Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

piątek, 31 sierpnia 2012

39.Bryndza

Koniec rekrutacji. Jakiś niesmak. Żadego poczucia dobrze wykonanej roboty, żadnej choćby mikrosatysfakcji. Dyrekcja nawet się nie pofatygowała żeby nam podziękować za trzy tygodnie urlopu oddane na pracę. Wice stał i tylko patrzył w milczeniu jak się pakujemy i nic nie powiedział, żadnego słowa uznania dla naszej pracy. 

Zapowiada się duża bryndza finansowa w nadchodzącym roku. Miasto zredukowało nam dodatki motywacyjne, ale władze lokalne postanowiły być jeszcze gorliwsze i jako jedyne zażądały od dyrektorów (ustnie!) aby zgodzili się i zadeklarowali kwoty przeszło dwukrotnie niższe od już zredukowanych przez miasto. Mnie krótko przed wakacjami dyrekcja  za zaslugi  podkręciła dodatek, więc propozycja lokalsów oznacza dla mnie (na rękę) prawie 500 złotych w plecy. Gdy dodać do tego brak godzin ponadwymiarowych robi się nieprzyjemnie. O korkach nie ma mowy. A wszystko wokół nieustannie drożeje. 
M. zresztą jest w jeszcze gorszej sytuacji bo u niej podobna kasa idzie na dwie osoby. Nie wie czy jej starczy na zabiegi i jedzenie. Ale ludzie i tak wiedzą, że po podwyżkach kosimy kasę że hej!

Nastrój mam kiepski. Myśl, że po niedzieli stanę przed uczniami i mam ich motywować, prowadzić, kształtować, wychowywać, edukować, wydaje się ponurym żartem.
Rekrutacja jakoś trzymała mnie w kupie (zadaniowość). Teraz coś mi odpuściło. Jest mi smutno, samotność nie jest fajna. Przykre jest poczucie, że nikt cię nie chce. Że nie masz się do kogokolwiek choćby przytulić.

środa, 29 sierpnia 2012

38.Upiory

To straszne co nieopanowany lęk może zrobić z człowiekiem. Tolkienowskie Pierścienie Władzy interpretujemy zwykle w kontekście zaspokojenia żądzy: władzy, dominacji, siły, kontroli, ale zapominamy przy tym, że był i drugi motyw. Zwłaszcza u ludzi ("śmierci podległych") silny - lęk. Lęk przed zestarzeniem, słabością, zdominowaniem, bezradnością, zranieniem. Upiory Pierścienia (Nazgûle) to ofiary nie tylko swojej żądzy władzy, ale i swoich lęków. To dramatyczne ukazanie ludzi, którzy ulegli swoim lękom. Ofiary tym bardziej przewrotne, że najpewniej nie zdające sobie sprawy z tego, że popchnął ich do tego wyboru lęk, a nie wzniosłe pragnienia władzy, siły, może działania dla dobra ludzkości. Człowiek, który pozwolił żeby zawładnęły nim lęki staje się Upiorem, człowiekiem nie żyjącym pełnią życia, zawieszonym między życiem a śmiercią, gdyż przez te trawiące go lęki po kawałeczku umiera każdego dnia. 

wtorek, 28 sierpnia 2012

37.Marazm przed linią startu

Siedzę na rekrutacji, a właściwie krążę, jak wilk w klatce. Ruch minimalny, co nas dziwi. W poprzednich latach był duży ruch - wiele osób wycofywało papiery, bardzo wiele składało podania o przyjęcie i listy "pływały" aż do pierwszych dni września. Tymczasem teraz papiery wycofało zaledwie kilka osób, a podań jest co kot napłakał. Do jednej klasy jest dość dużo, ale do paru innych nie ma ani jednego. Oznacza to, że listy mamy na ten moment ułożone na styk. A przecież rekrutacja trwa do piątku, nie mówiąc o tym, że niektórzy mogą się wynieść od nas jeszcze na początku września. Nie mamy sensownego wyjaśnienia mechanizmu takiej odmienności tegrocznej rekrutacji w stosunku do wcześniejszych.

Trwają poprawki, ale dzięki dobrej cioci z Alei Szucha, uczniowie mogą z jedną jedynką być warunkowo promowani, jeśli przedmiot jest kontynuowany w klasie wyższej. Powoduje to, że mimo oblania poprawki uczeń może spokojnie przejść do następnej klasy. Teoretycznie zależy to od decyzji rady pedagogicznej, ale można się spodziewać, że padną stare znajome argumenty, że ubytek ucznia to mniej godzin dla nauczycieli. A na taki moralny szantaż, że w istocie głosujemy nie warunkową promocję Jasia Kowalskiego, tylko ratujemy etat koleżanki Malinowskiej, która ma małe dziecko i kredyt do spłacenia, wielu nie jest odpornych. A Jaś Kowalski i idący za nim Staś Wiśniewski odczytują to jako naukę, że nie warto się zbyt pilnie uczyć, skoro raz w danej szkole można zdać mimo jedynki.

A ja po pracy nie mogę sobie miejsca znaleźć. Opycham się. Zacząłem już produkować papierzyska na nadchodzący rok szkolny.


niedziela, 26 sierpnia 2012

36.Dobry zwyczaj - nie pożyczaj

Przeczytałem właśnie artykuł "Przyduszeni kredytem" i jakoś poczułem się nieprzyjemnie. Niby nic nowego, a jednak czemuś zastanowiło mnie to. Zadziwia mnie bezmyślność ludzi biorących kredyty ponad swoje możliwości płatnicze. Zadziwia mnie mentalność ludzi żyjących na kredyt. Rozumiem: katastrofa życiowa, gardłowa sprawa - trzeba kredyt brać. Ale kredyt jako sposób na życie? 

Kiedy zainteresowałem się parę lat temu strzelaniem pneumatycznym i zachciało mi się spróbować popukać, to oczywiście pojawiła się kwestia kasy. Pensja była wtedy golutka, więc chudziutka i na porządniejszą wiatrówkę wyskrobać było trudno (a na "chinkę" szkoda było zdrowia i pieniędzy). Przyszedł na myśl kredyt, więc zajrzałem na stronę banku - jednego, drugiego. Popatrzyłem ile wynosi oprocentowanie, ile bym musiał płacić, ile by mi zostało na życie i szybko machnąłem ręką na kredyt. Mimo że chodziło o niedużą przecież kwotę 2-2,5 tysiąca, zrezygnowałem na starcie. Wolałem poczekać, posprzedawać część zbiorów i kupić za własne, a nie pożyczone. Miałem ochotę spróbować jeszcze innego systemu (PCP), ale po spokojnej analizie kosztów zrezygnowałem w ogóle. Czy fajnie byłoby postrzelać z innej "plujki"? Fajnie. Czy warto było zadłużać się na to? Nie warto.

Teraz, jak moi kochani czytelnicy wiedzą, robię sobie remont mały i przemeblowanie. Chciałbym uporządkować wreszcie księgozbiór, co wymaga nabycia nowych regałów. Na razie stać mnie było na półtora. Fajnie byłoby kupić tyle ile potrzeba i mieć jednolite, schludne umeblowanie, a nie zbieraninę, ale to by wymagało wzięcia kredytu na kilka tysięcy złociszy. Pokusa jest. Gdzie? W śmietniku. Nie wezmę kredytu, poczekam do wiosny, może lata i stopniowo dokupię kolejne regały. Przez ten czas będę patrzył na zbieraninę - trudno, przeżyję to bez problemu. Owszem, ryzykuję, że meble zostaną wycofane z produkcji i nie dokupię ich już - trudno, qui ne risque rien, n'a rien. Ale nie ograniczę sobie swobody kredytem.
No i last but not least - jestem zbyt biedny na kredyt. Stopa procentowa jest tak duża, że z powodzeniem opłaca moją niecierpliwość.

sobota, 25 sierpnia 2012

35.Czemuż, ach czemuż?

