Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

829.Powrót znajomego

Bezsilna irytacja na widok bezsensownych działań. Ludzie nie widzą, że zmieniły się czasy i nowe urządzenia dają nowe możliwości, dezawuując jednocześnie dotychczasowy porządek postepowania, lecz ci działają jak dawniej, nie przyjmując do wiadomości - nawet kiedy im się wprost tłumaczy, bezsensownego anachronizmu; względnie - owszem kiwają głowami, że faktycznie mam rację, ale i tak robią po staremu.

Musiałem zastąpić koleżankę - wychowawczynię, na takim bezsensownym zebraniu i przypłaciłem to (dość dawno nie odczuwanym) bólem pleców i głowy; dopiero teraz troszkę złagodniało, ale wciąż trzyma. Niestety źle znoszę bałagan i nonszalancję w wypełnianiu obowiązków. Jaki sens ma zwoływanie w poniedziałek rady, na której wychowawcy  mają przedstawiać wyniki klasyfikacji rocznej, i równocześnie beztroskie oznajmianie, że przecież oceny roczne to do czwartku muszą być wystawione? Czyste marnowanie czasu i wysiłku. 😠

Z opornych, których musiałem oblać, tylko 1/3 łapie się na poprawkę, choć czarnawo widzę ich szanse; reszta nazbierała tyle jedynek, że prawa do poprawki nie ma. W sumie dość typowo u mnie.

A z przyjemnych rzeczy to odkryłem producenta kapitalnych narzędzi modelarskich. Trzeba będzie zaplanować rozsądne zakupy. No dobra... nie muszą być rozsądne. 😋

sobota, 16 czerwca 2018

828.Trzy zet

Odejście klas trzecich powinno zwiastować trochę ulgi - te kilka godzin ubywających  z rozkładu, to przecież godziny u wylotowców, którzy mają na mój przedmiot już zupełnie wytentegowane, a więc godziny raczej niezbyt sympatyczne... Nie zwiastowało. Koniec roku w tym roku jak żadnego roku. Nie jest to tylko moje zdanie. Czuję się (i nie tylko ja) zmęczony, zgoniony, zniesmaczony. I jeszcze mam poczucie, że po zakończeniu zajęć i po udręce rady podsumowującej nie czeka mnie ulga, odsapka i stopniowe zmniejszanie obrotów, tylko zróżnicowane wyzwanie w postaci pierwszego wyjazdu na urlop. Nadchodzący ostatni tydzień zajęć zanosi się na nieprzyjemny. Kupa różnej papierkowej roboty i sprawdzianów na podwyższenie oceny. Do tego dyro opuszczający już strefę obłoków i w swym lansie przemieszczający się do stratosfery.
Ciężko zmagać się z tym wszystkim.

czwartek, 14 czerwca 2018

827.Nazista

Niezmiernie istotne w wychowywaniu dzieci jest stawianie  wyraźnych granic i ich pilnowanie. Mamy gówno a nie granice. Reguły z gumy od majtek dziergane. Wychodzę na jakiegoś pierdolonego nazistę proceduralnego.
Rzygać mi się chce. Od paru lat nie miałem takiego poczucia po rozmowie z jednym zaledwie rodzicem. 

środa, 13 czerwca 2018

826.Zrozumienie Piłsudskiego

Wkurwia mnie nietrzymanie się zasad. Wkurwia mnie nieczytanie ze zrozumieniem reguł. Wkurwia mnie falandyzacja przepisów.  Non omne quod licet honestum est - to zauważyli już Rzymianie, a nasze prymitywne prawnie społeczeństwo tego pojąć nie może i nie chce. Obrzydza mnie gnuśność i nieuczciwość ludzi, którzy mają być przyszłością naszego społeczeństwa. Oszustwo, manipulacja, bezczelność. 
Mam nasilające się z każdym rokiem poczucie, że praca z młodymi ludźmi, ich kształtowanie, ich ubogacanie coraz bardziej traci sens, który widziałem podejmując z radością ten zawód. Zaczynam chyba rozumieć co czuł u schyłku życia Piłsudski...

poniedziałek, 11 czerwca 2018

825.Wystarczy CHCIEĆ

Napisałbym jaki obraz współczesnej młodzieży na podstawie obserwacji na naszej tratwie się rysuje, ale chyba nie wypada. Wyszłoby na to, że jestem anachronicznym, wypalonym, ziejącym jadem i nietolerancją złym człowiekiem, kompletnie nienadającym się do chuchania i dmuchania na wyborową przyszłość narodu. 
Zagrożenia, oceny przewidywane... kto uczył w szkole, ten wie co się dzieje. Mają oceny w dzienniku elektronicznym przez 24 godziny na dobę do wglądu, jasne nieliczne kryteria i... i wszystko w dupie w głębokim przeświadczeniu (umocnionym 9-10 latami w systemie), że nie może im się nie udać. Przecież, żeby zdać wystarczy tylko chcieć, nic więcej nie trzeba robić. 

Wychowawczyni, jakiś kwadrans po tym, jak była u mnie "w sprawie Asi i Joasi":

- No ja osobiście nie jestem zwolenniczką chodzenia po nauczycielach, jak uczniowi jedynka grozi.


sobota, 9 czerwca 2018

824.Przeczucie

Jakiś taki smętny ten weekend wychodzi. Chciałem zajrzeć do Miasteczka Równości pod Pałacem, ale tradycyjnie w termin Parady wjechał jubel Schwester i rodzinny obiadek u rodziców. Jakbym się nie zjawił, to by mnie wyrzuty sumienia mocno gryzły. Jakoś tak wyszło, żeśmy ze Schwester dwie flaszki w lwiej części sami osuszyli (prawda, że procentów to tam było niewiele - 3 i 9). Odsiedzieliśmy, posprzątaliśmy (ja przy okazji trochę ogarnąłem kuchnię i zwłaszcza zapasy, nad którymi matka już nie bardzo panuje; nie to żeby kiedykolwiek specjalnie panowała...). 

Po wyjściu Schwester zaszła do mnie bo miała pewną sprawę i nagle zaczęła się robić wyraźnie kiepska, jakby miała zaraz zejść. Okazało się, że boli ją głowa tak, że ma zaburzenia widzenia.

Po pewnym czasie napojona tym i owym doszła do siebie, ale zdradziła się, że wizyty u rodziców na takich imprezkach (byliśmy dziś tylko w czwórkę) ciężko odchorowuje i nie bardzo rozumie, dlaczego takie pobyty tam tak na nią działają. Cóż, ja co do siebie mam teorię, ale czy jest ona w pełni trafna, to nie wiem, lecz jaki jest powód tego stresu u Schwester nie mam pojęcia.

Schwester zaczęła na mnie naciskać, żebym się zabrał za remont kuchni. Ma fachowca, gotowa znaczną pożyczką wesprzeć, ja zaś lawiruję z odpowiedzią. Istotnie kuchnia generalnego remontu się domaga, lecz perspektywa podjęcia tej rujnacji jakoś mnie zniechęca. Nie mogłem jej powiedzieć, że mam poważne wątpliwości czy w mojej sytuacji warto się za to brać. A już absolutnie nie - że może lepiej, żeby zaczekali jeszcze trochę i zrobią sobie kuchnię jak będą chcieli razem z całym mieszkaniem (no offens!), bo wtedy to by przecież jeszcze gwałtowniej zaczęła naciskać i nalegać, faktycznie próbując tym zaklinać rzeczywstość. 

Ostatnio tak jakoś przyszło mi do głowy, że to osobliwy zbieg okoliczności, iż w zeszłym roku tak wyraźnie uświadomiłem sobie, że tempi passati, skutków decyzji podjętych kiedyś nie da się zmienić poniewczasie. Krótko ujmując, że przeszedłem z fazy wieku średniego w fazę schyłku życia. Po czym niespodziewanie, to subiektywne odczucie, prowokujące być może niektórych do jego podważania, zyskało obiektywne umocowanie.  Poczułem, że "drzwi są już otwarte".

piątek, 8 czerwca 2018

823.Lepiej po troszku

Z rzadka stawiam jedynki na koniec roku, ale obserwuję pewną prawidłowość - jak już postawię, to można stawiać dolary przeciw orzechom, że beneficjent na egzaminie poprawkowym polegnie z kretesem, o ile w ogóle się na nim pojawi. Rzecz jasne nie dlatego, że zniewolona przeze mnie komisja go uwali, lecz dlatego, że jest tak rozpaczliwie słaby, że nawet tytaniczne wysiłki komisji żeby zdał, nie są w stanie wystarczyć. Tak więc zdecydowanie nie opłaca się u mnie oblewać. Raczej warto zrobić wszystko, żeby skorzystać z oferowanych przeze mnie możliwości sukcesywnego opanowywania materiału na oceny pozytywne. Ilość materiału - kiedy się ją zobaczy w zestawieniu z całego roku - może przytłoczyć swym rozmiarem. Po troszku - da się, en masse - marne szanse. No, ale latoś parę jedynek już się szykuje. 😒

czwartek, 7 czerwca 2018

822.Pentax i mrok

Niby końcówka, a ja nie mam jakoś poczucia, żebym pracowal na pół gwizdka, żeby te ostatnie metry były taką luźniejszką przebieżką rekreacyjnym truchcikiem.

Szkolenie z RODO mieliśmy. W gruncie rzeczy w większości pierdu-pierdu o niczym. Prowadząca z jakiegoś krańca Polski tylko rozsierdziła niektórych głoszeniem chyba nie do końca przemyślanych "prawd nowych". Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że wielu ludzi wpadło w amok z RODO i ten nowy smok ("Wszystko przez te Unie!") z zachodu odbiera im resztki zdrowego rozsądku w ocenie sytuacji. Koncepcja, że w trosce o ochronę danych osobowych nauczyciel nie może przy innych uczniach skomentować i ocenić odpowiedzi ustnej ucznia, albo że dzieci odbieranych przedszkola nie można wywoływać po imieniu, lecz po przydzielonym numerze, potwierdza że niemała część naszego społeczeństwa to kamuflujący się kretyni.

Zaobserwowałem nowe zjawisko - outsourcing w branży szkoleniowej. Otóż pani przywiozła ze sobą podpisane blankiety zaświadczeń o odbytym szkoleniu, zaś imiona i nazwiska uczestników (czyli nas) ręcznie powpisywała w trakcie szkolenia (nasza) koleżanka Kowalska wybrana na ochotnika. I tak oto, firma szkoleniowa przyoszczędziła na własnym personelu biurowym i opłacie pocztowej.

Powinienem się cieszyć z wyposażenia w nowy sprzęt foto, lecz jakoś ta lampka mroku nie rozjaśnia. Ot, zadanie do wykonania było.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

821.Jak flanelka

Chyba znalazłem moje Niubalansy! Lekkie, gładkie, po włożeniu na stopę wrażenie nie sabota, jak w modelu 574 lub Runnerach Nike'a, lecz mięciutkiej flanelki, cudoooo! Skojarzenie z kocykiem, łóżeczkiem z dzieciństwa, oooh, jak miło! Leżał sobie człowiek w miękkim, przyjaznym otoczeniu, dużo spał... czy to mu źle było? Na cholerę było, durnemu idiocie, dorastać?!

Model 300. Stonowana kolorystyka, dość wąska paleta barwna, nie ma oczojebnych eksplozji jak w innych modelach. I ceny stosunkowo przyjazne.

