Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

niedziela, 30 czerwca 2013

187.O życiu towarzyskim

Pierwszy od dawna weekend, w który nie muszę ślęczeć nad sprawdzaniem prac. Wciąż jak zmora wisi nade mną napisanie sprawozdania częściowego z awansu zawodowego. A ten cały awans budzi moje najgłębsze obrzydzenie - biurokratyczna papierologia nie majaca nic wspólnego z sensem i wartością mojej pracy. Czuję się jakbym się niemal prostytuował dla tych 200 czy 250 złotych podwyżki pensji.

Napisał do mnie pewien chłopak (facet) z tęczowego forum, z chęcią spotkania w nieodległym czasie, kiedy będzie z krótką wizytą w moim mieście. Odmówiłem mu podając prawdziwe zresztą powody, całkiem szczerze wyłożone. I tak sobie nad tym myślę, a właściwie raczej nad sobą w tym całym kontekście. Chłopak błyskotliwy, inteligentny, atrakcyjny, z podobnym do mojego poczuciem humoru, gdyby napisał rok temu - byłbym zachwycony mogąc go spotkać osobiście, w realu (bo o nic więcej tu nie chodzi, o żadnej randce nie ma mowy). Ale dziś nie mam ochoty, bądź siły. Z jednej strony trochę mi tego szkoda, ale tak na zasadzie refleksji pojawiającej się na temat minionej i zamkniętej już przeszłości - kiedy myślimy o czymś że się stało już i nie odstanie. A z drugiej - nie widzę sensu jakichkolwiek spotkań towarzyskich. Nie potrafię dostrzec korzyści, atrakcji, przydatności (któreś wybrać, resztę skreślić) ze spotykania się z innymi ludźmi, a raczej przewagi tych zysków nad kosztami. Widzę w tym raczej duży potencjał na przykre odczucia - stykanie się z ludźmi, którzy sobie jako tako radzą, wiodą mniej lub bardziej udane życie działa na mnie deprymująco. Chyba odbieram ich podświadomie jako swoiste wytknięcie mojej nieporadności, względnie niezaradności życiowej. Przypuszczam, że mogę w nich widzieć podświadomie kogoś kto sobie poradził z tym, z czym ja sobie nie poradziłem. Być może to po prostu zazdrość, ale na szczęście zupełnie pozbawiona zawiści. Dzięki Bogu jestem pozbawiony w znacznym stopniu *) tego uczucia, nie mam życzeń żeby komuś ubyło, raczej patrzę z podziwem i taką smutną radością, że mu się udało.  

Mógłbym zmusić się do takich spotkań, może nawet wydało im się, że się dobrze bawię, że jestem w dobrej formie, ale w istocie, już parę minut po rozejściu się, opadłoby mnie uczucie przygnębienia. Zetknięcie się ze szczęśliwszymi ludźmi nie przysparza mi poczucia szczęścia, lecz dotkliwie przypomina mi o jego deficycie.

W zeszłym roku kiedy pewien blogowicz jechał do stolicy pierś pod prezydenckie spelndory wypinać, miałem odruch żeby spróbować się z nim spotkać. Termin był niedogodny, bo wypadał w czasie pracy, stąd impulsem pchnięty w dyrdy leciałem przez pół miasta na dworzec, żeby choć przed odjazdem pociągu go zobaczyć osobiście i parę słów zamienić. Złośliwość losu (i Alzheimer pewnie) sprawiła, że pomyliłem perony i czcigodnej Znakomitości ;-) nie spotkałem. Kiedy tego roku znowu się w podróż wybrał, nader łatwo przyszło mi z pomysłu szukania spotkania zrezygnować. To że miałem akurat wtedy kupę roboty było powodem, ale na pewno nie jedynym. Coś we mnie zgasło. Chyba znów zagościło (czy jak kto woli - to ja przyjąłem) poczucie, że lepiej niczego od życia nie oczekiwać, bo przynajmniej rozczarowania większego się uniknie. Tego czego mi do szczęścia brak, w zwykłych spotkaniach towarzyskich z ludźmi nie znajdę.

Jakby to brzmiało w Songu o Salomonie?

