Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

środa, 31 lipca 2013

201.Doświadczenie związku

Na branżowym forum przeczytałem post pewnego 37-latka, narzekającego na samotność, odrzucenie i trudności w nawiązywaniu kontaktów. Jeden z komentujących zauważył, że tak późny debiut (w domyśle - związkowy) to kuriozum i że on wobec kogoś takiego byłby skrajnie sceptyczny, bo musi być z nim coś niehalo. Cóż, osobiście też się spotkałem z takim podejściem, kiedy pewien pan (na wstępie mailowej znajomości) napisał mi, że skoro nie byłem w związku (jemu się właśnie skończył kilkuletni), to nie mam czego u niego szukać.

Z jednej strony jest w tym pewna doza racjonalności, bo zapewne mamy do czynienia z dużą różnicą doświadczeń życiowych w tej sferze. Nasuwa się jednak refleksja - czy sam fakt bycia w związku (lub w ogóle szerzej - przejścia przez pewne zdarzenie życiowe) równa się nabyciu doświadczenia? Mam co do tego poważne wątpliwości, uważając że doświadczenie, jako pewna wiedza użyteczna do zastosowania w przyszłości, pojawia się dopiero wtedy, kiedy przeanalizowaliśmy to co nas spotkało, bądź przynajmniej przeżyliśmy to świadomie, obserwując i wnioskując, a nie bez głębszej refleksji, na dominacji automatyzmu odruchów. Spotkałem w życiu wielu ludzi żyjących w tym sensie bezmyślnie, nie wyciągających albo żadnych wniosków z tego co ich spotkało, albo zupełnie błędne (by nie powiedzieć wprost - bzdurne). Także niemało ludzi swoją głupotę nazywa doświadczeniem.

Z drugiej zaś strony aprioryczne nastawienie: nie byłeś w związku to spadaj, albo przynajmniej nie podchodź, jest niezbyt mądre, bo z góry zamyka na być może wartościową znajomość. Może się w tym kryć odmiana supermarketowego nastawienia do życia: chcę gotowy do użycia produkt, przy którym nie bedę musiał nic robić, ani się starać. Dla kogoś kto był w związku, ale ma z niego negatywne doświadczenia (dodajmy - wcale nie musi sobie zdawać sprawy z ich negatywności!), relacja z kimś nie obciążonym takim złym bagażem może mieć działanie... terapeutyczne to może za mocno powiedziane,  raczej korzystne.


poniedziałek, 29 lipca 2013

200.Wspieranie bliźnich

Z nieba leje się straszliwy żar. W mieszkaniu - jak w piecyku. Nigdzie schronienia.

Długa rozmowa z przyjaciółką na temat poszukiwania celu życia. Niezbyt wygodne jest mieć ponadprzeciętną wrażliwość, inteligencję, empatię itp. Bo widzi się i czuje się więcej niż inni - tego co korzystne i tego co mniej. Cóż, można powiedzieć, że to cena jaką się płaci za wyposażenie ponadstandardowe i pewnie to jest prawda, ale nie zmienia to faktu, że w życiu nie zawsze pomaga. Kiedy widzi się troszkę dalej niż inni, powiedzmy: nie na jeden krok naprzód, ale na trzy, to czasem bywa korzystne, chroni i pomaga, ale czasem i przeszkadza, zamyka, blokuje ruch.

Samotna matka szukajac partnera musi mieć świadomość, że odbędzie się to w jakimś stopniu kosztem jej dziecka. Najlepiej byłoby znaleźć takiego partnera, który by zaakceptował układ, w którym będzie na drugim miejscu przynajmniej do momentu, kiedy dziecko wyfrunie z gniazda na własne. I tu już pierwsza bariera: ilu jest takich facetów w średnim wieku?