Wszystkim, którzy pytają "dlaczego taki fajny facet nikogo nie ma" pragnę zadedykować niniejszą piosenkę, w znakomitym wykonaniu Wiesława Gołasa z Kabaretu Starszych Panów. Myślę, że można by ją uznać za odpowiedź na nurtujące pytaczy pytanie. ;-)



Aha, żadnych zakwasów nie mam i nic mnie po wczorajszym szlifowaniu nie boli. No, może poza moim perfekcjonizmem, który trzeba było siłą zdusić, żeby się nie czepiał o jakieś drobne usterki w szpachlowaniu. Uznałem, że jak będę starał się wszystkie drobne skazy wyprawy usuwać, to do Bożego Narodzenia tej ściany nie skończę. Trzeba wiedzieć, kiedy przestać.

piątek, 24 sierpnia 2012

34.Huśtawka korespondencyjna

Krzątanina przez cały dzień, uwieńczona wyszlifowaniem ściany. O rany... ileż pyłu, a właściwie miałkiej mączki akrylowej, która w połączeniu z wodą tworzy paskudną lepką maź, trudną do wytarcia i doczyszczenia z każdej powierzchni mniej gładkiej od lustra. Trzeba więc było wszystko czyścić na sucho. Dwa worki odkurzacza na to poszły. Za to pomysł foliowej kurtyny separującej szlifowaną ścianę od reszty pokoju sprawdził się bardzo dobrze - pył nie wyszedł na pokój. 
Inna sprawa, że część "brudna" była trochę przymała - oddzieliłem jako strefę pracy pas wzdłuż ściany szerokości zaledwie ~70 cm, co przy wyjątkowo cienkiej i elektryzującej się folii i dokładnym jej przylepieniu do ściany i sufitu dało efekt nieoczekiwany i niepożądany. Mianowicie kubatura części "brudnej" była tak mała, że jakiekolwiek moje przemieszczenie się powodowało ruch powietrza i falowanie tej foliowej kurtyny, która w dodatku przylepiała się do mnie - to było wściekle irytujące.
Ale pomysł był dobry i zasadniczą funkcję spełnił, a o to chodziło. 
Jeszcze małe poprawki szpachlą, wyszlifowanie ich, położenie gruntu i mazu-mazu farbą. Jak sobie pomyślę, że czeka mnie coś takiego z resztą ścian, to mam ochotę rzucić się na szpachelkę. Ręce mi mdlały od tego szlifowania i mam tylko nadzieję, że jutro nie dostanę zakwasów.

* * *
Przypomniał mi się pewien znajomy (mój i M.) i jego specyficzny sposób korespondencji/komunikacji. Piszę do niego maila, odpowiedź dostaję po tygodniu, po dekadzie albo wcale. Trwa wymiana maili, pytam o coś, nawiązując do tego co pisze - odpowiedzi brak. Rozumiem, że jakaś drażliwa, delikatna, osobista sprawa itp., ale zupełnie banalne kwestie? Typu: pisze że pojechał gdzieś skuterem. Nie wiedziałem, że ma skuter więc gratuluję nabytku, pytam jak mu się jeździ, jaki to typ skuterka - na miłość Boską, to nie są tajemnice państwowe ani informacje intymne. Nie pytam nastolatka, któremu buzujące hormony klepki przestawiają, tylko dorosłego faceta koło pięćdziesiątki! A w odpowiedzi co? Zgadliście, drodzy czytelnicy! Głucha cisza.
Przysyła zdjęcie remontowanego domu, więc chwalę, gratuluję, pytam np. co ma jeszcze do zrobienia. W odpowiedzi - głucha cisza. A jak go przypadkiem spotkam na mieście, to się na mnie nieledwie rzuca, wita misiem, rozmawia ożywiony itp.

Tacy ludzie mnie zadziwiają. Nie wiem czy ja coś robię nie tak, czy może oni już tak mają coś nie teges? Nie wiem jak z takimi pisać, rozmawiać itp. Kontaktowanie się z takimi ludźmi jest trudne bo takim swoim zachowaniem okropnie huśtają człowiekiem. Wysyłają sprzeczne sygnały: kontakt, odpowiedź, brak kontaktu. I zostajesz czlowieku na lodzie, przed pustą skrzynką pocztową, nie wiedząc czy to twoja wina, gafę strzeliłeś? uraziłeś bezwiednie? niedelikatny byłeś? Czy może on ma cię w dupie i jesteś mu potrzebny tylko jako widownia? Cholera wie co sobie myśleć. I zostajesz w takim zdumionym zawieszeniu.

czwartek, 23 sierpnia 2012

33.A my nie chcemy...

Właśnie sobie słucham (po raz kolejny zresztą) wstrząsającej piosenki Gintrowskiego/Kaczmarskiego "A my nie chcemy uciekać stąd".
Ciekawa sprawa - piosenka powstała pod wpływem impulsu, którym była informacja o pożarze w szpitalu psychiatrycznym w Górnej Grupie w 1980 roku, a mimo to szybko nabrała o wiele szerszego podtekstu. Wciąż pamiętam jak ją słyszałem w późnych latach osiemdziesiątych. Dla mnie wtedy była zupełnie oczywistą metaforą.
Lata osiemdziesiąte po stanie wojennym to okres przygnębiającego marazmu, szarzyzny, beznadziei i połębiającego się kryzysu coraz bardziej załamującej się gospodarki peerelowskiej. Mimo cenzury wiadomo było, że mnóstwo ludzi emigruje. Wyjeżdżali ludzie młodzi, wykształceni, rzutcy. Skala tych wyjazdów była ogromna, szła w setki tysięcy. To był  w istocie dramat naszego społeczeństwa, bo nie wyjeżdżali prości robole, ale ludzie wykształceni, odważni, operatywni; to był upust krwi nie ciemnej masy, ale liderów, elit. Sądze, że tego ubytku nigdy nam sie nie udało nadrobić. Tych ludzi zabrakło w 1989 roku, kiedy budowano III RP, która zapewne wyglądałaby inaczej, gdyby oni pozostali w kraju. Czy lepiej?  Być może.

Dla mnie we wspomnianej piosence ów dom wariatów to był oczywiście PRL, czyli skrajnie absurdalnie skonstruowana rzeczywistość. Zaś słowa "A my nie chcemy uciekać stąd!" były manifestem tych, którzy zdecydowali się zostać, nie wyjeżdżać. Aczkolwiek byłem jak najdalszy od potępiania, czy negatywnego oceniania emigrujących. Żałowałem, że nie mam rodziny za granicą, marzyłem jakby to było cudownie, gdybym mógł wtedy wyjechać, z dala od ojca. Mój Boże... jakże inaczej potoczyłoby się moje życie, gdybym wtedy, w wieku kilkunastu lat odseparował się od "domu rodzinnego". Czy lepiej? Zapewne. Mogłoby i tak być, że dziś nie byłoby mnie - wszak nikt z nas nie zgadnie co nań kiedy wypadnie. Ale to akurat byłoby dobrze. Więc czy tak czy tak - szkoda.