"Czapkę sprzedam, pas zastawię,
A trzysetek kilka kupię!"

niedziela, 3 czerwca 2018

820.Bełkot retora

Czasami wracam do któregoś swojego starego posta (niemal zawsze wtedy, kiedy widzę w statystykach, że ktoś go przeczytał). Ostatnio zauważyłem coś, co mnie zaniepokoiło - wywody w nich zawarte nie zawsze są dość jasne i przejrzyste. Z pewnym trudem rekonstruuję sobie o co mi wtedy chodziło. Ponieważ staram się - w swoim mniemaniu! - wyrażać możliwie starannie, znaczyłoby to, że moja optyka w tej kwestii jest  jakoś zaburzona (przynajmniej czasami). Troszkę tak, jakbym był przekonany, że ukazuję jasny i czytelny wywód, a wychodzi mi pogmatwany strumień myśli pijaka, potocznie zwany bełkotem.😡

Myśli krążą przede wszystkim wokół urlopu. Brak umiejętnosci językowych jest na razie tym, co mi najbardziej spędza sen z powiek. Jechać do obcego kraju i nie umieć się z kimkolwiek dogadać jawi mi się jako coś dość okropnego i poniżającego.

sobota, 2 czerwca 2018

819.Jak pieczeń

Druga z rzędu kiepska noc, znaczy: bardziej przeleżana niż przespana. Dziwne to trochę, bo nie miałem za bardzo czym się zdenerwować (chyba że aż tak reaguję na odwiedziny u rodziców...; co nie jest tak całkiem nieprawdopodobne). Wstałem obolały ze spiętą obręczą barkową i szyją oraz bólem głowy. Być może dokłada się tu reakcja na gorąc - mieszkanie nagrzane jak piekarnik. Teraz na dworze deklarowane raptem 25-26 stopni. a ja się pocę jak ruda mysz. Niedobrze to wróży urlopowi - w Rzymie ma być 30 i więcej stopni i wilgotno. Jeszcze wyjdzie na to, że piewszy w życiu wyjazd urlopowy spędzę w pokoju ledwie żywy. 😞 To byłby wyjątkowo złośliwy żart losu (albo dobrej Bozi). Zazdroszczą nam ludziska urlopu w rzekomym*) rozmiarze 2 miesięcy wakacji, tylko nie patrzą na to, że w takich sytuacjach to taka średnia radocha, bo możemy jechać tylko w ściśle określonym czasie, który w pewnych atrakcyjnych lokalizacjach (śródziemnomorskich) jest mało atrakcyjny.
Pojechałem sobie na do pracy na hulajce. Tam i z powrotem to już 6 kilosów. Na równym podłożu można się rozpędzić do całkiem przyjemnej prędkości. Przewaga szybkości nad pieszymi jest bardzo wyraźna. Uczę się od nowa patrzeć na nawierzchnię - chodząc nie zdawałem sobie pojęcia ile w niej jest pułapek czyhających na hulajkę (głupstwo na nią! na MNIE!). Zaczynam tęsknym okiem spoglądać na pneumatyki. Utwierdzam się w przekonaniu, że decydentom od kostki granitowej należałoby takową wsadzić w dupę i  napoić ich szczodrze olejem rycynowym. 


____________________________________
*) Z uwagi na rekrutację i różne zadania jest to mniej - dla funkcyjnych w praktyce bywa (u mnie - całymi latami) że raptem 5 tygodni nieprzerwanego urlopu.

czwartek, 31 maja 2018

818.Hulajnoga

W dzieciństwie mnie ominęła, więc może trzeba było się pośpieszyć, żeby jeszcze zdążyć z nauką jazdy przed pięćdziesiątką, bo potem to już może jakoś dziwniej. Albo i nie. W zeszłym tygodniu nabyłem, ale dopiero dziś mogłem odbyć pierwszą jazdę. 
Hulajnoga. 
Na ośmiocalowych masywach, z amortyzacją sprężynową, składana, lekka - na schodach bez problemu w wyciągniętej ręce wnosiłem. Łudząco podobna do decathlonowskiej Oxelo Town 7 XL; zapewne z tej samej chinlandzkiej fabryki pochodząca.

Jazda była fajna, choć wysoka temperatura nie bardzo sprzyja wysiłkowi fizycznemu. A wysiłek jest, zupełnie inny niż na rowerze; mam wrażenie, że większy, a przynajmniej więcej mięśni pracuje. Chyba niedoceniałem wysiłku jaki trzeba w jazdę włożyć, więc roję sobie tu pewne nadzieje na większy niż się spodziewałem, wymiar kondycyjno-odchudzający. 

Ku pewnemu zaskoczeniu okazuje się, że przeturlałem się dziś prawie 5 kilometrów (całość 5,3 km, z tego przeszedłem sumując odcinki może do 400 metrów). Zważywszy, że spotkałem się w sieci w poradnikach z sugestią, że hulajnoga w mieście jest w zasadzie najlepsza na dystanse do 2 kilometrów, to wychodziłoby  na to, że dziś zdeptałem spory dystans.

Niech wrzód na dupie wyskoczy i się długo jątrzy tym, co na chodniki ordynują granitową kostkę! I to nie jeden, a kilka - chodzi się po tym niewygodnie, a jeździ nawet na tak dużych  kołach - absolutnie koszmarnie. Tuzin zaś pasów na gołą dupę tym, co wybierają kostkę fazowaną - dyskomfort z hałasu i wstrząsów przy jeździe po tym czymś jest dokuczliwy.

Ciekawym jak się na takich gównianych stołecznych nawierzchniach sprawuje hulajnoga na pneumatykach. Natomiast nawet nie chcę próbować sobie wyobrazić, jak się jeździ bez amortyzacji i na małych kółkach.

Żadnego poczucia obciachu (Ludzie, patrzcie! Stary chłop zdurniał, na hulajnodze jak dziecko jedzie!) nie zarejestrowałem. Bardziej się przejmuję brakiem płynności jazdy wynikającym z dzikiej (piiip!!!) mozaiki nawierzchni, która jest czynnikiem najbardziej redukującym przyjemność z jazdy.

Reasumując, drogie Czytelniczki i nie mniej wartościowi Czytelnicy, pierwsze moje wrażenie z jazdy na hulajnodze jest pozytywne. Zobaczymy jak dalej.

wtorek, 29 maja 2018

817.Rozmazany obraz

Siedzę nad ostatnim planowanym sprawdzianem i... powiedzmy, że go sprawdzam. Jak to skończę, to w nadchodzących tygodniach czekają mnie już tylko poprawy (pierdylion! z dywizji "Last Minute"); i może ewentualnie jakieś ćwiczonka, żeby rozszerzenie nie odtrąbiało fajrantu za wcześnie. Na tratwie po kątach poszeptywanie z przejęciem o składanych dymisjach.

Byłem już blisko decyzji, że mogę zakupy obuwnicze uznać za zakończone, właściwie nawet już to sobie powiedziałem, ale widzę z niepokojem, że nie mam żadnej pary butów krytych, które mógłbym wziąć na urlop z niezachwianą pewnością, że nadają sie do długotrwałego, intensywnego chodzenia.

Diabełek-kusiciel w mojej głowie zwija się jak w ukropie, żeby namówić mnie na zakup aparatu fotograficznego. Opieram się, ale sam nie wiem czy zdołam. Trochę irytuje mnie zachwianie perspektyw sprawiajace, że nie wiem jaką strategię (finansową) wybrać. Oczywiście nikt z nas nie zgadnie, kiedy nań kres wypadnie, ale po pominięciu wypadków, nazwijmy to, losowych, zostaje jakaś mniej lub bardziej odległa uchwytna perspektywa, którą trzeba uwzględniać w swoich planach i decyzjach życiowych. No i na tym właśnie polu obraz mi się rozmazał. 😠

niedziela, 27 maja 2018

816.Spostrzegawczość

Jeszcze tylko trzy tygodnie zajęć! Potem produkowanie sprawozdań i rada podsumowująca. A potem szykowanie się do urlopu. Na samą myśl o tej radzie już mi się robi niedobrze. Zanosi się na to, że klimat zakończenia zajęć w tym roku będzie różnił się znacząco od tych z lat ubiegłych. Na mostku naszej tratwy coś dziwnego się dzieje, co dobrze raczej nie wróży.

Dzionek spędzony w centrum medycznym daje poczucie, że zrobiłem co mogłem, a teraz pozostaje czekać na efekty zabiegu. 
Obawy, że rodzice zauważą raczej trudne do przeoczenia ślady, okazały się wyolbrzymione. Tylko mama pod koniec wizyty zauważyła: "Gdzie sobie guza nabiłeś?" "W pracy" "Aha." Nieźle jak na 4 rany na głowie. No, ale trudno mieć do niej pretensję, skoro większość energii i uwagi zużyło jej przegadanie (i pognębienie przewagą wiedzy) Schwester w temacie życiorysu sąsiadki - jedna znała go z opowieści bohaterki, druga z filmu biograficznego o bohaterce. Momentami były o decybel, może dwa, od przekrzykiwania siebie.
"-...i wtedy ona coś tam, coś tam.."
"-Nie! Tak nie było."
"-A skąd, oczywiście, że tak było."
"-Nie mogło tak być, bo w filmie nic o tym nie mówili!"
Ja: "Ale przecież to, że w filmie o tym nie wspomniano, nie oznacza, że tego w ogóle nie było. Reżyser mógł to po prostu  pominąć."
"-Nie!"

W takich chwilach przypominam sobie, dlaczego błogosławiłem samotność.

Zmiana perspektyw życiowych sprawiła, że wskazówka kompasu finansowego przesunęła się z pola "Oszczędzanie na starość" na pobrzeża pól "Zakupy potrzebne" i "Zakupy przyjemne". Szkoda tylko, że pensja za tą wskazówką nie nadąża.

czwartek, 24 maja 2018

815.Pustki i nagrody

Na tratwie nadal w duchu "ordre, controdre, desordre", ale udaje się mostkowi wciąż to doskonalić i ku zdumieniu wszystkich podnosić poprzeczkę dla ewentualnych naśladowców. 

Na dniu otwartym pustki, choć to właściwie ostatni moment, żeby przyszłość narodu się jeszcze jakoś powyciągała z rysujących w bliskiej przyszłości katastrof. 

W drodze dwie paczki z nagrodami za to że byłem grzeczny.

Lecz nim dojdą, będzie uszczuplanie kasy NFZ. Dobrze być ubezpieczonym, bo jakbym miał wysupłać tę pięciocyfrówkę z własnej kieszeni, to... no, zabolałoby!

wtorek, 22 maja 2018

814.Myślami daleko od dziś

Myślami jestem częściej przy urlopie niż przy lekcjach, które jeszcze zostały do końca zajęć. Nie robię sobie z tego powodu większych wyrzutów (właściwie, mniejszych też chyba nie), bo widzę jak ta nieszczęsna tratwa Meduzy funkcjonuje, a ponadto zanosi się na to, że będzie to mój pierwszy urlop w życiu; urlop rozumiany jako wypoczynek poza domem. Daleki od wymarzonego, ale jasnym jest, że to maksimum tego na co mogę w życiu liczyć. Pomału kompletuję rzeczy niezbędne.

Mimo to trudno wyprzeć dobrze zadomowione poczucie, że lato - przy wszystkich swoich atutach - to smutny czas.

Z powodów zdrowotnych staram się ograniczyć spożycie cukru. Dla złagodzenia szoku zupełnego pozbawienia się słodyczy przeglądam stoiska z wyrobami dla diabetyków, wychodząc z założenia że tam oferta powinna być najszersza, ale marnie to wygląda - herbatniki i ciasteczka bez cukru są niezbyt smaczne, by nie powiedzieć wprost - nijakie jak trociny.

niedziela, 20 maja 2018

813.Trup giełdy

Piękne słońce, choć wiatr nadal nieprzyjemnie chłodny. Zaszedłem na giełdę fotograficzną, głównie raczej z ciekawości, jak też dziś wygląda, bo nie byłem na niej już ładnych kilka lat. Najpierw  z pewnym zaskoczeniem dowiedziałem się w necie, że w ogóle jeszcze funkcjonuje. Kiedyś odbywała się w każdą niedzielę (poza świętami itp.), a obecnie - w co drugą, i akuratnie dzisiaj. Wstęp płatny (4,5 zł.).
Wszedłem i... oj... już od progu widać cień dawnej świetności. Lewy korytarz, kiedyś zapełniony razem z piętrem nad nim - teraz zupełnie pusty. Lada szatni, na której rozkładali się głównie ze starym (złomowatym nieco) i radzieckim sprzętem, nadal pełna. Państwo sprzedający po atrakcyjnych cenach filmy i błony "przy kiblu" - nadal na swoim miejscu. Sala główna - najżałośniejszy widok. Kiedyś gęsto zastawiona szeregami stołów, z zajętą sceną, dziś - kilka szeregów na środku sali i nieco symboliczne stoliki pod ścianami, nie tylko scena, ale i kawał podłogi przed nią puste; w sumie może 2/3 powierzchni zajęte. Cyfrowa fala, która kilkanaście lat temu zmieniła obraz giełdy, obecnie odpłynęła z niej. Na sali dominują aparaty analogowe, w wyborze mocno skromnym. Nastrój pogłębia oszczędzanie na prądzie - w sali jest mocno ciemnawo. Nie pytałem o ceny, więc nie mam wyobrażenia, jak giełda od tej strony wygląda. W sumie smutne i niezbyt zachęcające (patrząc po sprzedających) miejsce. 
Natomiast kupno materiałów eksploatacyjnych nadal się opłaca. Pięć rolek filmów i bateria kosztowały mnie (z biletem wstępu) w sumie 117,5 zł., a w necie musiałbym zapłacić powyżej 140 złotych, i to przy optymistycznym założeniu, że wszystko kupiłbym u jednego sprzedawcy i za wysyłkę zapłacił tylko raz. A przecież co to jest 5 filmów? To zaledwie 84 zdjęcia...

piątek, 18 maja 2018

812.Zdrada

Zdrada odbierająca wprost mowę - kupiłem Najkusie wedle odwiecznej rozmiarówki, przekonanym będąc, że mogę w ciemno brać rozmiar od lat akuratny, a one... za małe! Prawda, że model dla mnie nowy - "MD Runner". Jak firma Nike mogła mi coś takiego zrobić?! Pal sześć koszty wymiany butów na większe, co w necie oznacza konieczność opłacenia kolejnych przesyłek, ale ta utrata pewności, że deklarowany rozmiar jest pewny jak położenie kontynentów*)! No dramat mieszkańca krajów rozwiniętych po prostu.