Do tego świadoma swojego charakteru kobieta, mająca dobre rozeznanie w swych mocnych i słabych stronach, w swej osobowości i szerzej - psychice, umie już zakreślić granice nec minus ultra - zestaw cech którymi musi charakteryzować się partner. Nie robi tego dlatego, że ma zamiast mózgu papierową pulpę z kolorowych czasopism i ich "mądrości", ale dlatego, że rozumie przy których cechach i ich kombinacji nic dobrego i trwalszego ze związku nie wyjdzie, nawet przy dobrej woli obu stron.

Wie też, że zbudowanie związku wymaga czasu, a tego czasu na nieudane próby po 40. już nie ma. I to kolejna bariera.

Oczywiście łatwo się mówi: "Próbuj!" "Nie rezygnuj!" "Samo nie przyjdzie!" "Nie można się zniechęcać!"

Tylko kiedy słyszę takie dobre rady, to mam ambiwalentne odczucia: z jednej strony rozumiem ich racjonalność - same w sobie są słuszne,  ale z drugiej stony - paradoksalnie ich uniwersalność sprawia że nie mogą mieć zastosowania uniwersalnego. Bo są przypadki takie, że kiedy przyjrzymy się im uważnie, a nie tylko powierzchownie - jak to zwykliśmy z bliźnimi czynić, i dogłębnie zanalizujemy uwarunkowania, to dojdziemy do wniosku, że prawodpodobieństwo powodzenia należy uznać za tak małe, że trudno dalej dziarsko te wyświechtane zachęty wygłaszać.

Kiedy przyjrzymy się ludziom, którzy w taki właśnie sposób, nie neguję broń Boże iż z dobrego serca i w najlepszych intencjach, dodają innym otuchy i zachęcają do poszukiwania "drugiej połówki", to zwykle rzuca się w oczy, że tak naprawdę te ich zachęty i wsparcie dzieją się na poziomie niesłychanie płytkim i powierzchownym. Że w gruncie rzeczy pochodzą z tego samego zbioru co tak zwane mądrości ludowe, w których "Od przybytku głowa nie boli" sąsiaduje z "Co za dużo to niezdrowo".
Że w gruncie rzeczy takie dobre rady mają wartość merytoryczną komunału. Są mniej więcej tym samym, co na skargę "Jestem głodny" wygłoszenie odpowiedzi "To zjedz coś!" Samo w sobie - słuszne, rada trafna, ale w istocie rzeczy bezwartościowa, bo kto się skarży to najwyraźniej nie ma co jeść.

Co więc w istocie rzeczy takimi poradami realizujemy? Faktyczne wsparcie i podniesienie na duchu bliźniego, czy raczej poprawę własnego samopoczucia, że pomogliśmy komuś dobrą i słuszną radą, która nas nic nie kosztowała?

sobota, 27 lipca 2013

199.Dziadostwo publiczne i prywatne

Tak sobie myślę, że gdybym miał wskazać nasze główne cechy narodowe, to na jednym z pierwszych miejsc byłoby dziadostwo.

Dziadostwo, czyli robienie na pozór, nie tyle oszczędzając ile skąpiąc, nie patrząc na jakość, na solidność, na trwałość, tylko przede wszystkim – żeby w tym momencie tanio było. Dziada interesuje tylko doraźny efekt, żeby tu, teraz, w tym momencie – BYŁO. Co będzie potem, tego nie ogarnia, nie interesuje go to w tym sensie, że chce owszem żeby to trwało, ale nie chce przyjąć do wiadomości, że trwałość jest powiązana z jakością i kosztuje. Dziad chce tu i teraz wydać jak najmniej, ale też mieć. To konkretne, na którym teraz skupił swą uwagę, zwykle gubiąc z oczu cały kontekst. Jak w tym starym przekazie z XVII lub XVIII wieku, kiedy husarze podśmiewali się z plebejskiej dragonii, sadzącej się na dorównanie panom: „Zbył się dureń hajdawerów [spodni], gołym ciałem świeci, byle mieć kołnierz futrzany jak senator.”

