Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

czwartek, 20 września 2018

867.Trebusz

To jest trebusz. 
Trebusz to machina służąca do miotania kamieni, beczek ze smołą i wszystkiego co da się miotnąć (z trupami włącznie) we wrogą warownię.


Coś bardzo podobnego sprawił sobie pewien tatuś, rozsierdzony tym, że nie poznaliśmy się na jego latorośli, i teraz napie... khehm... to jest... eee... chciałem powiedzieć: prowadzi intensywny i skoncentrowany ostrzał naszej "tratwy Meduzy". Po prawdzie, żeby oddać styl i dynamikę z jaką to robi, to bardziej by pasowało użyć jędrnego suwerennego "nakurwia, i to po całości". 

Papa postępuje niewątpliwie bardzo brzydko szkodząc ogólnie całej szkole, trudno jednak uciec od natrętnego pytania: jak z nim były prowadzone rozmowy na wiadomym szczeblu, skoro i ja i M. zapamiętaliśmy go z kontaktów na zebraniach, jako całkiem spokojnego, rozsądnego i otwartego na rzeczowe argumenty człowieka; teraz zaś mamy do czynienia z kipiącą furią.

A mnie wezwano do sekretariatu, żebym pokwitował zawiadomienie o kolejnym obcięciu motywacyjnego. Radujmy się. Hip-hip-chuja!

poniedziałek, 17 września 2018

866.Maczuga

Jak w piątek i sobotę odchorowywałem, tak w niedzielę udało mi się zrobić coś fajnego - pomalowałem figurkę i to całą - od sklejenia po wykończenie i odstawienie na półkę. Krasnoludzki kawalerzysta prezentuje się nader efektownie. Nie pamiętam, kiedy poprzednim razem udało mi się coś takiego (znaczy wszystko w jeden dzień). 

Niestety myśl o zbliżającym się poniedziałku i "nowych przygodach" dawała o sobie znać o wiele zbyt częstymi wizytami w kuchni; jestem zły na siebie, lecz nie panuję nad tym. 

Być może mój organizm cudowną mocą tajnego jasnowidzenia wyczuł co mnie czeka dziś. W pracy było bez ekscesów, za to naiwne rachuby, że popołudnie będzie takie troszkę luźniejsze i bez spinki & napinki, wzięły w łeb i to tak fest! - jak maczugą Łamignata. Funkcję maczugi spełniło gniewne ogłoszenie dyra, które kompletnie wyprowadziło mnie z równowagi. W efekcie do wieczora - telefony, grzebanie w necie, ustalanie strategii na jutrzejszą rozmowę w celu wyperswadowania mu tego nonsensu. Trudność polega na tym, że na niemal nikogo nie mogę liczyć. W tym oportunistycznym gronie naczelną myślą jest jak się dostosować na tę chwilę, bez myślenia o skutkach jutro czy pojutrze. A rozmowa będzie ciężka, bo jak się do czegoś przyczepi... A jeśli postawi na swoim, to czeka mnie rok na polu minowym. A uciec nie mam dokąd. 😟

sobota, 15 września 2018

865.Płacenie rachunków

Po pracy padłem - w przenośni i dosłownie, przysypiając na biurku, nim powlokłem się do kanapki, żeby na niej zwinąć się jak kol. Hanys P. w swoim namiocie i spróbować zregenerować się choć trochę. Regeneracja wyszła jak reforma oświaty. Jak po północy poszedłem spać do łóżka, tak w pół do czwartej było już po spaniu. Ból pleców, ból głowy - organizm postanowił wystawić mi rachunek za mijający tydzień w pracy. Doczekałem do rana, po czym zakupy, rodzice, zakupy, rodzice, odbiór zamówienia z Allegro, obiad i właśnie siadłem, próbując niezbyt skutecznie zapomnieć o dolegliwościach. Szkoda, że zwykle zapominamy o tym co chcielibyśmy pamiętać, a pamiętamy to o czym wolelibyśmy zapomnieć.

Jakby kogoś z grona Czcigodnych Czytelników tego bloga interesowały obrazy życia codziennego w średniowieczu, to polecam książkę, którą właśnie kończę: "Życie w średniowiecznym zamku" Frances i Josepha Giesów. Zgrabnie i przystępnie napisana, zawierająca sporo różnych ciekawostek o życiu panów i  sług w średniowiecznej Anglii. Zamierzam kupić sobie kolejne ich pozycje: o wsi i o mieście.

czwartek, 13 września 2018

864.Bezradność

Trudno mi opisywać naszą tratwę i jej mostek. To wszystko jest tak odległe od tego, jakim - z uwagi na zadania tej instytucji - być powinno, że budzi smutek, niesmak, zażenowanie. I zniechęcenie.  Nie ma z kim, ani jak tego naprawiać. To przy tym część wielkiego świata fikcji i kłamstwa, jakim jest nasza oświata. Władze tworzą szumnie i z rozmachem jakieś programy, normy, procedury, priorytety, my udajemy, że je realizujemy i z równie swobodnym fałszem sprawozdajemy odniesione sukcesy,  oni zaś udają, że nam wierzą. Oni gardzą nami, a my nimi. 
Dyrektor próbujący z zaskoczenia rozwalić nam podstępnie cały system oceniania. Traktujący nas wszystkich jak narzędzia - użyteczne dla niego lub nie. I konformistyczne grono dbałe przede wszystkim o jak najwęziej i najkrótkowzroczniej rozumianą wygodę własną.

Patrzę na to wszystko bezradnie i z żalem.

poniedziałek, 10 września 2018

863.Wiertło i strategia

Na tratwie formalne przepychanie czegoś, co skłoniło jedną z koleżanek do wyznania: "No, takiego bezprawia to tu jeszcze nie było!". Po przeprowadzeniu rozpoznania zdecydowałem, że nie warto walczyć à la polonaise, czyli samotnie i bez sensu, lecz mieć na uwadze sprawę o którą zabiegamy (zespół przedmiotowy). Tym bardziej, że nie byłaby to walka, a wyłącznie demonstracja. Wprawdzie - wbrew dziarskim deklaracjom dyrekcji - oceniam perspektywy powodzenia po myśli zespołu na skromne, ale wychodzę z założenia, że lepiej mieć szanse 30:70, niż 1:99, a tyle byśmy mieli po tym bezowocnym wystąpieniu przeciw dyrowi. Niestety, lubię wygrywać, bo porażki źle znosi moja obniżona*) samoocena. A skoro nasze grono jest, jak to delikatnie ujęła M. - konformistyczne, to nie mogę liczyć na żadne widoczne poparcie.

Prosto z pracy pojechałem do Schwester zmontować (wreszcie pomalowaną**) szafkę, którą robiłem w sierpniu. Na miejscu okazało się, że Schwester radośnie zaplanowała sobie, że zamontuję do szuflad uchwyty które nabyła; tyle, że zupełnie zapomniała o drobiazgu - o uprzedzeniu mnie żebym wziął odpowiednie narzędzia, na przykład wiertło i przymiar. Wiertło jest przydatne, kiedy chcemy zrobić w desce otwór, przez który ma przejść śruba trzymająca uchwyt. Szczególnie przydatne do wiercenia w drewnie jest wiertło do drewna. Wiertło do betonu jest do tego zadanie nie przydatne. Korzystne jest, kiedy średnica wiertła jest zbliżona do średnicy śruby, lecz nie mniejsza. Wiertło o średnicy mniej więcej dwukrotnie większej niż średnica śruby naturalnie pozwoli zrobić otwór, lecz zamocowany w tym uchwyt nie będzie wyglądał estetycznie. Przymiar jest również pożytecznym przyrządem, gdyż pozwala dokładnie wyznaczyć położenie uchwytów i otworów pod nie, na czym zyskuje estetyka mebla i pomieszczenia. Nie sądziłem - przepraszam za ciasnotę umysłową - że to wiedza z zakresu zaawansowanej stolarki, niedostępna laikom. 
Reasumując - będzę musiał jeszcze raz tam jechać, kończyć robotę i dowiadywać się co następnego Schwester wymyśliła.

_______________________________________
*) Eufemizm taki, per analogiam do stwierdzenia, że Rów Mariański jest obniżony w stosunku do Everestu.
**) Litościwie zmilczę jak pomalowaną... 😏

.

sobota, 8 września 2018

862.Jawność i zebrania

Dał mi w kość ten tydzień, a raczej jego druga połowa. Od paru lat obserwuję z niepokojem, że coraz trudniej znoszę niektóre elementy pracy; najgorzej chyba zebrania z rodzicami. Inauguracyjne w tym tygodniu odchorowałem, a do tego następny dzień przyniósł nową porcję przykrych wrażeń nie sprzyjających dojściu do siebie. A przecież  u tego "siebie" ostatnio i tak kiepsko jest; znużenie i smutek.

Mostek tratwy zdaje się iść śladami Gorbaczowa, zapoczątkowując (choć nie wiem na ile świadomie...) politykę jawności. Na razie przejawia się to w głośnym mówieniu, że rok szkolny, lub posiedzenie rady pedagogicznej jest przez nich nie przygotowane. Do tej pory pozostawało to w sferze pewnego niedomówienia - wszyscy wiedzieli, ale dyrekcja się tym nie chwaliła. Na razie lokomotywą wiodącą prosto do tegorocznej "Nagrody Złotych Ust" jest poniższa refleksja na radzie:

"Pierwszy tydzień mamy trochę mniej zorganizowany niż zwykle z uwagi na chaos organizacyjny." 



czwartek, 6 września 2018

861.Plan lekcji ze stanu wojennego

Ciekawostka z zamierzchłej przeszłości. Zachował się mój dzienniczek ucznia z ósmej klasy podstawówki (okres stanu wojennego), a w nim plan lekcji. Można się dowiedzieć jakie przedmioty były realizowane i w jakim wymiarze.