Odkrywam ziarno nadziei (że leży przypadkiem wypadłe gdzieś tu pod nogami), iż może mój księgozbiór nie trafi cały do kontenera na śmieci, kiedy przeniosę się na łono Abrahama**) Otóż zainteresowana podsuwanymi zręcznie lekturami Schwester wygłosiła dziś sugestię, że powinienem mieć skatalogowany swój księgozbiór. Dobrze, dobrze!

Matury już za mną - odbębniłem swój przydział. Generalnie tegoroczne mógłbym podsumować krótko jako nijakie. Sam nie wiem, czy to ich specyfika, czy też może już efekt działania rutyny.

Wyciągnąłem swoje aparaty. Kurczę, jaka szkoda, że analogowa fotografia jest tak niewygodna do publikacji w necie! Pomacałem sobie swoje Canonki i wzruszyłem się - jaka to jednak była porządna i solidna robota! Włożyłem baterię w starego poczciwego AV-1 i momentalnie zadziałał, wskazówka drgnęła i jak stary zdycyplinowany żołnierz zrywający się do służby, wskazała wartość na skali. Pstryknąłem parę razy na sucho i... 😍 chodzi jak szwajcarski zegareczek! Nie to co te dzisiejsze cyfroplastiki.😒

________________________________________
*) W kontekście maksymalnej możliwej długości życia człowieka.
**) Nie to, żebym sobie akurat tego dokładnie życzył, bo Abraham to stary dziad, starszy, choć to trudne do wyobrażenia, nawet ode mnie, więc tulić się do jego łona to żadna frajda.

środa, 16 maja 2018

811.Bystrzacha

Od jakiegoś czasu, kiedy widziałem zdjęcie wybranki księcia Harry'ego Mountbatten-Windsora miałem wrażenie, że kogoś mi przypomina. Niewiele mniej czasu zajęło mi skojarzenie, że jest dziwnie podobna do aktorki, która gra w serialu "Suits". Za to uświadomienie sobie, że podobieństwo wynika z tego, że to jedna i ta sama osoba, zajęło mi mnóstwo czasu. Zastanawiam się czy to jakaś ułomność, czy też oczekiwałbym od siebie zbyt wiele, ale troszkę podobnie mam z twarzami uczennic - słabo kojarzę i łatwo zapominam; szybciej niż twarze chłopaków.

wtorek, 15 maja 2018

810.Hulajnoga

Podróż na daleką prowincję dawała możliwość rozmyślań na tematy różne. Na przykład, dlaczego najnowsza aktualizacja Firefoxa nie jest spolszczona i całe menu wyświetla mi się po angielsku, a moduł sprawdzania pisowni obsrywa mi cały polski tekst czerwienią. Co ciekawe słowa "cały" nie podświetlił, jakby było takie w języku angielskim - akurat!

No i wśród różnych przemyśleń miałem i komunikacyjne, napędzane widokami za oknem. Widziałbym użyteczność hulajnogi nie jako alternatywy roweru, lecz jako rodzaj przyśpieszacza marszu na krótkich odcinkach, zwłaszcza kiedy podróż odbywa się przy użyciu pojazdów komunikacji miejskiej, do których złożoną hulajnogę wnieść o niebo łatwiej niż rower. Hulajnoga rowerowi nie zagrozi, gdy ten występuje jako zasadniczy środek transportu na większych odległościach niż - zgaduję z sufitu - jakieś 2, może 3 kilometry. W moich warunkach rower ma następujące mankamenty: 
  • brakuje mi miejsca na jego przechowywanie w domu, a na podwórku pod chmurką to mi się nie widzi, [jakimś rozwiązaniem mógłby być składak, ale problem miejsca byłby tylko trochę mniej dotkliwy],
  • jest kłopot, kiedy trzeba podjechać autobusem czy tramwajem - bo teoretycznie można, ale pod kondycjami, które sprawiają, że używanie staje się niekomfortowe,
  • rower prowokuje do szybkiej jazdy, a ja wciąż mam przed oczami tę dziewczynkę, która mi wyprysnęła pod koła z drzwi na Koszykowej,
  • złożoną hulajnogę można wnieść w o wiele więcej miejsc niż rower.
Ale to tylko takie teoretyczne rozważania gościa, który nigdy hulajnogą nie jechał...

poniedziałek, 14 maja 2018

809.Pingwin i hulajnoga

Jednym okiem oglądam "Gotham". Jednym, bo jakoś mnie nie za bardzo wciągnął. Pomysł dość ciekawy, stylizacja - w porównaniu do filmów - delikatna, ale ja jakoś nigdy nie byłem fanem Batmanowego świata. Filmy, owszem oglądałem, może nawet bez ziewania, może nawet z zainteresowaniem - kiedy występował Chris O’Donnell 😍, ale nic ponad to. W serialu zwróciłem uwagę na Robina Lorda Taylora grającego Oswalda Cobblepota / Pingwina - jaki on słodki! Aż chciałoby się go przytulić. Po zajrzeniu do wiki okazało się, że on nasz. Szkoda, że nie mój. 😞

Zastanawiam się, jak by mi się jeździło na hulajnodze. Nigdy nie jeździłem na hulajnodze. Hulajnoga kojarzy mi się (z dzieciństwa) z pojazdem dla dzieci i to tych, które z jakichś przyczyn nie mogą jeździć na (bardziej poważnym) rowerze. Więc pomysł, żeby dorosły na hulajnodze popylał wydaje mi się troszkę dziwnym, lecz przecież coraz więcej ludzi na tym toczydełku widzi się na mieście. Raz widziałem nawet jegomościa w wieku około moim. Niewątpliwie hulajnoga ma swoje istotne zalety. Ciekawe co będzie dalej z tym moim zastanawianiem.

niedziela, 13 maja 2018

808.Meksykańska fala

Piękna pogoda - słońce i wyraźny, chłodzący wiatr. Na ulicach niewielu pieszych, za to wielu rowerzystów. Zrobiłem sobie krótki spacer po Woli i skrawku Ochoty, w sumie 5,5 kilometra. W pięknym słońcu niektóre bloki z lat 60-tych wyglądają całkiem nieźle. 

Pierwszy cydr w tym roku. 

Odważyłem się spojrzeć na wagę - cóż, nie było cudu, było potwierdzenie smętnej świadomości; za dużo jest, dużo za dużo. Ograniczyłem słodycze, bo wiem, że mi szkodzą, ale wiem też, że to w dużym stopniu wynik długich słonecznych dni i zmniejszenia liczby zajęć; kiedy zaś przyjdzie jesień i zwykły dołek psychoformy, to się znów zacznie podżeranie ponad miarę poza moją kontrolą.

Po głowie ustawicznie kołaczą się (już uruchomione finansowo) plany wakacyjne, zaś obawy zapełniają stadion i robią oprawę. 

Lektura bloga małżonki Lu z jego fabryką zdjęć, jakoś skierowała moją myśl na tory fotografii. Skoro wakacje to będzie trzeba jakieś fotki porobić. Z ciekawości zajrzałem ile teraz kosztują materiały i usługi fotografii analogowej. Posmutniałem troszkę, bo przypomniałem sobie, dlaczego parę lat temu odłożyłem aparat na półkę, uświadomiwszy sobie jak bardzo belferska pensja nie sprzyja temu hobby w analogowym wydaniu.

piątek, 11 maja 2018

807.Schmitt

Prace wszystkie sprawdzone, ale trzeba by lekcje przygotować. Jak siadłem, to po północy skończyłem. Żeby jakoś porządnie zrobić, to na takiej dłubaninie czas płynie jak woda w górskim strumieniu. A że rano trzeba było wstać wcześnie, to snu było 5 godzin... Za mało. Dziś zaś, dzięki zastępstwom, które zakitowały wszystkie szczeliny dylatacyjne, było gęsto... Za gęsto. Ani chwili oddechu, bo nawet w autobusach myśli pląsały wokół roboty. Potem prosto z roboty na pocztę, żeby paczkę z butkami odebrać, bo jutro poczta nie czynna. Jak doszedłem do domu, to zastanawiałem się, czy w ogóle chce mi się jeść sobie robić. Niestety, starzy ludzie już nie regenerują się tak szybko jak młodzi. Ich regenerację zastępuje poczucie obowiązku, dlatego po zjedzeniu kanapki i krótkiej odsapce, poszedłem na małe zakupy.

Kończę pierwszą powieść Érica-Emmanuela Schmitta "Sekta egoistów". Podoba mi się na tyle, że sięgnę po inne jego książki. Akurat w "Bonito" mają kończącą się promocję na książki Znaku, który wydał sporo "Schmittów".

Dziwne uczucie, że do końca zajęć zostało jakoś mało czasu. A po drodze jeszcze parę zbiegających się w czasie atrakcji, potęgujących wrażenie zagęszczenia i zabiegania. To nie jest terapeutycznie kojące dla mojej biednej, pierdolniętej głowy.

wtorek, 8 maja 2018

806.English owen

Uff, angielski za mną. Słońce już solidnie przygrzewa, budynek wyeksponowany na nagrzanie i w salach jak w piekarniku, zwłaszcza po południu, kiedy pisane było rozszerzenie. Kłania się głupota robienia matur w dwóch terminach dziennie - na 9.00 i 14.00. Termin popołudniowy jest nie fair wobec zdających (i nieprzyjazny nadzorującym).
Zaczynamy wpuszczać zdających na salę; koleżanka Nowe Pokolenie okazuje się być zieloniutka jak szczypiorek na wiosnę i troszkę bez wyobraźni. Zastanawiam się, jak ona się taka uchowała, przecież na maturach musiała już być co najmniej kilka, ale raczej kilkanaście razy, więc powinna już coś niecoś jarzyć. 
Koleżanki z innej szkoły dłuższą chwilę jakoś nie widać, wreszcie przybywa. Zgubiła się. No cóż, jak wiadomo naszą szkołę projektował inżynier Dedal na wzór swego opus magnum, więc pewnie da się tu zgubić. A "nadzieńdobry" pani jedzie z tekstem: "No, przynajmniej tutaj krzyż na ścianie jest." Tylko łypnąłem okiem wychwytując oznaki apodyktycznej fanatycznej zołzy i nie skomentowałem - zbyt duże było prawdopodobieństwo, że nasza rozmowa zamieniłaby się w wymianę zdań, jakie w szkole padać nie powinny; a przynajmniej nie przy uczniach. Nauczany przez panią "przedmiot" nie był trudny do zgadnięcia.
"Duże matury" się skończyły i jutro już normalne lekcje. Z tym, że dla specyficznych wartości normalności, bo przyszłość narodu wraca po 11 dniach wolnego, więc trochę potrwa ich przestawianie na tryb jakiejkolwiek, imitacji choćby, pracy.

poniedziałek, 7 maja 2018

805.A tak po matmie

Matma za mną. Dziś było urozmaicenie - robiłem za członka zespołu, a nie jak zwykle, za przewodniczącego. Różnica okazała się dość kosmetyczna, bo byłem jedyną zorientowaną w zadaniach i czynnościach osobą w zespole. Koleżanka Zagubiona kulturalnie (i rozsądnie) poprosiła, żebym zwracał uwagę, czy czegoś nie przeoczyła, ale w praktyce wyglądało to nieco inaczej.

- Pani Asiu, proponowałbym podzielić się zadaniami przy wpuszczaniu tak, jak zwykle to się robi, bo to sprawdzone i pójdzie sprawnie: pani pilnuje listy i podpisów, ja wydaję naklejki z kodami, a kolega (z innej szkoły) zajmie się losowaniem miejsc.
- Aha, dobrze.