Dziadostwo jest odmianą głupoty, jest żywieniem tandeciarstwa i promowaniem bylejakości. Rozkwitło w naszym kraju niepomiernie, silnie wspierane kulturą konsumpcyjną, akcentującą częste kupowanie, co w społeczeństwie jak nasze niezamożnym, zachęca do szukania drogi na skróty. A nasze polskie cwaniactwo znakomicie z tym koresponduje – od chińszczyzny i podróbek, aż po inwestycje infrastrukturalne realizowane wedle zasady najniższej ceny. Z tego że chińszczyzna zaraz się popsuje, a inwestcję trzeba będzie kosztownie poprawiać, albo partrzeć jak się rychło sypie, nie potrafimy wyciągać wniosków, z oślim uporem zadowolonego z siebie idioty powtarzamy te same błędy.

Serce się kraje, kiedy nasz kraj jest takim imperium dziadostwa, bylejakości. A to przecież nic innego jak jedno wielkie oszustwo, stworzyliśmy sobie świat kłamstwa i pozoru. Otoczeni nim, przestajemy go zauważać, nasiąkamy nim przestajemy go odróżniać i potępiać. Staje się częścią nas, nie tylko na poziomie naszego otoczenia, ale i na poziomie naszej świadomości, naszego życia osobistego. Relacje z innymi – znajomymi i bliskimi nasiąkają fałszem, pozorem. Zadowalamy się awatarami w miejsce prawdziwych bliskich, autentycznych więzi. Poznajemy kogoś i porzucamy go zanim zdążymy go poznać, goniąc za następnym. Skreślamy człowieka w momencie odkrycia, że utrzymanie relacji wymaga od nas jakiegokolwiek wysiłku, czy też - jesli słowo wysiłek kogoś razi - aktywności. Ma być tanio i efektownie. Koszta - jak najniższe. Jak nie są, to won i sięgamy po następne, ale - uwaga! - ma być tanio.


środa, 24 lipca 2013

198.Nie spoczniemy...?

Nie utulony w piersi żal,
bo za jedną siną dalą - druga dal...

Nie nasycony w sercu głód,
bo za jednym nocnym chłodem - drugi chłód...

Nie uleczony uśnie ból,
za pikowym czarnym królem - drugi król...

Nie pocieszony mija czas,
bo za jednym czarnym asem - drugi as...



sobota, 20 lipca 2013

197.Niezgodność

Wewnątrz wciąż mam dwadzieścia lat, Stans. Tylko kiedy spojrzę w lustro albo kiedy moje ciało nie chce zrobić co mu każę, zdaję sobie sprawę, że jestem starym człowiekiem. Nie widzę u siebie fałd tłuszczu, zmarszczek, ani siwych włosów. (...) Za każdym razem kiedy spojrzę w lustro, jestem zdumiony. Przestaję się zastanawiać, co się stało z moją powierzchownością. Kiedy miałem dwadzieścia lat, śmiałem się z takich odrażających, starych kozłów. A teraz, kiedy widzę jednego z nich we własnym lustrze, jestem przerażony, Stans. On wygląda jak umierający człowiek. Jestem w nim uwięziony i nieprzygotowany do odejścia.
Czarodziej Bomanz, "Kroniki Czarnej Kompanii" Glena Cooka

piątek, 19 lipca 2013

196.Rodzeństwo

Czas zabijany bezlitośnie przemyka niepostrzeżenie. Jakże zajmującą rozrywką potrafi być pasjans Windowsa. Ciekawe jakie będą dalsze losy Konowała i Czarnej Kompanii? Skleiłem zabawne autko: Fiata 508 Coloniale, pomalowałem podkładem i należałoby go pokryć kolorem właściwym (nieco oczojebnym piaskowym włoskim Giallo Mimetico), ale jakoś mam opory. Od dawna wolałem sklejać i budować niż malować / wykańczać. Jakoś brakuje mi wiary we własne umiejętności malarskie.


Zirytowała mnie Siostrunia wpadła z wizytą (niebezinteresowną rzecz jasna). Najpierw przez fona ględziła jakby ze slońca nie schodziła, że nie mogłem zrozumieć o co jej w końcu chodzi. 