Nadzieja także zgubna może być.
Szczęśliwy kto uniknął jej!
_____________________________________
*) gdybym napisał bez tego zastrzeżenia, zabrzmiałoby to dla mnie jak przejaw pychy - nemo iudex idoneus in propria causa.

piątek, 28 czerwca 2013

186.Łupy zakończenia roku

Z niesmakiem przeczytałem na którymś portalu "sensacyjne" doniesienia jakie to prezenty koszą nauczyciele na koniec roku: biżuteria, perfumy, karnety do spa i inne atrakcje po kilkaset złotych. Z niesmakiem, że są w naszym zawodzie ludzie którzy takie prezenty przyjmują. To że są dawcy mnie nie dziwi - mam niejakie wyobrażenie na temat naszego społeczeństwa, a szkoła jednak masową jest. Ale i niesmak, może nawet obrzydzenie budzą we mnie pożal się Boże dziennikarze, którzy z niezrównanym wyczuciem upodobań części społeczeństwa poszukują i rozdmuchują "sensacje", aby napędzić sprzedaż swych mediów. Incydentalne, jak sądzę, przypadki przedstawiają jako niemal dominantę, a pod maglem urodzona publika łyka to z zadowoleniem prostaka jak tuczny gąsior gałki. Część z tych dziennikarzy chyba nie chce przyjąć do wiadomości lub godzi się na to, że te opowieści jakie to prezenty dostają nauczyciele są także szczuciem ludzi na siebie. W społeczeństwie, w którym ludzie nie ufają sobie tak bardzo jak w polskim - to zbrodnia.

Ja deklaruję i przypominam jasno w swojej (wychowawczej) klasie, żeby mi nie dawali prezentów, zwłaszcza materialnych. Samo szczere "dziękuję" wystarczy. Niektórzy wyłamują się z tego - trudno, widać to dla nich ważne, nie robię scen. Na przestrzeni ostatnich kilku lat niemal zanikł u nas zwyczaj przychodzenia "z kwiatkiem" do nauczyciela nie-wychowawcy. Tylko nieliczni mają delegacje i jednostki  z innych niż własna klas. Do mnie przyszli z pożegnaniem, kwiatkiem i pudełkiem, jak sądzę słodyczy, tylko z drugiej klasy wychowawczej (jestem w niej II wychowawcą), moi się ze mną nie żegnali/nie dziękowali.
Policzyłem "łupy" z tegorocznego zakończenia roku:
  1. pudełko niezidentyfikowanych słodyczy (zapomniałem zabrać z roboty), na oko wygląda jak coś w rodzaju białych kulek Ferrero Rocher, względnie trufli Mieszko (?),
  2. ptasie mleczko Wedla 390 g,
  3. bonbonierka "Merci" 250 g,
  4. bonbonierka Vobro 209 g,
  5. paczka kawy "Douwe Egberts" 250 g,
  6. 2 kwiatki marki niezidentyfikowanej.
Nakosiłem się, nie?

Choć gwoli uczciwości muszę przyznać, że niektóre koleżanki i koledzy bakszyszu dostali znacznie więcej.

Dzieci poszły, a przede mną jeszcze rada, jakieś nikomu nie przydatne sprawozdania i powitanie z dołkiem urlopowym.

czwartek, 27 czerwca 2013

185.Wiara w pamięć

Cały dzień w pracy przypłaciłem po powrocie do domu okropnym samopoczuciem. Głowa bolała jak cholera, mdłości, a na dodatek czułem się ogólnie jakbym miał się rozpaść. Siedzieć źle, leżeć źle, stać źle - koszmar. A trzeba było jeszcze popracować, żeby przygotować na jutro materiały do poprawek. Właśnie dopiero teraz je skończyłem. Końska dawka środka przeciwbólowego zadziałała dopiero po paru godzinach. A niby nic takiego w pracy: uzupełnianie statystyk w dzienniku, pisanie dedykacji w nagrodach, gonienie za koleżankami, żeby były uprzejme uzupełnić zaległości w dokumentacji i rada nasza koncertowa na deser.
Dyrekcja mnie rozbawiła niemal do łez - autentycznie. Poziom jej nieświadomości siebie jest naprawdę zadziwiający. Człowiek, który ma wyłącznie pamięć krótkotrwałą i to na jednym slocie, jest przekonany że jest ona pamięcią długotrwałą. Jest głęboko przekonana, że obecna wersja jest wersją odwieczną, choć w rzeczywistości może być wersją nawet fafnastą, i z oburzeniem reaguje na sugestie w tym kierunku. Stąd za całkowicie uzasadnione uważam swoje rozbawienie, kiedy usłyszałem jej gromką deklarację ucinającą jakąś dyskusję: "Ja to pamiętam doskonale!"