To "ahadobrze" wyglądało to tak, że kolega rozsiadł się i ani myślał palcem kiwnąć, a koleżanka przewodnicząca stała jakieś półtora metra ode mnie rozmawiając sobie z oczekującymi w kolejce do wejścia maturzystami, najwyraźniej zupełnie bez świadomości, że jej zadania jako przewodniczącej zespołu nadzorującego w tym momencie wyglądają zupełnie inaczej. Pendant tego ja obskoczyłem wszystkie czynności i wpuściłem zdających, chyba sprawniej niż w tercecie, a bez wątpienia z takim zapasem czasu, żebyśmy mogli zacząć punktualnie. Zapas się wziął i rozszedł, kiedy koleżanka poszła po arkusze i przepadła w otchłani mostka, gdzie rozdawane były te specjoza; wprawdzie uprzedzałem że przy tylu zdających będzie kolejka, ale... widać nie dotarło. Instrukcję dla zdających wobec tego wziąłem na siebie, wychodząc ze słusznego, jak się okazało, założenia, że dzięki temu unikniemy obsuwy czasowej liczonej już nie w minutach, a w kwadransach. Przy okazji dokonałem przeglądu przyborów piśmienniczo-rysowniczych i konfiskaty zabronionych przez JWW CKE. O tym, że to był obowiązek przewodniczącego nie warto już nawet wspominać. 

Zasada wychodzenia po skończeniu jest taka, że zdający podnosi rękę i czeka, aż ktoś z nadzorujących doń podejdzie, sprawdzi czy wszystko OK (kodowanie i przeniesienie odpowiedzi na kartę odpowiedzi) i wtedy pozwala na opuszczenie sali. Nadchodzi początek końca, pierwszy zdający podnosi rękę, pani przewodnicząca widzi, kiwa głową, uśmiecha się i.... nie rusza się z miejsca. Sekunda, druga, trzecia, zaraz wejdziemy w tajming groteski, więc szybko podszedłem do szczęśliwego finalisty, sprawdziłem i dałem zgodę na wyjście. Wracając na miejsce musiałem mieć chyba niezbyt pokerową minę, bo nie tylko koleżanka przewodnicząca zajarzyła co ma robić w takich sytuacjach, ale pod koniec nawet kolega z innej szkoły się podźwignął dwa albo trzy razy do odprawy skończonego zdającego. Prawda, że byłoby to paradne, gdyby któreś z nas - zamiast niego - musiało tam podejść, bo on miał ich w promieniu metra od siebie, a my byśmy musieli przejść przez całą salę. Ale prawda i to, że nie takie cuda na maturach widziałem, więc nie byłoby to niczym aż tak nadzwyczajnym.

W sumie więc, wolę chyba być przewodniczącym, niż członkiem w takim zespole, bo jako przewodniczący, to mogę komuś pozlecać zdania, a nie samemu robić je za przewodniczącego, który nie umie zapoznać się z obowiązkami i zrobić co do niego należy.

Na koniec właściwie powinienem się użalić nad swoim losem, albo nad tym, co mi (los ów) przynosi. Z innej szkoły przyszedł taki ładny, zgrabny chłopiec, na którego pewnie miło byłoby przez te trzy godziny popatrzeć, ale - naturalnie trafił do jakiegoś innego zespołu nadzorującego, a ja siedziałem z panem, który niestety, wybaczcie brutalność lecz trudno wykrzesać z siebie jakiś eufemizm, ale przywodził na myśl skojarzenie z kloszardem. Gdybym był dyrektorem, to bym nauczyciela tak ubranego i prezentującego się do pracy na maturze, z miejsca z placówki wyprosił i daj Boże, jakbym przy tym język powściągnął.

To zresztą zrodziło u mię także refleksję ogólniejszą - wraz z postępem wieku granica między luźnością (swobodą) ubioru a niedbałością (jako siostrą niechlujstwa) dramatycznie blaknie i zaciera się. Niestety, ale jak się przekracza pięćdziesiątkę, to już trzeba bardzo, ale to bardzo uważać na to co się na siebie wkłada, bo może się łatwo zdarzyć, że nam się będzie wydawało, że jesteśmy ubrani "wygodnie i na luzie, swobodnie tak", a inni zobaczą starego, niechlujnego, zaniedbanego dziada.

piątek, 4 maja 2018

804.Poradzi sobie

No i z powrotem w pracy. Dwie matury za mną; jeszcze sześć przede mną. Nuda i rozpaczliwa walka z sennością. Nie byłem w stanie powstrzymać się od zamykania oczu na choć kilka sekund. Masakra. 

Dyro przed odprawą stoi nad plikiem papierów z listami komisji (właściwie: zespołów nadzorujących) i wyłączywszy się z otoczenia snuje refleksje na temat przewodniczących:

-Kowalska, poradzi sobie. Aberfeldy, poradzi sobie. Wiśniewska... trzeba uważać. Malinowska, trzeba uważać. Nowak, poradzi sobie.

czwartek, 3 maja 2018

803.Buty i mahoniowa kabina

Jestem dobrym belfrem, daję drugą szansę. Dałem i Niubalansom. Spacer nad Wisłę i nad Wisłą był okazją do zrehabilitowania się butków. Ponieważ nawet moja naiwność ma swoje granice, pomogłem im zakładając bardzo grube stopki. Zadziałało - ponad 5 kilometrów dość żwawym krokiem i żadnych dolegliwości. Dobrze, że buty nadają się do ograniczonego użytkowania. Źle, że nadają się do ograniczonego użytkowania, bo konieczność zakładania grubych skarpet istotnie ogranicza ich funkcjonalność i w pewnym stopniu komfort, bo robi się dość ciasno.

Dla poprawy nastroju kupiłem sobie w necie parę, wcześniej upatrzonych par galantych butków. Przykład oksymoronu: Za dużo butów.

Powinienem wrócić do przedsięwzięcia pt. szafka na buty, zarzuconego parę lat temu na tle zmiany koncepcji mebla i obsuwy psychiki. Droga na skróty w postaci gotowca z Ikei wydaje się drogą donikąd, z uwagi na ograniczoną pojemność i poważnych wątpliwości co do przechowywania butów w pozycji zbliżonej do pionowej. To jednak oznacza konieczność jeżdżenia do marketu i przywożenia materiału. Jak kto ma własny transport, to żaden problem i wręcz frajda, ale tłuc się kawał drogi w tłoku z formatkami autobusem czy tramwajem to średnia przyjemność,  o stracie czasu wynikającej z z rozłożenia całości na kilka wypraw nie wspominając; a prosić nikogo o przysługę nie będę. No i to usyfienie mieszkania... Fajna rzecz - warsztat.

A nad Wisłą ładnie. Ludzi sporo, ale mniej niż się obawiałem. Fajnie popatrzeć na różne pływadełka, od promów wyglądających jak klecone w stodole ze szwagrem, przez stateczki (rozmiarami przypominające właściwie duże szalupy pełnomorskie), do skuterów zapieprzających z zawrotną na tle reszty prędkością. Wśród nich zwracała uwagę mała (by nie rzec - maleńka) motorówka, która przywodziła na myśl skojarzenia z eleganckimi kuzynkami dalekiego zachodu - lśniący lakier mahoniowej kabiny wnosił powab lepszego świata do nadwiślańskiego grajdołka.

środa, 2 maja 2018

802.Bajaderkowo-drugomajowo

Worek ziemi do kwiatków przywieziony, kiedy kupi się kwiatki, to się połączy jedno z drugim i na balkonie zrobi się kolorowo. Za znak czasu można uznać fakt, że razem z workiem kupiłem małą składaną turlajkę transportową, na której worek przyturlałem do domu. Poprzedni worek - dla rodziców, parę dni temu przyniosłem w plecaku. A różnica w środku transportu stąd się wzięła, że w tak zwanym międzyczasie przeczytałem opis rentgena swojego kręgosłupa. 

Po dłuższych wahaniach spróbowałem sięgnąć po nową markę butów, kuszących modnym lookiem i odstraszających krzykliwością barw, czyli New Balance. Debiut - klapa. Obsysają na najważniejszym polu. To że nie trzymają się pewnie na stopie i nieco "chodzą" podłużnie, czyli jakby troszkę klapią, jest do zniesienia, bo po paruset krokach przestałem zwracać na to uwagę. Za to fakt, że po circa 40 minutach marszu zrobiły mi bąbla na palcu, jest absolutnie niewybaczalny i dyskwalifikujący. Buty mają być ładne i wygodne nawet przy kilkugodzinnym noszeniu w chodzie - to warunki graniczne. No i tak Niubalansy poległy. Za to moje ulubione Najkusie - jak zawsze wierne i godne zaufania.  Muszę sobie dokupić kilka par, bo się stare Capri już do reszty sypią; trudne zresztą mieć do nich o to pretensję, bo noszę je 7-8 rok.

A poza tym, to naprawdę bardzo uciążliwe być takim odrzutem z porypaną psychiką. Nie życzę nikomu.


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

801.W mrocznej dolinie

Wjechałem w mroczną dolinę. Czuć było czającą się wokół nienazwaną grozę. Świstały strzały goblinów, warkotały topory orków i powietrze burzyło się od przelatujących z rykiem wywern. Instynkt podpowiadał, których kamieni i kępek trawy unikać, gdyż czaiły się pod nimi skaczące miny. Niczym Almanzor darłem się między szable i groty, myląc nikczemne pogonie. Ze ścian wąwozów wylatywały zdradzieckie zatrute strzałki i wirujące ostrza, a z góry toczyły się wściekłe głazy. Przedzierałem się z rozpaczliwą determinacją, dławiąc w sobie strach i chęć rejterady. Cudem minąłem Sfinksa, Scyllę i Charybdę, oraz wyrwałem się krakenowi. Mężnie stawiłem czoła licznym demonom kuszącym, wabiącym i nęcącym, o grożących nie wspominając. Taki Roland-dupa utknął w wąwozie Ronsewalskim, a ja - proszę! - wróciłem z dramatycznej misji "po głowę księżniczki i rękę smoka" cały i zwycięski, ściskając pod pachą zaszczytną nagrodę bohatera - paczkę ze schowka InPostu.



niedziela, 29 kwietnia 2018

800.Interesy

Schwester z coroczną wizytą. Znaczy, w tym roku już pewnie nie zawita, bo przeciętnie bywa u mnie raz na rok, w momentach różnych. Częstuję napojami pobudzającymi (bezalkoholowymi), bo odchorowuje burze grasujące wokół miasta. Ma nową fazę. Grzecznie i delikatnie niszczę kształtujące się mgliste zarysy napoleońskiego planu przeflancowania mnie w bliżej nieokreślone miejsce (złośliwie rekonstruuję podpowiadając: "do kontenera pod miastem") zwane nowym mieszkaniem, w celu zbijania kroci na wynajmie tego w którym mieszkam. Koncepcja połączenia kapitałów jej i moich w celu realizacji przedsięwzięcia sugeruje raczej skomplikowanie wzajemnych stosunków niż ich utrzymanie na dotychczasowym poziomie. Jak sama oznajmiła, kapitał jaki jej pozostał po ostatniej inwestycji nie wystarczy na kolejną, ale jakbym się dołożył to... Widać że nakręciła się przygotowywaniem mieszkań pod wynajem i chciałaby dalej to ciągnąć. Tylko że ja ani myślę wchodzić w ten geszeft ze swoimi nędznymi oszczędnościami. Zresztą, w być może niedługiej perspektywie i tak dostanie wszystko i będzie mogła sobie z tym zrobić co zechce. A na razie - musi jeszcze trochę poczekać.

sobota, 28 kwietnia 2018

799.Trzylatki

No i kolejny rocznik zakończył swą edukację w szkole średniej. Dostali świadectwa ukończenia szkoły i poszli sobie w świat. Jeszcze poprzychodzą parę razy na matury, a potem ich twarze, nazwiska i przynależności zaczną blaknąć i niknąć w masie tych, którzy byli przed nimi i po nich. Wydawałoby się, że przecież dopiero co przyszli do nas. Coraz mniej dziwi tempo, z jakim te lata, te trzylatki mijają, a jednak jest ono czymś, z czym trudno się pogodzić.