Siostrunia
uwielbiajaca jak ktoś ją może w czymś wyręczyć

Jak jesteś na bazarze, to kup mi cukinię i bakłażana.


Ja
OK, ale te cukinie są w trzech odmianach: ciemnożółte, bladoseledynowe i ciemnozielone. Którą chcesz?


Siostrunia
z politowaniem że musi tłumaczyć jełopowi oczywistości

Zieloną kup! Bo tamte żółte to cukinie są.

kurtyna

* * *

Dobrze, że się rozłączyła, bo mi ciśnienie się podniosło. Mamy zdecydowanie zbyt różne style komunikacyjne, w szczególności przeszkadza mi to, że jako nieodrodna córka swoich rodziców nie bardzo słucha co rozmówca do niej mówi, skupiając się głównie na tym że sama chce powiedzieć.
A jakby tego było mało, to po przyjsciu do mnie błysnęła subtelnością i empatią charakterytyczną dla naszych stosunków.

Siostrunia
Może byś przyszedł z wiertarką do mnie i zawiesił mi te parę rzeczy które sobie kupiłam? Co będziesz robił? W domu siedział?

Ja
Tak.

Siostrunia
I użalał się nad sobą?

Ja
Nie.

***
Byłem grzeczny i kulturalny, choć zabolało mnie to. Tyle jest w stanie ogarnąć z mojego życia i sobie nazwać - że siedzę i się użalam nad sobą. Jak ktoś, kto mnie zna od urodzenia, wie kim jestem i tylko tyle jest w stanie zobaczyć / zrozumieć / wczuć się, to o czym ja mam z kimś takim rozmawiać? 

wtorek, 16 lipca 2013

195.Czytanie urlopowe

Nastrój trochę się poprawił. Czuję, że tradycyjny dołek pozakończenioworoczny dobiegł końca. Ciekawa sprawa, że kilka osób belferskiej profesji, które znam osobiście lub ze słyszenia ma dokładnie taką samą reakcję na rozpoczęcie urlopu. Jednej z nich psychiatra po wysłuchaniu objawów zadała pytanie o zawód. Usłyszawszy, że belfer machnęła ręką jak na truizm i odparła, że to bardzo częsta u nauczycieli reakcja na zakończenie roku.

Obciążenie psychiczne w tym zawodzie jest tak wielkie, że co wrażliwsze osoby, mocno angażujące się w pracę - a więc w ludzkie problemy na które niewiele może poradzić, po zakończeniu zajęć wpada w lżejszy lub cięższy stan depresyjny. Wychowawcy mają tu jeszcze bardziej prze...tegotamtowane.
Poprawa nastroju oznacza, że mogę sobie czytać i w tym celu obkupiłem się trochę. Właśnie skończyłem książkę o fortyfikacjach w Europie w II w. św. a teraz poczytuję pierwszą część cyklu Glena Cooka o dziejach Czarnej Kompanii. Ten dość długachny cykl fantasy skusił mnie swą długością właśnie - pierwsza z czterech (a może trzech...?) części ma ponad 900 stron, co oznacza ważną zaletę - nieprędko się skończy. Lubię długie cykle, a w pewnym sensie nie lubię opowiadań. Zastanawiałem się kiedyś dlaczego i doszedłem do wniosku, że może to mieć podłoże eskapistyczne - lubię długo pozostać w świecie jakoś bardziej interesującym niz realny, odwrócić na dłużej swą uwagę od smutków i deficytów życia codziennego. Opowiadania są dla mnie zbyt krótkie, i myślę, że nie tyle ich nie lubię, bo to chyba nietrafne określenie, nieoddające istoty rzeczy, ile są one dla mnie po prostu nieinteresujące.  Mam tu zupełnie inaczej niż moja przyjaciółka, która z kolei skłonności eskapistycznych jest zupełnie pozbawiona, za to w literaturze szuka emocji i fantasy ale także powieści realistyczne w całości są dla niej kompletnie nieinteresujące, za to przepada za opowiadaniami, bo tam znajduje odpowiednią koncentrację emocji, wynikającą z krótkiej formy utworu.