  • godzina wychowawcza - 1
  • język polski - 5
  • język rosyjski - 2
  • język niemiecki - 2
  • historia - 2
  • wychowanie obywatelskie - 2
  • matematyka - 4
  • geografia - 2
  • fizyka - 2
  • chemia - 2
  • nauka o człowieku - 1
  • przysposobienie obronne - 1
  • wychowanie muzyczne - 1
  • wychowanie plastyczne - 1
  • wychowanie fizyczne - 2
  • zajęcia praktyczno-techniczne - 1

  • RAZEM 31 GODZIN
Zajęcia w godzinach:
  • poniedziałek od 1. do 6./7. lekcji
  • wtorek od 1. do 7. lekcji
  • środa od 1. do 6. lekcji
  • czwartek od 1. do 5. lekcji
  • piątek od 1. do 7. lekcji


środa, 5 września 2018

860.Coś przygniotło

Nie wypada mi pisać konkretnie, choć warto byłoby zanotować sobie całą tę historię. Po części też trochę brak mi sił, żeby tę żenującą i przygnębiającą historię sobie w pamięci odtwarzać, by w słowa ubrać i przelać na klawiaturę. To przygnębiające, kiedy rzetelne zrecenzowanie poczynań przełożonego wymaga użycia słów tak nielicujących z powagą i społecznym znaczeniem piastowanej przezeń funkcji. To głęboko frustrujące, że nie mogę sobie pozwolić na luksus nazwania głośno po imieniu takich poczynań i wyjścia po złożeniu wypowiedzenia.

Drodzy Czytelnicy! Jeśli macie dziecię w wieku przedlicealnym i chcecie mieć poczucie wpływu na to jak szkoła będzie się z nim obchodziła, to ślijcie je na tratwę "Meduzy". Wystarczy, że pogrozicie kuratorium, a ugoszczą was lepiej niż Horodniczy Chlestakowa.

poniedziałek, 3 września 2018

859.Wachlarz i tłum

To naprawdę frustrujące odkrywać wciąż nowe przestrzenie bałaganu. Pytanie o oczywiste rzeczy, które powinny być już gotowe, wywołuje uczucia z wachlarza: od popłochu, przez zmieszanie, po zdziwienie. Właśnie otwarta nadzwyczaj realna i namacalna perspektywa uczenia w grupie czterdziesto-, lub więcej osobowej, musi napawać samymi dobrymi myślami na rozpoczęty rok szkolny, prawda? No i te 2580 świeżutko wpłynięte na konto - to brzmi dumnie!

niedziela, 2 września 2018

858.60 lat

Zaszliśmy ze Schwester i Dziedzicem do rodziców z życzeniami i suwenirem z okazji 60. rocznicy ich ślubu. Skromny obiad w najwęższym gronie. Pokaz zdjęć z naszej rzymskiej ekskursji. Te sześćdziesiąt lat to dość niesamowity szmat czasu. Dla mnie i Schwester - nieosiągalna abstrakcja.

Emusiowi wreszcie udało się zahaczyć w ogólniaku - widziałem, że figuruje już na stronie nowej szkoły. Pewnie jest przeszczęśliwy.

A mnie już telefonem koleżanka ze szkoły ściga, żebym jej zaraz materiały podesłał, bo ona PRACUJE.

sobota, 1 września 2018

857.Improwizacja i karma

Wskaźniki nam rosną nieustannie, z roku na rok. Na naszej tratwie "Meduzy" radosna improwizacja przekraczająca to co mieliśmy w zeszłym roku. Listy pasażerów, plan rejsu i takie tam nieistotne drobiazgi będziemy robić po wyjściu z portu.

Spory zastęp poprawkowiczów oblał egzaminy w końcu sierpnia. Większość pogodziła się z porażką, ale garstka rodziców niezłomnych runęła do ataku. Niektóre wystąpienia można skwitować spontanicznym śmiechem, gdy argumentacja przekracza granice groteski, ale niektóre przybierają formy takiej agresji, że zupełnie zasadnie przychodzi na myśl wezwanie policji. 

Koniec roku (rok szkolny trwa do końca sierpnia!) to także czas na różne przenosiny między klasami. Muszę przyznać, że parsknąłem śmiechem, kiedy ujrzałem jak karma wraca do rodziców-spryciarzy i ich nieodrodnej pociechy. Otóż, rzeczona pociecha z zazdrością przyjęła wieść, że jeden z uczniów dostał zwolnienie z nauki drugiego języka (jest ono możliwe z pewnych poważnych przyczyn medycznych). O jeden przedmiot mniej nauki - któż by nie chciał?! Rodziciele pośpieszyli z pomocą i odpowiedni papier załatwili; nikt w okolicy nie czuł się na siłach wyruszać na samotną misję wojenną, więc system papier łyknął i przełknął. Latorośl państwa Zaradnych przez cały rok pławiła się w luksusie zwolnienia z nauki drugiego języka, ale pod koniec roku tylko z najwyższym trudem prześliznęła się do promocji. Ponieważ składając papiery do liceum na żaden taki trud się nie pisała, familia wymyśliła nowy manewr - przeniesienie do dużo lżejszego profilu - lingwistycznego. Już byli w ogródku, już witali się z gąską... A tymczasem okazało się, że owo zwolnienie  z nauki drugiego języka wyklucza naukę w klasie lingwistycznej. No, doprawdy, co za pech! 😂

czwartek, 30 sierpnia 2018

856.Złachanie

Po czterech dniach w pracy jestem pół żywy. Pospinane plecy w nocy mnie ze snu wybijają. Dziś z pracy wróciłem jak oszołomiony. Super, po prostu super. Jutro  też zapowiada się mordęga. Dyro z rozbrajającą szczerością wyznał mi, że właściwie to do organizacji nowego roku szkolnego jeszcze nic nie ma przygotowanego. Dlatego część papierów z jego działki spadła na mnie.

Schwester mnie zirytowała. Pokazałem powłokę malarską na swojej szafce, pokazałem farbę, pouczyłem jak ją nakładać, powiedziałem gdzie kupić i...  i guzik z pętelką. Przecież ona wie lepiej, gdzie kupi lepiej co innego.

Jak dziś (mimo fatalnego samopoczucia psychofizycznego) pojechałem zmontować pomalowaną szafkę, to mało się nie przewróciłem, kiedy zobaczyłem to coś, co jej zdaniem jest pomalowaną szafką. Szkoda mojej pracy, jaką włożyłem w budowę tego mebla. Co mówiłem, to jak grochem o ścianę. Zrobiłem już trochę mebli i człowiek rozumny może by uszanował, że jak daję konkretne praktyczne rady, to warto by ich usłuchać, a nie jak skończony dureń puszczać je mimo uszu i robić po swojemu wydumanemu z dziadowskim efektem.

Nie mówiąc o tym, że jak tylko wszedłem to już w przedpokoju usłyszałem wyraz żalu, że właśnie w IKEI pokazała się taka ładna szafeczka bambusowa, która by idealnie pasowała w to miejsce, świeżo zapełnione zrobioną przeze mnie. Przemiło.


wtorek, 28 sierpnia 2018

855.Emetyk

Wróciłem z rozmowy z dyrekcją z plikiem papierów i zadaniami do wykonania. Oczywiście - zadania na jutro - dosłownie. Po drodze odwiedziłem chorą koleżankę, której te papierzyska pokazałem. Stwierdziła, że od kilku dni już nie ma odruchu wymiotnego, ale teraz, kiedy obejrzała te zdegenerowane płody oświatowej biurokracji, znów jej się na wymioty zbiera i czuje się tak chora, że musi mnie przeprosić i się położyć.

Nowe dokumenty z Ministerstwa Edukacji

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

854.Nowa Zelandia i Islandia

Krótki, jednodniowy wypad na Nową Zelandię (kraina nielotów kiwi) i Islandię (kraina gejzerów).

Znaczy - egzaminy poprawkowe i ich konsekwencja. W starciu ze zdającymi komisja, w której zasiadłem poniosła klęskę - nikomu nie udało się nie postawić niedostatecznej. Dwoiliśmy się i troiliśmy, ale klapa kompletna - zdający latać nie chcieli. 

Cytat dnia; na pytanie o osiągnięcia gospodarcze II Rzeczypospolitej: 
"- ...Tory kładli jakieś... kolejowe...
- A skąd i dokąd je kładli?
- Nie wiem."

A po egzaminach - zalewająca się łzami mamusia, rozpaczająca, że pociecha nie zdała i coterazcotobędzie! Godzinę nas trzymała.


Już tylko dwa metry były do wyjścia.

- Ooo! Panie Aberku! Jak to dobrze, że pana widzę!
- (Kurwa mać...)

niedziela, 26 sierpnia 2018

853.Takie tam różne na koniec wakacji

Ostatni dzień urlopu. Od rana do wczesnego popołudnia kończenie budowy szafki. I tak dobrze, że wykończenie - pomalowanie, zostawiłem inwestorce. Samo malowanie to pikuś, ale upierdliwe jest szlifowanie po pierwszej warstwie farby, szczególnie w przypadku szafki z szufladami. Wszystko zgrabnie wyszło, mimo drobnej usterki w postaci 2 błędnych (a więc nadliczbowych) otworów; na szczęście trzeba się dobrze przyjrzeć w środku żeby je zauważyć. Sypialnia to zdecydowanie nie jest odpowiednie miejsce na realizację takich przedsięwzięć; szczęśliwy kto ma miejsce na warsztat z prawdziwego zdarzenia. Troszkę męczący był to projekt - ten nieustający niepokój, że coś zrobię niewłaściwie i wyjdzie krzywo, był uciążliwy.

Skończyłem czytać "Achaję" Andrzeja Ziemiańskiego. Niezła, choć trzeci tom wydał mi się słabszy, z wyjątkiem końcówki, w której opisane są późniejsze losy głównych bohaterów. Bardzo zadowolony jestem z serii "Kolekcja: Mistrzowie Polskiej Fantastyki" - nie sięgnąłbym do tych książek w innych okolicznościach.

Pobyt w Rzymie, urlop - muszę się wysilić, żeby sobie uzmysłowić, że było coś takiego. Na półce kurzy się suwenir z Włoch dla Emusia; przywiozłem go tknięty tam refleksją, że może pochopnie, a przede wszystkim niesprawiedliwie odsunąłem się od niego (rzeczoną refleksję pobudził telefon od niego, który odebrałem przez pomyłkę). Przecież to nie jego wina, że jest jaki jest, a więc moja - że się źle w tej znajomości czuję. Osobliwe, że po przylocie do Polski, jakoś wróciło mi przekonanie, że nie ma sensu ciągnąć tej znajomości. To, że na lepszą widać nie zasługuję, nie jest dostatecznym powodem. Nie mam sił kopać się z rzeczywistością.

Na ekranie "Mgła" wg Stephena Kinga, a na dworze piękna deszczowo-pochmurna pogoda.

sobota, 25 sierpnia 2018

852.Kisielowo

W tym momencie ostatni weekend urlopu już w połowie minął. Czas przeciekał między palcami. Nastrój bardzo kiepski, lecz raczej nie z powodu powrotu do pracy; mam poczucie powrotu do niedobrego toksycznego miejsca, lecz tak już zapoznanego, że nie budzącego gwałtownych emocji. Stara znajoma cela i stare znajome kajdany. Przychodzi tu na myśl błyskotliwy bon mot Stefana Kisielewskiego (zwanego Kisielem) - "To że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać!". Można więc powiedzieć, że ja w pracy jestem już urządzony...