Wykonanie klasyczne - Przemysław Gintrowski



A to wykonanie równie dobre - znakomity Jacek Wójcicki w "Ostatnim dzwonku" Magdaleny Łazarkiewicz, filmie który świetnie oddaje atmosferę czasów mojej nastoletniej młodości - połowy lat osiemdziesiątych.


środa, 22 sierpnia 2012

32.Być innym

Pokusa, żeby machnąć ręką na marsjańską fakturę tynku była silna. Machnąć na to od razu farbę i nie zawracać sobie głowy. Tu regał, tam landszaft jaki i nie będzie tak widać, a przynajmniej nie będzie tak raziło.
Wyszorowałem ścianę, żeby zmyć resztki kleju do tapet i... Nie wytrzymałem. Ten paskudny tynk nie dał by mi spokoju. Nie chcę powielać błędu mojego ojca, który przed 20 laty z chytrości pożałował na choćby wygładzenie tynku (skoro sztablatura za droga). I tak to małe skąpstwo zostało na ćwierć wieku niemal. Teraz jest okazja, żeby częściowo choć to naprawić i zrobić porządniej. Jeśli zostawię po staremu i tylko zamażę farbą, to w gruncie rzeczy zjadę na jego poziom. A chęć bycia innym niż mój ojciec jest silnym motorkiem napędzającym moje działanie. W gruncie rzeczy tę chęć napędza jeszcze coś innego - lęk, że jestem taki jak on. Tym przez lata całe tłumaczyłem sobie dlaczego nie powinienem się wiązać z dziewczyną i mieć dzieci, choć bardzo mi ich brak - autentycznie bałem się, że byłbym takim ojcem jak on. Co gorsza - że nie zdawałbym sobie z tego sprawy.

No i tak poszedłem do chemicznego po masę szpachlową, kupiłem mały kubełek na próbę i naprzód! Trudno, że napyli się jak s..syn przy szlifowaniu - dopust boski, potem będę się tym martwił. Nigdy nie wygładzałem tak dużej powierzchni jak ściana, tylko co najwyżej nieduże naprawki, ale uznałem, że jak bardzo kiepsko bym tego nie zrobił, to i tak gorzej jak tynk oryginalny wyglądać to nie będzie. No to się zobaczy.

Kubełek wystarczył na 1/3 ściany, więc jutro znowu na zakupy i na drabinę.

Przykre to w gruncie rzeczy, że robię to tylko sam dla siebie. Że kiedy schodze z drabiny nie ma przy mnie nikogo, kto by mnie poklepał z uznaniem, przytulił, powiedział "Jak fajnie to wychodzi, będzie nam tu ładniej." To taka sztuka dla sztuki (tak, tak, wiem M. że masz tu odmienne zdanie :-). Satysfakcja jakoś niepełna.

Ja niestety tak słodki jak on nie jestem, choć pod względem atrakcyjności fizycznej już dużo bliżej. ;-)

wtorek, 21 sierpnia 2012

31.Nim wir wessie

Dziś  był powrót do pracy - siedziałem na maturze poprawkowej na wyjeździe. Trzygodzinna tortura. Zamieniłem parę słów z nową dyrekcją tamtej szkoły. Smutna refleksja mnie po niej naszła - szkółka jeszcze kilka lat temu idąca z nami łeb w łeb, dziś nam uciekła na dobre w jakości kształcenia. A nowa dyrekcja, cóż, różnica co najmniej klasy w stosunku do naszej. 
A to się niestety przekłada - jaki dyrektor taka szkoła. Dobry - pociągnie, podciągnie i popędzi. Kiepski - pociągnie (ale w dół), zepchnie i rozmemła.

Po powrocie z rendez-vous z pracą nosiło mnie kilka godzin. Nie  umiałem sobie miejsca znaleźć, podżerałem i nie wiedziałem co z sobą zrobić. Urocze. W końcu znalazłem sobie zajęcie w postaci zdzierania tapety. Może przynajmniej jedną ścianę odnowię, nim mnie wir oświaty na powrót wessie. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

30.Praca na horyzoncie

Od kilku dni coś mi się zmieniło ze snem - kładę się jeszcze później niż zwykle, a rano mam problem ze wstaniem o nastawionej godzinie. Przyczynę dostrzegam jedną, tę samą co u M.: zbliżający się powrót do pracy. M. nazywa to szkolny reisefieber, ale ja myślę, że bardziej pasuje tu określenie pracofobia.

Nasze organizmy czują, że zbliża się przeflancowanie ich z powrotem w środowisko wysoce toksyczne i nieprzyjazne im, więc dają nam sygnały ostrzegawcze. Ja to i tak przechodzę lżej niż M., bo tylko dłużej śpię i żrę więcej niż dotychczas (więc dokładnie odwrotnie niż ona), ale i tak jest to niedobre.

Mierzi mnie perspektywa powrotu do miejsca w którym dominuje bałagan, niekompetencja i nieuczciwość. Miejsca, w którym pracuję z ludźmi w większości miałkimi i ograniczonymi, w mniejszości - prostackimi, chamskimi i załganymi. To prawdziwie przygnębiające, że człowiek tak zwyczajny i niewyrafinowany jak ja ma głębokie poczucie dyskomfortu ze stykania się z tak wulgarnym towarzystwem. Wulgarnym w dawnym tego slowa znaczeniu, a więc bardziej pospolitym niż chamskim.

Uczeniem młodych ludzi pownni zajmować się jednak wyselekcjonowani ludzie, prezentujący należyty poziom kulturalny i odpowiedni profil osobowościowy. Nauczyciel pracuje całym sobą, swoją osobowością, swoim przykładem. A tu... Ani cebulki ani w co wkroić. 

Ale do tego trzeba, żeby dyrektor szkoły miał jakąś wizję placówki, jakąś umiejętność zdefiniowania profilu pracownika i modelu ucznia do jakiego chciałby placówkę prowadzić. A jak dyrektor kompletnie nie zna się na ludziach i równie kompletnie nie umie z ludźmi współpracować i ludźmi się posługiwać, to mamy to co  mamy. Zalew półinteligentów i nadanie agresywnemu chamowi statusu świętej krowy.