niedziela, 14 lipca 2013

194.Żeby nie liczył na zbyt wiele

Niekiedy mamy ochotę na przeniesienie kontaktu ze świata wirtualnego do realnego i spotkanie z kimś kogo znamy np. z forum. Zauważyłem, że nieraz pojawia się rodzaj zaniepokojenia, względnie obawy, że druga strona może sobie coś więcej obiecywać po tym spotkaniu niż my. Bo kiedy umawiamy się na randkę to sprawa jasna i reguły, a więc i oczekiwania są mniej więcej znane z góry.

Ale spotkanie niezdefiniowane, z mgliście zarysowanym celem (np. Może byś do nas [w sensie miasta] przyjechał w przyszłym miesiącu?), u niektórych budzi niepokój. Czy aby druga strona nie zacznie sobie czegoś wyobrażać, na coś się nastawiać, liczyć na znacznie więcej niż my mamy ochotę jej zaoferować. No bo przecież jak się spotyka dwóch gejów, to wiadomo o co chodzi - o seks, panie, o seks! A jak jedna strona nie ma na to ochoty, a tylko na spotkanie towarzyskie, to jakoś dziwnym i podejrzanym się wydaje. I tu zaczynają się niekiedy dziwaczne manewry: jak by tu zawczasu dać do zrozumienia, gdzie jest granica, żeby druga strona sobie za dużo nie wyobraziła; przypominają one drapanie się w lewy półdupek przez prawe ramię.  Zamiast wybrać rozwiązanie najprostsze i najuczciwsze, czyli jasno określić cel a co za tym idzie i granice spotkania, niektórym, w coraz bardziej niespokojnym (by nie powiedzieć - z pogranicza paniki), myśleniu przychodzą do głowy pomysły dość nieszczęśliwe, które mogą dać odwrotny wręcz efekt - zamiast uniknięcia przyszłego rozczarowania lub nawet zranienia drugiej osoby, następuje jego przyśpieszenie i zaistnienie jeszcze przed spotkaniem. 

Formę to przybiera doprawdy różną. Od jakichś dziwacznych łamańców językowych, budzących wątpliwości co do równowagi emocjonalnej i ojczystości języka polskiego piszącego, aż po pozycjonowanie drugiej strony, zwłaszcza w kontekście wieku - zwracanie się per dziecko, synu, albo wujaszku, tatku, dziadek itp. Daje to efekt odpychający i trzeba sporej dozy tolerancji, żeby nie zareagować na to nieprzyjemnie lub nawet ucinająco. Druga zaś strona wówczas ma poczucie krzywdy, że przecież wyszła z inicjatywą spotkania, więc jakoś wyciągnęła rękę, okazała życzliwe uczucia, a tu taka niewdzięczność. Stąd niektórym już niedaleko do uznania, że druga osoba to czubek i dziwak, od którego lepiej trzymać się z daleka i w sumie bardzo dobrze, że tak to się skończyło wcześnie, bo gdyby doszło do spotkania, to w ogóle nie wiadomo jakby ten dziwoląg się zachowywał i w ogóle!

Istotne zastrzeżenie powyższa notka nie jest żadną aluzją do któregokolwiek z komentatorów mojego bloga.

piątek, 12 lipca 2013

193.Ilu gejów...?

Jaki jest odsetek gejów wyoutowanych przynajmniej przed jakąś grupą ze swego otoczenia (bliska rodzina, dalsza rodzina, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi itp.)?

Jaki jest odsetek gejów sparowanych związkowo zgodnie z orientacją (chodzi o trwalsze więzi, pomijam więc układy w rodzaju fuck-friends czy kilkutygodniowe zauroczenia itp.)?

Jaki odsetek gejów to ci, którzy nie wyoutowali się nawet przed samymi sobą?