wtorek, 25 czerwca 2013

184.Dziadostwo

Krótka wycieczka z klasą, potem z powrotem do szkółki - nurkować w papiery. Naiwnie sądziłem, że się uwinę w miarę szybko i gdzieś może koło drugiej już wyjdę. Bezpodstawnie liczyłem, że będę mógł kupić nagrody na konkurs, bo podejrzewałem że to co kupi biblioteka, względnie zaangażowane koleżanki, to jak zwykle będzie nędza, z której nie idzie wybrać. Niestety, posiedziałem do czwartej i byłem tak wypompowany, że z zakupów nici. Tyle chociaż, że w domu zrobiłem dyplomy dla uczestników konkursu (ozdobny papier kupiłem juz wcześniej).
Nagroda powinna być efektowna i pożyteczna. Kiedy honorujemy ucznia za jakieś całoroczne dokonania, to należy to zrobić w taki sposób, by było to faktycznie jakoś uroczyste, jakoś pozytywnie wyróżniające. Młodych ludzi trzeba tego uczyć, także poprzez odpowiedni dobór przedmiotów na nagrody. Nie chodzi tu o cenę, ale o inteligentny i przemyślany wybór, oparty na poczuciu smaku, estetyki i klasy. Tymczasem jak przebieram w zakupionych nagrodach, to dominującym uczuciem jest zażenowanie i irytacja. 
Zażenowanie, że na nagrody wybrano książeczki w nędznym standardzie edytorskim, spełniającym wszelkie normy literatury wagonowej, którą kupuje się na dworcu i zostawia po przeczytaniu w pociągu bo nie warto jej brać ze sobą do domu. Zażenowanie, że tematyka książki a także jej czysto wizualne wrażenie, są zwykle zupełnie oderwane od obdarowywanych. Dobór sprawia wrażenie kompletnie przypadkowego, bez żadnej głębszej myśli, jakby zgarniano co popadnie, względnie - aby tanio. W dodatku mam nieustające od lat wrażenie, że na tych zakupach ciąży jednak wyrafinowanie kulturalno-społeczne i sytuacja (faza) życiowa autorek zakupu.
Irytuje mnie i odpycha dziadostwo. A dziadostwo, to kierowanie się niemal wyłącznie ceną i kupowanie byle co, byle dużo i tanio, to tandeciarstwo. Stan majątkowy nie ma tu nic do rzeczy, to stan umysłu. Jest takie stare powiedzenie, przypisywane niekiedy Anglikom: nie stać mnie na kupowanie tandety. A u nas dziadoszczyzna króluje. Zamiast zrobić coś przyzwoicie i porządnie, robi się dla odfajkowania - że też to mamy. I jakoś tak się dziwnie składa, że inne szkoły, przy takim samym budżecie są lepiej i użyteczniej wyposażone, a tylko u nas się jęczy, jacy to my nędzarze i jak to na nic nie mamy pieniędzy. Bo to jest właśnie efekt mentalności dziada - marnuje pieniądze na barachło, a na porządne i trwałe rzeczy, które by długo posłużyły - skąpi.

W rezultacie część nagród kupuję z własnej kieszeni, bo wstyd mi dawać to barachło lub dziwolągi swoim uczniom. Staram się dobierać książkę pod kątem obdarowanego, na ile jestem w stanie to sobie wyobrazić. Ostatecznie mam dodatek za wychowawstwo, to mogę go poświęcić na taki cel (tym bardziej, że przy Vermisiu to ja za krezusa mogę robić: całe 150 zł. brutto! chyba...). Poza tym na koniec roku moje cholery dostaną ode mnie czekoladowe cukierki. Takie drobiazgi też się składają na pracę wychowawczą.