A skoro o świętej pamięci Kisielu mowa, to warto przytoczyć jeszcze inną jego myśl - bardzo à propos: "Działać można tylko dopóki ma się marzenia." Ja już ich nie mam.

wtorek, 21 sierpnia 2018

851.Klimat

Ostatni tydzień urlopu.

Obudowa szafki dla Schwester zmontowana. Szuflady ustalone i rozrysowane, teraz trzeba jeszcze pojechać do marketu i przywieźć materiał na nie. Aha, i potem je zrobić.

Zacząłem nową armię. Zupełnie inna od dotychczasowych, ale... tzw. klimat mi się spodobał...

Zdjęcia w celach ilustracyjno-zachętowych ze strony producenta Games Workshop


Zupełnym przypadkiem wdepnąłem na mieście na Emusia. Do cna popsuło mi to humor, i tak marny przecież. Miałem iść po nowe figurki do sklepu, ale skręciłem i poszedłem do domu.

sobota, 18 sierpnia 2018

850.Zamiast snu

Pyk, myk, wiuuu! Mijają sobie. Dni. Życie. Sens. A nie, pardon! ten to już dawno temu, sukinsyn, się ulotnił. 
Pusto wszędzie, głucho wszędzie, 
Wiesz już, że chujowo będzie.

Rachunek sumienia (który-ż to już?!),  czy nie popełniłem błędu (pochopności, popierdolenia, za wysokich wymagań itp.) w redukowaniu i wygaszaniu znajomości. Może nie warto było? No, popatrz, przecież z niczym (nikim) zostałeś! Istotnie, ale nadal jak liczę, to bilans wychodził ujemny; i dlatego nie warto było to ciągnąć.
Przenosiny defilady na Wisłostradę to durny pomysł - kiedy odbywała się w Ujazdowskich, to mogłem sobie z balkonu oglądać przelatujące latadła. Jak na złość, kiedy sprawiłem sobie fotosprzęt, którym mógłbym je w spokoju ładnie obfocić, to te ciemniaki przeniosły imprezę poza zasięg. Skoro zaś już o tym mowa, to spieszona husaria na paradzie to perełka, wprost kwintesencja tej dętej propagandówy dla naiwnych.

Pojechałem do marketu kupić płyty na szafkę dla Schwester. Sezon budowlany tak się rozkręcił, że parę już razy odszedłem z kwitkiem (panie, nie ma! w przyszłym tygodniu pan przyjdź!). Cóż, syn z samochodem, ale to ja musiałem na małym wózeczku płyty przywieźć z zadupia; przeklinając po raz kolejny debili, którzy wykładają chodniki kostką granitową. Uchwyty do szafek - ja muszę zamontować, bo on tego nie zrobi! A mówimy o sklejaczu i malowaczu modeli (o przeciętnym skillu), a nie jakiejś totalnej łamadze z dwiema lewymi rękami... Dlatego też dziś pojechałem dopasować i zamontować półkę, potem zaś doradzać (Boże, ratuj!!) w zakupach różnych techniczno-wnętrzarskich.

A po powrocie dopadła mnie atrakcja - napad paniki taki, jakiego nie miałem już od ładnych paru miesięcy. All inclusive, w rankingu tegorocznym, myślę, drugie miejsce pewne. Standardowe techniki łagodzenia nie podziałały i było... no, niemiło (tzn. paskudnie). Stąd też ta pora pisania - próba zaśnięcia nie udała się i teraz robię za nocnego marka. Szczególnie irytujące jest to, że nie bardzo wiem z czego ten atak mi się wziął. Albo tak bardzo bronię się przed przyjęciem do wiadomości, że tak - wydaje mi się - błache czynniki mogą takie ihahaaaa! zrobić z moją gównianą psychiką.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

849.Bez znaczenia

Coś by wypadało napisać. Przez wzgląd na tę kilkuosobową garstkę Czytelników, którzy z litości, bądź niezdrowej ciekawości osobliwości, tu zagladają, a niektórzy nawet i komentują. Przez wzgląd na obowiązkowość (skoro zaczęło się prowadzić bloga, to wypada coś pisać). Przez wzgląd na... nie wiem co... Na terapeutycznie dobroczynny wpływ? "Wyrzuć to z siebie" "Prawda cię wyzwoli" i takie tam. A taki chuj tam.
"Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz... No to śpij, jakżeś sobie w życiu posłał. Tyle może uczciwości zostało, że wiesz, że sam sobie posłałeś, choć łóżko było ci z góry dane."

czwartek, 9 sierpnia 2018

848.Pstryk, pstryk, gul, gul!

Pstryk, pstryk i... nie wiadomo gdzie już większość kolejnego tygodnia przemknęła. Już czwartek. Nabrałem nowego zwyczaju - odkurzyłem swoją starą kawiarkę i robię sobie popołudniowe kawy. Kiedyś zniechęcił mnie do niej zbyt długi czas parzenia, jednak po powrocie z Włoch poczytałem sobie w sieci i zorientowałem się że można go prosto skrócić - nie lejąc wody zimnej, tylko gorącą. Kiedy zaleję świeżo zagotowaną wodą, to napar mam w jakieś 2-3 minuty, a to już czas akceptowalny. Szast-prast wykończyłem kawę, która stała mi już, ze trzeci rok pewnie, w lodówce i otworzyłem świeżą paczkę. Tym co mnie zachęciło (między innymi, bo sam nie bardzo wiem, co mnie naszło - w sam widok Włochów wychylających te swoje naparsteczki "małej czarnej" jako czynnik sprawczy nie wierzę), było sprawienie sobie w charakterze suweniru cudnie kolorowych filiżaneczek firmy Bialetti. 
No, a jak zacząłem sobie robić te copopołudniowe kawusie, to przyjrzałem się krytycznie swojej starej stalowej kawiarce i zdecydowałem że lepiej będzie sobie sprawić aluminiową, w wielkościach bardziej dopasowanych do moich potrzeb. Sęk w tym, że stalowa ma w górnym zbiorniku takie zagłębienie na obwodzie, które trudno doczyścić ze zbierającego się tam osadu, zaś aluminiowe - przynajmniej Bialettiego - mają zbiornik gładki, bez zakamarków. Gdybym się wcześniej przestawił, mógłbym sobie z Rzymu przywieźć kawiarkę, bo tam akurat były świetne promocje u Bialettiego, ale cóż - za późno! Nabyłem sobie wobec tego nową lepszą kawiarkę u nas i mam choć tę namiastkę odrobiny przyjemności.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

847.Refleksje przy myciu naczyń

Pojechałem do IKEI i kupiłem parę drobiazgów - szklanki, ręczniczki itp. I kiedy tak stałem przy zlewozmywaku i myłem świeżo nabyte szklanki (takie grube, do napojów, model Pokal) jakoś tak nie wiadomo skąd naszły mnie myśli, a może marzenia? Dwie kupiłem, a jakby to było mieć po co kupić więcej? Dla gości, którzy siedzą przy stole, w ciepły wakacyjny dzień, są bliskie, życzliwe mi osoby, przyjaciele, lub choćby sympatyczni znajomi, jest miło, w tych grubych szklankach rozdaję zimne napoje... Jakiś posiłek większy szykuję... Jest miło... przyjemnie... 
Jakaś taka głupia tęsknota za kręgiem bliskich osób, dla których jestem ważny. Nie mylić z przydatny.


sobota, 4 sierpnia 2018

846.Smęty znad kieliszka i patelni

Syndrom długoletniego więźnia. Zaczynam wypatrywać powrotu do pracy; mieszanka niestrawności (nie gastrycznej) i ulgi, albo inaczej - mieszanka wytęsknienia i niechęci. Nie jestem pewien czy nie z tego powodu fizycznie źle się dziś poczułem.

Pilnowałem się, żeby nic nie mówić rodzicom, jak mi było ze Schwester na rzymskim wojażu, ale mi się troszkę i ogólnie wypsnęło. No trudno, stało się.

W ramach nostalgii za włoską kuchnią, której nie dane mi było skosztować, pichcę sobie obiady (samo to już jest rewolucją!). Zwykle to jakieś warianty duszonych warzyw - cebula, papryka, cukinia (przeprosiłem się z tym warzywem😌), pomidory, czosnek - niekoniecznie wszystkie naraz; z chlebem, albo z makaronem. Miałem pierożki firmy "Rama" (włoskie via Biedrona; dobre bo dość smaczne, a zwłaszcza szybkie!) i potrzebowałem jakiejś omasty, żeby na sucho nie szamać. Podgrzałem na patelni odrobinę oleju z czosnkiem, na to kilka mini-pomidorków, po paru chwilach rozmaryn, oliwa, czosnek, łyżeczka pesto i niech się "parę" minut popichci żeby odparowało i zagęściło się nieco. Pycha!
Kupiłem napój rozrywkowy "Fragolino" made in Italy, bo nie jestem pewien czy to nazywa się jeszcze winem. W smaku - jak nieco sfermentowany syrop truskawkowy, więc pić de bouteille nie bardzo się da. Jednakowoż po zmieszaniu z gazomineralką to już zupelnie co innego - dość przyjemny owocowy napitek w sam raz na upalne popołudnie, o mocy pomijalnej, bo po rozcieńczeniu zostaje jakieś  3-4%.

Skończyłem wreszcie (zaczęte jeszcze przed urlopem) puzzle firmy Clementoni 1500 el. "Oresund". Zdjęcie w celach poglądowych.



wtorek, 31 lipca 2018

845.Koło w miejscu

Jakie znaleźć sobie zajęcie, żeby się nie rozgrzać? Na dworze poruszanie się metodą rzymską - szukaj cienia. Jaki znaleźć pretekst, żeby zmusić się do wyjścia z domu? Do Marek, niby po wkłady chłodzące - dla ułatwienia zakupów ciepłowrażliwych, ale bardziej jako pretekst właśnie, bo przecież jakoś pół wieku bez rzeczonych wkładów sobie radziłem. W IKEI jak na kręcącym się w miejscu kole: o, jaka pomysłowa wkładka do gotowania! Przydałaby się... Ale właściwie niekoniecznie, obejdzie się bez niej. O, szklanki Pokal! takie większe od moich, warto by kupić... Ale właściwie po co? przecież mogę zrobić dolewkę do tych małych co mam. O, ręczniczki takie małe, do kuchni! Warto by dokupić, żeby łatwiej się pranie uzbierało. Ale właściwie po cholerę mi one? mam ich przecież już z pięć chyba, to przecież starczy. O, jaki pojemnik do kuchni ładny! Taki retro troszkę... Ale na co mi on? Nic nie kupiłem.

