Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

środa, 12 grudnia 2018

902.Pałeczka sztafety

Zdaje się, że negatywnie odreagowuję powrót Schwester z wojaży - kiedy uświadomiłem sobie, że właśnie wraca i najprawdopodobniej przystąpi do bombardowania pytaniami co zrobiłem na odcinku przygotowań do remontu - naturalnie w trybie histerycznej eskalacji pretensji, zrobiło mi się niedobrze. I jest mi niedobrze. I będzie mi niedobrze. Naturalnie mogę błysnąć asertywnością na podobnym poziomie intensywności, ale mleko się już rozleje - zrobi się niemiło, a ja będę miał pewne (niejakie) wyrzuty sumienia.

Zaszedłem do rodziców z zakupami. Ojciec słaby. Matce się czemuś zebrało na poskarżenie się na niewdzięczną córkę (tu jako: Schwester), co ma jakieś pretensje do nich (nic nowego, sprawy i żale sprzed kilkunastu, jak nie parudziesięciu lat, ale matce coś się akurat teraz - nie wiedzieć czemu - przypomniało).

Ja: - No cóż, tu akurat ma rację. Niestety, ale wychowaliście nas megalękowo, nieustannie, każde z was po swojemu, ale w tym samym zgodnym kierunku. To co się dziwić, że ona jest taka?
M.: - A nie przyszło ci do głowy, że ja tak samo byłam wychowywana?!
Ja: - Oczywiście, że przyszło, ale cóż z tego? Przekazałaś to solennie swoim dzieciom.
M.: /zapowietrzenie/
Ja: - Plus tylko taki, że ja tego już dalej nie przekażę...

EDIT 22:08
Oddawałem ocenione sprawdziany. Zauważyłem, że Jasio, który w dniu sprawdzianu był nieobecny, skrupulatnie sobie obie grupy (prace kolegów) obfotografował. Przypadkiem zupełnym i niespodziewanym, nudząc się dziś wieczorem, postanowiłem odświeżyć arkusze poprawkowe. Jakoś tak, też oczywiście całkowitym przypadkiem, wyszły mi one zupełnie różne niż arkusze z pierwszego rzutu. Kto by się spodziewał...

sobota, 8 grudnia 2018

901.Polska tradycja

Mały postęp na froncie prezentowym. Mam już prezenty dla mamy, Dziedzica i Dziedzicowej oraz pomysł i rozpoczęte kompletowanie prezentu dla ojca. Nie mam pomysłu dla Schwester. 

Jeszcze tylko dwa tygodnie do świąt. Zacznie nareszcie przybywać dnia. Ależ ten czas mknie! Co pewien czas powracają wspomnienia z rzymskich wakacji, a to już tyle miesięcy od nich minęło...

Kończę Mirosława Tryczyka "Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów". Przygnębiające. Trudno nawet w słowa ubrać uczucia, jakie budzą tamte wyczyny naszych rodaków, to do czego byli zdolni. Sam nie wiem, może to nawet nieładnie, ale odczułem ulgę, że nie urodziłem się na Podlasiu, a zwłaszcza w żadnej z opisywanych tam miejscowości, bo dodatkowo zdołowałbym się nieuniknionym pytaniem: "Czy moi krewni nie są za to odpowiedzialni? Czy oni nie brali w tym udziału?"
Uderza zupełne bankructwo moralne tamtych lokalnych elit, które nie tylko nie próbowały się przeciwstawiać zbrodniom, ale same brały udział w mordowaniu. Absolutna była klęska moralna Kościoła, którego funkcjonariusze podsycali nastroje nienawiści i faktycznie zachęcali do mordów. Można zwątpić w człowieczeństwo i cywilizację. Kiedy czytałem jak ludzie rzucali się do grabienia żydowskiego dobytku, to przychodziły mi na myśl współczesne obrazki ludzi rzucających się na towary w promocji, w amoku chciwości zgarniający darmowe towary "ile zdołają objąć, ile zdołają unieść!". Można by rzec, że "chytra baba z Radomia" jest nieśmiertelna i ponadczasowa. Czuję się chory.

Patrz Kościuszko na nas z nieba!
Raz Polak skandował.
Spojrzał z góry nań Kościuszko,
I się zwymiotował...

😟

czwartek, 6 grudnia 2018

900.Dziarsko a spontanicznie

Od 7.00 do 20.30 - sama radość i frajda tak sobie popracować. No, ale ta góra pieniążków sama się nie usypie, więc trzeba zasuwać. Naiwne myśli o zakończeniu jutro tygodnia planowo, pożegnałem na widok dodatkowych zadań, dziarskim a spontanicznym "Noszkurważeszmać!!!" Plecy, szyja, głowa... lepiej nie mówić. 

środa, 5 grudnia 2018

899.Roztwory

Pierwsze półoficjalne (no, może trzy-czwarte) informacje na temat przyszłorocznego naboru. Potwierdzone minimum klas, może zgodzą się na jeszcze jedną. Godzin dla nas (mnie i koleżanek) to w sposób pewny jeszcze nie ratuje - ryzyko, że za 2-3 lata któreś z nas będzie musiało odejść jest wciąż znaczne. Władze kombinują na wszystkie sposoby, jak upchać 44 tysiące chętnych w ogólniakach, które w zeszłym roku przyjęły... 18 tysięcy narybku. O rozważaniu pracy na zmiany i tygodniu pracy "od wtorku do soboty" już wcześniej słyszeliśmy. Nowością była radosna wieść, że nowe klasy będziemy otwierać w rozmiarze 34 miejsca. Ku prawdziwej ekstazie przywiodła nas informacja, że rozważana jest możliwość tworzenia klas 38-osobowych! Allelujaihosanna! 

A w belferskim kibelku skończył się już mięciutki papier toaletowy wyłożony na okoliczność gości zaproszonych na imprezę dyrekcji. Znów jest nasz zwykły, szary, o wytrzymałości pozwalającej na swobodne przebicie się przez niego muszki owocówki w locie z prędkością rekreacyjną. I mydełko  się skończyło... To znaczy dolewanie wody do dozownika już nie ma sensu, bo roztwór osiągnął wartość 100% H₂O.

Trzeba iść spać, bo jutro o piątej trzeba wstać. Brrr!

niedziela, 2 grudnia 2018

898.Sacrum i profanum

Zimno, za zimno. W piątek, na rutynie jadąc, nie zauważyłem spadku temperatury i logicznego jej następstwa w postaci konieczności wyciągnięcia kurtki zimowej, bo jesienna już taka nazbyt letka się stała. No i wymarzłem na przystanku jak jasny skurwysyn. Wczoraj kursowania po mieście i wymarznięcia też trochę było, bo rodzice z rzadka wpadają na pomysł, żeby zadzwonić co im potrzeba przed moim przyjściem, więc dowiaduję się na miejscu, co oznacza że muszę robić dodatkowy obrót (pójść-kupić-zanieść). Naturalnie za to jak ja dzwonię, czy im czegoś  nie potrzeba, to oczywiście NIC!

Do tego ojciec w swoim zwykłym trybie - rodzina gówno wie i gówno się zna (obca wyrocznia - a to zupełnie co innego! plackiem i czcimy! czcimy!). Chce żeby mu podnieść tapczan (górę, nie skrzynię) bo potrzebuje w nim coś tam. Podnoszę. Podniesiony trzeba podeprzeć krzesłem (bo po co sprężyny montować, jeszcze trzeba by pieniądze wydać...). Podpieram, ale trąciwszy dla pewności widzę że krzesło odjeżdża po parkiecie, więc tapczan może runąć na niego kiedy do środka się schyli. Mówię, że trzeba tu coś podłożyć, bo krzesło odjeżdża i spadnie, a słyszę znajomy rechotek: Nic nie będzie! Nic się nie rusza! Mówię, że widzę jak się przesuwa, a on to samo z tą samą bezmyślną beztroską. Nie, to nie demencja, miał to zawsze. Za to największy nawet idiotyzm jaki usłyszał od wyroczni, przedstawiał nam jako prawdę objawioną, niemalże na kamiennych tablicach prosto z nieba przysłaną, rechocząc z naszej bezgranicznej głupoty, nie potrafiącej pojąć jego życiowej mądrości.

Właśnie kończą się kolejne targi książki historycznej. Nie poszedłem na nie. Kiedyś bywałem nawet w trzy na cztery targowe dni, a to już kolejny rok, kiedy tam nawet nie zajrzałem. Cokolwiek ograniczona w stosunku do netu oferta i chciwość oraz krótkowzroczność wydawców, którzy od jakiegoś czas nie tylko drastycznie ograniczyli i polikwidowali oferowane rabaty (stanowiące w dużym stopniu o atrakcyjności imprezy), ale potrafią liczyć sobie drożej niż na własnej stronie internetowej. Rekordziści (z jednym osobiście się zetknąłem) żądają więcej niż własna cena okładkowa; bynajmniej nie za białego kruka.

Przeglądam ofertę wydawnictwa Krytyki Politycznej. Zapisuję książki, które warto byłoby przeczytać i łapię się na delikatnie przesączającej się - jak woda między klepkami poszycia łodzi, myśli, że to chyba nie ma już sensu: poznawanie nowych analiz naszego świata, próby zrozumienia co się wokół nas dzieje, to napędzające mnie pragnienie by wiedzieć i rozumieć więcej. Bo świat toczy się własnym trybem, a ja nie mam nie na niego żadnego wpływu i to czy i ile rozumiem, nie ma żadnego znaczenia, że to taki intelektualny onanizm, ale bez przyjemności i bez orgazmu. Przyszło mi właśnie na myśl, czy tu nie pojawia się mądrość wynalazku religii, która w takiej właśnie chwili oferuje człowiekowi błogosławieństwo ulgi oferując "sens" życia. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to sens narkotyczny w swej istocie - ucieczkę w iluzję, ale może ta ułuda, to urojenie, to faktycznie wszystko na co możemy liczyć?

Drugie pranie w pralce. Kijkiem szturcham prace do sprawdzenia - a nuż widelec to fatamorgana i sama zniknie? Tym samym kijem opędzam się od myśli, że powinienem przygotować nowe materiały do lekcji. Dobrze, że nie liczę pochłanianych kalorii, kalkulator mógłby się zapalić. Od sacrum do profanum.

środa, 28 listopada 2018

897.Środowe Varia

W pracy jakoś  wszystkie lekcje na pełnych obrotach, tak, że pod koniec już jakoś tak oddychało się troszkę inaczej. Po pracy - drzemka ścięła z nóg. Teraz - prace przede mną się szczerzą. Lekkomyślnie obiecałem klasie, że im jutro je oddam. Lecz jestem w połowie i mam dość. Jutro trzeba wstać o piątej - cóż za nieludzka godzina! Tak wczesne wyjścia z domu zwykle budzą pewne wspomnienia. Mam już drugi prezent - dla Dziedzica. Dla Dziedzicowej - pomysł. Ani prezentu, ani pomysłu dla Schwester, no i oczywiście dla ojca - ten zresztą jak zwykle najgorszy do oprezentowania. 
Skończyłem "Operację 'Dzień Wskrzeszenia'" - głównie dlatego, że przelatywałem wzrokiem po niektórych (większości) stronach, zaciekawiony jak się ogólnie potoczy historia. Zacząłem "Wampira z M3"... No, niestety - Pilipiuk... Mam wrażenie, że moja nostalgia za Peerelem nie jest dość silna, żeby przesłonić "walory" tej literatury; z pewnością nie pomaga w tym fakt, że tej nostalgii mam nader znikome ilości.

poniedziałek, 26 listopada 2018

896.Zajumali

Weekend mi zajumali. Ktosie. Jacyś. Sterujący czasem, moim życiem, wszystkim? Nie wiem jakim cudem już poniedziałkowe popołudnie. I już szarówka. 
W pracy opędzanie się od czypanów ("Czy pan sprawdził?"), gonienie palaczy, udawanie niewidzenia jak głęboko w dupie w ma to co robię ta czy inna klasa. 