I młodzi - przekonani, że już wiedzą co im się w życiu przyda, a zwłaszcza - co im się na pewno nie przyda. Zdemoralizowani przez dotychczasowe poziomy systemu edukacyjnego. My do tej demoralizacji zresztą dołożymy kolejną cegiełkę, trwając w krzepiącym złudzeniu, że ją zwalczamy i przeciwstawiamy się jej. Nieciekawi świata, ciekawi tylko otrzymywania tu i teraz biletów wstępu do konsumpcji. Nieciekawi ani siebie, ani ludzi, głusi na pokazywanie im mechanizmów czucia, myślenia, działania. Dzieci klasy średniej z samotnej warszawskiej wyspy i jej szelfu na morzu polskiego dorobku.

sobota, 18 sierpnia 2012

29.Książki i regały

Sypialnia odmalowana, zostały jeszcze minimalne poprawki, tam gdzie się wałek omsknął, ale to już kosmetyka. Żaluzje poszły precz i z zasłonami i firankami, ze srebrzystym karniszem, pokój wygląda jak różdżką odmieniony. Do tego sprawiłem sobie dwa regały z Ikei z drzwiczkami i wygląda naprawdę nieźle. Miałem mnóstwo roboty z przekładaniem książek, bo musiałem przestawić dwa inne regały i zmachałem się, a zwłaszcza zakurzyłem troszkę. Z pewną smutną rezygnacją skonstatowałem że książek mam niestety od cholery. Przy całej operacji odkryłem sporo zapomnianych książek skrytych (dla ubóstwa miejsca) z tyłu półek. 
Chciałbym wymienić pozostałe regały na odrzwione, żeby się tomy mniej kurzyły, ale nie wiem kiedy to będzie możliwe, bo: 
  1. kasa - tegoroczne remonty mnie wydrenowały do cna, a od września pensja będzie dotkliwie mniejsza.
  2. miejsce - w ikejowskie regały przeszklone wchodzi mniej książek niż w dotychczasowe, a co gorsza ich dostępne rozmiary nie pozwalają na optymalne wykorzystanie posiadanego miejsca.
  3. kolejność - najpierw należaloby odnowić pokój, a to niestety okropna rujnacja, bo najpierw należałoby zerwać tapety i jakoś wyrównać tynki, a to oznacza straszne zapylenie. Alternatywą jest oblecieć je cienkim regipsem (płyty g-k), tylko że to oznacza pewną stratę miejsca w pokoju. No i jakby nie było kolejne spore koszty. A już na same regały będzie ciężko wyskrobać kasę i obawiam się, że taka cała operacja może być możliwa dopiero za 2-3 lata. Ponadto obawiam się - jak znam swoje szczęście w tej mierze - że do tego czasu Ikea wycofa ze sprzedaży interesujące mnie modele drzwiczek i znowu będę miał w mieszkaniu łataną zbieraninę.
 Mimo przybycia prawie 7 mb półek dalej sporo książek leży na podłodze. Mama błysnęła poradą, żebym przejrzał i części się pozbył. Tyllko łypnąłem wilkiem. Nie umiem rozstawać się z książkami. Do dziś pamiętam, jak w czasach licealnych z kruchości finansowej zaniosłem trochę książek do antykwariatu. Ta pamięć jest do dziś otulona cienkim szalem wyrzutów sumienia. Niektóre tytuły potem kupiłem sobie ponownie.

Liczne i długie rozmowy z M. na Jej sercowe tematy i dylematy. 

Dość zabawne jest jak na forum ludzie biorą mnie za dużo młodszego niż jestem w rzeczywistości.

środa, 15 sierpnia 2012

28.Panu H.

I tak sobie pomyślałem, że może gdybyś nie wrócił do szafy, byłoby Ci łatwiej kogoś poznać?
Teoretycznie zapewne tak, ale w praktyce to już tak prosto nie wygląda. Co z tego, że poznałem wielu różnych ludzi, skoro nic poza przykrością z tych kontaktów nie wynikło? Większość zresztą kończyła się na poziomie korespondencji. 

Część rezygnowała z przyczyn nieznanych milknąc po 1-2 mailach.
Część, niekiedy nader szybko, ujawniała cechy charakteru odstręczające od dalszego poznawania - przede wszystkim łgarstwo, krętactwo, ponadto zachowania przemocowe. O ludziach głównie szukających materialnej korzyści nie warto nawet wspominać.
Część kończyła znajomość na etapie 1. randki. Ja, przyznaję się bez bicia, zrobiłem tak dwa razy; przyczynami  były cechy charakteru i inteligencja.
Część zerwała kontakt po kilku spotkaniach - bez słowa wyjaśnienia.

Z jednym tylko chłopakiem kontakt się utrzymał, ale w standardzie luźnej "heteryckiej" znajomości (widujemy się ze 2-3 razy w roku, coraz rzadziej zresztą). Sparował się już jakiś czas temu, są szczęśliwi, właśnie szykują się do wspólnego zamieszkania i życzę im szczerze jak najlepiej, ale... cóż, trudno zaprzeczyć, że mu trochę zazdroszczę takiego ułożenia życia i oglądanie ich razem nie jest dla mnie zbyt komfortowe.

A muszę zaznaczyć, że mam stosunkowo niski próg dopuszczenia. Chodzi o to, że przy poznawaniu nowego człowieka jestem dość otwarty i wyrozumiały na jakieś jego niedociągnięcia. Nie mam podejścia: szybkie otaksowanie czy pasuje do pożądanego wzorca i w razie znalezienia jakiejkolwiek niezgodności - spadaj koleś! To nie znaczy, że staję się ślepy, głuchy i maślanym wzrokiem wgapiam się w otumanionym uwielbieniu. Wręcz przeciwnie, braki i wady dostrzegam, tylko one nie dyskwalifikują na starcie. Ma to wiele wspólnego z moim podejściem pedagogicznym - kiedy stykam się z uczniem wiem, że wie i umie mniej ode mnie, ale to go nie dyskwalifikuje, ja zaś czekam aż pokaże to co wie i potrafi. Nie wiem czy to mi się rozwinęło wskutek pracy, czy to moja wrodzona predyspozycja, ale chyba to drugie. Wiem, że druga osoba jest niedoskonała i nie dyskwalifikuję jej na starcie z tego powodu.

Bilans jest taki, że same porażki. Długa lista odrzuceń. A to mnie boli. Bo przy całej swojej niskiej samoocenie mam jednak świadomość własnej wartości i własnych zalet. Co z tego, skoro dla wszystkich ludzi których poznawałem nie liczyły się zupełnie.

To się tak łatwo mówi: "Nie poddawaj się, próbuj, szukaj, poznawaj!". Ale takie teoretycznie  trafne rady, w praktyce to o kant dupy potłuc. OK, wiele w tym mojej winy - nie mam konstrukcji psychicznej czołgu, skórka cienka i za wiele dociera do środka i się osadza. Nie jestem stworzeniem stadnym, kilka osób to już dla mnie spora grupa. Nie lubię licznych płytkich kontaktów, czuję się w tym źle. Jeśli budować z kimś więzi (towarzyskie) to głębsze - wartościowe.

Kiedyś odpisało mi naraz dwóch chłopaków i korespondencja trochę się przeciągała, to miałem dyskomfort: no bo jak to tak kręcić z dwoma naraz? Czułem, że powinienem pierwszemu powiedzieć o korespondencji z drugim, bo to nie w porządku tak. Wielu by powiedziało, że jestem stuknięty i być może według dzisiejszych standardów tak jest, ale tak już mam. Stąd np. koncepcja tzw. związku otwartego jest dla mnie zupełnie z kosmosu.

Z każdą kolejną porażką coraz trudniej przekonywać siebie, że to ma jeszcze sens. Że ta szydercza dziwka to nadzieja, a nie ułuda.

wtorek, 14 sierpnia 2012

27.Nihil novi

Skorzystałem z okazji malowania i spróbowałem inaczej ustawić meble w sypialni. Z uwagi na rozmiary mebli i sypialni był to dość hardcorowy puzel. Wniosek po przeanalizowaniu różnych kombinacji: zostaje po staremu. Dotychczasowe ustawienie jest niestety jedynym możliwym.