Samotność wśród setek i tysięcy ludzi. Pragnienia wyskakujące niespodziewanie wśród innych myśli, niczym dawno pogrzebany trup zauważony na ulicy miasta.

czwartek, 26 kwietnia 2018

798.Radosny zestaw

Mam nowy wniosek z obserwacji siebie. Otóż od jakiegoś roku w dni, kiedy mieliśmy radę i zebranie z rodzicami łapał mnie silny ból głowy i trzymał do nocy. Pojawiło się pytanie badawcze: czy to obie te frajdy tak na mnie działają, czy któraś z nich. Sądziłem że obie, ale zacząłem się zastanawiać, że przecież rodziców do mnie przychodzi garstka liczona do 3-4 sztuk w porywach; ponadto właściwie bez jakichś pretensji. Więc czemu miałoby to mnie denerwować? No i w końcu do mnie dotarło, że taki ból mnie łapie także kiedy jest rada, a zebrania nie ma. No i chyba da liegt der Hund begraben, jak mawiają Francuzi - zetknięcie z całym tym radosnym zestawem, czyli Mostek + Załoga (z dominantą pierwszego), wywołuje we mnie coś zbliżonego do ataku paniki. Teraz wróciłem do domu i wciąż mnie ból głowy trzyma. Mam na jutro kilka rzeczy do zrobienia, jestem zmęczony i łepetyna nawala. No PKP!

Koleżanka, z którą jestem na stopie czysto zawodowego sporadycznego kontaktu, miałem dziś nieco nietypowy dialog. Typ - konkretna, silna osobowość, ma zdaje się debiutować jako wychowawca.

- Klasa 2f, bardzo cię chwali. Bardzo dobrze się o tobie wypowiadali.
- Nie uczę ich już, ale to miłe. Ja ich też bardzo lubiłem.
- Mówili, jakim świetnym nauczycielem jesteś, jak tłumaczysz i ciekawie prowadzisz lekcje.
- Aaa... eee...
- Ty zdaje się masz uczyć w mojej przyszłej klasie, prawda?
- Nie pamiętam, ale to możliwe... Tak, chyba tak.
- Aha.

Wyglądało to jakby dotarło do niej, że przynajmniej na odcinku tego przedmiotu, jej klasa dobrze trafi. Dla wychowawcy to korzyść i wygoda.

wtorek, 24 kwietnia 2018

797.A łyżka wam w...

 Łyżka do butów. Na długim trzonku. Wiadomo w co.

Troszkę buty letnie mi się powycierały i trzeba by odnowić ten segment garderoby. Przejrzałem ofertę Allegro, pododawałem do obserwowanych butki godne uwagi. I napisałem do dwóch sklepów czy mogli by wysłać mi pocztą, bo kurier mi nie pasuje. A kurier mi nie pasuje, bo przyjeżdża kiedy pracuję i w większości przypadków ani nie dzwoni, ani nie esemesuje, i w efekcie o tym że w ogóle był dowiaduję się z info, że paczka wróciła do nadawcy z powodu nieodebrania; aktualny rekord - wróciła do Anglii. Sklepy odpowiedziały szybko komunikatem "Spadaj!", a ściślej: "Nie współpracujemy z Pocztą." I szlus! żadnej próby zatrzymania klienta. I być może narzekanie w gronie rodziny i znajomych, że w Polsce interes słabo idzie. A chciałem kupić po 2-3 pary no, nie klapek po 30 złotych, tylko w cenach, powiedzmy... odczuwalnych. No i humor mi się popsuł, choć wydawało się, że już jest dennawy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

796.Prezentów nie będzie

Lekcja, lekcja, lekcja... Przesuwający się przed oczami korowód twarzy. Temat 1, temat 2, temat 3... Taśma. Ruch. Ruch. Następny! Stop! Rada. Pierdu, pierdu, pierdu. I do domu. I kroki, kroki, kroki, tupot nóg. I myśli smutnych czarnych wiatr... (wybaczcie, Bułacie Szałwowiczu, parafrazę)

Praca w oświacie ma tę zaletę, że wciąż potrafi zaskoczyć; nawet po 15 czy 20 latach pracy. Do głowy by mi nie przyszło, że rada rodziców może oznajmić, że nie da ani grosza na nagrody (książkowe) dla klas trzecich. To znaczy da, ale tylko za takie ogólnoszkolne zasługi, typu: samorząd, sztandar, zbieranie makulatury, a nie wróć, to było za moich czasów, więc teraz za jakąś akcję w rodzaju sprzątanie świata. Ale nagrody przyznawane w klasach za średnią, za frekwencję, za działanie na rzecz kolektywu itp. to niech sobie sami belfrzy kupują, bo rodzice na to nie dadzą. A czemu? A bo wynikami uczniów nie są usatysfakcjonowani. Więc za karę bachory nagród od (rady) rodziców nie dostaną. Tymczasem te nagrody dawało się za osiągnięcia w określonym kontekście - na miarę konkretnej grupy młodych ludzi, zwanej klasą, choć właściwie prawidłowo powinno się mówić: oddziałem. Średnia na przykład 3,80 może być w skali szkoły marna, ale w danej klasie, gdzie przyjęło się nie uczenie się, a z naboru zebrała się grupa słabiutka, to ta średnia może wskazywać na imponujące osiągnięcie. Podobnie, kiedy wyrobił ją uczeń z początku słaby, ale ciężko pracujący przez te trzy lata. Nagroda dla takiego człowieka jest słuszna i zasłużona, ale... rodzice widzą tylko cyferki, i że poniżej ich założeń. Miałem klasę kiepsko chodzącą i w niej ucznia-rodzynka ze 100%- frekwencją - i co? miałbym mu nie dać nagrody że nie poddał się grupie? że wytrzymał? A przecież mówimy o książkach za dwadzieścia kilka, najwyżej trzydzieści kilka złotych! I de facto pamiątce na zakończenie szkoły średniej. Smutne.

niedziela, 22 kwietnia 2018

795.Zapominanie

W nocy niepokojące odkrycie: zupełnie zapomniałem o zapłaceniu podatku od nieruchomości i za użytkowanie wieczyste. Termin minął w połowie marca, a choć decyzja leżała przede mną na biurku, to jej nie zauważałem, względnie - nie przetwarzałem widoku w myśl o zapłacie. Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale i nigdy nie miałem takich atrakcji jak ostatnio, które skutecznie umysł absorbowały. Wydrukowałem też formularz PIT i planuję siąść do wypełnienia, bo boję się, że w nadchodzącym  tygodniu o nim też zapomnę. To ostatni tydzień klas trzecich, rady, szkolenia, uwaga będzie nieźle zaprzątnięta. Do tego usługi doradztwa dla ludności, czyli koleżanki konsultujące się w kwestiach okołoklasyfikacyjnych, nawet w domu mnie dosięgają.

Z przyjemniejszych rzeczy oprawiłem obrazek, który pójdzie na ozdóbkę do pracowni (z własnej kieszeni, żeby komuś się nie wydawało, że to z jego podatków takie fanaberie jak wystrój pracowni szkolnej jest fundowany). Posiedziałem nad projektem "Armii Połączonego Imperium" (figurki ze świata Warhammera) - udało mi się lepiej dopasować kilka jednostek. Nigdy tego nie skończę, ale przynajmniej mam jakieś zajęcie dla odwrócenia uwagi. Piękna pogoda (ma się popsuć w przyszłym tygodniu), ale nigdzie nie wyszedłem; znowu.

Skończyłem oglądać "Suits" na piątym, dostępnym na Netflixie, sezonie. Mam mieszane uczucia co do jednego z głównych bohaterów, Mike'a Rossa, bo inni bohaterowie ochy i achy nad nim, a to przecież bezczelny oszust. I w dodatku nienadzwyczajnie sympatyczny. Nie wiem, czy to celowy zabieg, czy pewien niedostatek odtwórcy tej roli, ale jakoś moralnie mnie ten film nieco irytuje w tym zakresie.

czwartek, 19 kwietnia 2018

794.Improwizator-frustrator

Ach! Gdzież te stare dobre czasy, kiedy człowiek był młody i szybko się regenerował?! Kiedy wracał z pracy i mógł ogarniać wiele rzeczy... Siedzę i pocieszam się, że na jutro właściwie to większość mam zrobioną, a co nie zrobione, to dam radę zaimprowizować w biegu. No bo czymś się trzeba pocieszać, prawda? Nawet jak się w to nie bardzo wierzy? A przede wszystkim, kiedy ma się poczucie winy, że się nie zrobiło wszystkiego jak należy. Tylko już tak nie daję rady.

Na tratwie zamieszanie i utrudnienia związane z realizacją projektów, które zdaniem mostka wspaniale dźwigają naszą placówkę i stają się mocarnym magnesem przyciągającym wyborną klientelę, gwarantującą nam promienną przyszłość. Niech to wystarczy za mój komentarz dla tego tandetnego picownictwa.

Schwester naciska, żebym już bilet sobie kupił na wakacyjny wyjazd do jej synowej na Dalekim Zachodzie. Tylko ja nie mam ochoty nigdzie jechać.

wtorek, 17 kwietnia 2018

793.Złoty róg

W sobotę zagrzmimy. Jak trąba jerychońska. Albo chociaż złoty róg. Jak go odnajdziemy. Robienie w sobotę demonstracji belferskiej z tak gromkimi postulatami, jak wywalenie ministry edukacji, czy 1000 złotych podwyżki, to niezbyt poważna akcja. Mysz, która ryknęła, ale niezbyt głośno, aby nie zbudzić sąsiadów. Tak protestować, to możemy sobie do usranej śmierci, bez obawy, że ktokolwiek decyzyjny naszym protestem się przejmie. Może by nas zauważyli, jakbyśmy strajk zrobili w matury, albo w końcówce roku, kiedy świadectwa trzeba wystawiać. 

Gwoli uczciwości należałoby wspomnieć, że jednak nas zauważyli. Otóż dziwnym trafem akurat teraz wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego Müller ogłasza, że "Koniec z przymykaniem oczu na to, że kształcimy nauczycieli słabych. Osoby, które mają kształcić nasze dzieci bardzo często dostają się na studia z wynikiem 30 proc. z matury. Myślę, że nikt sobie nie życzy z rodziców, aby takie osoby później kształciły ich dzieci." To jasne, że nikt. Lepiej więc będzie mieć przy sobie ksero zaświadczenia o wynikach egzaminu maturalnego, żeby się wylegitymować przed uczujnionym rodzicem. Kurczę, za mojej matury wyników nie było w procentach! Co tu począć?! Czy nie uznają, że brak procentów, to jak zero procent?! A zero to mniej niż 30?! Oj, biada mi! Biada!

W centrum medycznym mogą zapisać za sześć tygodni. Ponieważ na skierowaniu jest adnotacja "Pilne", więc decyzję podejmie miejscowy bwana kubwa i odezwą się. Mieli odezwać się w następnym, czyli zeszłym tygodniu. Zadzwonili w tym. Już za dwa tygodnie dostanę się na konsultację. Proszę, to jest przyśpieszenie! :-)

niedziela, 15 kwietnia 2018

792.Zdrówko sobą

W piątek ustaliłem sobie co ogólny plan zakupów w związku z tym, że w sobotę miał być urodzinowy obiadek Dziedzica (znanego wcześniej niekiedy jako Spadkobierca). W ramach tego planu w sobotę rano pojechałem do marketu w centrum handlowym. Dochodząc do linii kas nagle zdałem sobie sprawę, że właściwie nie bardzo pamiętam po co tu w ogóle przyjechałem. Ściślej się wyrażając - po co dostatecznie ważnego, żeby się wyprawiać w tak urządzony dzień. Bo te drobiazgi, które miałem w pamięci, nie były aż tak pilne. Wszedłem więc prześlizgując się wzrokiem po półkach bez większego zainteresowania, na zasadzie - jak coś wpadnie w oko, to dobrze, a jak nie wpadnie, to nic się nie stanie. Ponieważ dzień wcześniej u konkurencji kupiłem mu suwenirową flaszkę, to skręciłem w dział narodowy, żeby porównać ofertę obu sieci. Nagle na półce zobaczyłem CUDO! Mnie! W pewnym sensie, rzecz jasna. Nie mogłem się pohamować i nabyłem niezwłocznie. Głosy finansowego sumienia i gospodarnego rozsądku zagłuszyłem i zignorowałem. Wprawdzie nigdy w życiu nie dałem tyle za flaszkę, ale co tam! Warto było. Voilà, c'est moi! Będę popijał siebie. Nie wiem wprawdzie czy sobie będę smakował, bo jeśli trafnie wybrałem nicka na bloga, to logicznym będzie, że w tej flaszce jest jakieś wstrętne paskudztwo.