Kiedy pracowałem, wzdychałem do urlopu, na którym nie będę musiał robić tych wszystkich przygnębiająco stresujących rzeczy. Teraz jestem na urlopie i mam poczucie... niech będzie że braku odpoczynku, że tak to nazwijmy. Nieustający w piersi żal...

sobota, 28 lipca 2018

844.Słomiana strzecha

Dzień za dniem w piekarniku. Jak zwykle urlop mija na niczym; to znaczy na niczym pozostawiającym jakieś trwalsze ślady, bądź mającym jakąś istotną wartość: czytam, puzzluję, ogarniam codzienne czynności bytowe. Na sklejanie i malowanie figurek nie mam siły - jest za gorąco; osiągnięcie że wziąłem się za próby stworzenia imitacji słomianej strzechy do modelu chałupy - jeszcze sporo pracy nim efekt będzie zadowalający. 

Rodzina z Rzymu niedawno była w Syrenowie - po kilkuletniej nieobecności w ojczyźnie. Zgodnie z utrwalonymi włoskimi nawykami udała się na śniadanie do kawiarni (popularna sieciówka) i doznała pewnego zaskoczenia. Zaczęła liczyć i wyszło jej, że za takie samo (zwyczajne, bez żadnych ekstrawagancji) śniadanko w swojej stałej knajpce w najbogatszej dzielnicy Rzymu zapłaciłaby mniej niż wybuliła w Warszawie. Pochodziła sobie po sklepach, porozglądała się i potem rozpytywała nas "co się stało przez te parę ostatnich lat, że w Warszawie zrobiło się tak drogo?".

środa, 25 lipca 2018

843.Włoskie ceny

Taka mała refleksja odnośnie cen w rzymskich sklepach. W czasie naszych "rzymskich wakacji" zakupy robiliśmy sobie sami. Spożywka obejmowała materiał - u nas - śniadaniowo-kolacyjny, z rzadkimi daniami ciepłymi (bezmięsnymi). Prawie wszystkie zakupy robiliśmy w lokalnych sklepach sieci DOC i COOP; zlokalizowanych w bogatej dzielnicy - nie wiem czy i jaki miało to wpływ na ceny.

1. Mięso i wędliny drogie w porównaniu z polskimi. Paczkowane kosztowały w przybliżeniu 20-25 e/kg za tańszą grupę i ok. 50-55 e/kg za droższą. Wydaje mi się, że u nas ceny wędlin są zaburzone istnieniem najtańszych wyrobów wędlinopodobnych o zawartości mięsa w wyrobie rzędu 50%. Jako stały czytacz etykiet ze składem wyrobów, miałem wrażenie, że włoskie wędliny z tej tańszej kategorii nie są takim mięsopodobnym chłamem jak nasze "budżetowe".

2. Wino tanie i dobre. Tam to nie żart! Za 3-4 euro w markecie można kupując w ciemno (znaczy: losowo, albo po estetyce etykiety 😋) kupić całkiem smaczne wino; Tylko raz nie trafiliśmy i wino było "niezbyt", ale nie aż tak, żeby go nie dopić. U nas staram się unikać wina poniżej 25 złotych, w zbudowanym na doświadczeniu przekonaniu, że to zbyt prawdopodobnie będzie kwas do zlewu. Zrobiłem małe doświadczenie po powrocie i nabyłem (w celach badawczo-porównawczych rzecz jasna), lambrusco w "Małej Italii" i w Auchan. Ceny z przedziału 17-22 zł. Żadne z nich nawet nie zbliżyło się do pyszności z rzymskiego spożywczaka za 3,79 euro.

3. Lokalną odmiennością jest brak naszego chleba i naszego twarogu. Miejscowemu pieczywu bliżej do naszych bułek niż do porządnego żytniego chleba. Biały ser można próbować surogować miejscowymi odpowiednikami, ale wspólne z naszym to one mają tylko krowie pochodzenie, a smak odległy bardzo.

4. Przykładowy rachunek z jednego z naszych zakupów. Niedowiarkom służę skanem paragonu, z którego spisałem poniższe. Nie szukaliśmy najtańszych, ale i nie sięgaliśmy po najdroższe. Niestety, ale nie potrafię odtworzyć marek większości poszczególnych produktów, gdyż były lokalne, a na paragonie nie zapisane. Przelicznik z euro na złote przyjąłem, z maleńką górką: 4,35 zł/e; kiedy wyjeżdżałem kupowałem euro po 4,31.

cebula złota 500 g  - 0,99 e / 4,3 zł
pomidory obrane (w kartonie) 400 g - 0,55 e / 2,4 zł
mleko UHT 0,5 l - 0,39 e / 1,7 zł
pomidorki wiśniowe - 500 g - 1,25 e / 5,4 zł
herbata Twinings 25 toreb. - 2,79 e / 12,1 zł
Taralli (rodzaj niesłodkich obwarzanków) ok. 250-350 g. - 1,59 e / 7 zł
chleb żytni krojony (niemiecki) ok. 300-400 g - 2,25 e / 9,8 zł
cukinia  ok. 400-600 g - 0,67 e / 2,9 zł
torebka plastikowa  - 0,01 e / 0,04 zł
bakłażan ok.400 g - 0,37 e / 1,6 zł
brzoskwinie ok. 300-400 g - 0,87 e / 3,8 zł
banany bio ok. 600-800 g - 2,78 / 12,1 zł
ser żółty niemiecki w kawałku ok. 15 e/kg - 2,53 e / 11 zł
wino Asiago DOP - 3,74 e / 16,3 zł
mortadela paczka ok. 180-200 g - 4,45 e / 19,4 zł

Razem zapłaciliśmy za to 25,25 euro. 

Inne przykłady cen z innych naszych zakupów:

jogurt Activia 4x125 g - 2,92 e / 12,7 zł
twarożek ricotta ok. 200 g - 0,98 e / 4,3 zł
coca-cola zero 1 l - 1,19 e / 5,2 zł
kawa mielona Kimbo 250 g - 3,45 e / 15 zł
masło Santa Lucia 250 g - 2,59 e /  11,3 zł

5. Biorąc pod uwagę różnicę w zarobkach, ocenialiśmy żywność tego rodzaju jako stosunkowo nie drogą w porównaniu z warszawskimi cenami.

6. Marynarki, spodnie, buty męskie, zwłaszcza po przecenach - piękne kroje i ceny normalne dla kogoś przyzwyczajonego do warszawskich cen C&A i H&M; biorąc jednak pod uwagę jakość materiału i kroju, to te ceny jawią się jako atrakcyjne, a piszę o cenach z butików raczej ze środka Rzymu, nie na przedmieściach. Nic, tylko ubierać się we Włoszech. 😍

poniedziałek, 23 lipca 2018

842.Urlop cz. 7

Dni różne.

Ciekawym zjawiskiem Rzymu jest gospodarka wodna. Chodzi o publicznie dostępne, dość gęsto rozsiane zdroje, z których nieprzerwanie (w dosłownym znaczeniu!) leje się zimna, pyszna woda zdatna do picia. Nieoceniona pomoc dla zmęczonych upałem turystów, wystarczy że będą mieli termos lub butelkę. Niektóre z nich mają postać przypominającą mały hydrant, niektóre zaś - małych fontann.

Skoro Rzym, to pewnie należałoby wspomnieć coś o zabytkach, zanim któryś z PT Czytelników uzna mnie za target Plotka & Pudelka czy coś gorszego. No to garść refleksji...

Największe wrażenie na mnie zrobił ogrom miasta nie zniszczonego na wojnie jak Warszawa; ciągnące się - zda się bez końca, kwartały zabudowy sprzed 1945 r. Zabudowa Rzymu (mniej więcej wschodni brzeg Tybru do linii Koloseum - Villa Torlonia, plus okolice Watykanu) wydała mi się raczej ciężka i nieco przytłaczająca. W pewnym sensie przejawia się w niej coś z przyciężkawego chłopskiego ducha starożytnych Rzymian. W zabudowie bogatszych dzielnic, rozwijanej w I poł. XX wieku widać często zupełnie inną manierę zabudowywania posesji niż w Polsce (większe parcele i raczej kilka samodzielnych budynków, niż jeden zwarty frontowy, ewentualnie z oficynami). Ponadto marmur, który u nas jest wyznacznikiem luksusu, tam wydaje się być materiałem pospolitym.

Koloseum zrobiło na mnie znacznie mniejsze wrażenie, niż oczekiwałem, odwrotnie do Panteonu, który zaimponował ogromem. Jak w przypadku prawie wszystkich ważniejszych zabytków obejrzałem je jedynie z zewnątrz - pierdyliony turystów i kilometrowe kolejki połączone z kontrolą bezpieczeństwa skutecznie zniechęciły mnie do zaglądania. Trochę szkoda, ale trudno.

Zajrzałem za to sobie do kilku mniej eksponowanych kościołów. Ciekawe wrażenia miałem w Il Gesu - jezuickim kościele, który był swego rodzaju wzorcem kościoła kontrreformacyjnego. Po wejściu - ooo! robi wrażenie! Fajny barok! Jednak warszawski jest dużo lżejszy i weselszy. Lecz po pewnym czasie, kiedy tak sobie siedziałem i rozglądałem się, zacząłem nabierać poczucia, że z tego całego wystroju wnętrza płynie coś nieprzyjemnego - to rozplanowanie wnętrza, te malowidła i zdobienia stanowią spójną całość, która jest jak zaciśnięta pięść! To nie jest kościół miłujący, tylko wojujący. Z zaskoczeniem przyjąłem pojawienie się skojarzenia ze sztuką totalitarną, sztuką Trzeciej Rzeszy.
Jakże różny od niego jest np. kościół di San Carlino alle Quattro Fontane Borrominiego, małe, z zewnątrz niepozorne i nieco zaniedbane cacko z elipsoidalną nawą i kopułą, skromnie przycupnięte przy skrzyżowaniu z via del Quirinale.