I przyszła mi myśl, że to zarazem jest jakaś metafora mojego życia. Mogę sobie odmalować pokój, żaluzje na zasłony i firanki wymienić, a i tak generalnie wszystkie kluczowe elementy zostają bez zmian. Mogę próbować coś zmienić w swoim życiu (czyli to czym się zajmuję w ostatnich latach), a i tak generalna architektura pozostaje niezmienną. Fasadę możemy odmalować, ale nieciekawa chałupa ta sama.

Stopniowo nabieram przekonania, że moja decyzja sprzed lat o powrocie do szafy była jednak trafna. Mówi się, że dobrze jest mieć marzenia, żyć nadzieją itp. Tyle, że w pewnym momencie dociera do ciebie, że to samooszukiwanie się - potrzeba nie zostanie zaspokojona. Jeśli jest ona dla ciebie ważną - jest to duży problem. Trzeba sobie jakoś przebudować piramidę, żeby dalej z tym deficytem żyć, a tu w środku piramidy zieje czeluść. Potrzeba bliskości, czułości, miłości, bycia kochanym (człowieka dorosłego) jest ściśle związana z orientacją. Jeśli nie mogę ich zaspokoić jako gej, to po co w ogóle być gejem? To znaczy - definiować się jako gej, myśleć o sobie jako o geju, być dla innych kojarzonym jako gej. To staje się zbędnym balastem, niepotrzebnym ozdobnikiem, co gorsza - niebezpiecznym, bo przypominającym o bolesnych deficytach.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

26.Deska

Drobne prace: szpachlowanie otworów po kołkach i ubytków, obsadzenie gniazdka, wybór karnisza, zasłon i firanek do sypialni, montaż karnisza, oddanie szmatek do skrócenia. Drobne zakupy. I jakoś dzień zszedł.

Byłem u rodziców. Ojciec miał refleksję:
- Szkoda żeś się z tym stołem pośpieszył i nie poradziłeś się. Byś powiedział to byśmy ci dali ten czeski z dużego pokoju.
Powinienem był ugryźć się w język, ale wypsnęło mi się w tempo bez zastanowienia:
- Dziękuję, ale za bardzo by mi przypominał to mieszkanie.
- A co, niedobrze ci tu było???
- Wystarczająco, żebym nie miał ochoty do tego wracać.

Może i nieładnie chlapnąłem, ale co mam udawać że to była sielanka? Nie mam na to siły, ani ochoty. Kiedyś ktoś rozmarzony wspominając swe licealne czasy spytał mnie czy chciałbym móc cofnąć czas i jeszcze raz być nastolatkiem. Odpowiedź nie zmienia mi się do dziś: Nigdy w życiu. Nie chcę jeszcze raz przeżywać tych lat permanentnego stresu i poniżania.

Wieczorem pełniłem funkcję specjalnego doradcy technicznego ds. zakupu deski klozetowej. M. wróciwszy ze swych alpejskich wywczasów zapragnęła mieć kaprys w postaci nowej i kompletnej deski klozetowej. W głowie się dziewczynie od tych szwajcarskich luksusów przewróciło i szaleje. Poważnym utrudnieniem było to, że deska ma być dwufunkcyjna: oprócz funkcji typowych, ma służyć wyrabianiu pudziańskich mięśni przy jej podnoszeniu - słowem: ma  być ciężka. A to poważnie ograniczylo wybór.

- Wiesz możemy pojechać do Castoramy, tam mają dużo większy wybór.
- Nie potrzebuję większego wyboru. Potrzebuję deskę.

Po fafnastu minutach bezowocnego przymierzania odrysu sedesu do kolejnych desek i po dojściu do wniosku, że deski, które by pasowały - wykupili bądź zdekompletowali, nastąpiła modyfikacja planów:

- Dobra, nie musi być ciężka.

Wreszcie jedna z desek dostąpiła zaszczytu przebrnięcia przez sito gęściejsze niż w "Top model" i "You can dance" razem wzięte i podążyła z M. ku jej przybytkowi ulgi, by pełnić swą zaszczytną misję.

sobota, 11 sierpnia 2012

25.Czerwone spodnie

Właśnie sobie siadłem po dniu umiarkowanie pracowicie spędzonym. Przed południem poszedłem na długie trzygodzinne spacero-zakupy.

Dość znamienny incydent miał miejsce przed wyjściem. Sprawdzam na balkonie - rze-e-eśko. O samym t-shircie nie mam mowy, więc trzeba się przeprosić z bluzą. Dyżur miała dziś brązowa, to jakie spodnie do niej? Czerwone. Ubrałem się, założyłem tenisówki i... niestety, spojrzałem w lustro. Myśl, a za nią decyzja. 
"Weź się stuknij w czerep! Stary dziad i się w czerwone wąskie ubiera. I jeszcze do nich tenisóweczki. Pośmiewisko z siebie robisz!" Czerwone poszły do szafy, przebrałem się w ciemnooliwkowe. Koniec koloru, bezpieczne nijakie brązy i zgniłe zielenie, stosowne na jesień życia. Do tego przypadkiem rozmiarówka z czasów ~10 kilo temu, kiedy tuszę trzeba było maskować, więc cokolwiek luźno powiewająca. 
I w takim nastroju poszedłem sobie na spacer...

Spacer humoru nie poprawił. Smutne myśli w głowie, smutne widoki przed oczami - tu para, tam para, tu chłopak, tam facet. I przebłysk, że czuję się bardzo podobnie jak przed dwudziestu paru laty, kiedy wracałem do szafy gorzko zawiedziony i rozczarowany.

Po południu ostatnie zacierki gipsiarskie wokół okien i malowanie ściany z oknami (choć proporcje są takie, że to właściwie okno ze ścianą. Dwie warstwy. Ładnie wyszło. Jednakowoż po 20 latach od poprzedniego malowania to każda nowa farba, choćby w kolorze srajdemańkowatym, będzie wyglądała atrakcyjnie. Mści się przyoszczędzenie przy zakupie mieszkania i niewyrównanie ścian w dużym pokoju. Przez te wszystkie lata nierówności kryła tapeta, ale teraz po jej zerwaniu ukazuje się w całej okazałości ten marsjański krajobraz. Chociaż jak się przyglądam, to nie ma pewności czy sonda marsjańska na mojej ścianie nie urwałaby koła. Nie mam siły wygładzać ścian - myśl o tonach gipsowego pyłu ze szlifowania odbiera mi wszelką chęć działania w tym kierunku.

Teraz czekam aż dobrze podeschnie, żeby założyć karnisze i powiesić z powrotem tekstylia, bo na razie jestem wyeksponowany na jakąś setkę wścibskich spojrzeń z naprzeciwka. A że nie mam celebryckich skłonności, to nie lubię jak mi kto do mieszkania zagląda jak pies do jatki.

czwartek, 9 sierpnia 2012

24.Pierwszy stół

Ostatnio znowu zacząłem łapać doła, czego zresztą symptomem jest poprzedni post. Mam poczucie przejścia półmetka roku, wrażenie, że co się mogło na lepsze odmieniającego zdarzyć - nie zdarzyło się i tego roku już się nie zdarzy. Rok zmierza ku końcowi, wkrótce już koniec lata, tylko patrzeć szarej, smutnej jesieni i zimy. Moja psychika chyba już się szykuje do pogrzebania nadziei na jakąś odmianę losu. Niestety z ukojeniem to nie ma nic wspólnego.