Przyszło mi także do głowy, że zadysponuję, aby po kremacji wsypali mnie do tej puszki i Schwester postawiła sobie ją na kominku w charakterze urny, zaś do oficjalnej niech wsypie piasek dla papug i do ziemi. 

Wyobrażam sobie dialogi w rodzaju:

- A co jest w tej pięknej puszce? 
- W tej? Aberfeldy. 
     




czwartek, 12 kwietnia 2018

791.Spekulacje i odpieranie

Dopiero co się przytelepałem z zebrania. Przed nim tradycyjna rada. Chciałbym móc odsapnąć trochę przed snem, ale muszę jeszcze sprawdzić na jutro pracę, którą przesłał mi uczeń. Przesłał mi w formie zdjęć, co oznacza pewien drobiazg - wszelkie uwagi i poprawki muszę zrobić w formie opisowej, a nie zwyczajnej - czyli adnotacjami w tekście. To oznacza poświęcenie kilka (-naście) razy więcej czasu. Nie problem, chyba że jesteśmy starym, schorowanym dziadem po kilkunastu godzinach w pracy, który w dodatku musi jutro wstać o piątej z minutami, żeby dojechać na zajęcia na zadupiu.

Oświecanie rodziców w kwestii funkcjonowania ich pociech na lekcjach i perspektyw takiego dalszego działania. Moje wywody M. skomentowała (do rodziców) czymś w rodzaju małego, lecz soczystego panegiryku na temat moich zajęć. Zaraz doszedłem do wniosku, że musiałem wypaść nieprzekonująco i musiała mnie ratować w oczach rodziców zapewnieniami o mojej zawodowej zajebistości.

Dzień wcześniej mieliśmy małą rozmówkę (ja, M. i kolega).
K. - Zrobiliśmy w klasie lekcję ze statystyki i wykorzystaliśmy do tego ankietę "Kto jest najlepszym nauczycielem?" I, zgadnijcie, kto uzyskał najwyższy wynik?
J.&M. - Nie mamy pojęcia.
K. - Pan, panie kolego. I nie miał pan konkurencji z tym swoim najwyższym wynikiem.
J. - Eeee, bo oni mają mało nauczycieli, to stąd taki mój wynik.
K. - ....??? Ale oni mogli głosować na wszystkich, którzy ich uczyli!
M. - Bo Aber ma problem z przyjmowaniem pozytywnych dla siebie komunikatów.

Dzień uatrakcyjnia ból głowy, otwierający pole do spekulacji: stres, zatoki czy rak. Dwie whisky z colą sugerują że chyba częściowo stres.

środa, 11 kwietnia 2018

790.Przedszkolaki

Koniec roku klas trzecich na wyciągnięcie ręki, a niektórzy jeszcze się nie przebudzili, żeby spełnić wymagania na dopa. Podobno szczęśliwi czasu nie liczą, jeśli to prawda, to mam cała gromadkę bardzo szczęśliwych ludzi za uczniów. I jeszcze większą w niższych klasach - bardzo słabowitego zdrowia, wymagającego unikania jakiegokolwiek wysiłku na lekcji oraz dużo, dużo spania. Właściwie, jak teraz o tym myślę, to zastanawiam, się czy niektórzy nie naściemniali z wiekiem w rekrutacji - znaczy czy nie są faktycznie w wieku przedszkolnym. Tłumaczyłoby to nie robienie notatek - bo nie umieją pisać, oraz notoryczne spanie na lekcji - bo akurat mamy je w porze leżakowania.
Do tego franca zatokowa znowu się odezwała, pewnie w obawie, że mógłbym o niej zapomnieć.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

789.Zaraza i flak

Po siedmiu lekcjach z ulgą wchodzę do domu, żeby przypomnieć sobie, że nie kupiłem mleka. Myśl o konieczności powtórnego wyjścia budzi raczej depresyjny nastrój. Z trudem i bez większego powodzenia próbuję sobie przypomnieć co mam do zrobienia dzisiaj na jutro.

"W czasie deszczu dzieci się nudzą" jak śpiewano w Kabarecie Starszych Panów. Nieścisłe. W piękną wiosenną pogodę też. Proponuję maturalnej klasie, że lekcje które nam zostały mogę poświęcić na wzmocnienie ich przygotowania do matury z polskiego przez podbudowę historyczną lektur i tekstów z XX-wiecznej literatury. Wiem, że koleżankom polonistkom pomysł się bardzo podoba. Reakcja... ponieważ to młodzież ukulturalniona, to reaguje nie wiązanką, lecz tępym milczeniem z wyraźnym zażenowaniem na twarzy wypisanym. Zażenowaniem tym, jak się kompromituję takimi propozycjami. "Przecież 30 % bez problemu!"

Poniższą scenę z "Wolnego dnia Ferrisa Buellera" traktuję jako proroctwo, wizję przyszłości mojej pracy, która przebyła ocean i po 30 latach zbliża się do nas. Dokładam starań, żeby nie być jak ten belfer, lecz widzę, że już jest za późno - uczniowie tacy jak na filmiku już tu są. Zaraza dotarła.


niedziela, 8 kwietnia 2018

788.Słaba wola

Mam słabą wolę. Słabszą od nadziei. Miałem nadzieję, że odpychanie od siebie myśli o pracy do zrobienia sprawi, że robota zniknie, ale nie poskutkowało. Moja wola nic a nic nie zmniejszyła ilości pracy, jaką muszę (powinienem) wykonać. Nie lubię tej swojej ułomności (jednej z wielu) - jakby to było fajnie, gdybym mógł sprawić, żeby robota sama się zrobiła: prace posprawdzały, testy i ćwiczenia ułożyły się. Wiem, to infantylne. Przypomina to myśli, jakie miałem kiedy 150 lat temu chodziłem do podstawówki: dlaczego człowiek nie rodzi się od razu z całą potrzebną wiedzą, tylko musi chodzić latami do tej okropnej szkoły?!

Pomału czytam I tom "Pana Lodowego Ogrodu" i zdecydowanie nie pomału oglądam 2. sezon "Suits". Fajny serial, choć odczucia mam nieco ambiwalentne, gdyż świat w którym obracają się bohaterowie - świat prawników, nie jest zbyt sympatyczny, oględnie rzecz ujmując. Twórcy filmu bardzo starają się, żeby główni bohaterowie (Harvey Specter i Mike Ross) byli sympatyczni i atrakcyjni, ale trudno tak do końca wyzbyć się myśli, że bytują w odpychającym środowisku.

W taniej książce kupiłem dość egzotyczną pozycję: "Powrót króla. Bitwa o Afganistan 1839-42" Williama Dalrymple'a. Historia tego pięknego kraju nie interesuje mnie właściwie prawie w ogóle, ale jakiś nie bardzo odległy czas temu nowości firmy figurkowej skłoniły mnie do pozyskania jakichkolwiek informacji na temat pewnego konfliktu angielsko-afgańskiego w XIX w. I wczoraj będąc w księgarni przypomniałem sobie tamte szperania i włączył mi się komunikat: "Wypadałoby, żebyś się czegoś więcej dowiedział O CZYMŚ O CZYM NIE WIESZ". A że 16 złotych za grubą i ładnie wydaną książkę to nie majątek, to wziąłem.

Próbuję znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie, ale wszystko sprowadza się do siedzenia przed kompem.
.

sobota, 7 kwietnia 2018

787.Udręka wspomnień

Dobrze jest mieć uzbierane przez życie dobre i miłe wspomnienia. Mówi się, że pamięć ułatwia nam to, wzmacniając pozytywne, a osłabiając negatywne. Dlatego historycy wiedzą, że trzeba z dużym dystansem i ostrożnością podchodzić do wspomnień czynionych po wielu latach od wydarzeń, a zwłaszcza w wieku podeszłym.
Są jednak wspomnienia tak przykre, że z oporem poddające się temu tuningowi. Chcielibyśmy o nich zapomnieć, lecz z jakichś powodów w rzeczywistości je konserwujemy. Próbujemy od nich uciec, lecz one podążają za nami jak nasz cień. Towarzyszą nam aż po kres naszych dni. Chyba, że Alzheimer nas ich pozbawi. Sam nie wiem - może i w tym przejawia się dwoista natura świata? Przekleństwo choroby Alzheimera - utrata świadomości swojego postępowania, jest może jednocześnie błogosławieństwem (zapomnienia)? O ile nieszczęśnik nią dotknięty faktycznie zapomina i o bolesnych wspomnieniach.
Interesująca jest również kwestia, jak wspomnienia i ich wartość emocjonalna wpływają na ostatnie chwile. Czy dobre wspomnienia ułatwiają odejście z tego świata - "przeżyłem tyle dobrego, że mogę odejść w spokoju, w pewnym sensie nasycony", czy utrudniają - "szkoda kończyć coś tak fajnego"? A dotkliwe bolesne wspomnienia? Łatwiej czy trudniej? A może to w ogóle nie ma decydującego znaczenia, bo ważniejsze jest tzw. pogodzenie się z losem, a więc zaakceptowanie wszystkich aspektów śmiertelnej człowieczej egzystencji, której częścią nieodłączną jest i zakończenie bytu?


czwartek, 5 kwietnia 2018

786.O motywowaniu

Wreszcie w domu. O odpoczynku nie ma mowy, bo muszę choć trochę prac posprawdzać, żeby jutro rano dosprawdzać resztę i oddać. Powinienem oddać dwóm klasom, ale nie dam rady. Plany poszły się tentegować, z powodu wyskoczenia diabełka z pudełka, czyli przypomnienia Sami-Wiecie-Kogo o szkoleniu. Ponieważ nie mogę się dodzwonić do krajalni, żeby się zapisać, to zaplanowałem osobistą podróż na ten daleki wschód w celu rejestracji. Chciałem zrobić to dzisiaj, więc wiecie już, co się z tymi planami stało. 

Lekcje, potem rada i bardzo ważne sprawy różne. W punkcie bardzo ważne sprawy główne dowiedziałem się, że mam na dodatek Alzheimera, ponieważ kiedy dyrektor oznajmił, że osobiście spotkał się ze wszystkimi nauczycielami, którzy nie będą mieli etatu (tylko jego mniejszy lub większy ogryzek), zdałem sobie sprawę, że zupełnie, ale to zupełnie nie przypominam sobie takiego spotkania, a ponieważ, skoro władza mówi że tak było, to musiało tak być, a więc nie ma innej możliwości, jak niesprawność mej pamięci.

Szkolenie typowe w oświacie, czyli lipa, obliczona głównie na korzyść firmy edukacyjnej. Efekciarskie i mętne zwroty bezskutecznie próbowały zakryć prostą rzeczywistość: szkoła ponadgimnazjalna nie zmotywuje ucznia niezmotywowanego do nauki, bo motywację wynosi się z domu i z siebie. Szkoła sama może wzmocnić motywację, ale nie stworzyć. No, ale gdyby tę prawdę przyjąć, to ani osoba prowadząca szkolenie, ani firma by nie zarobiły. Za to my byśmy nie stracili bezproduktywnie paru godzin.

wtorek, 3 kwietnia 2018

785.Dewar's Highlander

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za sied... a nie, czekaj, wróć, to było w tym samym miejscu co teraz. Pewnego dnia trafił w moje ręce stosik Newsweeków, a w nich między innymi reklamy z innego lepszego świata. W peerelowskiej szarzyźnie były jak tęcza na niebie - urzekające, kolorowe, atrakcyjne. Zachwycił mnie element jednej z nich - wizerunek górala destylarni John Dewar & Sons. Zawadiacko kroczący tamburmajor jak ze szkockiego pułku piechoty, w przepysznym galowym stroju i w bermycy z okazałą kitą, urzekł mnie po prostu. Jednego nawet wyciąłem i nakleiłem nad biurkiem.
Z wielkim żalem muszę dodać, że późniejsza ewolucja tej ilustracji poszła w nieładną, by nie powiedzieć - w paskudną, stronę, podobnie zresztą jak w przypadku Johnny'ego Walkera. Poniżej przepiękna stylowa reklama whisky "Dewar's White Label" z 1958 roku znaleziona na ebayu.