Grupa dobrych naukowców stworzyła potężne dzieło "Przeszłe społeczeństwa" o dawnych dziejach ziem polskich. Było to potrzebne, bo poprzednia taka publikacja została wydana ze trzydzieści, jak nie więcej, lat temu, a stan badań przez ten czas mocno poszedł do przodu. Państwo dofinansowało projekt (imponującą jak na humanistykę) kwotą 1,4 mln złotych. Kiedy opus magnum ukazało się w całej pięciotomowej okazałości, cena okazała się też magna, bo 200 złotych za tom. Gdyby ukazywały się w jakichś większych odstępach czasowych, to dałoby się to jakoś przełknąć, ale tak na raz tysiączek wyłożyć na jeden tytuł, to jednak dla wielu, z piszącym to włącznie, bariera. Na szczęście okazało się, że troskliwi luminarze nauki zadbali o te bolączki czytelniczego pospólstwa i książka ukazała się w nakładzie 100 egzemplarzy. Po odliczeniu egzemplarzy autorskich (piszących zapewne był legion), na rynek ma zostać około 60 kompletów, co czyni dylemat "kupić, czy nie kupić?" bezprzedmiotowym. Nasuwa się pytanie: czy nie można było zrobić większego nakładu w przyjaźniejszej dla nabywcy cenie, tym bardziej że przecież projekt został obficie zasilony pieniędzmi z naszych podatków.
Idąc z duchem czasów publikacja została wydana w formie elektronicznej. Brawo! Szkoda tylko, że wyłącznie w formacie dostępnym na urządzeniach Chciwego Jabłuszka. Posiadaczy Kindla, Androida i innych Windowsów odesłano na drzewo.

Za to książek pełnych bałamutnych bzdur i fałszów po 20-30 złotych jest na rynku do wyboru do koloru.

sobota, 24 listopada 2018

895.Rutyna - siostra...

Sobota - dzień sprawunków i nieudolnego zapominania o wczorajszej pracy. Nie ma to jak kończyć tydzień lekcją z klasą, której określenie natychmiast podsuwają emocje, ale rozum blokuje jego publikację, bo nauczycielowi nie wypada. Bo misja, bo powołanie, bo wszystkie dzieci są nasze, bo czym się rózni pedofil od pedagoga...

Dla uczczenia weekendu - spięte plecy i szyja. Durna pała.

Z zakupami u rodziców i jak zwykle przy zderzeniu z działaniami ojca, emocje troszkę się wymykają spod kontroli. Doktór A. powiedział - nie robić, bo nie potrzeba, i uzasadnił dlaczego, doktór B powiedział robić - bo nie wie że już nie trzeba, bo za postępem medycyny przestał nadążać zapewne gdzieś w okolicy ministerium Maksymowicza, bądź Balickiego, ale doktór B to PROFESOR i wyrocznia, więc pozamiatane. A nie chodzi o łyknięcie lub nie łyknięcie multiwitaminy, tylko coś o potencjalnie groźnych następstwach. Rada, żeby się skonsultować z doktorem A, bo od niego tu dużo więcej faktycznie zależy - gwałtu rety!

Znów sobota i nie wiadomo, kiedy i na czym tydzień przeleciał. Rutyna - siostra śmierci.

środa, 21 listopada 2018

894.Tarcica

No i przyszła zimnica. Siedzę w pracy - za oknem błyśnie słoneczko. Wychodzę z pracy - znów ponura szarówka i wygwizdów. Przydałoby się więcej spać, ale kiepsko mi to wychodzi. Nie zdążyłem wyczyścić półki z prac do sprawdzenia, kiedy już nowe nadlatują jak z karabinu maszynowego wypluwane. Cóż, kiedy ilość uczonych klas osiąga wartość dwucyfrową, to tak bywa. Szkoda tylko, że na pasek wypłaty ten wysiłek się tak nie za bardzo przekłada. Pierwsze prezenty świąteczne już zakupione - te najłatwiejsze, niestety. Dobrze jak 10-15 minut dziennie na warsztat poświęcę. 

Po kilka stron dziennie do poduszki brnę przez "Operację 'Dzień Wskrzeszenia'" Pilipiuka. Zdumiewa mnie jak kogoś z tak nieporadnym, prymitywnym wręcz piórem można w ogóle wydawać, o zaliczeniu do kolekcji "Mistrzów Polskiej Fantastyki" nie wspominając. Mam wrażenie, trochę z pewnością absmakiem przesadzone, że to zaledwie poziom wyżej od mojej pokracznie koślawej pisaniny (nie mam na myśli bloga), którą ze spokojną pewnością zaliczam do kategorii połupane z pieńka szczapy, gdy literatura klasy Martina, Wegnera, Ziemiańskiego czy Pratchetta to pięknie ogładzone deseczki, woskiem lub politurą lśniąco wykończone. Płody literackie pana A.P. byłyby w tej metaforze nieobrzynaną tarcicą, świeżo z traka zeszłą.

Odetchnę literacko, mam nadzieję, przy zamówionej dopiero co nowej powieści Martina "Ogień i krew, część 1", choć nie wiem, czy jej sobie na święta nie zostawić, razem z 7. sezonem "Gry o tron", którego jeszcze nie oglądałem. Byłyby to literacko odświętne święta, z uwagi na zapowiedzianą na mniej więcej ten czas, długo oczekiwaną, kolejną część meekhańskiego cyklu Wegnera.

niedziela, 18 listopada 2018

893.Obfitość z netu

Dziwny dzień. Późno rozpoczęty, bo choć przebudzenie nastąpiło około ósmej, to świat na zewnątrz łóżka i kołdry wydał się tak niezachecający, że przedrzemkując pozostałem w pieleszach do pół do jedenastej, co jest dla mnie porą wstawania ekstremalną, osiąganą zwykle raz na kilka lat. Za oknem zimno, mokro, paskudnie. Cóż za kontrast z wczorajszym lazurem nieba!

Warsztatowej dłubaniny ilość symboliczna, może kwadrans się uzbierał. Jeden ludek ostatecznie skończony poszedł na półkę. 

A ja siedzę i siedzę nad prezentacją o wojskowości Rzeczypospolitej w XVI-XVII wieku. Niektórym się wydaje, że zrobienie czegoś takiego to tak hop-siup i gotowe ("Przecież masz internet! Tam wszystko masz gotowe!" ). A merde, nie gotowe. Jak się zaczyna szukać czegoś konkretnego i specjalistycznego, to się okazuje, że schodzi na to cholernie dużo czasu. Przykładowo: husaria. Ilustracji pierdylion, ale większość to pseudohistoryczny kicz, i to raczej ze schyłkowego okresu formacji, zaś kiedy szukam czegoś wcześniejszego i rzetelniejszego historycznie, to kicha. A że do tego potrzebuję konkretnej informacji (np. ukazanego kompletu uzbrojenia), a nie tylko kolorowej foci "żeby była ładna", to mam już stromo pod górkę. Albo inny przykład: znajdźmy ilustrację przedstawiającą czytelnie petyhorców, ale taką, na której nie będą ich udawać pancerni. Kupa.

A obok prace do sprawdzania. 
A w pamięci wciąż smutne tęsknoty z poranka.

piątek, 16 listopada 2018

892.Parę dobrych rad dla impresariów

No i nowa chryja...

Niektórzy uwielbiają ewenty i lans. Niedobrze, kiedy powstaje wrażenie, że głównie dla tego jakieś stanowisko się piastuje (o ile nie jest się kaowcem). 

Jeszcze gorzej, kiedy w tle kryje się głód uznania, gdyż zdarzające się niepowodzenie szkodliwie silnie godzi w samoocenę. 

Bardzo niedobrze, kiedy ma się silną skłonność do traktowania innych ludzi jak narzędzia służące do osiągania wyżej wspomnianych celów. Sęk w tym, że takie podejście do ludzi kiepsko rzutuje na skuteczność organizacyjną w przedsięwzięciach opartych na czynniku ludzkim. 

Poważnym błędem jest nazywanie "zadaniowością" skupienia na celu z ignorowaniem uwarunkowań, gdyż skutkuje to tym, że efekty bywają skromniejsze niż sobie wyobrażano.  

Mądrzy ludzi mówią, żeby nie porównywać się z innymi; jest to dobra rada, bo można spostrzec, że cudze przedsięwzięcie wyszło jakoś sprawniej, zgrabniej i efektowniej, mimo mniejszego rozmachu i zadęcia w surmy, i znieść to źle lub bardzo źle. 

Słusznie mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Dobry efekt jest zwykle wynikiem dopracowania (dopilnowania) ważnych kwestii, ale do tego konieczne jest najpierw ich zidentyfikowanie, a to wymaga autentycznego dostrzegania innych ludzi, jako żywych myślących i czujących istot, a nie ożywionych narzędzi.

Wreszcie pożyteczne jest pamiętanie,  że demonstrowanie furii płynącej z frustracji, iż efekt uzyskany nie był taki jaki sobie wymarzyliśmy, nie wpływa korzystnie na wizerunek i autorytet.

środa, 14 listopada 2018

891.Hop, siup, po kanapie...

...psychiatra mnie nie złapie! 

Raniutko trzeba było wstać, więc się jakoś pozbierałem do spania. Z siedmiu planowanych godzin spania w trakcie owego zbierania zrobiło się góra sześć, ale i tak zapowiadało się nie najgorzej. Północ minęła, w łóżku kilka minut zmagań z płodem literackim pana Pilipiuka *) i gasimy**) światło. Już buzi-buzi z Morfeuszem***), już oczka zamknięte... już... Hmmm, a właściwie to kiedy ja mam tę klasówkę w If? Czy na pewno w czwartek to będzie lekcja przed sprawdzianem i zdążę wtedy oddać im te ćwiczenia tak, żeby je obejrzeli przed sprawdzianem? Muszę sprawdzić! Światło, klapki i do kalendarza. Noszkurważeszmać!!! Jutro jest ostatnia lekcja przed sprawdzianem! Jutro muszę im oddać te cholerne ćwiczenia! Opcja była jedna i oczywista - siadłem przy biurku i sprawdziłem. Ile snu ostatecznie wyszło nawet nie liczyłem, żeby się nie zdołować.

Pointę dopisało życie ****), kiedy okazało się na początku lekcji, że przeoczyłem jeden temat i muszę go nadrobić, tym samym przekładając sprawdzian z tego na przyszły tydzień.

______________________________________
*) Przegrałem - przekartkowałem "Hotel pod Łupieżcą, czyli wakacje Jakuba Wędrowycza", bo tego nie dało się czytać.

**) Liczba mnoga w pierwszej osobie jest często spotykana u ludzi, którzy zbyt długą są sami.

***) Jedyne całowanie jakie zostało.

****) To taki eufemizm skrywający mojego alzheimera.


wtorek, 13 listopada 2018

890.Akumulatory

Akademia z okazji 100-lecia niepodległości Polski załatwiona. Dyrekcja zachwycony, wice zalała się łzami patriotycznego wzruszenia, dzieci siedziały jak nie nasze i potem mówiły, że im się bardzo podobało. Dla mnie żadna to nowina, że z koleżanką tworzymy wyrastający ponad szkolną sztampę duet producencki. Dobrze, że to już za mną, bo ta cała impreza to jednak napięcie było i teraz czuję się jak rozładowany akumulator. Tym bardziej, że snu zażyłem tylko cztery godziny, zbudziwszy się przed świtem jakimiś niepokojącymi snami.  Przede mną leży i szczerzy zębiska kupa roboty. 

To wszystko trudne, kiedy nie ma jak ani skąd podładować akumulatorków.

niedziela, 11 listopada 2018

889.Zamieszki i ekscesy w czasach różnych

Mój organizm to jednak mądrusi jest - wie, że jutro poniedziałek, więc trzeba się spiąć i pompować adrenalinkę. No bo skąd biedaczyna ma wiedzieć, że jutro specjalne święto raz na sto lat i wolne? Za oknami PiS z faszystami, a ja kursuję między kompem, na którym oglądam kuriozalne wyczyny kierowców w większości zza Buga i bez nadzwyczajnego powodzenia próbuję wciągnąć się w "Knightfall", a warsztatem, na którym pomału sklejam i maluję pikinierów Reiklandu. W tej chwili siedmiu gotowych, a sześciu w różnych fazach wykończenia. 