Jeszcze telepiącym się rozpędem zrobienia czegoś w mieszkaniu dokonałem małej rewolucji. Wywaliłem szafkę, którą zrobiłem kilka lat temu i sprawiłem sobie w jej miejsce stół z krzesłami. Do tej pory żyłem dość niekonwencjonalnie, bez posiadania stołu, który do niczego mi nie był potrzebny - gości do sadzania nie miałem, a posiłki jadłem na leżąco. No i to jedzenie na leżąco ostatnio nagle mi się... przejadło. Bez żadnej konkretnej przyczyny, po prostu uznałem, że mam go już trochę dość i warto by jeść po bożemu - na sztorc.

Geneza tego jedzenia na leżąco (na brzuchu) jest zresztą dość starożytna, bo wywodzi się jeszcze z "domu rodzinnego", a więc ma metrykę co najmniej ćwierćwieczną (ha! wychodzi na to, że przez większość życia jadłem na leżąco :-) ). Pod pretekstem, że w kuchni jest dość ciasno (mieszkała z nami wtedy jeszcze Mamba ze swoim ślubnym szczęściem) zabierałem posiłki do swojego pokoju i jadłem w ciszy i spokoju leżąc na brzuchu na tapczanie i czytając sobie książkę. Prawdziwym powodem było zejście z oczu i słuchu ojca, którego oglądanie i słuchanie było jak całowanie tygrysa w dupę - przyjemność niewielka a niebezpieczeństwo duże; niebezpieczeństwo - że się znowu do czegoś przyczepi.
Co więcej, dla ojca jedzenie było tak wielkim fetyszem, że kiedy jadłem u siebie, to respektował to i czekał aż skończę, żeby zacząć swoje siupy. W rezultacie posiłek w swoim pokoju był wspaniałym czasem - ciszy, spokoju i względnego bezpieczeństwa. 
Ciekawe, że do dziś mi pozostał wyjątkowo niski próg wkurwienia na przeszkadzanie mi w jedzeniu - kiedy jem sam (kiedy jem w towarzystwie to się zupełnie nie uaktywnia, więc zapewne chodzi tu o nastawienie psychiczne na określoną sytuację i zakłócenie jej).

No i sprawiłem sobie stół, z Ikei rzecz jasna, cena  i łatwość wyszukania oraz obmacania potencjalnego nabytku ma znaczenie decydujące. Stół prościutki, taniutki, krzesła takoż, ale gustu nazbyt brutalnie nie gwałcą, z resztą mebli szczególnie zaciekle się nie gryzą, jak mi się kolor znudzi łatwo będzie przemalować, a cena dość niska, żeby nie było dramatu, jak za parę lat zechę się ich pozbyć. A w ogóle to... pierwszy stół w życiu. Trochę późnawo. Jak wszystko w moim życiu...

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

23."Urlopy"

Zostały już tylko dwa tygodnie urlopu. Prace domowe pozwalające zabić czas działają coraz słabiej. Przeprosiłem się nawet z frycellkiem. Kolejny rok z żałosną parodią wypoczynku właśnie mija. Kolejny rok niepotrzebnego w gruncie rzeczy życia.

Nigdy w życiu nie wyjechałem na urlop. Ostatni wyjazd czysto rekreacyjny to był z kumplami na I, może II roku studiów. Potem z różnych przyczyn już nie wyjeżdżałem. Nie miałem z kim, nie miałem za co, nie miałem po co.
Lękowe wychowanie odgrywało w tym na pewno dużą rolę. Perspektywa znalezienia się samemu gdzieś daleko od bezpiecznej przystani domciu i bycia zdanym wyłącznie na własne (a więc z pewnością niewystarczające!) siły jest mocno deprymująca. Co ciekawe, nieraz miałem myśl, że w różnych sytuacjach sam bym przypłacił to ciężkim stresem, ale gdybym miał kogoś za kogo poczuł bym się odpowiedzialny, to skuteczne działanie włączyło by mi się szybko i może nawet nie zwróciłbym uwagi na to, żeby się "zabać" - bo miałbym zadanie do wykonania. Chyba co nieco stukniętym: dla kogoś z chęcią i bez większego problemu, ale dla siebie samego - nie warto.

Przez długi czas moje dochody były tak niskie, że nie było mowy o obejściu powyższego przez wykupienie wycieczki, na której wszystkie sprawy zorganizuje ktoś, co da mi poczucie bezpieczeństwa. Robiłem parę razy przymiarki, ale w moich warunkach było to poza zasięgiem. Wyjechać na urlop za cenę nawet tej cienkiej i rachitycznej poduszeczki bezpieczeństwa finansowego jaką były z trudem uciułane przez rok grosze, wydawało mi się nieodpowiedzialnym. Kiedy zaś moje zarobki po kolejnych awansach poprawiły się na tyle, że stać by mnie było nawet na zagraniczną wycieczkę, chęć umarła, nie umiałem już zrobić tego kroku za próg. Zresztą obawa finansowa pozostała - nie umiem żyć na styk.

Do tego dochodziła kwestia zasadnicza - nie miałem z kim jechać. Znajomości szkolne powygasały, nowych - wartych utrzymania po studiach - nie udało się nawiązać. Zresztą wyjazd był dodatkowym obciążeniem w kwestii uciekania przed samym sobą, przed swoją orientacją. Solo na wycieczkę zorganizowaną, zdany na łaskę i niełaskę przypadkowego towarzystwa, co gorsza również w kwestii noclegu - to nie było ani trochę pociągające. Nie jestem bratem łatą, źle się czuję w towarzystwie głupców, prostaków czy ludzi miałkich. To mnie zniechęcało. Namowy Schwester, żebyśmy razem gdzieś wyjechali puszczałem mimo uszu - różnimy się tak bardzo, że taka ekskursja byłaby dla mnie (a co za tym idzie i dla niej) męczarnią.

W te wakacje pewien netowy znajomy rzucił luźną propozycję, żebym go odwiedził. Pomysł mi się spodobał, wyszperałem w sieci namiary na kwatery, zapisałem nawet odpowiednie strony w zakładkach, żeby nie zapomnieć. Sprawdziłem dojazd. I gdzieś to się rozpłynęło w codziennych smutkach. Nie pojechałem.:-(

Myślałem kiedyś o samochodzie, czułem, że dałby mi poczucie swobody i bezpieczeństwa (poczucie kontroli nad swoją sytuacją - "nie podoba mi się to wsiadam i jadę").  Ale po skrupulatnych analizach doszedłem do wniosku, że finansowo na dłuższą metę bym go nie udźwignął - zdecydowanie za bardzo na styk, aby to było dla mnie rozsądne. Pamiętam jak wcześniej przy obiadku u rodziców wspomniałem, że zastanawiam się nad ewentualną możliwością posiadania samochodu. 
Schwester parsknęła z miejsca "A po co ci samochód? Ja mam i jak potrzebujesz to wystarczy powiedzieć i ja cię zawiozę. Bez sensu żebyś kupował." Bariera wieku między nami jest niestety barierą mentalną.
Ojciec tylko się skulił i pochylony nad talerzem skupił się na jedzeniu zupy, pilnując by wzroku ani trochę nie podnieść. Znam doskonale tę reakcję - to u niego objaw pogranicza paniki i niewerbalny komunikat: "Zwariował! Na mózg mu się rzuciło! Broń Boże się nie odzywać i nie podejmować tematu!" A sam mnie wcześniej usilnie nakłaniał do zrobienia prawka. Fakt, że sam miał 5 aut, też nie jest tu bez znaczenia dla mojego odbioru takiej jego reakcji.