poniedziałek, 24 czerwca 2013

183.Król hamowany

10 godzin ciurkiem w pracy. Szczęście, że bólem głowy tego nie uwieńczyłem. A poziom głupoty i niekompetencji wzbijał się dziś na nasze najlepsze pułapy. Bałagan.  
Mówcy biorący swoje popierdalanie za krasomówstwo i zachwycone koleżanki biorące to za intelektualną oryginalność i elokwencję.
Bezmyślne powtarzanie schematów dawno przestarzałych, niepotrzebnych i nieprzystających do zmienionych okoliczności i tępy, ośli opór przed dopuszczeniem do siebie dowodów na to. Fałszowanie rzeczywistości w trybie wiary w kreowaną przez siebie fikcję. Hipokryzja.
Irytujące odkrycie we własnym dzienniku, ilu ludziom nie chce się należycie prowadzić dokumentacji, a kiedy im się podtyka gotową listę braków, to zamiast przeprosić z poczuciem wdzięczności, że nie muszą ich sami szukać, potrafią jeszcze ofuknąć. Szkoda że kindersztuba hamuje przed opieprzeniem bezczelnego wdupiemamca z góry na dół. 
Wciąż zadziwiające mnie odkrywanie, że na tle reszty chyba naprawdę jestem bardzo kompetentny, świetnie zorganizowany i zdolny. Ale to ostatnie, to musi jednak być pomyłka lub złudzenie - w królestwie ślepców jednooki królem.

niedziela, 23 czerwca 2013

182.Mądrość życiowa

Zaraz po minięciu porannej ulewy podreptalem do rodziców, złożyć życzenia z okazji Dnia Ojca. Już myślałem, że wszystko spokojnie minie, kiedy się rodzicielom zebrało pokłapać na Siostrunię. Moje tłumaczenia, że patrzą na jej decyzje życiowe z niewłaściwej perspektywy - bo z własnej, zupełnie przy tym ignorując jej perspektywę, dezawuując przy tym jej racje, nie docierały. Trochę mnie to zirytowało i wskazałem, że w dużym stopniu jej działania są konsekwencją takiego, a nie innego wychowania jakie nam zafundowali. Na szczęście hamowałem się i szybko skończyłem ten wątek. 

Jedno ma doświadczenie biedy i bezrobocia Wielkiego Kryzysu, przeżytego w niskiej warstwie społecznej, drugie - trzech okupacji i tragedii rodzinnych. Trudno im pojąć, że ich córka, urodzona ileś lat po wojnie, może na pewne rzeczy patrzeć inaczej i że w gruncie rzeczy podejmuje decyzje dobre dla siebie. Nie mieści im się w głowie, że można zrezygnować z pracy, która człowieka wyczerpuje psychicznie i którą odbiera jako torturę. Na to mają swój ulubiony, uniwersalny odwieczny argument: Ludzie też tak mają i żyją i pracy nie rzucają. Więc zamiast dziecko wesprzeć, lepiej latać po wszystkich i pomstować na nie. Ale oni nikogo na nikogo nie napuszczają! Cóż za oburzająca insynuacja.

Emocje, lęki, niepewności, frustracje ich dzieci były zawsze dla nich czymś niepojmowalnym, nieuświadamianym sobie. Głęboko zatrzasnęli się na przekonaniu (chyba nawet nieuświadomionym), że jeśli nikt do ciebie nie strzela, bomby na głowę ci się nie sypią, masz co jeść i co na grzbiet włożyć, to znaczy że masz wszystko co ci potrzeba i masz szczęśliwe dzieciństwo. Jeśli uważasz inaczej, to są to godne potępienia fanaberie i idiotyzmy. Ileż razy słyszałem to nieśmiertelne "Ty masz wszystko! Gdyby inni mieli tyle co ty, to by to doceniali, że rodzice im stworzyli wspaniałe warunki. Ale ty nie masz wyczucia ani wdzięczności. Wy wszyscy nie macie. Wam choćby miodem dupę smarować, to i tak tego nie docenicie!"

W tramwaju ułożył mi się limeryk. Drugi w życiu. Byłem przekonany, że nigdy mi się tak trudna sztuka jak ułożenie limeryku nie uda. A jednak coś tam się okolicznościowo skleciło.

Groźne życie wiedź skromne,
Do ludzi - nieufne, przed władzą pokorne.
Mądrych rodziców słuchaj
Z ich doświadczeń nauka!
Tylko dzieci życiowo skądś ułomne.


sobota, 22 czerwca 2013

181.Znaczenie pustej rubryczki

Wszystkie oceny wystawione. Sprawozdania w większości napisane i oddane. Jeszcze trzeba przygotować raport z klasyfikacji na radę i sprawozdanie z awansu. No i brać się za świadectwa, arkusze, dyplomy, nagrody i zwłaszcza najważniejsze! To, co jest samą esencją pracy wychowawcy, co daje wicedyrektorowi możliwość rozwinięcia skrzydeł działalności i olśnienia plebsu swą skrupulatnością, sokolim okiem i niezrównanym zmysłem detektywistycznym - UZUPEŁNIENIE DZIENNIKA!!! [fanfary]