"Tort Ojczyzny", czyli Il Vittoriano mogę skwitować słowami klasyka, czyli słynnego Siary: "Mają rozmach, skurwysyny!". 😲 😁



Generalne założenie przedwyjazdowe było takie, że teraz będziemy zwiedzać i poznawać miasto, a muzea zostawiamy na następny wyjazd, w zimie. Z uwagi na indywidualne zainteresowania zaplanowałem sobie zajrzenie do paru muzeów wojskowych; szkoda, że nic z tego nie udało mi się zrealizować. A że drugiego wyjazdu nie będzie, więc taka trochę porażka na tym odcinku wyszła, bo poza Narodowym Muzeum Rzymskim nic wartościowszego nie zobaczyłem.

Pentaksio z zoomem 16-85 spisał się znakomicie! To był zakup jak strzał w dziesiątkę.

A tak reasumując - wiedziałem, że będzie trudno, ale nie doceniłem stopnia. Po paru dniach zacząłem liczyć dni do powrotu. Swoistym symbolem może być to, że mam z Rzymu 1300 zdjęć, ale ani jednego swojego*). Można powiedzieć, że wyjazd był interesujący, ale nie fajny, ani nie miły.

_________________________________________
*)tzn. takiego na którym jestem.


niedziela, 22 lipca 2018

841.Urlop cz. 6

Dni wszystkie.

Tym co mnie absolutnie urzekło w Rzymie to zieleń. Balkony skąpane w obfitości roślin, spływających kaskadami z balustrad, na najwyższych kondygnacjach przywodzące na myśl zieloną koronę wieńczącą dom. Palmy różnego rodzaju i wielkości, figowce, obok sosny i platany, a tuż obok nich obsypana owocami cytryna jako pospolity niemal podwórkowy krzaczor. Majestatyczne aleje flankowane podwójnymi szpalerami platanów, których korony schodzą się na górze tworząc cienisty tunel, błyskający świetlnymi refleksami, gdzie światło znajdzie szczelinę w gęstwinie liści. Ulica obsadzona po obu stronach kwitnącymi oleandrami, białymi, różowymi, amarantowymi, pąsowymi - cudowna feeria barw, jakby się wchodziło do czarodziejskiego ogrodu!
















Urzekające sosny w parku Borghese






sobota, 21 lipca 2018

840.Urlop cz. 5

Dni różne.

Chodników Syreni Gród nie musi się wstydzić. Rzymskie chodniki pozostawiają sporo do życzenia pod względem kompletności i równości. Nie przypominam sobie kostki betonowej, za to zwracała uwagę obfitość asfaltowych nawierzchni - dziurawych, łatanych i nie, solidnie spękanych. Wybór asfaltu trochę dziwi w tym klimacie, ale na ogół zachowywał zadowalającą sztywność, poza nielicznymi wyjątkami, jak ten na piazza Barberini, który w upale stał się tak grząski, że grupka anglosaskich turystów ciągnąca swe niezbyt duże walizki nie mogła się nadziwić czemu one się takie ciężkie zrobiły. Dopiero kiedy się przyjrzeli pojęli, iż małe kółka tak zapadały się w rozmiękły asfalt, że niemal szorowali dnami walizek po nim.

Kiedy przyjrzymy się chodnikom zauważymy jeszcze jedną zasadniczą różnicę - Warszawa jest o wiele czystsza. Nawet w najbogatszej dzielnicy chodniki są usyfione choćby listowiem i wysypującymi się z koszy śmieciami na poziomie, który u nas wywołałby już reportaże interwencyjne i tłumaczenie się w telewizji burmistrza dzielnicy.

Dość typowy widok ulicy, w tym przypadku to wylot via Flaminia na piazzale Flaminio, za plecami miałem Porta del Popolo (zdjęcie poniżej), a więc nie żadne przedmieścia, tylko środek Rzymu.



Osobliwym zwyczajem miejscowym jest usytuowanie kontenerów na śmieci - otóż w eleganckiej dzielnicy stoją one poza posesjami na ulicy, na chodniku lub na jezdni przy nim. Jeszcze dziwniejsze, i będące swoistym komentarzem do podejścia rzymian do komunikacji miejskiej są takie lokalizacje jak na poniższym filmiku.

To czynny wielofunkcyjny przystanek autobusowy linii 52. 😏

Dość charakterystycznym elementem, przynajmniej w niektórych strefach Rzymu są żebrzący Murzyni. Zaobserwowałem dwie strategie:

1) Na środku chodnika na dwóch końcach odcinka wyznaczonego np. przez poprzeczne ulice stoją na taborecie, odwróconym kuble itp. plastikowe pojemniczki z kilkoma centowymi monetami i kartką z tekstem w łamanej włoszczyźnie apelującym o zapełnianie pojemniczka gotówką. Jeden z tekstów uderzał w tony wysokie zaczynając się od słów "Fratelli Italiani!", inny wskazywał, że wystawca pojemniczka troszczy się o komfort mieszkańców zamiatając chodnik z liści. Co ciekawe w pobliżu pojemniczka zwykle nie było widać kwestującego, który zajmował pozycję kilkanaście i więcej metrów dalej. Przyszło mi na myśl, że u nas taka taktyka by nie przeszła, bo prędzej czy później znalazłby się jakiś prawilny, który przechodząc kopnąłby tę piramidkę z miedziakami.

2) Drugą strategię można by określić jako aktywną - kolektor upatrywał sobie źródło kapitału i zagadywał. Tu były dwie odmiany:
   a) zwykła nawijka prosząca. Raz, kiedy zignorowałem zaczepkę i nie zwracając uwagi na gościa szedłem dalej, żebrak tak się tym wzburzył, że szedł przy mnie kilkanaście metrów i gardłował na całą ulicę.
   b) zastąpienie drogi z uśmiechem szerokim jak banknot 50 euro, wyciągniętą do uścisku dłoni ręką i entuzjastycznym terkotem w łamanej włoszczyźnie lub pidgin english. Mam wrażenie, że stosowane w miejscach obfitujących w turystów. Obliczone było to na zaskoczenie ofiary takim wybuchem spontanicznej sympatii w obcym kraju. Podejrzewam, że mogło być szczególnie skuteczne wobec Jankesów. Jasnym jest, że jeśli się taką wyciągniętą rękę nieopatrznie uścisnęło, to wyswobodzenie  własnej nie było już takie szybkie, przynajmniej przed uiszczeniem dotacji na biednych, a co najmniej - tego jednego biednego.

Zgorszonym "cynizmem bogacza" PT Czytelnikom muszę wskazać, że - wedle informacji naszej gospodyni, z przyczyn zawodowych raczej dobrze zorientowanej w problemie - ci imigranccy żebracy dostają od państwa włoskiego darmowe porządne wyżywienie w praktycznie nieograniczonej ilości, zakwaterowanie, zasilenie konta komórki i 150-200 euro kieszonkowego, co w sumie trudno uznać za warunki nędzy pchającej do żebractwa. Poza tym, na podstawie własnej obserwacji mogę stwierdzić, że byli to młodzi, rośli, dobrze zbudowani i zupełnie zdrowo wyglądający mężczyźni, nie różniący się zewnętrznie od tych, którzy szukali bardziej uczciwych form pozyskiwania pieniędzy sprzedając na ulicach wyroby rękodzieła, pamiątki itp.; lub pracując jako ochroniarze w "Zarze" na via del Corso. 👍 A mnie irytuje i odpycha nachalność - każda i każdego.

piątek, 20 lipca 2018

839.Urlop cz. 4

Dzień szósty.

Zwróciła moją uwagę bardzo mała ilość rowerzystów. W ciągu kilkugodzinnego spaceru widywałem jednego, góra dwóch, ale nierzadko ani jednego. Spory odsetek (o ile można w ogóle użyć tego określenia w tym kontekście) to były rowery elektryczne. Jednym z wyjaśnień może być ukształtowanie terenu - to same góry i doliny! Trudno się więc dziwić, że perspektywa pedałowania przy 30-33 stopniach Celsjusza pod całkiem stromą górkę (i to kilka razy na trasie) nie wydaje się tubylcom pociągająca. Niewykluczone, że z tych samych powodów na palcach jednej ręki mogłem policzyć widziane hulajnogi.

Oznakowania pionowe i poziome na drodze - Polak się może tęgo zdziwić. Primo - daremnie będzie się rozglądał za swojskim elementem polskiego krajobrazu, czyli uformowanymi w totemy znakami drogowymi. Znaki są, ale stawiane oszczędnie i raczej solowo, a nie półtuzinami. Malunki na jezdni - zależy gdzie, to znaczy na drodze na lotnisko były, i owszem, ale już w centrum wydają się miejscowym pożytecznym, ale zupełnie niekoniecznym elementem jezdni. Miejscami przyglądałem się i deliberowałem, czy te niewyraźne cienie na jezdni to ślad przejścia dla pieszych, czy tylko brud i światłocień takie złudzenie wytwarza.

Sygnalizatory świetlne różnią się nieco od polskich, mianowicie piesi miewają często (a więc nie zawsze) trzy światła: "czerwone" - stój!, "żółte" - możesz iść, ale się lepiej pośpiesz, bo zaraz zgaśnie!, oraz "zielone" - idź! Trochę czasu zajęło mi przestawienie się na ten system, przez wyłączenie wdrukowanego czterdzieści parę lat temu odruchu "Nie ma zielonego, to stoisz!". Na niektórych przejściach jest dodatkowy sygnalizator w formie cyfrowego wyświetlacza podającego, jak rozumiem, za ile sekund żółte się skończy i zmieni na czerwone. Przykład widać na poniższym zrzucie ekranu z Google Maps pokazującym przejście przez via Volturno u jej zbiegu z via Solferino przy piazza Cinquecento.


