie jest łatwo. W szafie, z wyparciem świadomości tej części osobowości, było jednak łatwiej.

Heterycy mają łatwiej: cała kultura jest nastawiona na ułatwienie im sparowania i mają do dyspozycji czyli wyboru jakieś 45 % populacji brutto. A my możemy wybierać spośród najwyżej 5 % brutto (tzn. pomijam dla uproszczenia kwestię wieku, która występuje w obu grupach), w dodatku mając przeciw sobie całą kulturę. A traktowanie nas przez heteryków przypomina manewr zastosowany wobec Żydów: najpierw zabroniono im posiadania ziemi, uprawy roli i zajmowania się rzemiosłem, po czym stwierdzono, że Żydzi to cwaniacy pasożytujący na ludziach uczciwej pracy, bo zajęli się handlem, do którego mieli mieć wrodzone predyspozycje. A czym się, do kurwy nędzy, mieli zajmować, jak im wszystko inne zakazano?! Podobnie z lichwą - chrześcijanom zakazano. A ponieważ pod pojęciem lichwy wtedy rozumiano pożyczanie na jakikolwiek procent,  to bez kredytu nie mogłaby się rozwijać gospodarka. A więc ktoś to musiał robić - pozostawiono to Żydom, po czym ukuto z tego zarzut, że pokrętna żydowska natura każe im pasożytować na zdrowym ciele chrześcijańskiego społeczeństwa.

A nam dziś odmawia się zawierania prawnych związków argumentując między innymi, że to dlatego, bo przecież związki homoseksualne są nietrwałe. Podła manipulacja, ot co!

środa, 10 kwietnia 2013

147.Jego Atrakcyjność

Dzionek przepychania piramid przez pustynię. Krzątanina, aż się woda w tyłkach gotuje, w związku z wabieniem narybku do przyszłych klas pierwszych. Jak zwykle dyrekcja jest ponad takie duperele jak organizacja dnia otwartego i nie widzi potrzeby (ani nie ma nawet ciekawości!) przyjrzeć się co i jak się szykuje. 
Zajęcia dla maturzystów - ćwiczenia do matury rozszerzonej z uczniem równie ambitnym jak nie nadającym się do tego poziomu (absolutnie impregnowany na jakiekolwiek perswazje). Praca ze źródłami normatywnymi (fragmenty ustaw), a w jej trakcie natrętne wrażenie, że bardziej odpowiednie  byłoby generalnie coś zbliżonego do "Elementarza" Falskiego.

* * *
Trwa lekcja. Belfer oddaje sprawdzone prace, jeszcze je omawia,
kiedy kątem oka dostrzega nagłe zagęszczenie materii z boku biurka.

Belfer
- Czego chcesz, Jasiu?

Jaś
- Pana chcę.

kurtyna.


[ Potrafią być rozbrajający, nieprawdaż? ]


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

146.Belfrem być, ach belfrem być!

Panterazowi

Nie, nikt nie uczy nauczyciela umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Nie mamy w praktyce żadnego wsparcia, jeśli w szkole jest pedagog (lub rzadkość prawdziwa - psycholog), to zwykle pełni fukcję "dziewczyny od wszystkiego", mając czas co najwyżej na okazjonalną konsultację, ale już nie na systematyczne wsparcie belfra. Nasz system jest oparty na zasadzie: nauczycielka ma sobie radzić (sama).

Współpraca jest zwykle w najlepszym razie deklarowana i ograniczona do sytuacji nieproblematycznych. Z problemami radź sobie sam, a więc nie skarż się, nie zwierzaj się, nie przyznawaj się, że masz problemy - wszystko co powiesz w tym zakresie może zostać użyte przeciw tobie. W najlepszym razie dostaniesz łatkę nieudacznika i mięczaka, w najgorszym (?) dyrektor poszuka sobie kogoś na twoje miejsce, "bo pani sobie nie radzi". Nieraz czytałem utyskiwanie dyrektorów w stylu "jak taka pani zrobiła awans, jest teraz nauczycielem kontraktowym/mianowanym/dyplomowanym to powinna sobie radzić z taką sprawą, a nie marudzić!". Do tego wszystkiego system działa tak, że w rzeczywistości ważniejsza jest biurokracja niż dydaktyka. Jeśli trafi się szkoła, która potrafi się przed tym jeszcze bronić, to takiemu dyrektorowi powinni z miejsca dawać Polonię Restitutę i to conajmniej oficerię.