Zacząłem czytać do poduszki "Kroniki Jakuba Wędrowycza" Andrzeja Pilipiuka nabyte w serii "Mistrzowie Polskiej Fantastyki". Pierwsze wrażenia nienadzwyczajne. Po pierwszych trzydziestukilku stronach najbardziej przeszkadza mi język tytułowego bohatera - niepasujący do postaci, gdyż zbyt gładki i inteligencki. W ogóle mam jakieś niejasne wrażenie, że czytam opowiadanie i z niedowierzaniem patrzę na rozmiar tomiku sugerujący, że to powieść. Ogólnie, pierwsze zetknięcie z prozą pana Pilipiuka uznaję za niezachęcające; tak na "dwójkę" najwyżej.

Do papusiania czytam zaś Tomasza Marszałkowskiego "Zamieszki, ekscesy i demonstracje w Krakowie 1918-1939". Muszę przyznać, że temperatura i formy ówczesnego życia politycznego zrobiły na mnie wrażenie. Maczetowo temperamentne było i nieźle się zdziwiłem przeczytawszy, że na tle innych miast było nader spokojne. 
Ciemnota motłochu (excusez le mot, ale trudno tę część narodu łagodniej określić) też zapierała dech, jak w oszałamiającej historii "narodzin diabełka" w czerwcu 1920 r. 
Można się zadumać nad tym, jak śmierć bywa różnie wyceniana z uwagi na kontekst polityczny. W zamieszkach w Krakowie w listopadzie 1923 r. zginęło od kul wojska i policji 18 osób cywilnych - tyle samo ile w grudzniu 1970 r. w Gdyni. W obu przypadkach ludzie wyszli na ulice demonstrować z powodów socjalnych (trudne warunki wyżywienia). W obu siły bezpieczeństwa się pogubiły i działały niekompetentnie.

piątek, 9 listopada 2018

888.Królestwo eufemizmów

To jednak jest niewygodna cecha publicznie dostępnego bloga - niemożność swobodnego opisania tego jak wygląda nasza tratwiana rzeczywistość. Konieczność operowania eufemizmami, przy niezbędnej tu skali złagodzenia, prowadzi do całkowitej niezrozumiałości ewentualnego opisu, co podważa sens w ogóle rozpoczynania jakiegokolwiek opisu. To zaś sprawia, że nie działa terapeutyczny wymiar bloga, wyrażający się w możliwości wyrzucenia z siebie nagromadzonych złych emocji.

Ledwie zipię. Ciężki tydzień. Ciężcy ludzie.

Skończyłem pentalogię o Alcatrazie Smedrym. Nieco irytujący koniec, choć z jednej strony może to kolejna zmyłka autora, który w tej serii szafował nimi bez umiaru, z drugiej zaś w pewnym sensie logiczna i konsekwentna kontynuacja postaci głównego bohatera.

środa, 7 listopada 2018

887.Coraz wolniej

Czas momentami przyśpiesza tak, że mam wrażenie, jakby mi się film urwał. Kiedy indziej (w długi weekend, na przykład) płynie tak wolno, że szturcham podejrzliwie zegar, czy mu się nie stanęło przypadkiem. Kolejna koleżanka zagaduje mnie, czy wszystko ze mną w porządku, bo coś marnie wyglądam. (Nie tylko ja) Mam poczucie zarobienia, choć patrząc na ilość wykonanej pracy jednocześnie mam wrażenie, że nie robię aż tak dużo, żeby uzasadniało to takie znużenie i zniechęcenie. Może to nie tylko zdupnięta psychika, ale i starość? Starzy ludzie mają poczucie, że brakuje im czasu, bo wszystko robią wolniej niż młodsi. Chodzą mi po głowie pomysły na różne nowe środki i metody do różnych lekcji, ale brakuje mi siły żeby je przygotowywać, a potem zostaję z frustracją, że nie udało mi się zrobić tego lepiej; a lekcja minęła i następna dopiero za rok.

Podaję na początku lekcji temat, wskazuję ramy czasowe, w których mieszczą się zagadnienia, które będziemy opracowywać. Rozdaję ćwiczenia, które mają wykonywać i jeszcze raz w (ustnej) instrukcji podkreślam ramy czasowe: Polska w przededniu wybuchu II wojny, lata 1938-39. Proszę, żeby nie korzystali z netu, tylko z podręcznika, no i oczywiście ja jestem do dyspozycji. W jednym z zadań mają rozpoznać z podanego tekstu źródłowego wydarzenie historyczne (wymuszenie przez nas na Czechosłowacji Zaolzia). Patrzę w jedną, drugą, trzecią pracę i mało apopleksja mnie nie trafi! Otóż wydarzenie to to... PRASKA WIOSNA 1968!!! Otóż dzieci są tak przywiązane do ułatwiania sobie życia, że naturalnie po kryjomu korzystają z netu i bezkrytycznie wpisują pierwsze co im wyszukiwarka wyrzuci, bez grama refleksji co piszą.

poniedziałek, 5 listopada 2018

886.Ryga i Rohan

No i mamy listopad, przedostatni już miesiąc roku. O kant dupy potłuc tak przelatujące życie.

Noc przespana teoretycznie - ból szyi i głowy daje się we znaki. Obeszło się bez ryskiej zabawy, ale teraz wciąż trzyma... A tu robota czeka. Ten dylemat starego perfekcjonisty jedną nogą w grobie: rzygać z powodu ataku lękowego, czy z powodu pracy do wykonania? Ach, życie i jego trudne wybory!

Żeby PT Czytelnicy mieli jakiś punkt zaczepienia do skomentowania (trudno wszak przeoczyć tę prawidłowość komentarzy  ) nadmienię, że w weekend trochę sobie pomalowałem - machnąłem kilku landsknechtów, którzy już dostatecznie (jakiś rok?) odleżeli się sklejeni i spodkładowani. Kilku plastikowych ludków, którzy po mnie pozostaną, bo przebiegle zakładam, że Dziedzicowi będzie troszkę szkoda ich wyrzucić. Przynajmniej przez jakiś czas.

Dokończyłem (ostatni sezon) oglądać "House of cards" i obejrzałem remake czarownicy Sabriny. Odczułem odrobinkę zawodu, że nie rozstrzygnięto losu Claire Underwood tak, jak niektórych innych bohaterów, ale doskonale rozumiem decyzję twórców i pewnie sam bym postąpił podobnie na ich miejscu. Z "Sabriny" największe wrażenie wywarło na mnie odkrycie, że podstarzałą ciotkę tytułowej bohaterki "gra" Eowina Eomundówna z Rohanu, czyli Miranda Otto.  Mój Boże, jak ten czas leci!

Zazdroszczę ludziom, którzy mają łatwość podróżowania i zwiedzania. Niefajnie być upośledzonym. I niefajnie jak boli głowa.

piątek, 2 listopada 2018

885.Dar

Na Mokotowskiej świecą się już świąteczne dekoracje na latarniach. Może to już coraz bardziej szwankująca pamięć, ale wydawało mi się, że w poprzednich latach zaczynało się "to-to" dyndać i świecić później, jakoś tak na przełomie listopada i grudnia.

Wolny dzień pozwolił wypuścić się do IKEI. Kupiłem parę drobiazgów dla siebie i dla rodziców. W sklepie tłumy i ambiwalentne błogosławieństwo kas samoobsługowych. Ambiwalentne, bo to jednak oznacza likwidowanie miejsc pracy kasjerów, co jest nie fajne.

W takich chwilach łapię się na uczuciu troszkę nieładnej ulgi, że śmierć będzie oznaczała uniknięcie odpowiedzialności za psucie świata, którego dokonujemy; w tym sensie, że może nie ujrzymy już konsekwencji naszych dzisiejszych działań. Cóż, jakiś - niezbyt odległy - czas temu (jak sądzę) zrozumiałem głęboki sens  i mądrość tego, że Tolkien nazwał śmiertelność ludzi - z perspektywy elfów - darem. Dawniej, kiedy miałbym wybierać, użyłbym pewnie prędzej określenia "przekleństwo", lecz dziś widzę to inaczej. Dla smutnego, pustego życia, śmierć to błogosławieństwo ulgi; nieśmiertelność - jakimż byłaby okrucieństwem!

środa, 31 października 2018

884.Ciśnienie

Dzięki Bogu za te parę dni wolnego! Po sześciu godzinach intensywnych zajęć poczułem, że jakoś troszkę ciężej niż zwykle mi się oddycha. Pogoda pewnie, ciśnienie. Kiedy patrzę na leżące obok ponad 90 prac do sprawdzenia, to mam wrażenie, że... To pewnie ciśnienie.

Wice nakręciła się na zakupy wyposażenia imprezowego dla naszej tratwy. W ramach konsultacji przed-zakupowych zagadnięto i mnie (w nadziei, że jakoś ukonkretyzuję wizję wice). Miałem wyrzuty sumienia, że odczuwam rozbawienie, kiedy jednocześnie współczułem naszemu IT- konserwatorowi, bo biedaczek będzie musiał sprowadzać wice na ziemię, próbując wytłumaczyć, że jej plany zakupowe od naszych realiów budżetowych dzielą tak na oko ze dwa zera. To będzie bolało.

Generalnie od dawna sugestie, że mostek - skoro ma takie ambicje -  powinien pozyskać sponsorów innych niż gmina z jej groszowymi dotacjami, są odrzucane przezeń z ledwie tajonym oburzeniem.


niedziela, 28 października 2018

883.Ile Mroku We Mnie

Na stronie "Newsweeka" znalazłem artykuł o teście badającym tzw. Dark Factor. Któżby przed Chalołinem nie chciał się dowiedzieć, ileż mhrrrroku się w nim czai?
Troszkę przeceniłem swoją szczątkową angielszczyznę i musiałem się posiłkować tłumaczem wujka Gugla, ale starałem się odpowiadać rzetelnie. Link do testu.

  • Moja ogólna Mroczność została wyceniona na 34 %. Znośnie.
  • Egoizm - na 12 %. Zacnie.
  • Chciwość... ekhem, ekhem... tu coś... jakoś druk rozmazany... nie widać wyniku...
  • Manipulanctwo (Machiavellianism) - 19 %. Ładnie. 
  • Moral Disengagement (Socjopatyzm? Amoralność?) - 21 %. Chyba dobrze?
  • Narcyzm - eee... jakiś głupi ten test.
  • Psychological Entitlement (opisuje stabilne i wszechobecne poczucie, że ktoś zasługuje na więcej i ma prawo do więcej niż inni.) - 54 %. Akceptowalne.
  • Psychopatia - 18 %. Ładnie.
  • Sadyzm - 27 %. Nigdy bym się aż o tyle nie podejrzewał. :-(
  • Nieczułość - yyy... e... to... się pewnie z czyimiś wynikami pomieszało....
  • Złośliwość - 17 %. Wyceniałem się na więcej.
  • Uczciwość&Pokora - 67%. No nieźle.


sobota, 27 października 2018

882.Poszewka

Rano podróż do Auchan, potem do domu wyładować swoje zakupy i do rodziców z ich częścią. Potem druga tura - do Biedrony i znowu: do domu i do rodziców. Interwał służy też temu, żeby oględnie wybadać co im z Biedrony potrzebne, bo gdy spytać wprost, to odpowiedź jest zawsze ta sama: "Nic nie trzeba." A kiedy przyniosę, to się okazuje, że im się bardzo podoba. Podrzucam im różne rzeczy, które sam wypróbowałem, bo sami z siebie tego nie tkną, trzymając się utartych przyzwyczajeń. Na przykład sajgonki - sami nie, ale jak im przyniosłem, to się rozpływali jakie pyszne i w tygodniu mama sama je już kupiła, a ojciec się zachwycał, jaki świetny obiad miał z nich. Z barszczem czerwonym... 😳😄 Poza tym różne gotowce pozwalają im poszerzyć menu (albo powstrzymać ubożenie), bo nie mają siły pichcić wielu potraw, kiedy też niewiele już jedzą. A jeszcze dalej poza tym, to podejrzewam że niejednokrotnie mama niektórych rzeczy już nie umie znaleźć w sklepie.