Jaki jest odsetek gejów żyjących w faktycznym celibacie?


Jakoś tak mnie naszły te pytania po lekturze wywiadu z Jakubem Janiszewskim i komentarza doń Mariusza Kurca.

środa, 10 lipca 2013

192.Pokrzepiająco...

Dla poprawy nastroju po wczorajszym poście może coś lżejszego.

Wywiad z Wojciechem Tochmanem o abpie Hoserze i masakrze w Rwandzie (i ostatnie doniesienia nt. afery z ks. Lemańskim). Cóż za odpychający przykład hipokryty w sutannie. To irytujące, a jakże częste u naszych księży, łączenie tonu moralnej wyższości i pouczania "z wyżyn" z wybielaniem lub ukrywaniem własnych, mało dekalogowych poczynań. I jeszcze w historycznym tle żenująco milczący Jan Paweł II, który nawet  ani pisnął w trakcie masakr jakimś apelem by przerwano to ludobójstwo, choć należało się oczekiwać od "Santo subito" stanowczego potępienia morderców i żądania od katolików natychmiastowego zaprzestania tych zbrodni i przeciwstawienia się im. 

Wywiad z Włodzimierzem Cimoszewiczem w Wyborczej. Przenikliwy facet. Trzeźwo ocenia naszą scenę polityczną oraz nasze państwo i nie jest to ocena optymistyczna. 
O PIS-ie: Ten wizerunek silnej wodzowskiej formacji, która weźmie za twarz komunę i liberałów, skubnie bogatych i da po twarzy Niemcom i Ruskim, niosąc jednocześnie wysoko krzyż święty, jest atrakcyjny dla sporej części społeczeństwa. To jest idea i wizja złowroga, katastrofalna dla Polski, niosąca krzywdę wielu ludziom. Ale w czasach spowolnienia gospodarczego daje się to sprzedawać dość dobrze
Niestety, sądzę że nasi politycy pokazują tak naprawdę nasze społeczeństwo. Sami się nie zmienią, bo są tylko produktami systemu - społeczeństwa i jego kultury politycznej. A to oznacza, że czarno widzę naszą przyszłość, bo nie wiem skąd miałyby wyjść impulsy do zmian. Zaniechanie istotnych reform i robienie cnoty z biernego trwania, kiedy świat się szybko zmienia a my musimy nadrabiać wieloletnie zapóźnienia, to zbrodnia narodowa. Ale ciemny lud tego nie widzi bądź nie reaguje.