Nauczyciel, wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu, nie zyskał statusu funkcjonariusza państwowego, lecz tylko ochronę przewidzianą jak dla funkcjonariusza państwowego. Tyle tylko, że to kompletna fikcja. Próba skorzystania z tej ochrony jest witana nieżyczliwie, jako przejaw, dobierajac z wachlarza: niekompetencji, pieniactwa, konfliktowości, problemów psychicznych, przerzucania odpowiedzialności, szkodzenia wizerunkowi i interesowi szkoły bądź gminy itp.  
System działa w przeciwną stronę - mamy poczucie, że generalnie panuje niepisana zasada domniemania winy nauczyciela w najróżniejszych sytuacjach. Kiedy mamy słowo nauczyciela przeciw słowu ucznia lub rodzica, to można spokojnie stawiać dolary przeciw orzechom, że władze oświatowe różnej maści i różnego szczebla dadzą wiarę uczniowi i rodzicowi, a nie nauczycielowi. Słowo nauczyciela nic nie znaczy - trzeba mieć na wszystko podkładkę w postaci pisemnego oświadczenia rodzica.

Swój warsztat pracy analizuję - możesz mi wierzyć. Próbuję różnych modyfikacji i wprowadzam zmiany które się sprawdzają - choćby dzisiaj spróbowałem czegoś nowego, zobaczę jak to się sprawdza na dłuższą metę. >:-) Problem w tym, że uczenie staje się coraz cięższym kawałkiem chleba i bywa że brakuje mi pomysłów co jeszcze można zrobić. System nie uwzględnia prostej prawdy: choćbyś krowie dał kakao, nie wydoisz czekolady. A ja się coraz częściej czuję, jakby wymagano ode mnie kierowania produkcją pralinek w 15 smakach. 

Dziś kolega z rozrzewnieniem i tęsknotą wspominał pierwsze roczniki gimnazjalne - jak wysoki poziom prezentowały w porównaniu z tymi, które przychodzą teraz. 

Mam poczucie że z jednej strony mam przeciw sobie rozpuszczonych, na swój sposób zdemoralizowanych systemem, niedostatecznie wychowanych uczniów, a z drugiej brak wsparcia ze strony głupiego systemu, czy wręcz jego demotywujący wpływ.

Tym co z pewnością utrudnia mi działanie to problemy osobiste. Nie ulega wątpliwości, że brak szczęścia w życiu prywatnym rzutuje negatywnie na życie zawodowe, zwłaszcza w zawodzie, w którym pracuje się całym sobą.

sobota, 6 kwietnia 2013

145.Pozdrowienia spod Marianów

Moi znowu mi dali popis rozpieprzając lekcję. Na deser jeden demonstracjnie olał polecenie, żeby zaczekali chwilę po dzwonku i z szyderczym uśmieszkiem wyszedł sobie z sali. Nie dałem się sprowokować i zaczekam z rozliczeniem go za to do poniedziałku. 

Ta hałastra mnie wykończy. Jest mi przykro i jestem na siebie zły, że sobie z nimi nie radzę. Widać wyraźną zmianę w naszej młodzieży na przestrzeni dwóch ostatnich naborów w porównaniu ze starszymi. Mamy do czynienia z gwałtownym skokiem infantylności i braku wewnętrznego ogarnięcia polegającego na rozpoznawaniu przez nastolatka sytuacji i momentów, kiedy trzeba nad sobą zapanować.

Znowu wróciły smutne myśli krążące generalnie wokół bilansu życia. Miałem już nadzieję, że zaczęły odchodzić na dobre, ale - jak widać - nic z tego.
Śmierć jawi mi się jako ulga i wytchnienie, kiedy wreszcie uwolnię się od tego wszystkiego. Mam tylko nadzieję, że te różnorakie opowieści o nieśmiertelnej duszy, reinkarnacji itp.  to lipa. Tylu ludzi, którzy mają po co i pragną żyć - umiera, a ja się, cholera, męczę - nie wiadomo po co. Chciałbym mieć już to wszystko z głowy.

czwartek, 4 kwietnia 2013

144.Jego Jadowitość

Przyszłość narodu pracuje przy komputerze. Monitor stary, kineskopowy. Uczeń operuje myszką, a jego sąsiadka, żeby przyśpieszyć pracę zaczyna palcem wodzić po ekranie i postukiwać.