Po powrocie zmogło mnie tak, że zasnąłem z książką w ręce.

Oglądam sobie teraz "Uwaga Baran" na Youtubie. Sądziłem, że takie rzeczy to tylko w Rosji, ale i u nas, się okazuje, Polak potrafi! Oglądając te wyczyny patologicznych indywidualistów nie liczących się z innymi, aż chciałoby się mieć taką trąbkę dźwiękową, jaką miał "Maska" z filmu z Jimem Carreyem.

Sklep modelarski przysłał mi kod rabatowy na 15 %, ale jakoś nie bardzo mi idzie do koszyka coś wrzucić. W ogóle to popularny "antydepresant", czyli zakupy jakoś kiepsko teraz działają, bo chuda pensja skutecznie je ogranicza, a poza tym wymiana kompa i koszty z tym związane sprawiły, że z poduszki finansowej została tylko poszewka. A w perspektywie schyłku zimy - remont kapitalny kuchni, na który bezrozumnie dałem się namówić Schwester. I potrzeba góry pieniędzy na jego sfinansowanie. Nie jestem przekonany czy to ma sens, znaczy - czy warto podejmować taki wysiłek. To jakby remont kapitalny wnętrza grobu.

środa, 24 października 2018

881.Szóstki i Office

Wczorajszy wieczór i noc chciałbym zapomnieć. Na starość człowiek zaczyna doceniać możliwość przespania nocy, choćby parogodzinnej.😟

Mogłem dziś postawić na nauczaniu indywidualnym piątkę i szóstkę - miłe. 
Parę dni temu oddałem sprawdziany klasie, której nie uczyłem w zeszłym roku. Po dzwonku wychodzący uczeń powiedział do mnie wciąż z lekka wstrząśnięty: "Nie wiedziałem, że w liceum można dostać szóstkę...".

Wielką radość sprawiło mi zainstalowanie MS Office'a (legalnego, kupionego, z wszystkimi ą i ę), troszkę leciwego, lecz do pracy wystarczającego. Byłem przekonany, że już mi się licencja wyczerpała, bo była na 3 stanowiska, a instalowałem go trzy razy (z tym że raz to się zmarnował, nie pamiętam już szczegółowych okoliczności - coś poszło nie tak, lecz sądziłem, że już wszystkie możliwości wyczerpane). A tymczasem poszło (z aktywizacją na stronie Microsoftu włącznie, rzecz jasna) i WŁALA! Śmiga! 😁 Wielka ulga i wygoda, bo bez Worda i Power Pointa to w mojej pracy jak bez ręki.

Schwester wyjechała do Rzymu, na dwa miesiące. Troszkę jej zazdroszczę - fajnie byłoby pochodzić sobie teraz po znajomych ulicach i po sklepach, bez tych tabunów turystów i obezwładniającego upału. Cóż, został mi tylko Google Street View...

poniedziałek, 22 października 2018

880.Żadnych luster i pajaców

Na dobry początek tygodnia, opieprzenie przyszłości narodu (nie całej, tylko jednej grupy) za pustactwo i brak ciekawości świata. Ulżyło mi. Na chwilę. Równie dobrze mógłbym opieprzyć krasulę na polu - poziom przejęcia się byłby podobny.

Przyjemnie zobaczyć, że pajacujący tupeciarz biorący wyborców za kompletnych idiotów przegrał wybory i stołka nie dostanie. Chyba że z IKEI.

Zaczepiła mnie na ulicy jakaś jejmość. Po chwili, troszkę zbyt długiej, żeby nie stała się niezręczną, dotarło do mnie, że to koleżanka z ogólniaka, jakieś 10 lat nie widziana. Oj... Ojoj... Ojojoj! Ja bardzo upraszam o oszczędzenie mi takich przygód i emocji. Nie po to tyle wysiłku wkładam, żeby swojej starej paskudnej gęby nie widzieć w lustrze, żeby mi tak znienacka podtykać na ulicy taki sui generis obraz mojego wieku. Znacka też nie.

sobota, 20 października 2018

879.Definicja weekendu

Piękne słoneczne dni odeszły precz przegnane chłodną szarówką. Ciekawe co teraz będzie robiła koleżanka Kowalska, która duże przerwy ostatnio spędzała szukając oddechu od tratwianej atmosfery na podwórku po sąsiedzku przycupnąwszy na cokolwiek zdezelowanej ławeczce między trzepakiem a schowkiem na rowery. Przypadkiem ją tam któregoś dnia wypatrzyłem.

Klasa pojechała do muzeum (za miastem). Telefon kierowniczki wycieczki (każda wycieczka szkolna musi mieć kierownika) dzwoni. Dyrektor.
- Pani Zosiu! Proszę dopilnować, żebyście koniecznie zrobili zdjęcie i wrzucili na fanpejdża szkoły.

Rzutnik do pracowni musi ustąpić pilności zakupu nowszego sprzętu nagłaśniającego. Przecież skoro czeka kilka lat, to może poczekać jeszcze, a jak tu robić imprezy szkolne bez odpowiedniego nagłośnienia?  Trzeba odróżniać rzeczy ważne od mniej ważnych.

A co to jest weekend?
Weekend to jest okres poprzedzający rozpoczęcie nowego tygodnia pracy.

czwartek, 18 października 2018

878.Definicja szczęścia

Rozbawiła mnie złowieszcza przepowiednia jakiegoś dziennikarza, że wskutek reformy oświaty "W najbardziej obleganych liceach w Warszawie klasy mogą liczyć ponad 30 osób." Wypadałoby, aby pan dziennikarz przed napisaniem tekstu pobrał jakąś wiedzę na temat rzeczywistości, a nie leciał z dyrdymałami do publikacji. Trzydzieści osób to rekrutacyjne minimum obowiązujące w Syrenim Grodzie od lat, a na pokładzie tratwy Meduzy przekraczane od równie dawna. W jednej z klas mam 38 osób. I co? I nic. Tylko mnie to przeszkadza. Owszem, to rekord, ale nie komin - zbliżone liczebności już miewałem.

A co to jest szczęście?
Otóż, szczęście to uczucie przepełniające człowieka, który siadając do sprawdzania prac kolejnej klasy odkrywa, że połowę ich sprawdził już wcześniej (tylko zupełnie o tym zapomniał).

poniedziałek, 15 października 2018

877.Dzień Świętego Nauczyciela

Zastanawiam się czy jest jakieś święto w jakikolwiek sposób dotyczące mnie, które odbieram tak mało świątecznie i osobiście jak DEN. To dzień normalnej, tylko troszkę inaczej zorganizowanej niż zwykle, pracy. Najpierw lekcje, potem dłużąca się w dusznej sali okolicznościowa akademia z przemówieniami i programem artystycznym   a na koniec przyjątko w pokoju nauczycielskim z jakimiś wyżebranymi po litości ciastami i rozdawanie nędznych nagród dyrektora. W tak zwanym międzyczasie życzenia od klas. Wszystko to jakieś wymuszone, sztuczne, zrytualizowane... Tandetne.

Być może największym przejawem szczerości i autentyzmu jest fakt, że na dziesięć klas w których uczę, życzenia w jakiejkolwiek formie (w tym - podziękowań) dostałem od czterech; reszta nie odczuwała takiej potrzeby, z pozytywnych, bądź negatywnych pobudek.

Przemówienia dyra przy nagrodach miały chyba zapewne przypuszczalnie wyrażać jego głęboką wdzięczność, uczuciowość i wrażliwość na ofiarny wysiłek pracowników. Dobrze, że twardo-gumowata szarlotka zmuszała wtedy do absolutnego skupienia przy próbie konsumowania jej rachityczną łyżeczką.

Było i się skończyło, a przede mną prace do sprawdzania. Trzeba by przygotować materiały do lekcji.

Po cholerę tak żyć?

sobota, 13 października 2018

876.Świnia

Zaszedłem z zakupami do rodziców. Ojciec jak zwykle nie rusza się z salonu, tym razem ogląda jakąś konwencję PiS - ku irytacji matki, która swoje emocje wobec tej ekipy wyraża słowami nie nadającymi się do cytowania; przynajmniej jeśli chce się, żeby Polly dalej tu zaglądała. Ojciec gapi się, żeby gapić się, niewiele z tego rozumiejąc, ale matkę sam widok Prezesa Tysiąclecia doprowadza do białej gorączki.

- Twoja siostra u nas była. Nakrzyczała na nas i poszła.
- A co jej się nie podobało?
- Wszystko. Że okna nie otwarte, że nie to co trzeba w telewizji oglądamy... no wszystko jej się nie podobało.
- No to nic nowego, właściwie.
- Kiedy poszła, ojciec powiedział: Ja się nic a nic mu [znaczy: mnie - przyp. mój Mr A] nie dziwię, że powiedział, że nigdzie więcej z nią nie pojedzie - przecież ona jest nie do zniesienia!

Wtem słychać dzwonek - Schwester niespodziewanie zawitała ponownie w tym tygodniu. Radość na obliczu wypisana sugeruje, że ujrzała na kogo może zwalić swoje nigdy nie zasypiające dylematy i rozterki.

- Brat! Ja już sama nie wiem co robić. Ty mi powiedz, czy ja jestem już tak pierdolnięta że...
- TAK!!!
- Ty świnio!
Mama aż się zgięła ze śmiechu.

piątek, 12 października 2018

875.Pukanie bez odzewu

Dziwnie jest. Coś się nie zgadza. Coś się zmieniło. Chomiczy kołowrotek furczy gładko, rozpędzony solidnie przez cały tydzień, lecz do umysłu chomika puka nieśmiało myśl od kalendarza przybyła, że to już piątek, że jutro nie ma lekcji. Cóż z tego pukania, kiedy nikt nie otwiera? Rozbieg i rozruch wprawił w hipnotyczny rytm, który teraz dziwnie przerywać. To uczucie jest bratem bliźniakiem pojawiającego się czasem w nocy pomysłu, żeby nie kłaść się spać, skoro do rana już tak niewiele czasu zostało i może lepiej zużyć go na dokończenie roboty na następny dzień, która się ślimaczyła całe popołudnie?

Piękna, zupełnie nie październikowa pogoda - ciepła i słoneczna. Smutne widoki par. 

wtorek, 9 października 2018

874.Wlazł kotek na płotek

Wczoraj był weekend. A nie, chwila... to było przedwczoraj... 😳 Stos prac do sprawdzenia i dzięki niemu - zlewozmywak błyszczy jak nowy, kurze powycierane, podłoga zmyta... Snu symboliczna ilość.

Dziś prosto z pracy (solidna porcja lekcji, bez okienka) na konferencję. Nie powinienem na nią iść. Kiedy posłuchałem pani z OKE objaśniającej, jak należało zdać tegoroczną maturę i jak należy przygotować uczniów do przyszłorocznej, pojąłem, że posyłam moich na egzamin nieosiągalny, kucykowi każę ścigać się z folblutami na milę. Pani oczekuje, że oni będą wydobywać finezyjne niuanse z melodii, a ja za autentyczny sukces poczytuję kiedy wyrzępolą "Wlazł kotek na płotek".

Powrót spacerem, niby tylko parę kilometrów, ale pod koniec z szybkiego kroku zrobił się już... no, taki znacznie mniej szybki - poczułem jak ogarnia mnie zmęczenie. Wiek przypomina o sobie, już nie regeneruję się tak szybko, już messerszmitek nie zapieprza tak długo, jak jeszcze 10 lat temu. Jako swoiste memento - u wejścia do klatki schodowej - klepsydra, zmarł sąsiad pan Zbigniew, ledwie parę dni temu widziałem go na ulicy, jak nad podziw żwawo, zważywszy na wiek, idzie z zakupami, a dziś już go nie ma.

W weekend skończyłem oglądać ostatnie odcinki dorzuconego na Netflixie zakończenia "Teenwolfa". Przyjemnie  i smutno było popatrzeć na słodkiego Scotty'ego. Troszkę irytujący był ten jego pacyfizm, aż chciałoby się sparafrazować Prusa: "Jezus Chrystus w roli wilkołaka".