Zrobiło mi się cholernie przykro. Ich kompletne niezrozumienie mnie, to, że po prawie 40 latach mojego życia, tak bardzo nie znają mnie żeby tak bardzo nie rozumieć o co mi chodzi. Przecież do kurwy nędzy ja się nie przymawiałem do nich o sponsoring (nie wziąłbym na wóz złotówki!) - wiedzą doskonale, że bardzo niechętnie przyjmuję od nich pomoc finansową (i są o to spięcia, że odrzucam) i z zasady nie zadłużam się, a poza tym gospodaruję finansami bardzo roztropnie i oszczędnie. Jedyne czego od nich oczekiwałem to jakiegoś wsparcia w formie dodania otuchy (Jakbyś dał radę, to byłoby fajnie gdybyś miał własny wóz), czy choćby życzliwego zainteresowania dlaczego chcę mieć samochód.

To chyba najbardziej mnie zabolało, to było jak policzek.

niedziela, 5 sierpnia 2012

22.Noga od stolika

Na miłe rozpoczęcie niedzieli telespięcie z Mambą. Zaczyna miło i łagodnie, czy nie znalazłbym czasu, żeby przyprawić nogę do stolika, co ją kiedyś odjęli. Rozmawialiśmy o tym wczoraj, więc troszkę się zdziwiłem, bo obiecałem wtedy, że zrobię. Teraz więc powiedziałem, że nie ma problemu, tylko muszą mi przywieźć ten stolik, bo robota jest potencjalnie dość skomplikowana (dziwne mocowanie nogi + radosny spontan demontujących ją) i nie bardzo potrafię przewidzieć jakie narzędzia będą potrzebne. Może gdybym był zawodowym stolarzem, to bym potrafił przewidzieć, ale nie jestem i to jest jeden z kosztów bycia amatorem. Stolik jest stary (po dziadkach), więc robota delikatna. A jej się chyba wydaje, że taka naprawa to mazu-mazu klejem, przyłożenie nogi i po kwadransie już można na nim stepować. Poza tym źle mi się tam  u nich pracuje - kręcą się, przeszkadzają próbując na siłę być pomocni, doradzają choć nie mają o tym zielonego pojęcia, a ja potrzebuję w spokoju pomyśleć, brak profesjonalnego doświadczenia skompensować główkowaniem. Poza tym nie wiem czy da się to zrobić za jednym zamachem, a raczej wątpię. Tłuc się tam z narzędziami (zwłaszcza metrowe ściski!), wracać po coś, zostawić cały majdan, kiedy robota się przeciągnie - nie podoba mi się.

Na to Mamba się rzuciła, że co ja gadam, że to wykluczone, bo stolik nijak nie wejdzie do samochodu i żebym przestał wygadywać takie rzeczy. Kiedy wyjaśniłem dlaczego tak chcę, to się nadęła i obrażona pożegnała. Uwielbiam ludzi, którym tak szybko strzela agresja. Zwłaszcza w takiej kombinacji: coś od ciebie chcą, a kiedy tego nie dostają natychmiast na własnych warunkach, natychmiast reagują agresywnie, nie reflektując się nad motywacją stanowiska drugiej strony.

A tu zbicie przewiezienia stolika samochodem poszło zbyt szybko, żeby mogło być wynikiem rozważenia takiej opcji. Ja zaś wcale nie jestem taki pewny, czy stolik by nie wszedł, np. przy otwartym bagażniku. Ale w gruncie rzeczy chodzi nie tyle o ten stolik i samochód, ile o podejście Mamby: coś sobie zaplanuje, żeby było dla niej korzystne i oczekuje że to dostanie. W momencie napotkania jakiejkolwiek przeszkody skłaniającej do modyfikacji tych planów natychmiast strzela jej agresja.
Mogę sobie to wyjaśnić, że wynika to ze słabości charakteru, niepewnego siebie i z niskiej samooceny, uruchamiającej mechanizm lękowy w momencie konieczności podjęcia decyzji (sama przyznaje, że podejmowanie decyzji to dla niej męczarnia). Próbuje sobie ten lęk zmniejszyć planując wcześniej i wpada w panikę, kiedy plan się sypie, a ona musi go zmienić. A panikę odreagowuje agresją. Rozumowo to ja sobie to mogę ogarnąć, ale co z tego, kiedy emocjonalnie jest to odpychające (w sensie: odsuwające).

sobota, 4 sierpnia 2012

21.Miserere

Głos wszechczasów i przejmująca pieśń. Luciano Pavarotti i "Miserere". Mimo upływu lat wciąż wywiera na mnie wielkie wrażenie. Nie znałem jej słów, nie były mi potrzebne - melodia i nastrój wystarczały, by poruszyć najgłębiej skrywane struny duszy. Dopiero dziś przeczytałem tekst. Nic się nie zmieniło, wszystko tam w głębi drży tak samo jak przed 18 laty.

Aha, no i Zucchero - w sumie nawet jakoś pasuje.


Miserere, miserere
Miserere, misero me
Pero' brindo alla vita!

Ma che mistero,e'la mia vita
Che mistero
Sono un peccatore dell'anno ottantamila
Un menzognero!
Ma dove sono e cosa faccio
Come vivo?
Vivo nell'anima del mondo
Perso nel vivere profondo!

Miserere,misero me
Pero'brindo alla vita!

Io sono il santo che ti ha tradito
quando eri solo
E vivo altrove e osservo il mondo
Dal cielo
E vedo il mare e le foreste
vedo me che....

Vivo nell'anima del mondo
Perso nel vivere profondo!

Miserere,misero me
Pero'brindo alla vita!

Se c'e' una notte buia abbastanza
Da nascondermi,nascondermi
Se c'e' una luce,una speranza
Sole magnifico che splendi dentro di me
Dammi la gioia di vivere che ancora non c'e'

Miserere,miserere
Quella gioia di vivere (che forse) 
Ancora non c'e'

Marność, marność
 Marność, marnym ja
Jednak wznoszę toast za życie!

Jakim cudem jest moje życie
Jakim cudem
Jestem grzesznikiem z roku osiemdziesięciotysięcznego
Kłamcą!
Lecz gdzie jestem i co robię
Jak żyję?
Żyję w duszy świata
zatracony w głębi życia!

 Marność, marnym ja
Jednak wznoszę toast za życie!

 Jestem świętym, który Cię zdradził
Kiedy byłeś samotny
I żyję gdzieś indziej i obserwuję świat
Z nieba
Widzę morze i lasy
Widzę siebie jak ...

Żyję w duszy świata
Zatracony w głębi życia!

 Marność, marnym ja
Jednak wznoszę toast za życie!

Jeśli jest jakaś noc wystarczająco ciemna
Bym mógł się ukryć, się ukryć
Jeśli jest jakieś światło, jakaś nadzieja
Słońce cudowne, które błyszczy wewnątrz mnie
Daj mi radość życia, której na razie nie ma

 Marność, marnym ja
Tę radość życia (której może)
na razie nie ma

piątek, 3 sierpnia 2012

20.Nie pytają? Nie mów!

Krzątanie się w domu, stolarka, zakupy jedne-drugie, wpadnięcie do rodziców, odwiedziny Mamby i dzień przemknął.