wtorek, 9 lipca 2013

191.Ex vino veritas

Drugi tydzień urlopu rozpoczęty. W zasadzie - prawie drugi, bo w pierwszym tygodniu jeszcze pierwsze parę dni spędziłem w pracy. Ale! przymknąć można oko na tę nieścisłość, bo jak na moje standardy, to wybyłem z pracy wyjątkowo szybko, gdyż w ubiegłych latach zwykle wolne miałem dopiero między 12. a 15. lipca.
Nastrój - średni. Znaczy to, że nie sięgam dna, jak którychś wakacji przed kilku laty, kiedy chyba większosć czasu spędziłem w zaciemnionym mieszkaniu, godzinami grając na kompie, wychodząc tylko po zakupy, żeby mieć co jeść i licząc nerwowo dni do rozpoczęcia roku. Choć muszę zastrzec, że łóżko było wtedy starannie posłane, a ja wymyty i ogolony. Więc na totalną deprechę to się, uważam, nie łapało. O szczęśliwym życiu, po prawdzie, jednak też nie świadczyło.
Poczucia szczęścia nie mam i teraz. Łapię się na tym, że kiedy widzę jakichś młodych *) chłopaków, zwłaszcza w parze, to mi nastrój siada. Jakby ten ukryty szyderca w mojej głowie piał z radości: Popatrz, popatrz! Jak oni ładnie wyglądają! Jakie mają możliwości ułożenia sobie życia! A ty co? Ucho od śledzia!
Rozsądek podpowiada, że trzeba się pogodzić z rzeczywistością - jestem, byłem i pozostanę samotnym. Nikt na takie cudo malinowe jak ja nie poleciał i nie poleci**), więc należałoby się jakoś z tym uładzić, zaakceptować i ułożyć sobie wedle tego dalsze życie, które może potrwać, niestety, nawet jeszcze kilkadziesiąt lat, pozostając w nadziei, że z czasem tęsknota za miłością, bliskością i czułością będzie słabnąć i blaknąć, aż z czasem stanie się bladą mgiełką jak pamięć o całym życiu zdemenciałego staruszka przycupniętego na łóżku w domu opieki.
Pytanie tylko, drobne może, ale na które wciąż odpowiedzi nie znajduję: JAK to sobie ułożyć? Jak zdusić emocje, pragnienia, fundamentalne, najważniejsze dla człowieczego bytu? Dlaczego "zdusić"? Bo skoro zaspokoić ich nie można / nie udaje się to cóż pozostanie? Tak, wiem - to retoryczne pytania. Na nie każdy sam musi sobie odpowiedzieć. Irytuje mnie, że wciąż odpowiedzi nie znajduję - a tyle tego pierdolenia ludzi dookoła, jaki to ja jestem mądry.
A czas płynie. Być starym, samotnym gejem to kiepski status. Szczęśliwym wybrańcem losu ***) kto sobie z nim poradził.
________________________________________
*) to znaczy: wyraźnie młodszych ode mnie, ale nie mówię tu o nastolatkach, bo oni są - z całym szacunkiem - dla mnie aseksualni. To takie objaśnienie dla tych, którym się myli gej z pedofilem. >:-(
**)   a jak poleci to niestety prawdopodobnie będzie taki specjał, że najrozsądniejszą reakcją będzie zmasowany ogień zaporowy. ;-)
***) lub beneficjentem łaski boskiej.

sobota, 6 lipca 2013

190.Z rodzinnych pogawędek

Pogawędki rodzinno-jubileuszowe.

Latorośl 
Dziadku, jest cola?

Nestor rodu
Nie pij tego, to trucizna.

Syn marnotrawny
Tato, ale ty wiesz że Bierut już umarł?

* * *

Córka szalona
Tato, ale może byś dał się jednak przekonać do kupna odpowiednich butów, skoro tak cię nogi bolą?

Nestor rodu
Córeńko, kochanie, Tatusiowi już nic nie potrzeba. To co mam to mi do śmierci wystarczy. Nic nie będę kupował. Szkoda pieniedzy, a ja to już przecież pewnie Gwiazdki nie dożyję.

Syn marnotrawny
O ile pamiętam, to od kilkudziesięciu lat nie dożywasz kolejnych Gwiazdek.

Nestor rodu
A co ty uważasz?! Ja jestem chory człowiek! To cud od Boga, że jeszcze żyję.
kilka oddechów później
Bardzo ładne masz buty. Zgrabne takie. I gatunkowo dobre. Gdzie kupiłeś? Dasz przymierzyć?



piątek, 5 lipca 2013

189.Czego pragniemy, co dostajemy

Господи, дай же Ты каждому, чего у него нет

                                                     Bułat Szałwowicz Okudżawa "Modlitwa"


Coś sobie w życiu planujemy, o czymś marzymy, czegoś pragniemy, a dostajemy z tego różnie.