A teraz trzeba by się wziąć za pracę, ale tak chciałbym odpocząć... 💤

niedziela, 7 października 2018

873.Kaczka i bestie

Osaczają mnie potwory. Straszne bestie, którym nie sposób się oprzeć, skore do zawładnięcia i spętania. Prace do sprawdzenia - siedmiogłowa hydra (aktualnie, prace w siedmiu klasach mi się zbiegły w czasie). I tacka domowej szarlotki. Zazdroszczę ludziom obdarzonym silną wolą.

Kończę zwolna cykl inkwizytorski Piekary - bardzo fajne powieści (w przeciwieństwie do ich autora). Polecam.

Na rodzinnej imprezie.

- I jaka ta cielęcina?
- Bardzo dobra.
- Nie twarda?
- Nie, mięciutka.
- A kaczka jaka?
- Yyyy... lądowa.
- Dlaczego "lądowa"?
- Bo sucha.


piątek, 5 października 2018

872.Remanent na strychu

No proszę! Ledwie praca (w szkole) się skończyła, a już słoneczko wyszło zza chmur. Szkoda, że praca w domu szczerzy zębiska z tuzina paszcz, a jutro cały dzień popsuty rodzinną imprezą. No a niedziela, to już będzie myślenie o poniedziałku i o tym jak fajnie jest, kiedy w jednym tygodniu kumulują się różne "atrakcje".

Poprzednia notka pozostawiła, jak się okazuje niedomówienie pewne. Otóż jakoś parę lat temu zaopatrzyłem się w przenośny dysk i zacząłem robić kopie bezpieczeństwa zasobów kompa. Ponieważ paru PT Czytelników ujawniło z jaką szokującą częstotliwością robi swoje backupy, to ja może nie będę szokował w drugą stronę i nie napiszę co ile swoje kopie generowałem. W każdym razie, po przejrzeniu folderów okazało się, że straty są znacznie mniejsze niż w pierwszej chwili szacowałem. W zasobach wykorzystywanych na co dzień do pracy to nic nie przepadło. W muzyce i grafice - ostatni miesiąc, ale to raptem może kilkanaście plików. Reszta folderów to straty około roku, więc w niektórych przypadkach może troszkę przykre, ale w sumie do przeżycia - tym bardziej, że pamiętam jak to jest stracić całkowicie całe wielkie i bardzo ważne foldery. 

W sumie ze wszystkich strat teraz (poza finansowymi, rzecz jasna; szkoda że to wszystko się dzieje na początku, a nie w końcu miesiąca - bliżej następnej wypłaty) najbardziej doskwiera utrata adresów zakładek. Miałem jakieś stare zarchiwizowane, ale one są sprzed jakichś 4-5 lat, więc straszliwie naftaliną jadą, a w utraconych miałem mnóstwo adresów stron modelarskich, historycznych i fantasy / fanowskich, których teraz już nie odtworzę.

czwartek, 4 października 2018

871.RIP PC

Niby słońce, a już coraz częściej podstępny zimny wygwizdów. Tu pot leje się po plecach, tu zimno liże po karku. Tylko patrzeć przeziębienia... 😟 Kołderka letnia odeszła na odpoczynek, a do służby przystąpiła zimówka.

Po długiej i wiernej służbie zdechł mi komp. Śmiercią nagłą, ostatnim przedśmiertnym paroksyzmem wywalając korki. Próby reanimacji skończyły się niczym (nie licząc oczywiście trudu targania do serwisu i wybulenia grosiwa - bezskutecznego, jak się okazało).  Zdecydowanie tego mi trzeba było - utraty oprogramowania (ostatnia kopia MS Office'a), multum linków do przeróżnych stron, a także kop plików z grafiką i muzyką. Także pozbawienia narzędzia pracy w momencie, kiedy akurat miałem pilną robotę do wykonania. I wreszcie wysupłania ekstra kasy na nowego kompa z przyległościami. Kiedy zajrzałem do sieci ile kosztuje odzyskiwanie danych z dysku, twarz moja przybrała układ taki bardziej południkowy. Radujmy się!

Zdumiewa mnie (i nie tylko mnie) jedna z klas pierwszych - tak dziecinnych uczniów jeszcze nie mieliśmy. Pozostaje mieć nadzieję, że przez rok podrosną w forsownym tempie na tyle, że zdołają się zmierzyć z rozszerzeniami w klasie drugiej, bo w przeciwnym razie, będziemy mieli oddział leczenia nerwic i załamań na pokładzie tratwy.

sobota, 29 września 2018

870.Ćwierć...

W lasach wysyp grzybów, a w szkołach wysyp nauczań indywidualnych. Z tego tytułu w kadrach podetknięto mi pod nos nową umowę - aktualniejszą od poprzedniej. Mój wymiar zatrudnienia zwiększył się o całe ćwierć godziny tygodniowo, co oznacza (jeśli dobrze szacuję) przyrost mojej pensji o może nawet trzydzieści złotych miesięcznie! W rzeczywistości to pewnie będzie bliżej dwudziestu pięciu, ale i tak - jakaż to odmiana po kolejnych obniżkach! Muszę roztropnie gospodarować tym skapnięciem z rogu Amaltei i nie wydać wszystkiego od razu. Tym bardziej, że nadal jestem niepełnoetatowcem.

Dziewięcioletni produkt naszej oświaty (tzn. absolwent gimnazjum) nie wie z jakiego materiału przed II w. św. robiono broń - metalu, drewna, tworzywa. Nie ma również najmniejszego pojęcia jak nazywa się zakład wytwarzający stal. Na polecenie wlania do dwóch cylinderków - niższego i wyższego, takiej samej ilości cieczy, napełnia każdy do połowy. Objętość dowolnej substancji zmierzy przy pomocy wagi. Długość geograficzna to odległość między dowolnymi punktami na mapie. Husaria to była szwedzka piechota uzbrojona w takie długie igły. A karabin maszynowy wystrzeliwał więcej luf niż zwykły karabin.

Schwester poleciała na La Plus Grande Fête do naszej starej szkoły, spotkać się przy tej okazji ze swoją klasą maturalną; ludziska pozjeżdżali się z całego świata. W trakcie imprezy dzwoniła do mnie z pytaniami w rodzaju: "Znalazłam tu na wystawie zdjęcie, na którym jesteś! W którym ty roku zdawałeś maturę?", bądź "Pamiętasz od czego była Kowalska?" Nie dzwoniła po zakończeniu, ale wygląda na to, że bawiła się chyba dobrze. Mnie tam jakoś zupełnie nie ciągnęło.

Plecy spięte, głowa boli, niech żyje weekend!

środa, 26 września 2018

869.Mop a sens życia

Pierwsze prace do sprawdzenia... Dobry Boże, jak ja tego nie znoszę! I jak beznadziejny jestem w zmuszaniu się do wykonywania tej czynności... Drugi krasnoludzki kawalerzysta w połowie zaledwie zrobiony czeka już drugi tydzień na skończenie. Snu - jak sześć godzin w dwóch lub trzech kawałkach, to wszystko. Dzisiaj zbudziłem się - za oknem ciemnawo, na zegarku 4.10, znaczy - snu były trzy godziny z połówką, spróbowałem zasnąć, żeby jeszcze te dwie godziny jakoś dospać. No, to dospałem... śniąc o sobie na rogu Chodkiewicza (wysiedlonego przez jezuitów na rzecz Boboli) i Rakowieckiej w czasie... powstania warszawskiego. Relaks jak się patrzy - próbowałem kryć się w trawie porastającej dzisiejszą jezdnię i torowisko, bezradnie wypatrując skąd strzela snajper, który właśnie zabił kogoś obok. Zdaje się, że moja podświadomość próbuje mi delikatnie zasugerować, jak się czuje w pracy i w życiu. Radujmy się! Z rozpaczą pomieszaną z rezygnacją patrzę jak kurczą mi się portki - kilogramy zgubione w wakacje wracają jak Tatarzy. Czy są jakieś pozytywy? Naturalnie że są - kupiłem sobie nowego mopa (w Rzymie podpatrzonego) i zapas ściereczek do odkurzania podłóg. Odkurzone podłogi i od razu życie nabiera sensu!

sobota, 22 września 2018

868.Oficjalność

Miesiąc w pracy. W pokoju koleżanka żali się, że nie doszedł do skutku wyjazd paru klas w których uczy - liczyła na chwilę ulgi, bo jest już zmęczona. Komentatorzy spoza branży zaraz oburzą się na demoralizację i lenistwo darmozjadów nauczycieli, którzy po trzech tygodniach pracy już są zmęczeni! Tymczasem te cztery (a nie trzy tygodnie) na naszej tratwie Meduzy były naprawdę męczące, stresujące i frustrujące. I nic nie wskazuje na to, żeby następne tygodnie miały przynieść ulgę.


W centrum handlowym napatoczyłem się na Dziedzica z Małżonką. Uderzyło mnie, że o swojej ślubnej (która w momencie spotkania z nim była kawałek dalej), z którą przecież jestem od lat po imieniu i półbuziaku na dzieńdobrydowidzenia, mówi per "moja żona", zamiast po imieniu. Troszkę mnie dziwi ta... sam nie wiem, chyba wysoce skupiona powaga, z jaką podchodzi do swojego małżeństwa. Gdybym miał partnera, nie przyszło by mi do głowy mówić o nim tak oficjalnie do znajomych i bliskich. No, ale nie mam i mieć nie będę, więc to tylko teoretyzowanie takie starego zgreda.

Wieczór spędziłem właśnie na porządkowaniu i segregowaniu śrubek, wkrętów i kołków, wykorzystując nabyte w wyżej wymienionym centrum pudełka. Myślę, że to dość symboliczne dla mojego życia - akuratne zajęcie na sobotni wieczór.😀

czwartek, 20 września 2018

867.Trebusz

To jest trebusz. 
Trebusz to machina służąca do miotania kamieni, beczek ze smołą i wszystkiego co da się miotnąć (z trupami włącznie) we wrogą warownię.


Coś bardzo podobnego sprawił sobie pewien tatuś, rozsierdzony tym, że nie poznaliśmy się na jego latorośli, i teraz napie... khehm... to jest... eee... chciałem powiedzieć: prowadzi intensywny i skoncentrowany ostrzał naszej "tratwy Meduzy". Po prawdzie, żeby oddać styl i dynamikę z jaką to robi, to bardziej by pasowało użyć jędrnego suwerennego "nakurwia, i to po całości". 

Papa postępuje niewątpliwie bardzo brzydko szkodząc ogólnie całej szkole, trudno jednak uciec od natrętnego pytania: jak z nim były prowadzone rozmowy na wiadomym szczeblu, skoro i ja i M. zapamiętaliśmy go z kontaktów na zebraniach, jako całkiem spokojnego, rozsądnego i otwartego na rzeczowe argumenty człowieka; teraz zaś mamy do czynienia z kipiącą furią.

A mnie wezwano do sekretariatu, żebym pokwitował zawiadomienie o kolejnym obcięciu motywacyjnego. Radujmy się. Hip-hip-chuja!

poniedziałek, 17 września 2018

866.Maczuga

Jak w piątek i sobotę odchorowywałem, tak w niedzielę udało mi się zrobić coś fajnego - pomalowałem figurkę i to całą - od sklejenia po wykończenie i odstawienie na półkę. Krasnoludzki kawalerzysta prezentuje się nader efektownie. Nie pamiętam, kiedy poprzednim razem udało mi się coś takiego (znaczy wszystko w jeden dzień). 

Niestety myśl o zbliżającym się poniedziałku i "nowych przygodach" dawała o sobie znać o wiele zbyt częstymi wizytami w kuchni; jestem zły na siebie, lecz nie panuję nad tym. 