Dość szybko zorientowałem się jak działa funkcjonowanie kierowców i pieszych w Rzymie, można by to ująć tak: piesi starają się nie rzucać pod koła, a kierowcy starają się ich nie rozjeżdżać. Moje obserwacje potwierdziła co do joty gospodyni. Rozmyślając nad tą odmiennością, doszedłem do wniosku, że rzymianom brakuje tego co jest immanentną cechą polskiej przestrzeni publicznej - wrogości, czy wręcz nienawiści do innych uczestników ruchu drogowego postrzeganych jako przeszkody w realizacji wolności własnej. Rzymianie, czy piesi, czy zmotoryzowani, sprawiają wrażenie, jakby mieli wiele wyrozumiałości i zrozumienia dla innych, coś w rodzaju "ja chcę dojść / dojechać, i wiem że ty też chcesz, więc jesteśmy tu, na tym chodniku / na tej drodze, w podobnej sytuacji." Owszem, byłem świadkiem spięć na drodze, ale wyglądało to tak, że potrąbią, pokrzyczą, pogestykulują i jadą dalej, nie przejmując się zbytnio incydentem, wyładowawszy w klaksonie i geście emocje. A u nas widać jednak nieco inny charakter; choćby dzisiaj byłem świadkiem jak pieszy przechodził (nie wtargnął!) na czerwonym po przejściu wąskiej i nie ruchliwej ulicy - wolno jadący kierowca go otrąbił długim sygnałem trwającym nawet po tym jak pieszy już wszedł na chodnik. Czuło się tę naszą specyfikę - chęć "wychowania" innych, a właściwie ustawienia i zmuszenia do określonych zachowań; w takich sytuacjach wyłazi ta nasza paskudna cecha - żądza władzy nad innymi. Może powiedzieć, że to swoista druga strona medalu, którego pierwszą jest nasz anarchiczny indywidualizm. To się udziela i w nas tkwi. Zdałem dziś sobie sprawę, że w myślach warczę na jakąś babę, która zatarasowała przejście w Ikei, a przecież w Rzymie, jakoś takich reakcji nie miałem (zwróciłem na to uwagę ze sporym zdziwieniem już tam w Rzymie, że gdzieś ta warszawskość mi się zapodziała).

Tam gdzie było przejście bez sygnalizacji, obserwowałem coś w rodzaju niepisanej umowy społecznej: jeśli pieszy wyraźnie sygnalizuje zamiar przejścia to samochody stają, jeśli pieszy tylko stoi, to samochody raczej się nie zatrzymają, choć bywały wyjątki i kierowca zapraszającym gestem dawał mi drogę. Może dlatego, że wyglądałem na turystę. ;-) Coś trochę podobnego widywałem i na przejściach z sygnalizacją u kierowców skręcających. W sumie jednak dawało to efekt płynności ruchu, większy chyba niż u nas.

Schwester, wyszkolona nie tylko polsko, ale i zabużańsko, nie mogła się przestawić na myślenie, że kierowcy można nie podejrzewać o psychopatyczne skłonności rozjeżdżania każdej żywej istoty na drodze, dlatego nawet żółte światło dla pieszych traktowała jako wyrafinowaną pułapkę zastawioną na naiwnych.

czwartek, 19 lipca 2018

838.Urlop cz. 3

Dzień czwarty.

Zgodnie z wcześniejszym założeniem zwiedzam na piechotę - tak zobaczę więcej i lepiej "poczuję" miasto, niż gapiąc się przez okno autobusu bądź tramwaju. Na miejscu okazuje się, że przypadkiem tą decyzją trafiłem w "dziesiątkę" z uwagi na specyfikę rzymskiej komunikacji. Osoba przywyczajona do warszawskiej może doznać ciężkiego szoku.
Na papierze rzymska komunikacja wygląda nieźle: jest i metro (trzy linie, względnie sześć - zależy jak liczyć), są tramwaje (eee... też trzy linie...), są też, rzecz jasna, autobusy (ze dwieście linii). W rzeczywistości nie wygląda to tak różowo, a nasza gospodyni ujęła stan rzeczy krótko: "W praktyce ledwie  działa i się zwija." 
Metro zasadniczo służy do przewożenia mieszkańców obrzeży miasta do i z centrum, więc jego użyteczność dla turystów jest raczej żadna. W metrze nie byłem, więc jak wygląda w środku nie wiem.
Tramwaje nie wiadomo po co są, skoro trzy linie to za dużo na atrakcję turystyczną, a za mało na transport pasażerów. Ze zdumieniem oglądałem tramwaje linii 5 lub 14, które z via Manin przejeżdżały obok dworca Termini, żeby skręcić w via Cavour - raz, że to były zabytki na oko starsze i archaiczniejsze niż nasze poczciwe "parówki" - odesłane niedawno do lamusa wozy typu 13N, a dwa - że świeciły pustkami; szczytem był kurs w okolicach południa, a w całym wozie siedziała jedna pasażerka, zakonnica. 

Autobusy to inna sprawa - więcej linii, dużo nowoczesnych Iveco i Mercedesów (ale widywałem też takie wyraźnie przechodzone), lecz co z tego, kiedy jeżdżą jak chcą; to znaczy - jak chcą kierowcy. Podobno w zeszłym roku nie odbyły się kursy na sumę miliona kilometrów, z przyczyn różnych - w tym strajków z powodu zbyt niskich płac. To powoduje, że przemieszczanie się po mieście autobusem wymaga dużej elastyczności i nie jest polecane osobom działającym w reżymie czasowym późniejszym niż średniowieczny. Rzecz w tym, że nie można być pewnym KIEDY autobus przyjedzie i KTÓRĘDY ani DOKĄD pojedzie. Dla urozmaicenia życia, pierwszy element jest jawny, co widać na poniższej ilustracji przedstawiającej tablicę na przystanku rzymskim - podana jest trasa i... ramy czasowe w których autobusy jeżdżą w ciągu dnia (przykładowo linia 40 w dni powszednie od 6.06 do 24.00), ale nie ma tam najmniejszej sugestii jaka jest częstotliwość kursów! O godzinach i minutach odjazdu nie wspominając.

Zdjęcie z netu.

Za to nigdzie nie ma tu wzmianki, (bo z natury rzeczy być jej nie może!) czy faktycznie kurs po tej trasie się odbędzie. Schwester z naszą gospodynią jechały sobie autobusem i nagle zauważyły dziwne poruszenie wśród współtowarzyszy - okazało się, że kierowca bez uprzedzenia i ogłoszenia zmienił sobie trasę jazdy i skracając ją po prostu zawrócił.
W efekcie w Rzymie kto może przesiada się do auta i na dwa moto-kółka. Skuterów i motorów widzi się bardzo dużo. Nie jest rzadkim widok (na oko) urzędnika nie niskiego szczebla w trzyczęściowym garniturze, pięknych butach i z luksusową teczką na motorze, ani pani w wieku zdecydowanie pobalzakowskim śmigającej na skuterze. Mnóstwo jest małych aut i toczydełek autopodobnych. Niewiele, a w porównaniu z Warszawą to wręcz w odwrotnych proporcjach, widziałem samochodów dużych i luksusowych. Ferrari i Maserati widziałem po jednym egzemplarzu. Auta klasy średniej mocno przeciętne. A trzeba dodać, że mieszkaliśmy w najbogatszej dzielnicy Rzymu, tymczasem na jednej z głównych jej ulic, obstawionych luksusowymi domami o prestiżowych adresach przystanąwszy w przypadkowym miejscu w zasięgu wzroku naliczyłem parkujących: 17 Smartów i odpowiedników marki mi nieznanej, 2 Fiaty 500, 2 małe Renówki oraz ani jednego auta większego. 

Jeżdżą różne cudeńka, o których nie wiedziałem nawet że istnieją np. Renault Twiggy bądź też takie elektryczne cosie, jak ten którego sfotografowałem wspomniwszy westchnienia Tomka pod adresem jakiejś hybrydowej czy fullelektrycznej atrakcji.

Takie toczydełka widziałem w różnych miejscach miasta, choć nie bardzo często, a to pstryknąłem jak sobie stało na viale Maresciallo Pilsudski.

Kogo nie stać finansowo na własny pojazd a czasowo na autobus, korzysta z taksówek. Imponuje swoboda z jaką rzymscy taksiarze przedzierają się przez zakorkowane ulice, choć miałem wrażenie, że rzymskie korki są mniej uciążliwe od warszawskich, bo jednak ruch w nich jest szybszy, być może z uwagi na zupełnie inną kulturę jazdy oraz na rozproszenie dróg ruchu - u nas mści się kanalizowanie go w wielkie arterie i wylotówki, których nie ma jak ominąć. Parę razy przyglądałem się zakorkowanym dużym ulicom i wydaje mi się, że auta poruszały się szybciej niż na Marszałkowskiej, Armii Ludowej czy Puławskiej w godzinach szczytu.

środa, 18 lipca 2018

837.Urlop cz. 2

Dzień trzeci.

Roztasowaliśmy się na kwaterze i wypuszczamy się na spacer. Wiadomo, że deklaracji "czujcie się jak u siebie w domu" nie należy brać dosłownie, bo każdy ma swoje nawyki i przyzwyczajenia i te gospodarzy trzeba uszanować. Rodzina rodziną, ale lepiej cierpliwości nie nadwyrężać. Trzeba się więc nauczyć miejscowych reguł, powstrzymując się zarazem od ich oceny, choćby nie wiem jak język świerzbił do skomentowania.
Trzeba się też zorientować w położeniu kwatery i szlakach dojścia do miejsc atrakcyjnych. Tu szybko wychodzi na jaw problem poważny: skomplikowanie układu ulic rzymskich oraz ich oznakowanie. Trudno rzymian winić za to, że nie dorobili się swojego Hausmanna, ale za to jak oznaczają ulice, to już jak najbardziej. 
Przyzwyczajony do oznakowania warszawskiego miałem poczucie, że znalazłem się w jakiejś koszmarnej rzeczywistości. To nie Rzym, to Albania Envera Hodży w przeddzień spodziewanej inwazji! Tablica z nazwą ulicy - porządna, w kamieniu zręcznie wyrobiona - jest na początku i na końcu ulicy, na wysokości kilku metrów, daj Boże jak na obu domach krańcowych, zaś pomiędzy nimi, nawet na dystansie paruset metrów, zwykle nie ma najmniejszej wzmianki, ani sugestii, jak się ulica nazywa. Jeśli wchodzi się na nią z którejś z przecznic między tymi krańcami, to nie bardzo wiadomo gdzie się człowiek znalazł. Do tego popularne jest dzielenie długich, nawet prosto biegnących, arterii i nazywanie kolejnych odcinków innymi nazwami, w miejscach niekoniecznie sugerujących, że taka zmiana może nastąpić. Wielkie halo, jak stoi rzadkość nadzwyczajna - słupek z blaszaną tabliczką anonsującą nazwę ulicy lub kierunek dojścia do jakiegoś popularnego zabytku.
Tutaj to jakoś było "Nil difficile", ale gdzie indziej - molto difficile, molto!


Wzmiankowana tabliczka słupkowa


A tu zgaduj-zgadula - co to za uliczka z lewej? I z prawej?