Osobliwym zrządzeniem losu, jakoś nigdy nie miałem okazji spróbować tej whisky. Highlander pozostawał wciąż pięknym, lecz smak trunku - nieznanym. Aż do dziś. Jakoś wczoraj ni stąd ni z owąd przyszło mi do głowy, że może warto by skosztować, jaki  ma smak ta najdłużej mi znana z nazwy whisky. Dziś w Auchan z zaskoczeniem zobaczyłem na półce właśnie tego białego Dewara! W domu z pewnym niepokojem spróbowałem odrobinę i bardzo się ucieszyłem. Bardzo smaczna, delikatna lecz wyraźnie czuć moc, miodowa nieco, gładka w smaku, jak dla karmiących matek. Miłe. W pewnym sensie, to jak domknięcie czegoś rozpoczętego w młodości, przed przeszło trzydziestu laty.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

784.Varia Wielkanocne

Dziś na szczęście święta we własnym domu. Wczorajsze odchorowałem, dopiero noc przyniosła jakąś ulgę. Teraz pranie nastawione, oświetlenie w szafie zamontowane, "Indiana Jones i królestwo kryształowej czaszki" oglądane (w kawałkach po kilka minut).  Wczoraj w nocy (właściwie to było już dzisiaj...) skończyłem dorzuconą w "Netflixie" przedostatnią porcję (10 odcinków, pół szóstego, ostatniego sezonu) "Teenwolfa". To zresztą była jedna z fajniejszych serii - pomysł z "Dzikim Gonem" był bardzo dobry.
Wczoraj w pewnym momencie minirodzinnej biesiady przyszła mi nagle myśl, której rozsądnie nie wypowiedziałem na głos: Szkoda, że siostrzeniec nie ma dzieci. Tak jak tam  w 5 osób siedzieliśmy, to koniec tej rodziny. Po nas już nikogo nie będzie.
Korzystając z "Easter Classics 33% off  selected products" złożyłem niewielkie zamówienie na figurki. Sam nie wiem czy to ma jeszcze jakiś większy sens niż przyzwyczajenie... 


niedziela, 1 kwietnia 2018

783.Ułomny

Ja.
Na umyśle.
Jakbym był pełnosprawny umysłowo, to bym się już przyzwyczaił, że rodzice są tacy jacy są i już się zmienią. A mi co jakiś czas puszcza, i zamiast trzymać język za zaciśniętymi zębami, odzywam się; bezsensownie przecież. 

Trzymałem się dzielnie i wytrwale długo, znosząc cierpliwie najróżniejsze dziwactwa. Bardzo długo. Aż... Schwester opowiadała jakie mieszkanie oglądała i wspomniała, że dwa pomieszczenia zostały podzielone szklaną ścianą. Na to matka przerywa z mieszanką zaniepokojenia i potępienia w głosie: - Nie powinno się tak robić! Przecież jak ktoś się potknie i poleci głową naprzód w tę szybę to ona w drobny mak i  tragedia gotowa!  

Gula w gardle podskoczyła radośnie i wystrzeliła w górę w kierunku mózgu by wyrzucić rozum z mocowań. Całe życie pracowitego budowania lęku w każdej możliwej sytuacji, każde zdarzenie, każda informacja doskonale nadawała się do wygłaszania "mądrości życiowych" na jednej melodii opartych: ojoj! nieszczęście będzie! Tragedia będzie! Archiwistyczna pamięć gromadząca wszelkie informacje o bliźnich bliższych, dalszych i najdalszych tworzyła przebogatą skarbnicę przykładów możliwych nieszczęść, jakie niechybnie spaść muszą na nas (Schwester i mnie). Przy tym - głębokie przeświadczenie o swoim trzeźwym optymizmie życiowym i wieczne wytykanie mężowi i jego rodzinie, że "prowokowali nieszczęścia wieszcząc je nieustannie, a to przecież samospełniająca się przepowiednia". Ona sączyła truciznę lękowego wychowania? Cóż za nonsens! Jedno jest tylko wyjaśnienie - mam obsesję. I już, włala, dobry nastrój przywrócony.

piątek, 30 marca 2018

782.Wyrodne dzieci

Ze Schwester umówiliśmy wpaść do rodziców pomóc w przygotowaniach świątecznych. Gdyby o nas tylko chodziło, to żadnych świąt byśmy nie urządzali, ale naszym rodzicom, a zwłaszcza matce, wydaje się, że o niczym innym nie marzymy. Werbalnych i niewerbalnych komunikatów o rzeczywistym stanie rzeczy w tej kwestii nie przyjmuje do wiadomości.

Umówienie się - jak zwykle ze Schwester, to znaczy mamy być o 14.00, a kwadrans po 12. w telefonie słyszę: "- Kiedy będziesz? Bo ja już jestem! Pośpiesz się." Niskie ciśnienie krwi mi nie grozi.

Na miejscu zgodnie z przewidywaniami obrona Okopów Świętej Trójcy - ojciec nabzdyczony że córka nie sprząta tak, jak on uważa że "się robi", rzuca się bronić skarbów - cenności nagromadzonych a ruszonych porządkami. Matka by to powywalała na śmietnik, ale jemu się włącza tryb "DZIAD" i broni. Jak lew. Nieważne, że do niczego się coś nie przyda i tylko zagraca mieszkanie, on w tym widzi cenne dobro materialne, którego pozbycie się ku nędzy blisko go przywiedzie i katastrofą życiową nieledwie będzie. Praktyczna przydatność nie ma żadnego znaczenia, liczy się świadomość posiadania, a bardziej jeszcze - dotkliwa rana w razie utraty.

Na przykład stara bateria. Z rok czy dwa lata temu wymieniłem im na nową, bo ciekła, a nie dało się naprawić przez wymianę uszczelek czy głowicy. Z nowej baterii bardzo zadowoleni. Sądziłem, że starą wyrzucili, jak była o tym mowa, ale okazuje się, że głupi ja. Dziś znalazłem starą i pytam gdzie wyrzucają takie odpadki. Skok pantery. Zmrużone oczy i lodowaty syk. Najgorsze wspomnienia, które dławić będą jeszcze w ostatniej godzinie życia.
- Nikt tego nie wyrzuci. To porządna bateria. Jak ta się popsuje, to ta będzie jak znalazł. Nikt nie będzie wymieniał baterii z powodu uszczelki. Idiota tylko.
- Przecież to jest stara bateria, którą trzeba było wymienić, bo nie dało się jej naprawić.
- Nic. Bardzo dobra jest. Założy się ją, jak ta się popsuje. Ja nie będę jak głupi kupował nowej baterii z powodu jednej uszczelki.
- To dlaczego tę trzeba było zdemontować i założyć tę, co jest teraz?
- Zostaw. Niczego nie będziesz wyrzucał.

Matka prosiła, żeby zawiasy w drzwiach do łazienki nasmarować bo skrzypią. Nasmarowałem, ale skoro już jestem ze smarem, to chcę sprawdzić pozostałe. "Zostaw, nie trzeba, tylko te skrzypiały, zostaw, nie ruszaj!"
"Zgrzyyyyyt" Jedne. "Zgrzyyyyyt" Drugie.

"Zostaw! Nie dasz rady!" "One ciężkie są, było nie ruszać!" "Nie tak to się robi!" "Zaczekaj, ja ci przyniosę łapkę z piwnicy" "Ty nigdy nie chcesz posłuchać!" "Ja mówiłem, żebyś nie zdejmował, no to teraz nie założysz z powrotem." "Jak zawiasy nie w linii?! A jak wisiały na nich to dobrze było?! Ta, wypaczyły się! Takie drzwi porządne w okleinie i wypaczyły się!" "Że skrzypiały... Drzwi są, to skrzypią."


Coraz częściej się przewraca. W tym tygodniu już dwa razy. Wczoraj matka omal nie zadzwoniła w nocy po mnie, bo się bała że nie da rady go podnieść. Mimo rozciętej głowy zrobił jej dziką awanturę, żeby się nie ważyła dokądkolwiek dzwonić, także po pogotowie, bo uznała, że taką ranę to powinno się szyć. A wyłożył się, bo nie trafił w krzesło. Krzesła fatalne - niestabilne, wywrotne, jednym słowem niebezpieczne, nawet dla zdrowego i sprawnego. Jedno już się kiedyś pod matką rozsypało, cud i łaska boska, że sobie wtedy poważnej krzywdy nie zrobiła. Nie-is-tot-ne. TO BARDZO PORZĄDNE, PRZYZWOITE I SOLIDNE KRZESŁA. STYLOWE. Acha-cha-cha, jacy wy idioci jesteście, że chcecie się TAKICH krzeseł pozbywać! Z głupim byłeś i się widziałeś! TE KRZESŁA TU ZOSTAJĄ.



Tylko to jest rosyjska ruletka - za którym upadkiem połamie się tak, że już z łóżka nigdy nie wstanie? Nie wytrzymałem jego głupoty i tego szyderczego rechotku, który mi najgorszymi koszmarami w uszach dzwoni i powiedziałem, że jak się połamie przez te cholerne krzesła, i zostanie przykuty do łóżka, to nie on będzie wokół siebie robił, tylko my wszyscy. Na to wygłosił w swoim najlepszym stylu: "Pielęgniarka z państwowej opieki będzie się mną zajmowała, bo w TEJ rodzinie to na ŻADNĄ pomoc JA liczyć nie mogę." Do żony właśnie gotującej mu obiad, córki szorującej kuchnię i syna odkurzającego salon.

Siostrzeniec z niezadowoleniem skomentował zaangażowanie swojej matki w dzisiejsze sprzątanie dziadkowej chałupy, o czym z typową dla siebie skwapliwością doniosła mi moja matka (jego babka). Nie podoba mu się, że niewiośniana już matka sprząta dom dziadków, zamiast zająć się swoim sprawami i oszczędzać zdrowie, podczas gdy dziadek absolutnie nie chce słyszeć o tym, by wynająć osobę do sprzątnięcia domu. Siostrzeniec rozumuje nowocześnie, zdrowie i wysiłek więcej warte od pieniędzy, które są. Wkurza go, że dziadek nie zgadza się na wydanie cudzych pieniędzy, ale żeby rodzina wykonała pracę to już chętnie (choć jednocześnie zarzeka się, że nie potrzebuje żadnej pomocy!). Nie może pojąć, że dziadunio ma mentalność folwarczną - nie wydaje się pieniędzy na coś, co ktoś może zrobić za darmo. Cóż, chłopak nie słyszał złotej myśli, wygłaszanej do nas przy niezliczonych okazjach: "Od tego MAM was."


środa, 28 marca 2018

781.Warmizator

- Panie dyrektorze, mamy pytanie o to coś co mamy dostać. Czy ten "warmizator cyfrowy" to czajnik?

- Nie! To coś znacznie lepszego! Zaraz wam pokażę... chwileczkę... zaraz tu go znajdę... O! są! Patrzcie - to są te warmizatory. Zobaczcie, mają "cyfrowe sterowanie", pilotem można sobie dobrać temperaturę gotowania wody, "kamera 3d zapewnia podgląd wnętrza w trakcie pracy", "pozycjonowanie gps",  "wejście usb"... i można podłączyć power pointa...

- Ale my potrzebujemy po prostu czajnik. Zwykły taki, żeby herbatę w pokoju zagotować.

- ... O, a ten ma dwie kamerki... A ten ma wbudowany rzutnik. I radio. I tańszy od tamtych. Może dwa kupimy? Ten ma... yyy... "timer satelitarny". To pewnie ważne...

- Ale nam wystarczy zwykły czajnik, najzwyklejszy.

- Tu jest ich więcej. Ten można zamówić w różnych kolorach. I ma "programowane podświetlenie wnętrza". I "wibracyjny symetryzator bąbelków decydująco wpływający na walory smakowe i prozdrowotne wody"...

- Czy zamiast tych osobliwości, naprawdę! nie moglibyśmy kupić normalnego czajnika? 

- No... nie wiem, czy się gmina zgodzi przesunąć środki, bo już wpisałem w budżet "warmizator cyfrowy", a czajnik to co innego.


wtorek, 27 marca 2018

780.Tornado i wstyd

Jakaś taka niefajna pogoda, jak zimny wiatr zawieje, to mam poczucie, że kości mrozi.