Być może mój organizm cudowną mocą tajnego jasnowidzenia wyczuł co mnie czeka dziś. W pracy było bez ekscesów, za to naiwne rachuby, że popołudnie będzie takie troszkę luźniejsze i bez spinki & napinki, wzięły w łeb i to tak fest! - jak maczugą Łamignata. Funkcję maczugi spełniło gniewne ogłoszenie dyra, które kompletnie wyprowadziło mnie z równowagi. W efekcie do wieczora - telefony, grzebanie w necie, ustalanie strategii na jutrzejszą rozmowę w celu wyperswadowania mu tego nonsensu. Trudność polega na tym, że na niemal nikogo nie mogę liczyć. W tym oportunistycznym gronie naczelną myślą jest jak się dostosować na tę chwilę, bez myślenia o skutkach jutro czy pojutrze. A rozmowa będzie ciężka, bo jak się do czegoś przyczepi... A jeśli postawi na swoim, to czeka mnie rok na polu minowym. A uciec nie mam dokąd. 😟

sobota, 15 września 2018

865.Płacenie rachunków

Po pracy padłem - w przenośni i dosłownie, przysypiając na biurku, nim powlokłem się do kanapki, żeby na niej zwinąć się jak kol. Hanys P. w swoim namiocie i spróbować zregenerować się choć trochę. Regeneracja wyszła jak reforma oświaty. Jak po północy poszedłem spać do łóżka, tak w pół do czwartej było już po spaniu. Ból pleców, ból głowy - organizm postanowił wystawić mi rachunek za mijający tydzień w pracy. Doczekałem do rana, po czym zakupy, rodzice, zakupy, rodzice, odbiór zamówienia z Allegro, obiad i właśnie siadłem, próbując niezbyt skutecznie zapomnieć o dolegliwościach. Szkoda, że zwykle zapominamy o tym co chcielibyśmy pamiętać, a pamiętamy to o czym wolelibyśmy zapomnieć.

Jakby kogoś z grona Czcigodnych Czytelników tego bloga interesowały obrazy życia codziennego w średniowieczu, to polecam książkę, którą właśnie kończę: "Życie w średniowiecznym zamku" Frances i Josepha Giesów. Zgrabnie i przystępnie napisana, zawierająca sporo różnych ciekawostek o życiu panów i  sług w średniowiecznej Anglii. Zamierzam kupić sobie kolejne ich pozycje: o wsi i o mieście.

czwartek, 13 września 2018

864.Bezradność

Trudno mi opisywać naszą tratwę i jej mostek. To wszystko jest tak odległe od tego, jakim - z uwagi na zadania tej instytucji - być powinno, że budzi smutek, niesmak, zażenowanie. I zniechęcenie.  Nie ma z kim, ani jak tego naprawiać. To przy tym część wielkiego świata fikcji i kłamstwa, jakim jest nasza oświata. Władze tworzą szumnie i z rozmachem jakieś programy, normy, procedury, priorytety, my udajemy, że je realizujemy i z równie swobodnym fałszem sprawozdajemy odniesione sukcesy,  oni zaś udają, że nam wierzą. Oni gardzą nami, a my nimi. 
Dyrektor próbujący z zaskoczenia rozwalić nam podstępnie cały system oceniania. Traktujący nas wszystkich jak narzędzia - użyteczne dla niego lub nie. I konformistyczne grono dbałe przede wszystkim o jak najwęziej i najkrótkowzroczniej rozumianą wygodę własną.

Patrzę na to wszystko bezradnie i z żalem.

poniedziałek, 10 września 2018

863.Wiertło i strategia

Na tratwie formalne przepychanie czegoś, co skłoniło jedną z koleżanek do wyznania: "No, takiego bezprawia to tu jeszcze nie było!". Po przeprowadzeniu rozpoznania zdecydowałem, że nie warto walczyć à la polonaise, czyli samotnie i bez sensu, lecz mieć na uwadze sprawę o którą zabiegamy (zespół przedmiotowy). Tym bardziej, że nie byłaby to walka, a wyłącznie demonstracja. Wprawdzie - wbrew dziarskim deklaracjom dyrekcji - oceniam perspektywy powodzenia po myśli zespołu na skromne, ale wychodzę z założenia, że lepiej mieć szanse 30:70, niż 1:99, a tyle byśmy mieli po tym bezowocnym wystąpieniu przeciw dyrowi. Niestety, lubię wygrywać, bo porażki źle znosi moja obniżona*) samoocena. A skoro nasze grono jest, jak to delikatnie ujęła M. - konformistyczne, to nie mogę liczyć na żadne widoczne poparcie.

Prosto z pracy pojechałem do Schwester zmontować (wreszcie pomalowaną**) szafkę, którą robiłem w sierpniu. Na miejscu okazało się, że Schwester radośnie zaplanowała sobie, że zamontuję do szuflad uchwyty które nabyła; tyle, że zupełnie zapomniała o drobiazgu - o uprzedzeniu mnie żebym wziął odpowiednie narzędzia, na przykład wiertło i przymiar. Wiertło jest przydatne, kiedy chcemy zrobić w desce otwór, przez który ma przejść śruba trzymająca uchwyt. Szczególnie przydatne do wiercenia w drewnie jest wiertło do drewna. Wiertło do betonu jest do tego zadanie nie przydatne. Korzystne jest, kiedy średnica wiertła jest zbliżona do średnicy śruby, lecz nie mniejsza. Wiertło o średnicy mniej więcej dwukrotnie większej niż średnica śruby naturalnie pozwoli zrobić otwór, lecz zamocowany w tym uchwyt nie będzie wyglądał estetycznie. Przymiar jest również pożytecznym przyrządem, gdyż pozwala dokładnie wyznaczyć położenie uchwytów i otworów pod nie, na czym zyskuje estetyka mebla i pomieszczenia. Nie sądziłem - przepraszam za ciasnotę umysłową - że to wiedza z zakresu zaawansowanej stolarki, niedostępna laikom. 
Reasumując - będzę musiał jeszcze raz tam jechać, kończyć robotę i dowiadywać się co następnego Schwester wymyśliła.

_______________________________________
*) Eufemizm taki, per analogiam do stwierdzenia, że Rów Mariański jest obniżony w stosunku do Everestu.
**) Litościwie zmilczę jak pomalowaną... 😏

.

sobota, 8 września 2018

862.Jawność i zebrania

Dał mi w kość ten tydzień, a raczej jego druga połowa. Od paru lat obserwuję z niepokojem, że coraz trudniej znoszę niektóre elementy pracy; najgorzej chyba zebrania z rodzicami. Inauguracyjne w tym tygodniu odchorowałem, a do tego następny dzień przyniósł nową porcję przykrych wrażeń nie sprzyjających dojściu do siebie. A przecież  u tego "siebie" ostatnio i tak kiepsko jest; znużenie i smutek.

Mostek tratwy zdaje się iść śladami Gorbaczowa, zapoczątkowując (choć nie wiem na ile świadomie...) politykę jawności. Na razie przejawia się to w głośnym mówieniu, że rok szkolny, lub posiedzenie rady pedagogicznej jest przez nich nie przygotowane. Do tej pory pozostawało to w sferze pewnego niedomówienia - wszyscy wiedzieli, ale dyrekcja się tym nie chwaliła. Na razie lokomotywą wiodącą prosto do tegorocznej "Nagrody Złotych Ust" jest poniższa refleksja na radzie:

"Pierwszy tydzień mamy trochę mniej zorganizowany niż zwykle z uwagi na chaos organizacyjny." 



czwartek, 6 września 2018

861.Plan lekcji ze stanu wojennego

Ciekawostka z zamierzchłej przeszłości. Zachował się mój dzienniczek ucznia z ósmej klasy podstawówki (okres stanu wojennego), a w nim plan lekcji. Można się dowiedzieć jakie przedmioty były realizowane i w jakim wymiarze.

  • godzina wychowawcza - 1
  • język polski - 5
  • język rosyjski - 2
  • język niemiecki - 2
  • historia - 2
  • wychowanie obywatelskie - 2
  • matematyka - 4
  • geografia - 2
  • fizyka - 2
  • chemia - 2
  • nauka o człowieku - 1
  • przysposobienie obronne - 1
  • wychowanie muzyczne - 1
  • wychowanie plastyczne - 1
  • wychowanie fizyczne - 2
  • zajęcia praktyczno-techniczne - 1

  • RAZEM 31 GODZIN
Zajęcia w godzinach:
  • poniedziałek od 1. do 6./7. lekcji
  • wtorek od 1. do 7. lekcji
  • środa od 1. do 6. lekcji
  • czwartek od 1. do 5. lekcji
  • piątek od 1. do 7. lekcji


środa, 5 września 2018

860.Coś przygniotło

Nie wypada mi pisać konkretnie, choć warto byłoby zanotować sobie całą tę historię. Po części też trochę brak mi sił, żeby tę żenującą i przygnębiającą historię sobie w pamięci odtwarzać, by w słowa ubrać i przelać na klawiaturę. To przygnębiające, kiedy rzetelne zrecenzowanie poczynań przełożonego wymaga użycia słów tak nielicujących z powagą i społecznym znaczeniem piastowanej przezeń funkcji. To głęboko frustrujące, że nie mogę sobie pozwolić na luksus nazwania głośno po imieniu takich poczynań i wyjścia po złożeniu wypowiedzenia.

Drodzy Czytelnicy! Jeśli macie dziecię w wieku przedlicealnym i chcecie mieć poczucie wpływu na to jak szkoła będzie się z nim obchodziła, to ślijcie je na tratwę "Meduzy". Wystarczy, że pogrozicie kuratorium, a ugoszczą was lepiej niż Horodniczy Chlestakowa.

poniedziałek, 3 września 2018

859.Wachlarz i tłum

To naprawdę frustrujące odkrywać wciąż nowe przestrzenie bałaganu. Pytanie o oczywiste rzeczy, które powinny być już gotowe, wywołuje uczucia z wachlarza: od popłochu, przez zmieszanie, po zdziwienie. Właśnie otwarta nadzwyczaj realna i namacalna perspektywa uczenia w grupie czterdziesto-, lub więcej osobowej, musi napawać samymi dobrymi myślami na rozpoczęty rok szkolny, prawda? No i te 2580 świeżutko wpłynięte na konto - to brzmi dumnie!

niedziela, 2 września 2018

858.60 lat

Zaszliśmy ze Schwester i Dziedzicem do rodziców z życzeniami i suwenirem z okazji 60. rocznicy ich ślubu. Skromny obiad w najwęższym gronie. Pokaz zdjęć z naszej rzymskiej ekskursji. Te sześćdziesiąt lat to dość niesamowity szmat czasu. Dla mnie i Schwester - nieosiągalna abstrakcja.

Emusiowi wreszcie udało się zahaczyć w ogólniaku - widziałem, że figuruje już na stronie nowej szkoły. Pewnie jest przeszczęśliwy.

A mnie już telefonem koleżanka ze szkoły ściga, żebym jej zaraz materiały podesłał, bo ona PRACUJE.

sobota, 1 września 2018

857.Improwizacja i karma

Wskaźniki nam rosną nieustannie, z roku na rok. Na naszej tratwie "Meduzy" radosna improwizacja przekraczająca to co mieliśmy w zeszłym roku. Listy pasażerów, plan rejsu i takie tam nieistotne drobiazgi będziemy robić po wyjściu z portu.

Spory zastęp poprawkowiczów oblał egzaminy w końcu sierpnia. Większość pogodziła się z porażką, ale garstka rodziców niezłomnych runęła do ataku. Niektóre wystąpienia można skwitować spontanicznym śmiechem, gdy argumentacja przekracza granice groteski, ale niektóre przybierają formy takiej agresji, że zupełnie zasadnie przychodzi na myśl wezwanie policji. 