Dziewczyna pragnęła posiadać liczną rodzinę: kochającego męża i wiele dzieci, którymi mogłaby się zajmować. Nie miała jakiejś specjalnej potrzeby pójścia do pracy - jej ideałem było zajmowanie się domem i rodziną, trochę w takim tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym klimacie. Dziś nie ma  już (na szczęście!) męża, z nikim też się w końcu nie związała, ma tylko jedno dziecko, które świetnie wychowuje. Musi pracować, ale nauczycielska pensja z dużym trudnem wystarcza na ich dwoje, więc każdego końca miesiąca ratuje się małym zadłużeniem na karcie. Jest świetną nauczycielką i wychowawczynią.
Z boku patrząc ludzie uważają, że świetnie sobie radzi: znakomita zawodowo, wzorowy kontakt z dzieckiem (nastolatką), wygląda na 15 lat mniej niż ma - no sukces! Narzekać?! Na mózg chyba jej padło - ile kobiet w Polsce by marzyło o tym?!
Ale ona sama ma poczucie, że nie spełniły się jej marzenia, że dostała od życia/Boga nie to co chciała. Że ona tylko wie, jak wielkim wysiłkiem okupuje świetną sylwetkę. Że nie ma żadnej stabilizacji życiowej, żadnego oparcia (nie tylko finansowego), żyje z miesiąca na miesiąc. I co - sukces czy nie? Czy sukcesy przewyższają deficyty? Kto ma prawo wyrokować?

Chłopak marzył o normalnej rodzinie, w której ludzie są sobie bliscy, odnoszą się do siebie z szacunkiem, są sobie życzliwi i otwarci, którzy się nawzajem wspierają. O domu, który byłby domem ich wszystkich, a nie tylko głowy rodziny.
Kiedy dorósł zdał sobie sprawę z tego, że jego inność przekreśla te marzenia. Próby ich realizacji w choćby okrojonej wersji spełzły na niczym.
Ma dom, własny, ale pusty. Z nikim się nie związał. Stare znajomości pogasły, nowych nie przybyło. Ma stałą pracę - z dziećmi, ale cudzymi. Jest w niej niezły, ale pochłania ona całą jego energię. Regularna pensja, ale na żadne ekstra forszusa poza bieżącymi wydatkami, nie pozwalająca. Żadnych ciężkich ani poważnych chorób. Mieszka w największym mieście, dającym rozliczne udogodnienia i obojętną anonimowość.
Dla wielu ludzi - sukces, a przynajmniej powodzenie życiowe. "Wielu w Polsce marzyłoby o tym, że mieć to co ty!". Pewnie tak - wielu...  I co - sukces czy nie? Czy sukcesy przewyższają deficyty? Kto ma prawo wyrokować? Ma się czuć szczęśliwy? Czy może - jeśli się czuje nieszczęśliwy to ma przewrócone w głowie i nie docenia co ma? 


wtorek, 2 lipca 2013

188.Sójka marsjańska

Dokumentacja w pracy oddana i rozliczona. Dobry uczynek uczyniony (pomoc koleżance w wypełnianiu papierzysk). Przyjemne zdarzenie zaszłe (przyszły zamówione modele). Drewniana skrzyneczka na środki do konserwacji obuwia wreszcie ślicznie polakierowana. Hosanna! Radujmy się urlopem!...
Powinno tak brzmieć.
A mnie troszkę brzmi,
a troszkę tak mniej...

Rozmaite, dość powiedzmy sobie - rozpaczliwe, plany zajęcia się czymś na urlopie zostaną poddane bezlitosnej konfrontacji z rzeczywistością. Jak z niej wyjdą - zobaczymy. Doświadczenie podpowiada największą ich słabość - okazują się być jakoś tak zupełnie nieadekwatne do pragnień, które mają zagłuszyć.
Ostatnio pewną frajdę znajduję w kleceniu limeryków, jako komentarza do różnych zdarzeń. Dobre i to. 
Chodzi mi trochę po głowie (jak co roku) pomysł zrobienia sobie jakiejś jednodniowej wycieczki do miasta, w którym nie byłem. Zważywszy na moją aktywność - wybór mam imponująco rozległy. Szkoda tylko, że słyszę już znajomy szyderczy rechot w głebi umysłu: "Wyjazd? Ty? Buehehehe! Do Pacanowa! Albo na Marsa - równie prawdopodobne! Przecież ty i tak nigdzie się nie ruszysz przez cały urlop." Warto by dać za takie gadanie skurwysynowi w mordę, ale niestety muszę przyznać, że drań dobrze mnie zna, więc troszkę głupio. :-(