Oooo, biada, ach biada, wychowawcy, który pomyślałby sobie w swym ptasim, belferskim móżdżku, że mógłby opuścić święty przybytek edukacji, nie rozliczywszy się należycie z dziennika. Musi najpierw odczekać swoje w kolejce umówiwszy się na "zdawanie dokumentacji", po czym z pokorną miną zasiada na petenckim krzesełku przed biurkiem wicedyrekcji. Wicedyrekcja, zbrojna w czerwony długopis zaczyna kartkować dziennik czujnie wypatrując dowodów zbrodni zaniechania - pustych kratek. Gdy takową znajdzie natychmiast czujna czerwień przelewa się z rurki na płaszczyznę dobitnym ptaszkiem wskazując gdzie wychowawca dopuścił się występku - nie uzupełnił dziennika! [okrzyki przerażenia] To że występek ten dzieli z nauczycielem, któremu się akurat coś tam nie uzupełniło, nie ma większego znaczenia - razem one występki składają się na zbrodnię, której to dzielna wicedyrekcja, jako ta niecienka szarobura linia, staje na drodze zmuszając do zawrócenia i oddalenia się w niesławie.

Wychowawca może uczniami pomiatać, obrażać ich, wydzierać się na nich przez cały rok boży i z błogosławieństwem dyrekcji głoszącej go jako najlepszego nauczyciela w szkole, udać się na wakacje, jeśli tylko wszystko w dzienniku ma uzupełnione.

A inny wychowawca, który zrobił świetną robotę wychowawczą ogarniając klasę, tworząc z niej zgrany, sprawny zespół, gasząc Bóg wie ile pożarów, udzielając dzieciakom rozlicznej pomocy - napiętnowanym zostanie, z urlopu zawróconym i w ogóle! jeśli gdzieś jakaś rubryczka będzie niewypełniona.

Bo o to, drodzy czytelnicy, tak naprawdę chodzi - żeby wszystkie krateczki były zapełnione! Nie ważne czym. Ma nie być pusto. Coś jest napisane - dobrze. Pusto - źle. O! i tak to się kręci. 

Jeśli planujesz, drogi  czytelniku, zostać dyrektorem szkoły - zapamiętaj tę cenną poradę gwarantującą drugą, trzecią i fafnastą kadencję dyrektora polskiej szkoły XXI wieku - chodzi tylko o to, żeby rubryczki się zgadzały, reszta to dyrdymały nieistotne.


wtorek, 18 czerwca 2013

180.Banszi

Prawie wszystkie oceny już wystawione. Czuję zmęczenie. Jeszcze dwa tygodnie. A potem tradycyjnie - chomik wyleci na pysk z wirującego bębenka i rozplaśnięty będzie próbował odnaleźć się w nowej urlopowej rzeczywistości.

Scenka rodzajowa.

Nauczyciel i wychowawca przed lekcją.

Wychowawca
Jak sprawdzisz listę i przeczytasz im oceny wystawione - dasz mi dziennik?

Nauczyciel
Wiesz co, weź go teraz i podrzuć mi pod koniec lekcji - wtedy im je podam.

Wychowawca
Dlaczego dopiero wtedy?

Nauczyciel
Bo jak przeczytam na początku, to mi niektóre tu będą wyły całą lekcję i niewiele z tematu zrobię, a jak podam na końcu to będą jojczyć na przerwie z dala ode mnie.

* * *

Cóż - było się uczyć i korzystać ze stwarzanych okazji. Bo czy ja wyglądam na świętego Mikołaja?



poniedziałek, 17 czerwca 2013

179.Dechrystianizacja?

Mam wątpliwości czy w odniesieniu do naszego społeczeństwa można mówić o dechrystianizacji z tego powodu, że wysoce wątpliwe wydaje się czy jest ono w ogóle naprawdę schrystianizowane.

Przynajmniej jeśli chrześcijaństwo rozumie się jako refleksję intelektualną opartą na idei przypisywanej Jezusowi z Nazaretu - miłości bliźniego, a nie jako zbiór pustych rytuałów, powtarzanych mechanicznie bez zastanowienia i nawet nie szczątkowego choćby wyobrażenia na temat doktryny własnego Kościoła.