Koniec roku (rok szkolny trwa do końca sierpnia!) to także czas na różne przenosiny między klasami. Muszę przyznać, że parsknąłem śmiechem, kiedy ujrzałem jak karma wraca do rodziców-spryciarzy i ich nieodrodnej pociechy. Otóż, rzeczona pociecha z zazdrością przyjęła wieść, że jeden z uczniów dostał zwolnienie z nauki drugiego języka (jest ono możliwe z pewnych poważnych przyczyn medycznych). O jeden przedmiot mniej nauki - któż by nie chciał?! Rodziciele pośpieszyli z pomocą i odpowiedni papier załatwili; nikt w okolicy nie czuł się na siłach wyruszać na samotną misję wojenną, więc system papier łyknął i przełknął. Latorośl państwa Zaradnych przez cały rok pławiła się w luksusie zwolnienia z nauki drugiego języka, ale pod koniec roku tylko z najwyższym trudem prześliznęła się do promocji. Ponieważ składając papiery do liceum na żaden taki trud się nie pisała, familia wymyśliła nowy manewr - przeniesienie do dużo lżejszego profilu - lingwistycznego. Już byli w ogródku, już witali się z gąską... A tymczasem okazało się, że owo zwolnienie  z nauki drugiego języka wyklucza naukę w klasie lingwistycznej. No, doprawdy, co za pech! 😂

czwartek, 30 sierpnia 2018

856.Złachanie

Po czterech dniach w pracy jestem pół żywy. Pospinane plecy w nocy mnie ze snu wybijają. Dziś z pracy wróciłem jak oszołomiony. Super, po prostu super. Jutro  też zapowiada się mordęga. Dyro z rozbrajającą szczerością wyznał mi, że właściwie to do organizacji nowego roku szkolnego jeszcze nic nie ma przygotowanego. Dlatego część papierów z jego działki spadła na mnie.

Schwester mnie zirytowała. Pokazałem powłokę malarską na swojej szafce, pokazałem farbę, pouczyłem jak ją nakładać, powiedziałem gdzie kupić i...  i guzik z pętelką. Przecież ona wie lepiej, gdzie kupi lepiej co innego.

Jak dziś (mimo fatalnego samopoczucia psychofizycznego) pojechałem zmontować pomalowaną szafkę, to mało się nie przewróciłem, kiedy zobaczyłem to coś, co jej zdaniem jest pomalowaną szafką. Szkoda mojej pracy, jaką włożyłem w budowę tego mebla. Co mówiłem, to jak grochem o ścianę. Zrobiłem już trochę mebli i człowiek rozumny może by uszanował, że jak daję konkretne praktyczne rady, to warto by ich usłuchać, a nie jak skończony dureń puszczać je mimo uszu i robić po swojemu wydumanemu z dziadowskim efektem.

Nie mówiąc o tym, że jak tylko wszedłem to już w przedpokoju usłyszałem wyraz żalu, że właśnie w IKEI pokazała się taka ładna szafeczka bambusowa, która by idealnie pasowała w to miejsce, świeżo zapełnione zrobioną przeze mnie. Przemiło.


wtorek, 28 sierpnia 2018

855.Emetyk

Wróciłem z rozmowy z dyrekcją z plikiem papierów i zadaniami do wykonania. Oczywiście - zadania na jutro - dosłownie. Po drodze odwiedziłem chorą koleżankę, której te papierzyska pokazałem. Stwierdziła, że od kilku dni już nie ma odruchu wymiotnego, ale teraz, kiedy obejrzała te zdegenerowane płody oświatowej biurokracji, znów jej się na wymioty zbiera i czuje się tak chora, że musi mnie przeprosić i się położyć.

Nowe dokumenty z Ministerstwa Edukacji

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

854.Nowa Zelandia i Islandia

Krótki, jednodniowy wypad na Nową Zelandię (kraina nielotów kiwi) i Islandię (kraina gejzerów).

Znaczy - egzaminy poprawkowe i ich konsekwencja. W starciu ze zdającymi komisja, w której zasiadłem poniosła klęskę - nikomu nie udało się nie postawić niedostatecznej. Dwoiliśmy się i troiliśmy, ale klapa kompletna - zdający latać nie chcieli. 

Cytat dnia; na pytanie o osiągnięcia gospodarcze II Rzeczypospolitej: 
"- ...Tory kładli jakieś... kolejowe...
- A skąd i dokąd je kładli?
- Nie wiem."

A po egzaminach - zalewająca się łzami mamusia, rozpaczająca, że pociecha nie zdała i coterazcotobędzie! Godzinę nas trzymała.


Już tylko dwa metry były do wyjścia.

- Ooo! Panie Aberku! Jak to dobrze, że pana widzę!
- (Kurwa mać...)

niedziela, 26 sierpnia 2018

853.Takie tam różne na koniec wakacji

Ostatni dzień urlopu. Od rana do wczesnego popołudnia kończenie budowy szafki. I tak dobrze, że wykończenie - pomalowanie, zostawiłem inwestorce. Samo malowanie to pikuś, ale upierdliwe jest szlifowanie po pierwszej warstwie farby, szczególnie w przypadku szafki z szufladami. Wszystko zgrabnie wyszło, mimo drobnej usterki w postaci 2 błędnych (a więc nadliczbowych) otworów; na szczęście trzeba się dobrze przyjrzeć w środku żeby je zauważyć. Sypialnia to zdecydowanie nie jest odpowiednie miejsce na realizację takich przedsięwzięć; szczęśliwy kto ma miejsce na warsztat z prawdziwego zdarzenia. Troszkę męczący był to projekt - ten nieustający niepokój, że coś zrobię niewłaściwie i wyjdzie krzywo, był uciążliwy.

Skończyłem czytać "Achaję" Andrzeja Ziemiańskiego. Niezła, choć trzeci tom wydał mi się słabszy, z wyjątkiem końcówki, w której opisane są późniejsze losy głównych bohaterów. Bardzo zadowolony jestem z serii "Kolekcja: Mistrzowie Polskiej Fantastyki" - nie sięgnąłbym do tych książek w innych okolicznościach.

Pobyt w Rzymie, urlop - muszę się wysilić, żeby sobie uzmysłowić, że było coś takiego. Na półce kurzy się suwenir z Włoch dla Emusia; przywiozłem go tknięty tam refleksją, że może pochopnie, a przede wszystkim niesprawiedliwie odsunąłem się od niego (rzeczoną refleksję pobudził telefon od niego, który odebrałem przez pomyłkę). Przecież to nie jego wina, że jest jaki jest, a więc moja - że się źle w tej znajomości czuję. Osobliwe, że po przylocie do Polski, jakoś wróciło mi przekonanie, że nie ma sensu ciągnąć tej znajomości. To, że na lepszą widać nie zasługuję, nie jest dostatecznym powodem. Nie mam sił kopać się z rzeczywistością.

Na ekranie "Mgła" wg Stephena Kinga, a na dworze piękna deszczowo-pochmurna pogoda.

sobota, 25 sierpnia 2018

852.Kisielowo

W tym momencie ostatni weekend urlopu już w połowie minął. Czas przeciekał między palcami. Nastrój bardzo kiepski, lecz raczej nie z powodu powrotu do pracy; mam poczucie powrotu do niedobrego toksycznego miejsca, lecz tak już zapoznanego, że nie budzącego gwałtownych emocji. Stara znajoma cela i stare znajome kajdany. Przychodzi tu na myśl błyskotliwy bon mot Stefana Kisielewskiego (zwanego Kisielem) - "To że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać!". Można więc powiedzieć, że ja w pracy jestem już urządzony...

A skoro o świętej pamięci Kisielu mowa, to warto przytoczyć jeszcze inną jego myśl - bardzo à propos: "Działać można tylko dopóki ma się marzenia." Ja już ich nie mam.

wtorek, 21 sierpnia 2018

851.Klimat

Ostatni tydzień urlopu.

Obudowa szafki dla Schwester zmontowana. Szuflady ustalone i rozrysowane, teraz trzeba jeszcze pojechać do marketu i przywieźć materiał na nie. Aha, i potem je zrobić.

Zacząłem nową armię. Zupełnie inna od dotychczasowych, ale... tzw. klimat mi się spodobał...

Zdjęcia w celach ilustracyjno-zachętowych ze strony producenta Games Workshop


Zupełnym przypadkiem wdepnąłem na mieście na Emusia. Do cna popsuło mi to humor, i tak marny przecież. Miałem iść po nowe figurki do sklepu, ale skręciłem i poszedłem do domu.

sobota, 18 sierpnia 2018

850.Zamiast snu

Pyk, myk, wiuuu! Mijają sobie. Dni. Życie. Sens. A nie, pardon! ten to już dawno temu, sukinsyn, się ulotnił. 
Pusto wszędzie, głucho wszędzie, 
Wiesz już, że chujowo będzie.

Rachunek sumienia (który-ż to już?!),  czy nie popełniłem błędu (pochopności, popierdolenia, za wysokich wymagań itp.) w redukowaniu i wygaszaniu znajomości. Może nie warto było? No, popatrz, przecież z niczym (nikim) zostałeś! Istotnie, ale nadal jak liczę, to bilans wychodził ujemny; i dlatego nie warto było to ciągnąć.
Przenosiny defilady na Wisłostradę to durny pomysł - kiedy odbywała się w Ujazdowskich, to mogłem sobie z balkonu oglądać przelatujące latadła. Jak na złość, kiedy sprawiłem sobie fotosprzęt, którym mógłbym je w spokoju ładnie obfocić, to te ciemniaki przeniosły imprezę poza zasięg. Skoro zaś już o tym mowa, to spieszona husaria na paradzie to perełka, wprost kwintesencja tej dętej propagandówy dla naiwnych.

Pojechałem do marketu kupić płyty na szafkę dla Schwester. Sezon budowlany tak się rozkręcił, że parę już razy odszedłem z kwitkiem (panie, nie ma! w przyszłym tygodniu pan przyjdź!). Cóż, syn z samochodem, ale to ja musiałem na małym wózeczku płyty przywieźć z zadupia; przeklinając po raz kolejny debili, którzy wykładają chodniki kostką granitową. Uchwyty do szafek - ja muszę zamontować, bo on tego nie zrobi! A mówimy o sklejaczu i malowaczu modeli (o przeciętnym skillu), a nie jakiejś totalnej łamadze z dwiema lewymi rękami... Dlatego też dziś pojechałem dopasować i zamontować półkę, potem zaś doradzać (Boże, ratuj!!) w zakupach różnych techniczno-wnętrzarskich.

A po powrocie dopadła mnie atrakcja - napad paniki taki, jakiego nie miałem już od ładnych paru miesięcy. All inclusive, w rankingu tegorocznym, myślę, drugie miejsce pewne. Standardowe techniki łagodzenia nie podziałały i było... no, niemiło (tzn. paskudnie). Stąd też ta pora pisania - próba zaśnięcia nie udała się i teraz robię za nocnego marka. Szczególnie irytujące jest to, że nie bardzo wiem z czego ten atak mi się wziął. Albo tak bardzo bronię się przed przyjęciem do wiadomości, że tak - wydaje mi się - błache czynniki mogą takie ihahaaaa! zrobić z moją gównianą psychiką.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

849.Bez znaczenia

Coś by wypadało napisać. Przez wzgląd na tę kilkuosobową garstkę Czytelników, którzy z litości, bądź niezdrowej ciekawości osobliwości, tu zagladają, a niektórzy nawet i komentują. Przez wzgląd na obowiązkowość (skoro zaczęło się prowadzić bloga, to wypada coś pisać). Przez wzgląd na... nie wiem co... Na terapeutycznie dobroczynny wpływ? "Wyrzuć to z siebie" "Prawda cię wyzwoli" i takie tam. A taki chuj tam.
"Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz... No to śpij, jakżeś sobie w życiu posłał. Tyle może uczciwości zostało, że wiesz, że sam sobie posłałeś, choć łóżko było ci z góry dane."

czwartek, 9 sierpnia 2018

848.Pstryk, pstryk, gul, gul!