Siatka ulic jest w rzeczywistości bardziej skomplikowana niż by to się wydawało z oględzin mapy. W tzw. Centro storico jest mnóstwo małych zaułków i mikrouliczek, które mogą wywołać dezorientację, zwłaszcza kiedy skuszą "skrótem" - można łatwo stracić orientację i zmylić kierunek. Trzeba się więc liczyć z nadkładaniem drogi. Błędem poważnym była moja wiara, że z papierową mapą sobie spokojnie poradzę. Gdybym miał drugi raz tam jechać, to tylko z tabletem i góglmapą. Trzeba pamiętać, że wokół przewalają się tabuny turystów i spokojne zorientowanie się w położeniu jest dodatkowo utrudnione. Do tego dochodzi nietypowa dla warszawiaka jednolitość zabudowy na rozległych połaciach miasta, która wywołuje wrażenie swoistego braku punktów orientacyjnych.

Może i Rzym to urbs aeterna, ale naprawdę Warszawa imponuje mu absolutnie fenomenalnym oznakowaniem ulic i domów i oferuje przybyszom cudowne możliwości zorientowania się w przestrzeni.

wtorek, 17 lipca 2018

836.Urlop cz. 1

Dzień pierwszy.

Krzątanie się jak w ukropie, żeby ogarnąć dwa obszary: przygotowanie mieszkania do circa trzytygodniowej nieobecności i spakowanie wszystkich niezbędnych rzeczy tak, żeby nie było kłopotów na lotnisku. Mieszkanko ma niestety wady, które przy parodniowej nieobecności stają się obrzydliwie dokuczliwe, a przeciwdziałanie im jest nie do końca skuteczne. Rzadkie (eufemizm roku) wyjazdy nie sprzyjają wypracowaniu doświadczenia pozwalającego na szybkie i sprawne spakowanie się. Efektem była, jak wspomniałem, nerwowa krzątanina.

Na Okęciu wszystko sprawnie, uzupełnialiśmy się dość skutecznie - Schwester ze swoim doświadczeniem podróżnym i ja z umiejętnością odszukiwania i odczytywania informacji na kartkach, ekranach i tablicach z oznaczeniami, strzałkami itp. No bo przecież kobieta nie po to sprawiła sobie okulary korekcyjne, żeby je tak publicznie, przy wszystkich nosić... 

Na lotnisku jesteśmy grubo przed zalecanym czasem, bo Schwester trzęsie się, że się spóźnimy i najchętniej przyjechałaby nawet 2 godziny przed datą przybycia wydrukowaną na odprawie.

Nadanie bagażu - bez problemu, wbrew obawom Schwester, że pewnie za ciężki, że trzeba będzie dopłacić, że będzie kłopot itp.  
- Brat, jak to zważyć? Żeby wiedzieć, że nie przekroczyłam? Gdzie taką wagę znaleźć?
- U mnie, na przykład. Wjedź na górę, to zważymy na łazienkowej.
- Co ty wygadujesz?! Gdzie ja będę wjeżdżała?!! Nie ma czasu!! Na pewno się spóźnimy!!
- ... To możesz zorientować się inaczej. Dasz radę podnieść w jednej ręce dwie zgrzewki wody mineralnej? Takie po sześć półtoralitrowych butelek?
- Zwariowałeś?! Nie mam siły!
- A walizkę podnosisz?
- No, podnoszę.
- Czyli możesz wyluzować, bo dwie zgrzewki ważą 18 kilo, a więc twoja walizka mniej niż 18.
- No... ja nie wiem...

Sam lot, choć pierwszy w życiu, bez ekscytacji. Turbulencje, w rozsądnych granicach, są fajne, bo mam poczucie, że poruszam się środkiem transportu, a kiedy maszyna gładko płynie ponad chmurami, ogarnia mnie złudzenie że zatrzymaliśmy się i wisimy, czyli nuda. Żadnych uciążliwych pasażerów w sąsiedztwie, czyli nieźle. Z mieszanymi uczuciami przyglądam się personelowi pokładowemu, który musi wyrabiać sprzedaż produktów różnych na pokładzie; nie zdawałem sobie sprawy, że tego się od nich wymaga. Nad Adriatykiem i Włochami piękna pogoda i niebo prawie bezchmurne, można więc podziwiać widoki w dole. Przyziemienie na Fiumicino aksamitne, dłuuugie kołowanie, potem dłuuugi marsz do punktu odbioru bagażu i jeszcze dłuuuuższe czekanie. Pozwala to poczuć ogrom lotniska w porównaniu z naszym okęckim maluchem.


poniedziałek, 25 czerwca 2018

834.Wielki budowniczy

Rada podsumowująca. Bezproduktywne ględzenie i branie udziału w przedstawieniu. W protokole - z pewnością miodzio! Ho-ho! Jakie metody, jakaż owocna współpraca, jakie wspólne budowanie wniosków, na których będziemy budować pracę w przyszłym roku! Jakiż to będzie materiał na następną konferencję lansu... Nobla w dziedzinie architektury otrzymuje... książę Potiomkin!
To nad wyraz interesujące usłyszeć, że wyposażenie szkoły w nowoczesne pomoce dydaktyczne w ogóle nie zależy od dyrektora, więc nie należy o tym w ogóle wspominać. 😲
Trudno też pozbyć się wrażenia, że planowane na sierpień rady pedagogiczne mają się zajmować sprawami, które leżą w gestii dyrektora szkoły. Uczucie, że narobimy się jak głupi, a dyro i tak zignoruje to co mu będzie niewygodne, jest wyraźne. Lans i eventy - oto co się liczy! Autor tego bloga poruszył kwestię jaka ma być szkoła - fajna czy skuteczna, a ja z oceną jego się zgadzam. Cóż z tego, kiedy nasza tratwa Meduzy ma być absolutnie bezdyskusyjnie FAJNAAAA!!! Głosy odbiegające od jedynej słusznej linii są po prostu ignorowane.

Sierpniowy maraton rad koleżanka skwitowała zrozpaczonym głosem: "Trzeba będzie wziąć zwolnienie!".

niedziela, 24 czerwca 2018

833.Trzynaście powodów. II sezon

Zrobienie sprawozdań z pracy - rzygać się chce. Głównie dlatego, że mają być w ściśle przepisanej formie, będącej chorym wykwitem oświatowej biurokracji. 

Do tego przeziębienie trzyma - sama radość wchodzić w urlop zasmarkanym i obolałym.

Jako wierny a gorliwy wyznawca kultu św.Prokrastynacji obejrzałem drugi sezon "Trzynastu powodów". Bardzo przepraszam wszystkich Czytelników płci obojga, którzy oczekiwaliby w tym momencie jakichś głębszych refleksji fachowych, ale nie mam siły na nic mądrego i pofolguję sobie trybem "jestę pedauę" dzieląc się paroma skrajnie subiektywnymi i gorsząco płytkimi wrażeniami w kolejności dość przypadkowej.
Drugi sezon jest trochę słabszy od pierwszego. Nieboszczka Hannah nie przypadła mi do gustu ani o włos bardziej niż w "jedynce" (w której nie przypadła w ogóle).
Justin Prentice zagrał Bryce'a aż za dobrze - oglądając po serialu film z wywiadami z twórcami miałem natrętne poczucie, że nie za bardzo mogę oddzielić postać filmową od aktora.
Robi wrażenie kontrast między dość dzieciuchowatą twarzą Dylana Minnette'a [Clay Jensen] i jego zaskakująco niskim i głębokim głosem (w pewnym momencie przyszedł mi na myśl Sinatra 😀).
Brandon Flynn [Justin Foley] jest słodki, aż chciałoby się go przytulić (kiedy nie ćpa - narkotyki mnie odrzucają kategorycznie), a jego wątek zdający się sugerować happy end jest wzruszający.
Timothy Granaderos [Montgomery de la Cruz] i Brandon Butler [Scott Reed] są boscy i obłędnie atrakcyjni 😍.
Jest parę szczególnie poruszających scen - potraktowanie Tylera w ostatnim odcinku, czy uzasadnienie wyroku w drugim procesie (specjalnie piszę nieco enigmatycznie, żeby nie spoilerować); pewnie jeszcze parę by się znalazło.

piątek, 22 czerwca 2018

832.Ocena

No i poszły dzieci. Była okazja zamienić kilka słów z różnymi, także tymi, których nie uczę, lecz znamy się z dyżurów. Niektórym się ulało co myślą o tych i o owych. I dzieciom się ulało, i dyrekcji się ulało; nie wszystkim do mnie, rzecz jasna. Agentka specjalna doniosła mi co dyro o mnie myśli; rzecz to niebagatelna w kontekście jakicholwiek planów finansowych na przyszły rok.😉 "Dyro ci aureolkę na głowę wsadził. - Aberfeldy jest zorganizowany i konkretny. Pewny. Jak mu się coś nie podoba, to mówi to wprost, a nie knuje intrygi." Biorąc pod uwagę to co wyprawiają niektóre persony w tym bardzo sfeminizowanym zawodzie, to całkiem przyzwoita ocena.

środa, 20 czerwca 2018

831.Pełne ręce

Uczniów już prawie nie ma (w najlepszym razie od jednego do czterech na klasę), co ciekawe - jeśli jacyś w ogóle przychodzą to z klas drugich, a pierwszaków - ani śladu. Wydawać by się mogło, że mógłbym sobie przebimbać te kilka godzin, lecz w rzeczywistości miałem pełne ręce roboty i wyszedłem później, niż zwykle w ten dzień. Kiedy byłem wychowawcą to sam musiałem wszystko ogarniać, bo jakoś znikąd (łącznie z "drugim") realnej pomocy nie szło zorganizować. A kiedy wychowawcą ("pierwszym") już nie jestem, to "muszę" pomagać, bo "pierwsza" potrzebuje pomocy, bo sama nie da rady. Nie jest to pretensja, tylko konstatacja.

Czytam sobie "Małżeństwo we troje" - zbiorek opowiadań Érica-Emmanuela Schmitta. Tom otwiera "Dwóch panów z Brukseli" - ciekawa opowieść o parze gejów i ich ukrytej jednostronnej znajomości z pewną rodziną.