Złośliwy Belfer 
ze współczuciem

- Słońce! To nie jest ekran dotykowy.

* * *

Ankieta  w klasie drugiej  w sprawie studniówki (która będzie za rok - w klasie trzeciej) . Panny z komitetu organizacyjnego z przejęciem zbierają dane.

Panna
do klasy

- A teraz ręka do góry, kto będzie szedł sam na studniówkę. Dobrze.
A teraz ręka do góry kto będzie szedł z osobą towarzyszącą.

Złośliwy Belfer
teatralnym szeptem

- Ta rozbrajająco naiwna wiara w taką trwałość młodzieńczych związków
doprawdy mnie rozczula.


środa, 3 kwietnia 2013

143.Pierniczkowy matriks

Przeczytana dziś porada dla człowieka (jednego z naszych), któremu się wypsnęło, że źle mu samotnemu:
Głowa do góry i trzeba szukać!
Dobra rada to prosta rada, jak niektórzy powiadają. Teoretycznie doradca ma rację, ale w praktyce to już nie wygląda tak różowo. Nadchodzi w końcu dzień, w którym zanika nadzieja i wiara, że szukanie do czegoś owocnego doprowadzi. Kiedy nie daje się już dłużej uciekać przed uczciwą odpowiedzią na pytanie: "Ile jeszcze masz zamiar się łudzić, że kogoś znajdziesz?". Mit, że każdy ma gdzieś tam swoją drugą połówkę, jest wybitnie bałamutny - większość nikogo nie znajdzie. Owszem, ma on swoje społeczne uzasadnienie - tworząc motywację do działania chroni ludzi przed załamaniem w zderzeniu z gorzką prawdą, ale to w gruncie rzeczy matriks. To coś w tym rodzaju, jak dziecku mówimy, że będzie żyło długo, dostatnio i szczęśliwie, aby z tą wiarą dorastało i żyło, ale przecież część z nich umrze młodo, więcej nie zazna dostatku, a większość (by nie powiedzieć: prawie wszyscy) nie będzie szczęśliwa.

Nie wiem tylko czy zrozumienie, że słodkich pierniczków dla wszystkich nie starcza a większości pisany samotny los usque ad finem, to moment przejścia od młodości do dojrzałości, czy od dojrzałości do starości.

* * *
Jeszcze mały komentarz do poprzedniego postu.
Szczęśliwi ludzie mnie czytają, bo po komentarzach sądząc dostrzegli tylko jedną - dosłowną warstwę tekstu, a metaforyczne drugie dno umknęło niepostrzeżenie. ;-)

wtorek, 2 kwietnia 2013

142.Kamienice

Wolne się kończy, czas do pracy wrócić - niestety.

Dziś zrobiłem sobie "wycieczkę": wsiadłem do autobusu na jednej pętli, wysiadłem na drugiej. Dzieści lat przeżyłem w tym mieście, a jeszcze nigdy w tej jego części nie byłem. Przespacerowałem się, mimo niezbyt sprzyjających okoliczności przyrody. Ponure blokowiska, zabudowa z czasów, kiedy domek jednorodzinny nie mógł przeraczać 110 m kw. powierzchni, nowe apartamentowce i szeregowce przygnębiające brzydotą i mechaniczną powtarzalnością form - jak spod sztancy.  Śpieszący się ludzie, zaaferowani swoimi wielkimi i małymi sprawami. Śnieg i kałuże. Kontrast długiego, ciągnącego się niemal bez końca surowego muru ceglanego otaczającego olbrzymi cmentarz i szeroko rozlanego obok pustego pola zamkniętego dopiero gdzieś w oddali łańcuchem bloków. Smutne żywe trupy zaniedbanych kamienic, stojących jeszcze, zamieszkałych, ale widać, że spełniających swe funkcje już tylko siłą przyzwyczajenia, bądź rozpędu, który kiedyś został im nadany. Stare, pogardzane, nieatrakcyjne, omiatane niewidzącym ich wzrokiem, tkwiące jeszcze z przyzwyczajenia, lecz czekające już tylko na dzień, w którym znikną, by zrobić miejsce nowym budynkom - lepszym, młodszym, ładniejszym, budzącym satysfakcję.