Pstryk, pstryk i... nie wiadomo gdzie już większość kolejnego tygodnia przemknęła. Już czwartek. Nabrałem nowego zwyczaju - odkurzyłem swoją starą kawiarkę i robię sobie popołudniowe kawy. Kiedyś zniechęcił mnie do niej zbyt długi czas parzenia, jednak po powrocie z Włoch poczytałem sobie w sieci i zorientowałem się że można go prosto skrócić - nie lejąc wody zimnej, tylko gorącą. Kiedy zaleję świeżo zagotowaną wodą, to napar mam w jakieś 2-3 minuty, a to już czas akceptowalny. Szast-prast wykończyłem kawę, która stała mi już, ze trzeci rok pewnie, w lodówce i otworzyłem świeżą paczkę. Tym co mnie zachęciło (między innymi, bo sam nie bardzo wiem, co mnie naszło - w sam widok Włochów wychylających te swoje naparsteczki "małej czarnej" jako czynnik sprawczy nie wierzę), było sprawienie sobie w charakterze suweniru cudnie kolorowych filiżaneczek firmy Bialetti. 
No, a jak zacząłem sobie robić te copopołudniowe kawusie, to przyjrzałem się krytycznie swojej starej stalowej kawiarce i zdecydowałem że lepiej będzie sobie sprawić aluminiową, w wielkościach bardziej dopasowanych do moich potrzeb. Sęk w tym, że stalowa ma w górnym zbiorniku takie zagłębienie na obwodzie, które trudno doczyścić ze zbierającego się tam osadu, zaś aluminiowe - przynajmniej Bialettiego - mają zbiornik gładki, bez zakamarków. Gdybym się wcześniej przestawił, mógłbym sobie z Rzymu przywieźć kawiarkę, bo tam akurat były świetne promocje u Bialettiego, ale cóż - za późno! Nabyłem sobie wobec tego nową lepszą kawiarkę u nas i mam choć tę namiastkę odrobiny przyjemności.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

847.Refleksje przy myciu naczyń

Pojechałem do IKEI i kupiłem parę drobiazgów - szklanki, ręczniczki itp. I kiedy tak stałem przy zlewozmywaku i myłem świeżo nabyte szklanki (takie grube, do napojów, model Pokal) jakoś tak nie wiadomo skąd naszły mnie myśli, a może marzenia? Dwie kupiłem, a jakby to było mieć po co kupić więcej? Dla gości, którzy siedzą przy stole, w ciepły wakacyjny dzień, są bliskie, życzliwe mi osoby, przyjaciele, lub choćby sympatyczni znajomi, jest miło, w tych grubych szklankach rozdaję zimne napoje... Jakiś posiłek większy szykuję... Jest miło... przyjemnie... 
Jakaś taka głupia tęsknota za kręgiem bliskich osób, dla których jestem ważny. Nie mylić z przydatny.


sobota, 4 sierpnia 2018

846.Smęty znad kieliszka i patelni

Syndrom długoletniego więźnia. Zaczynam wypatrywać powrotu do pracy; mieszanka niestrawności (nie gastrycznej) i ulgi, albo inaczej - mieszanka wytęsknienia i niechęci. Nie jestem pewien czy nie z tego powodu fizycznie źle się dziś poczułem.

Pilnowałem się, żeby nic nie mówić rodzicom, jak mi było ze Schwester na rzymskim wojażu, ale mi się troszkę i ogólnie wypsnęło. No trudno, stało się.

W ramach nostalgii za włoską kuchnią, której nie dane mi było skosztować, pichcę sobie obiady (samo to już jest rewolucją!). Zwykle to jakieś warianty duszonych warzyw - cebula, papryka, cukinia (przeprosiłem się z tym warzywem😌), pomidory, czosnek - niekoniecznie wszystkie naraz; z chlebem, albo z makaronem. Miałem pierożki firmy "Rama" (włoskie via Biedrona; dobre bo dość smaczne, a zwłaszcza szybkie!) i potrzebowałem jakiejś omasty, żeby na sucho nie szamać. Podgrzałem na patelni odrobinę oleju z czosnkiem, na to kilka mini-pomidorków, po paru chwilach rozmaryn, oliwa, czosnek, łyżeczka pesto i niech się "parę" minut popichci żeby odparowało i zagęściło się nieco. Pycha!
Kupiłem napój rozrywkowy "Fragolino" made in Italy, bo nie jestem pewien czy to nazywa się jeszcze winem. W smaku - jak nieco sfermentowany syrop truskawkowy, więc pić de bouteille nie bardzo się da. Jednakowoż po zmieszaniu z gazomineralką to już zupelnie co innego - dość przyjemny owocowy napitek w sam raz na upalne popołudnie, o mocy pomijalnej, bo po rozcieńczeniu zostaje jakieś  3-4%.

Skończyłem wreszcie (zaczęte jeszcze przed urlopem) puzzle firmy Clementoni 1500 el. "Oresund". Zdjęcie w celach poglądowych.



wtorek, 31 lipca 2018

845.Koło w miejscu

Jakie znaleźć sobie zajęcie, żeby się nie rozgrzać? Na dworze poruszanie się metodą rzymską - szukaj cienia. Jaki znaleźć pretekst, żeby zmusić się do wyjścia z domu? Do Marek, niby po wkłady chłodzące - dla ułatwienia zakupów ciepłowrażliwych, ale bardziej jako pretekst właśnie, bo przecież jakoś pół wieku bez rzeczonych wkładów sobie radziłem. W IKEI jak na kręcącym się w miejscu kole: o, jaka pomysłowa wkładka do gotowania! Przydałaby się... Ale właściwie niekoniecznie, obejdzie się bez niej. O, szklanki Pokal! takie większe od moich, warto by kupić... Ale właściwie po co? przecież mogę zrobić dolewkę do tych małych co mam. O, ręczniczki takie małe, do kuchni! Warto by dokupić, żeby łatwiej się pranie uzbierało. Ale właściwie po cholerę mi one? mam ich przecież już z pięć chyba, to przecież starczy. O, jaki pojemnik do kuchni ładny! Taki retro troszkę... Ale na co mi on? Nic nie kupiłem.

Kiedy pracowałem, wzdychałem do urlopu, na którym nie będę musiał robić tych wszystkich przygnębiająco stresujących rzeczy. Teraz jestem na urlopie i mam poczucie... niech będzie że braku odpoczynku, że tak to nazwijmy. Nieustający w piersi żal...

sobota, 28 lipca 2018

844.Słomiana strzecha

Dzień za dniem w piekarniku. Jak zwykle urlop mija na niczym; to znaczy na niczym pozostawiającym jakieś trwalsze ślady, bądź mającym jakąś istotną wartość: czytam, puzzluję, ogarniam codzienne czynności bytowe. Na sklejanie i malowanie figurek nie mam siły - jest za gorąco; osiągnięcie że wziąłem się za próby stworzenia imitacji słomianej strzechy do modelu chałupy - jeszcze sporo pracy nim efekt będzie zadowalający. 

Rodzina z Rzymu niedawno była w Syrenowie - po kilkuletniej nieobecności w ojczyźnie. Zgodnie z utrwalonymi włoskimi nawykami udała się na śniadanie do kawiarni (popularna sieciówka) i doznała pewnego zaskoczenia. Zaczęła liczyć i wyszło jej, że za takie samo (zwyczajne, bez żadnych ekstrawagancji) śniadanko w swojej stałej knajpce w najbogatszej dzielnicy Rzymu zapłaciłaby mniej niż wybuliła w Warszawie. Pochodziła sobie po sklepach, porozglądała się i potem rozpytywała nas "co się stało przez te parę ostatnich lat, że w Warszawie zrobiło się tak drogo?".

środa, 25 lipca 2018

843.Włoskie ceny

Taka mała refleksja odnośnie cen w rzymskich sklepach. W czasie naszych "rzymskich wakacji" zakupy robiliśmy sobie sami. Spożywka obejmowała materiał - u nas - śniadaniowo-kolacyjny, z rzadkimi daniami ciepłymi (bezmięsnymi). Prawie wszystkie zakupy robiliśmy w lokalnych sklepach sieci DOC i COOP; zlokalizowanych w bogatej dzielnicy - nie wiem czy i jaki miało to wpływ na ceny.

1. Mięso i wędliny drogie w porównaniu z polskimi. Paczkowane kosztowały w przybliżeniu 20-25 e/kg za tańszą grupę i ok. 50-55 e/kg za droższą. Wydaje mi się, że u nas ceny wędlin są zaburzone istnieniem najtańszych wyrobów wędlinopodobnych o zawartości mięsa w wyrobie rzędu 50%. Jako stały czytacz etykiet ze składem wyrobów, miałem wrażenie, że włoskie wędliny z tej tańszej kategorii nie są takim mięsopodobnym chłamem jak nasze "budżetowe".

2. Wino tanie i dobre. Tam to nie żart! Za 3-4 euro w markecie można kupując w ciemno (znaczy: losowo, albo po estetyce etykiety 😋) kupić całkiem smaczne wino; Tylko raz nie trafiliśmy i wino było "niezbyt", ale nie aż tak, żeby go nie dopić. U nas staram się unikać wina poniżej 25 złotych, w zbudowanym na doświadczeniu przekonaniu, że to zbyt prawdopodobnie będzie kwas do zlewu. Zrobiłem małe doświadczenie po powrocie i nabyłem (w celach badawczo-porównawczych rzecz jasna), lambrusco w "Małej Italii" i w Auchan. Ceny z przedziału 17-22 zł. Żadne z nich nawet nie zbliżyło się do pyszności z rzymskiego spożywczaka za 3,79 euro.

3. Lokalną odmiennością jest brak naszego chleba i naszego twarogu. Miejscowemu pieczywu bliżej do naszych bułek niż do porządnego żytniego chleba. Biały ser można próbować surogować miejscowymi odpowiednikami, ale wspólne z naszym to one mają tylko krowie pochodzenie, a smak odległy bardzo.

4. Przykładowy rachunek z jednego z naszych zakupów. Niedowiarkom służę skanem paragonu, z którego spisałem poniższe. Nie szukaliśmy najtańszych, ale i nie sięgaliśmy po najdroższe. Niestety, ale nie potrafię odtworzyć marek większości poszczególnych produktów, gdyż były lokalne, a na paragonie nie zapisane. Przelicznik z euro na złote przyjąłem, z maleńką górką: 4,35 zł/e; kiedy wyjeżdżałem kupowałem euro po 4,31.

cebula złota 500 g  - 0,99 e / 4,3 zł
pomidory obrane (w kartonie) 400 g - 0,55 e / 2,4 zł
mleko UHT 0,5 l - 0,39 e / 1,7 zł
pomidorki wiśniowe - 500 g - 1,25 e / 5,4 zł
herbata Twinings 25 toreb. - 2,79 e / 12,1 zł
Taralli (rodzaj niesłodkich obwarzanków) ok. 250-350 g. - 1,59 e / 7 zł
chleb żytni krojony (niemiecki) ok. 300-400 g - 2,25 e / 9,8 zł
cukinia  ok. 400-600 g - 0,67 e / 2,9 zł
torebka plastikowa  - 0,01 e / 0,04 zł
bakłażan ok.400 g - 0,37 e / 1,6 zł
brzoskwinie ok. 300-400 g - 0,87 e / 3,8 zł
banany bio ok. 600-800 g - 2,78 / 12,1 zł
ser żółty niemiecki w kawałku ok. 15 e/kg - 2,53 e / 11 zł
wino Asiago DOP - 3,74 e / 16,3 zł
mortadela paczka ok. 180-200 g - 4,45 e / 19,4 zł

Razem zapłaciliśmy za to 25,25 euro. 

Inne przykłady cen z innych naszych zakupów:

jogurt Activia 4x125 g - 2,92 e / 12,7 zł
twarożek ricotta ok. 200 g - 0,98 e / 4,3 zł
coca-cola zero 1 l - 1,19 e / 5,2 zł
kawa mielona Kimbo 250 g - 3,45 e / 15 zł
masło Santa Lucia 250 g - 2,59 e /  11,3 zł

5. Biorąc pod uwagę różnicę w zarobkach, ocenialiśmy żywność tego rodzaju jako stosunkowo nie drogą w porównaniu z warszawskimi cenami.

6. Marynarki, spodnie, buty męskie, zwłaszcza po przecenach - piękne kroje i ceny normalne dla kogoś przyzwyczajonego do warszawskich cen C&A i H&M; biorąc jednak pod uwagę jakość materiału i kroju, to te ceny jawią się jako atrakcyjne, a piszę o cenach z butików raczej ze środka Rzymu, nie na przedmieściach. Nic, tylko ubierać się we Włoszech. 😍