Na tratwie na jednych pokładach słychać donośne, zadowolone mlaskanie, na innych szepty żalu i utyskiwań na warunki jakie nastały. Koleżanka wróciła z mostka zbulwersowana i roztrzęsiona potraktowaniem. W naiwności swojej z rozmowy wstępnej z pierwszym po Bogu wnosiła, że wystarczy już tylko dać papierek do podpisu i sprawa załatwiona. Tymczasem zderzyła się z tornadem, mając przejmujące poczucie, że tornado na faktach opiera się w stopniu raczej luźnym i swobodnym. Sądziłem, że pójdziemy załatwiać to we dwoje, ale Zosia-samosia chciała sama - Bóg raczy wiedzieć czemu. No to, vous l'avez voulu, Sophie Dandin! I będzie tak jeszcze długo na tratwie Meduzy.
Gnuśność większości naszych uczniów gulą mi znowu w gardle staje. Oni tak strasznie nie chcą wiedzieć więcej niż wiedzą teraz! Ich ciekawość świata jest na tak przygnębiająco niskim poziomie, że powinna być wyrażana chyba wartością ujemną. Cisną mi się na usta i klawiaturę epitety, którymi celnie i dosadnie opisałbym tych młodych ludzi, lecz wiem, że nie powinienem, że byłoby to nieprofesjonalne. Jest mi zarazem wstyd, że aż takie emocje ich odpychająca gnuśność we mnie wzbudza.

niedziela, 25 marca 2018

779.Domek z kart

No i weekend się jakoś zmarnował, jak batalion majora Płuta.

Trochę poczytałem, choć nie jestem pewien, czy "Stulecie chirurgów" Jürgena Thorwalda jest najszczęśliwiej do sytuacji dobraną lekturą. Pamiętam, jak dawno, dawno temu fragment tej książki przeczytałem w "Przekroju" i bardzo mi się spodobał, ale jakoś-czemuś przez te chyba 25-30 lat nie miałem okazji, żeby przeczytać całość. Niedawno zauważyłem i kupiłem razem z kontynuacją, czyli "Tryumfem chirurgów". Do poduszki napocząłem "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza z serii "Mistrzowie Polskiej Fantastyki". Po parunastu stronach nie mam jeszcze zdania czy mi się spodoba.

Kawałek puzzlowego widoczku ułożyłem. Obejrzałem multum odcinków "House of Cards", mając wciąż w pamięci bardzo dobry pierwowzór angielski z Ianem Richardsonem. Nie mogę się przyzwyczaić do aktualnego wyglądu Robin Wright, którą pamiętam z ról sprzed mniej więcej 20 lat. Nigdy bym jej nie poznał.
Pluję sobie w brodę, że wpisałem na jutro kartkówkę, bo siedzę nad nią i siedzę, i jakoś mi nie bardzo wychodzi. Być może cała ta moja robota jest jak domek z kart. A może i całe życie takie.

piątek, 23 marca 2018

778.Trzy razy g

Frustracja i rozczarowanie. 

Nadzieje, skromne przecież, rozwiały się w zderzeniu z rzeczywistością. Skrócenie zajęć, żeby zdążyć, przełożenie zajęć (oczywiście jak zwykle w takich przypadkach - na mniej dogodny układ), żeby się dostać, wzięcie beztroskiej deklaracji za pewnik, zderzenie się ze ścianą zdumienia moją nieżyciową naiwnością. I porada będąca spławieniem. Wygląda na to, że przeżyłem życie pod kloszem łaski boskiej, chroniącej mnie od potrzeby stykania się z enefzetowską rzeczywistością. A ja tylko chciałem się dowiedzieć, czy to co odebrałem jest gówniano gównianym gównem, czy może tylko gównianym gównem.

Jestem zmęczony. Niby działam, ale mam poczucie że płynę przez ocean. Nie wiedząc dokąd i jak daleko. I czy to ma w ogóle sens.

Tanie wyrazy otuchy i wsparcia niemile widziane. Zwykle budzą moją irytację. Pardon.

wtorek, 20 marca 2018

777.Demon

Byłem demonem. Przynajmniej z oczu. Śmiesznie to wyglądało, jak miałem źrenice ogromniasto rozszerzone magicznymi kropelkami (żeby pani doktor mogła sobie w moje paskudne oczęta pozaglądać). Badanie mi się nie podobało - czułem się, jakby mój wzrok gwałcono światłem, choć to podobno była najsłabsza moc tego świecącego ustrojstwa.

Robię przyszłości narodu różne prace, z różnymi typami zadań, ćwiczymy różne umiejętności. Czasem, bardzo, bardzo rzadkim czasem, robię im pracę "z definicji", w której wymagam opanowania parudziesięciu prościutkich, króciutkich pojęć podstawowych, niezbędnych, abyśmy mogli omawiać bardziej skomplikowane zjawiska i procesy przy użyciu tego samego aparatu pojęciowego, co jak wiadomo ogromnie usprawnia proces. Na studiach to normalka, że będą się posługiwać odrębnym specjalistycznym słownictwem, specyficznym dla danej dziedziny nauki, dlatego niech się zaczną oswajać - przyda im się.

No i tu się zaczynają schody. Bo o ile biol-chemy wiedzą, że muszą się po prostu tego nauczyć, w miarę możności dokładnie tak, jak to jest napisane, o tyle mat-fizy wiedzą lepiej... Po co się uczyć, skoro wiadomo o co chodzi?! Słowo znajome = pojęcie opanowane. I coco hasta jambo la vista! Eee... i coco vista la jamba... Hasta la coco... Nosz kurde, jak to szło? no jakoś tak przecież było... 

A z tego bełkotu punktów nie ma. Lecz wytłumaczyć się nie da, bo wiedzą lepiej - frajer by się uczył, bystrzak od razu złapie. Kiedyś się na coś takiego odpowiadało: Ta! Złapie - jak nie gówno to wiecheć.

niedziela, 18 marca 2018

776.Dawno, dawno temu

Przepiękne niebo, bez jednej chmurki. Szkoda tylko że zimno nie zachęcające do wyjścia z domu. Z trudem sobie przypominam, że do świąt już tylko półtora tygodnia. Po świętach parę tygodni i idą sobie klasy trzecie. Razem z nimi kilka godzin i będzie trochę mniej roboty. Szkoda, że nastrój nie pozwala się cieszyć tymi bliskimi zmianami.

Na razie położyłem przed sobą plik prac do sprawdzenia. Nawet sprawdziłem w jednej pracy jedno zadanie; chyba po to, żeby się pooszukiwać, że już zacząłem sprawdzać. Dobra rzecz - praca, pozwala zająć myśli i odwrócić uwagę... Niestety nie czyni jej to ani odrobinę przyjemniejszą.

Skończyłem oglądanie tasiemca "Dawno, dawno temu"; pomysł zabawny - bohaterowie bajek, baśni i legend istnieją naprawdę w różnych krainach i ich losy splatają się między innymi w miasteczku Storybrooke w Maine. No właśnie - pomysł ciekawy, ale w sumie realizacja nieco nużąca, a dłużyzny sprawiały, że często-gęsto przeskakiwałem po kilka minut do przodu, co tłumaczy szybkość obejrzenia 6 sezonów po 22 odcinki każdy. Jak dla mnie na długość, to tasiemiec porównywalny z "Modą na sukces". Na deser w 6. sezonie był śliczny & słodki Giles Matthey w roli Gideona, którego pamiętałem z "True Blood", gdzie grał Claude'a Crane'a. Z jednej strony przyjemnie było oglądać takie śliczne stworzonko, ale z drugiej smutno się robiło na nieodpartą myśl, że nigdy, i już nigdy... nikogo bliskiego.
.
Muszę pracować do końca, żeby na pogrzebie liczba pracowników zakładu pogrzebowego nie była większa od liczby żałobników.

piątek, 16 marca 2018

775.O wychowywaniu w autobusie

Podróżując pojazdem komunikacji zbiorowej Czytelniczka Polly uległa bulwersacji oraz uczuciu zagubienia w obecnym świecie, a właściwie we fragmencie tego świata, z którym się rozstała, jak mogę wnosić z różnych aluzji - lat temu kilka. Jej oczekiwanie, że objaśnię i zorientuję, jest tyleż mi pochlebne co rozbrajająco naiwne.
Najpierw może odniosę się bezpośrednio do zadanych pytań:

nauczyciele już tylko uczą swoich przedmiotów ale wychowania już nie??
Ależ naturalnie, że uczymy i wychowujemy. Inna rzecz - kogo, gdzie, jak i na kogo? Opisaną (w komentarzu do notatki 774.) scenkę można próbować wyjaśnić na różne sposoby (kolejność przypadkowa)
1) nauczycielki miały w dupie jak się zachowują uczniowie, bo:
   a) mają w ogóle w dupie obowiązki i to co się wokół nich dzieje,
   b) zostały wyznaczone do opieki nad wycieczką z łapanki i uczniów konwojowanych w ogóle nie znają, 
   c) są na wylocie z tego gimnazjum, albo w przelocie między 3. i 5. szkołą, w których puzzlują etat. Co w sumie po części przypomina podpunkt a).

2) nauczycielki przejmują się zachowaniem uczniów, ale:
   a) wiedzą już że tej grupy nie wychowają, bo próbowały i szkoda zdrowia,
   b) wiedzą, że lepiej nie próbować, bo ktoś znów poleci na skargę do dyrektora, wójta, kuratorium itp., że mu się dziecko napastuje i znieważa, a ono z domu wyniosło wychowanie najlepsze,
   c) z jakiegoś powodu nie chcą wychowywać w miejscu publicznym,

Możliwe też, że wystąpił mix różnych przyczyn. A że Polly to stara bystrzacha, to możliwe też, że trafiła w dziesiątkę z tym podejrzeniem: 
czy raczej wolą się nie narażać gimnazjalistom bo mogą usłyszeć wiązanki pod swoim adresem?
Cóż, w końcu ten dowcip o Jasiu, miał długą brodę już za mojej młodości:

Nowa nauczycielka wchodzi do klasy i prosi żeby każdy z uczniów powiedział parę słów o sobie.
Dochodzi do Jasia, a ten patrzy spode łba i warczy:
- Oj, bo przywalę!
- Jak śmiesz tak do mnie mówić?!
- Oj... bo przywalę!
Wstrząśnięta nauczycielka pędzi do gabinetu dyrektora i relacjonuje.
- Hm... - mruczy dyrektor. - Ten, co tak powiedział, to taki blondynek? Ucho ma takie trochę odstające?
- Tak!
- A, Jasio. No tak, on to może przywalić.


Kiedyś było oczywiste, że młodych ludzi wychowywał dom, szkoła, ale i obcy ludzie w miejscu publicznym. Można powiedzieć, że większą rolę odgrywał kolektywizm. Dziś dominuje indywidualizm i często można spotkać traktowanie dziecka jako inwestycji kapitałowej, jako ważnej wizerunkowo części dorobku życiowego, jako jakiejś formy kompensaty niepowodzeń życiowych przez rodzica (mam wrażenie, że znacznie częściej - matkę). Wszystko to sprawia, że młody człowiek może łatwo nabrać poczucia, że otoczenie jest jak net - jest zbiorem zasobów do indywidualnego korzystania, a jednocześnie jako produkt socjalizacji nie grupowej lecz indywidualnej ("smartfon zamiast trzepaka") może mieć duże trudności z pomyśleniem o potrzebach innych ludzi. 
Młodzież zawsze była wrażliwa na punkcie poczucia swojej wartości i wolności dokonywanej przez dorosłych i narzucanej jej wychowanie społeczne mogło być odbierane jako uciążliwe czepianie się starych o wszystko. Dziś starzy są często rozwiedzeni i mają inne sprawy na głowie niż systematyczne wychowywanie, do tego kult młodości sprawia, że nie chcą uchodzić za wapniaków, lecz za ludzi młodych, a łatwo mogą to osiągnąć unikając roli wychowawcy, który wymaga i przymusza. Młodość jest atrakcyjna - witalna i dynamiczna, co dla wielu jest pokusą wkradnięcia się jakoś w łaski młodych, aby samemu poczuć się, niejako w ich oczach młodymi. Niejeden rodzic jest tak skupiony na karierze lub na (kolejnym) partnerze, że nie zauważa, jak ten mały bobas mu pod bokiem rośnie; wydaje się - błyskawicznie rośnie. Bez trudu przegapi taki rodzic momenty, w których mógł świadomie wychować, czyli przekazać odpowiednie normy postępowania. Zamiast tego wychował nieświadomie, czyli dziecko nauczyło się tego co zobaczyło u mamy lub taty i tego, czego od nich nie dostało.
I można by tak długo, długo o tym, jak się nasza, pożal się Boże, imitacja społeczeństwa pozmieniała i zmienia dalej.

A w skrócie - szkoła ma wychowywać, ale ma niewiele instrumentów społecznych do tego, a części z nich obawia się używać, bo liczni głupcy rozsiani wokół są w każdej chwili gotowi zaatakować ją za ich użycie. Głupie społeczeństwo rozmontowało narzędzie wychowania.