Uwielbiam ludzi, którzy nie odróżniają pokazania im czegoś od spytania ich o opinię na temat tego czegoś. To że im się np. nie podoba jakiś mebel w moim pokoju, to jest ich problem i powinni zachować to dla siebie, przynajmniej do momentu kiedy spytam np. "Co sądzisz o tej szafce?" Ale jeśli nie pytam, to psim obowiązkiem człowieka kulturalnego jest trzymać jadaczkę na kłódkę. Taki mebel tu stoi, bo właścicielowi z jakichkolwiek powodów pasuje i nic nikomu do tego. Próbuję sobie radzić ze swoim życiem materialnym i duchowym jak umiem, sam wiem najlepiej co by warto było pozmieniać, ale skoro nie zmieniam  to znaczy, że na razie nie byłem w stanie - zajmowałem się czym innym. A tu takie włażenie i wpieprzanie się z nieproszoną krytyką mojej przestrzeni jest wybitnie irytujące i robię się nieprzyjemnie niemiły. Nie podoba ci się? Boszkurważeszmać - NIE MUSI!

Rodzice przyszli wczoraj wieczorem obejrzeć okna. Ojciec cmokał i chwalił nawet, wyraził wielkie zdziwienie, że sam zainstalowałem karnisz. A co w tym takiego trudnego?
Mama podwinęła mi firanki, więc je przynieśli ze sobą. Ja bym je po prostu włożył w obszerną torbę, ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia jak się nosi firanki! Tatuś, naturalnie wie, więc przepromenadował się po mieście trzymając przed sobą w obu rękach krótki drążek, przez który były przewieszone rzeczone firanki. Myślałem że padnę jak to zobaczyłem. No, ale to bardzo w ich stylu. Kiedyś przytelepali na zwykłym wózeczku na zakupy ogromny karton z fotelem obrotowym... na dystansie circa 5 przystanków tramwajowych (oboje po siedemdziesiątce!). 
Przy takich genach ja niestety nie mam prawa być normalny, za cholerę.

Niezwykle osobiste listy M. Rozmawiamy ze sobą codziennie od fafnastu lat o wszystkim, co powoduje, że nie pisujemy do siebie, bo w zasadzie nie ma okazji, ani potrzeby. Ale teraz ceny roamingu by nas skazały na suchy chleb do końca roku i to skąpo wydzielany, więc wymienilismy parę maili. Zabawne, jak inaczej jest - pewne rzeczy łatwiej napisać niż powiedzieć w żywej rozmowie.

Pozwolę sobie zacytować gorzko celne zdanie z Jej listu (mam nadzieję, że się nie poczuje tym urażona): "I wiem jedno wcale nie jesteśmy tacy trudni na codzień i debilami są Ci co się [od nas] odsuwają." Jak widać i heteryczka i homo mają taki sam problem...

czwartek, 2 sierpnia 2012

19.Nowe okno na świat

Zmachanym kapkę.
Wczoraj wymieniono mi okna. 4 metry z hakiem długości, więc było co wymieniać. Ekipa była zaanonsowana na 9. rano. Coś mnie tknęło, żeby nie wstawać jak zwykle o 8. tylko ciut wcześniej. Bingo! Zjawili się o 8.30. Nie zdążyłem zjeść śniadania.

Trzech wspaniałych:
  1. Pan majster - mógłby robić za wzorzec stereotypowy: wąsaty, bardzo brzuchaty, chodził i schylał się z niejakim trudem, mamroczący pod nosem tak, że musiałem się wysilać, żeby go zrozumieć, w dość charakterystycznej beżowo-burej koszulce polo.
  2. Pomocnik fachowy - młody, małomówny facet, widać że wie co, kiedy i jak robić - rutyniarz. Z miłą nawet twarzą, jakby go odszykować mógłby mieć nawet niejakie wzięcie, pod zasadniczym jednak warunkiem: odszorować z dziwnego zapachu, to nie był smród brudasa, to było coś innego, sam nie wiem co. Spekulowałbym w kierunku obory lub ewentualnie stajni, raczej z wykluczeniem chlewu i kurnika.
  3. Pomocnik fizyczny - (za) młode, bardzo apetyczne chłopię. Widać było, że w robocie od niedawna. Jaki on był rozbrajająco słodki kiedy sobie stał oparty o czekającą na montaż ościeżnicę i przydeptywał jedną nóżkę drugą. Albo kiedy przykucnąwszy bawił się bezmyślnie kotwami. No po prostu jak szczeniaczek.
Robota poszła im sprawnie i żwawo, mimo pewnych problemów z dopasowaniem (beton + koślawizny budynku). Dwie rzeczy wzbudziły we mnie mieszane (tzn. głównie niechętne) uczucia: zdezelowane narzędzia, przenoszone byle jak, niczym groch z kapustą, oraz kosmetyka wykończenia dokonywana przez pobijanie dokręconej kotwy młotkiem. Patrząc na to ich narzędzia doszedłem (po raz nie pierwszy) do wniosku, że chyba jestem pedantem w tej kwestii (generalnie za takowego się nie uważając).

Od rozpoczęcia demontażu starego okna do wyjścia z domu cała robota zajęła im równo 4 godziny.

Nie sądziłem, że będzie się tak koszmarnie pyliło. Cały pokój miałem gruntownie zapylony na jasno szaro. Koszmar. Odkurzam, wycieram, a po godzinie-dwóch znowu szaro.

Ale okna - szok! Po tych półwiecznych starociach gomułkowskiej proweniencji, przez które ledwie co było widać, teraz - jakbym przez kryształ na świat patrzył! Jakby mi chałupę w nowe, lepsze miejsce przeflancowali. Przejrzystość obłędna - kiedy w nocy wszedłem do pokoju miałem wrażenie, jakbym w ogóle nie miał okien. Budynki naprzeciwko, latarnie uliczne, przemykające samochody, nieliczni przechodnie - to wszystko wydawało się jak na wyciągnięcie ręki. Wspaniała sprawa. Kocham to miasto nocą w takich widokach. Chyba nie czułbym się dobrze w małym miasteczku, czy na wsi. Nocny widok na światła Nowego Jorku to mogłoby być to co pokochałbym.

Nowe okna niestety oznaczały konieczność dalszych inwestycji i wydatków. Do tej pory miałem żaluzje, ale już mi się znudziły i postanowiłem przeprosić się ze szmatkami. Trzeba więc było nabyć karnisze, firanki i zasłony. Dwie wyprawy do Lerłasa i mam wszystko: karnisze zamontowane, firanki się skracają, zasłony kupione i czekają na skrócenie. Zostały jeszcze drobne roboty tynkarskie po usuniętym parapecie, ale na razie mam dosyć - zmęczony jestem. A jeszcze przede mną poukładanie z powrotem na regale ćwierci tony czasopism, które musiały wyfrunąć na czas wymiany okna.

Pokazuję rodzicom zasłony. 
Ojciec: - TAKI kolor? Nie podoba mi się!
Ja: - To nie tobie ma się podobać, tylko mnie.
Ojciec: - Pfff!

* * *
Humor mi popsuło zamknięcie bloga (z usunięciem wszystkich postów) przez Anta. Tak lubiłem czytać jego notatki. Mrówku wróć! :-(

A klip, toutes proportions gardées, tytułem komentarza do tej niewesołej nowiny. "A przecież mi żal" Bułata Okudżawy wspaniałym, głębokim głosem Edmunda Fettinga.