To chyba fikołki pogodowe do spółki z klimatyzacją w pojazdach zbiorkomu stoją za przeziębieniem, które mi się przyplątało. O niczym innym nie marzyłem, jak o smarkaniu i biegu do chusteczek. A prognoza zapowiada serię chłodnych dni, co nie wróży dobrze mojemu smarkaniu.

wtorek, 19 czerwca 2018

830.Laufer kminkowy

Jak właśnie napisałem w komentarzu na obserwatorskim blogu - lata lecą. Potwierdza się to i na pokładzie naszej tratwy, gdzie właśnie dzieliliśmy się z M. wrażeniami, że chyba administrator naszego dziennika elektronicznego popełnia więcej pomyłek niż dawniej. A wyłażą nam one, bo się wzięliśmy za przygotowywanie świadectw.
Coś za coś, tak ten świat jest zbudowany - cóż za odkrywcze stwierdzenie, nieprawdaż? Dziennik elektroniczny pozwala drukować świadectwa, omijając trud ręcznego ich wypisywania, ale działa akuratnie tylko pod warunkiem prawidłowego wprowadzenia wszystkich danych. No i tu psina pochowana spod ziemi wyłazi i kąsa, bo teraz wyłażą wszelkie babole nagromadzone od początku roku. A że jesteśmy tylko użytkownikami programu - nie zaś jego konstruktorami, to przy niektórych problemach nie mamy pojęcia jak to ugryźć i gdzie, ani jak to naprawiać. Tymczasem piątek zbliża się milowymi krokami i świadectwa gotowe być muszą. Ja wprawdzie pełnego wychowawstwa nie mam, ale za drugiego robię, a z uwagi na swoją markę pomagam I wychowawcy, co oznacza rozkminianie "jak zrobić". Po drodze zaś de facto szkolę inne błąkające się po lesie koleżanki, jak świadectwa do wydruku przygotować. W efekcie dziś spędziłem w pracy 5 razy tyle czasu niż wynikałoby z planu lekcji. Jutro ciąg dalszy biegania i rozkminiania.

Trafiłem te zdjęcia na jakimś tumblerze czy innym. Mój Boże, jak oni słodko wyszli! Aż mi się bardzo smutno zrobiło. 😢




poniedziałek, 18 czerwca 2018

829.Powrót znajomego

Bezsilna irytacja na widok bezsensownych działań. Ludzie nie widzą, że zmieniły się czasy i nowe urządzenia dają nowe możliwości, dezawuując jednocześnie dotychczasowy porządek postepowania, lecz ci działają jak dawniej, nie przyjmując do wiadomości - nawet kiedy im się wprost tłumaczy, bezsensownego anachronizmu; względnie - owszem kiwają głowami, że faktycznie mam rację, ale i tak robią po staremu.

Musiałem zastąpić koleżankę - wychowawczynię, na takim bezsensownym zebraniu i przypłaciłem to (dość dawno nie odczuwanym) bólem pleców i głowy; dopiero teraz troszkę złagodniało, ale wciąż trzyma. Niestety źle znoszę bałagan i nonszalancję w wypełnianiu obowiązków. Jaki sens ma zwoływanie w poniedziałek rady, na której wychowawcy  mają przedstawiać wyniki klasyfikacji rocznej, i równocześnie beztroskie oznajmianie, że przecież oceny roczne to do czwartku muszą być wystawione? Czyste marnowanie czasu i wysiłku. 😠

Z opornych, których musiałem oblać, tylko 1/3 łapie się na poprawkę, choć czarnawo widzę ich szanse; reszta nazbierała tyle jedynek, że prawa do poprawki nie ma. W sumie dość typowo u mnie.

A z przyjemnych rzeczy to odkryłem producenta kapitalnych narzędzi modelarskich. Trzeba będzie zaplanować rozsądne zakupy. No dobra... nie muszą być rozsądne. 😋

sobota, 16 czerwca 2018

828.Trzy zet

Odejście klas trzecich powinno zwiastować trochę ulgi - te kilka godzin ubywających  z rozkładu, to przecież godziny u wylotowców, którzy mają na mój przedmiot już zupełnie wytentegowane, a więc godziny raczej niezbyt sympatyczne... Nie zwiastowało. Koniec roku w tym roku jak żadnego roku. Nie jest to tylko moje zdanie. Czuję się (i nie tylko ja) zmęczony, zgoniony, zniesmaczony. I jeszcze mam poczucie, że po zakończeniu zajęć i po udręce rady podsumowującej nie czeka mnie ulga, odsapka i stopniowe zmniejszanie obrotów, tylko zróżnicowane wyzwanie w postaci pierwszego wyjazdu na urlop. Nadchodzący ostatni tydzień zajęć zanosi się na nieprzyjemny. Kupa różnej papierkowej roboty i sprawdzianów na podwyższenie oceny. Do tego dyro opuszczający już strefę obłoków i w swym lansie przemieszczający się do stratosfery.
Ciężko zmagać się z tym wszystkim.

czwartek, 14 czerwca 2018

827.Nazista

Niezmiernie istotne w wychowywaniu dzieci jest stawianie  wyraźnych granic i ich pilnowanie. Mamy gówno a nie granice. Reguły z gumy od majtek dziergane. Wychodzę na jakiegoś pierdolonego nazistę proceduralnego.
Rzygać mi się chce. Od paru lat nie miałem takiego poczucia po rozmowie z jednym zaledwie rodzicem. 

środa, 13 czerwca 2018

826.Zrozumienie Piłsudskiego

Wkurwia mnie nietrzymanie się zasad. Wkurwia mnie nieczytanie ze zrozumieniem reguł. Wkurwia mnie falandyzacja przepisów.  Non omne quod licet honestum est - to zauważyli już Rzymianie, a nasze prymitywne prawnie społeczeństwo tego pojąć nie może i nie chce. Obrzydza mnie gnuśność i nieuczciwość ludzi, którzy mają być przyszłością naszego społeczeństwa. Oszustwo, manipulacja, bezczelność. 
Mam nasilające się z każdym rokiem poczucie, że praca z młodymi ludźmi, ich kształtowanie, ich ubogacanie coraz bardziej traci sens, który widziałem podejmując z radością ten zawód. Zaczynam chyba rozumieć co czuł u schyłku życia Piłsudski...

poniedziałek, 11 czerwca 2018

825.Wystarczy CHCIEĆ

Napisałbym jaki obraz współczesnej młodzieży na podstawie obserwacji na naszej tratwie się rysuje, ale chyba nie wypada. Wyszłoby na to, że jestem anachronicznym, wypalonym, ziejącym jadem i nietolerancją złym człowiekiem, kompletnie nienadającym się do chuchania i dmuchania na wyborową przyszłość narodu. 
Zagrożenia, oceny przewidywane... kto uczył w szkole, ten wie co się dzieje. Mają oceny w dzienniku elektronicznym przez 24 godziny na dobę do wglądu, jasne nieliczne kryteria i... i wszystko w dupie w głębokim przeświadczeniu (umocnionym 9-10 latami w systemie), że nie może im się nie udać. Przecież, żeby zdać wystarczy tylko chcieć, nic więcej nie trzeba robić. 

Wychowawczyni, jakiś kwadrans po tym, jak była u mnie "w sprawie Asi i Joasi":

- No ja osobiście nie jestem zwolenniczką chodzenia po nauczycielach, jak uczniowi jedynka grozi.


sobota, 9 czerwca 2018

824.Przeczucie

Jakiś taki smętny ten weekend wychodzi. Chciałem zajrzeć do Miasteczka Równości pod Pałacem, ale tradycyjnie w termin Parady wjechał jubel Schwester i rodzinny obiadek u rodziców. Jakbym się nie zjawił, to by mnie wyrzuty sumienia mocno gryzły. Jakoś tak wyszło, żeśmy ze Schwester dwie flaszki w lwiej części sami osuszyli (prawda, że procentów to tam było niewiele - 3 i 9). Odsiedzieliśmy, posprzątaliśmy (ja przy okazji trochę ogarnąłem kuchnię i zwłaszcza zapasy, nad którymi matka już nie bardzo panuje; nie to żeby kiedykolwiek specjalnie panowała...). 

Po wyjściu Schwester zaszła do mnie bo miała pewną sprawę i nagle zaczęła się robić wyraźnie kiepska, jakby miała zaraz zejść. Okazało się, że boli ją głowa tak, że ma zaburzenia widzenia.

Po pewnym czasie napojona tym i owym doszła do siebie, ale zdradziła się, że wizyty u rodziców na takich imprezkach (byliśmy dziś tylko w czwórkę) ciężko odchorowuje i nie bardzo rozumie, dlaczego takie pobyty tam tak na nią działają. Cóż, ja co do siebie mam teorię, ale czy jest ona w pełni trafna, to nie wiem, lecz jaki jest powód tego stresu u Schwester nie mam pojęcia.

Schwester zaczęła na mnie naciskać, żebym się zabrał za remont kuchni. Ma fachowca, gotowa znaczną pożyczką wesprzeć, ja zaś lawiruję z odpowiedzią. Istotnie kuchnia generalnego remontu się domaga, lecz perspektywa podjęcia tej rujnacji jakoś mnie zniechęca. Nie mogłem jej powiedzieć, że mam poważne wątpliwości czy w mojej sytuacji warto się za to brać. A już absolutnie nie - że może lepiej, żeby zaczekali jeszcze trochę i zrobią sobie kuchnię jak będą chcieli razem z całym mieszkaniem (no offens!), bo wtedy to by przecież jeszcze gwałtowniej zaczęła naciskać i nalegać, faktycznie próbując tym zaklinać rzeczywstość. 

Ostatnio tak jakoś przyszło mi do głowy, że to osobliwy zbieg okoliczności, iż w zeszłym roku tak wyraźnie uświadomiłem sobie, że tempi passati, skutków decyzji podjętych kiedyś nie da się zmienić poniewczasie. Krótko ujmując, że przeszedłem z fazy wieku średniego w fazę schyłku życia. Po czym niespodziewanie, to subiektywne odczucie, prowokujące być może niektórych do jego podważania, zyskało obiektywne umocowanie.  Poczułem, że "drzwi są już otwarte".

piątek, 8 czerwca 2018

823.Lepiej po troszku

Z rzadka stawiam jedynki na koniec roku, ale obserwuję pewną prawidłowość - jak już postawię, to można stawiać dolary przeciw orzechom, że beneficjent na egzaminie poprawkowym polegnie z kretesem, o ile w ogóle się na nim pojawi. Rzecz jasne nie dlatego, że zniewolona przeze mnie komisja go uwali, lecz dlatego, że jest tak rozpaczliwie słaby, że nawet tytaniczne wysiłki komisji żeby zdał, nie są w stanie wystarczyć. Tak więc zdecydowanie nie opłaca się u mnie oblewać. Raczej warto zrobić wszystko, żeby skorzystać z oferowanych przeze mnie możliwości sukcesywnego opanowywania materiału na oceny pozytywne. Ilość materiału - kiedy się ją zobaczy w zestawieniu z całego roku - może przytłoczyć swym rozmiarem. Po troszku - da się, en masse - marne szanse. No, ale latoś parę jedynek już się szykuje. 😒