Trudno za chrześcijan uznać ludzi ziejących skrywaną nienawiścią i wrogością do bliźnich, dobrze się czujących w poniżaniu i bezzasadnym ograniczaniu innych wyłącznie w imię swoich lęków, frustracji i zabobonów, fałszywie nazywanych "tradycją", "kulturą" i "normą". Ludzi oczekujących, że inni będą żyć nie w zgodzie z sobą ale wedle oczekiwań otoczenia, i reagujących agresją kiedy dzieje się inaczej. Otoczenia, które zamknięte w przeklętym kręgu swoich fobii, boi się wszystkiego co inne - inne od tego co kiedyś poznane i oswojone. A do tego wszystkiego przepełnionego hipokryzją i zakłamaniem.

niedziela, 16 czerwca 2013

178.Słodkie maleństwo

Rodzinny obiadek z okazji podwójnych imienin za mną. Na to i na zakupy cała sobota zeszła. Szumnie brzmi - zakupy, a to tylko owoce na bazarze i podstawowa spożywka. Po obiadku już na nic siły nie miałem i nic do pracy nie zrobiłem, a to niedobrze. Czuję zaniepokojenie najbliższymi tygodniami, denerwuję się, że nie zdążę wszystkiego zrobić, że coś zawalę. Niby wiem, że to raczej bzdura, bo jak zwykle ogarnę wszystko jak należy i zrobię na czas, ale i tak niepokoję się. Roboty dużo, różnej, niesympatycznej, przeważnie niesatysfakcjonującej i trudno się dziwić, że nie relaksuję się w błogostanie. Na ten tydzień tylko: prace 4 klas jeszcze do sprawdzenia, niestety dużo czytania. Sprawozdania z pracy - sztuk trzy, w tym cząstkowe z awansu.. Oceny zachowania powystawiać, a jest przy tym papierkowa robota (system punktowy). Pomyśleć (i co gorsza pokupować) o nagrodach i dyplomach za konkurs. Opędzić jeszcze jakieś śpiące królewny mające pisać poprawy czegośtotam. Do tego skumulowane wszystkie indywidualne, czyli zajęć najwięcej. A w tle tego wszystkiego bachory mające już serdecznie dość nauki, pracy, zajęć... Hmmm, właściwie to oni tego mają dość zawsze, ale teraz to już szczególnie i forsownie, więc nie bardzo wiadomo co robić na lekcjach, a przynajmniej - co sensownego.

Dla choćby chwilowego pokolorowania życia kupiłem sobie dzisiaj, w markecie między serem i herbatą, takie oto śliczne, słodkie maleństwo


Czyż ten Fiacik 500 nie jest uroczy?

Fajnie byłoby mieć takie toczydełko. Może z wymienionym silnikiem i zwłaszcza nowoczesną skrzynią biegów, bo oryginalna byłaby jednak zbyt uciążliwa.

czwartek, 13 czerwca 2013

177.Podstępna Austria

Zadajcie mi trującego grzyba, żebym się nie męczył...

Lekcja historii, Polska w II poł. XIX wieku.

Dziewczę
zainteresowane
Ale panie profesorze, co ci sąsiedzi Polski na to?

Belfer Marny
Wiesz, lepiej zamiast sąsiedzi w tym okresie użyć określenia "zaborcy", bo "sąsiedzi" jest niezręczne - sugeruje że Polska  istniała  wtedy jako państwo.

Dziewczę
wstrząśnięte odkryciem
Eee... jak to? Yyy... co znaczy że jej nie było?

Belfer Marny
osłupiały
Była pod zaborami.

Dziewczę
A...no tak...

Belfer Marny
delikatnie
Wiesz, mówiliśmy kiedyś o rozbiorach.

Dziewczę
Kurczę, faktycznie. I to oni ją rozebrali? Ci sąsiedzi?

Belfer Marny
Ta-ak.
Pamiętasz może którzy?

Dziewczę
Yyy...eee... No, Rosja... Niemcy...

Belfer Marny
Prusy, nie - Niemcy. Niedawno przerabialiśmy zjednoczenie Niemiec przez Prusy. Oraz...? ta trzecia...?

Dziewczę
dzielnie
Mmm... Eee... Yyy... Ta, no... 

Belfer Marny
zrezygnowany
Austria.

Dziewczę
Aha, Austria.
Ale zaraz... A skąd się Austria tam wzięła?! Tak obok nas?!

kurtyna

wtorek, 11 czerwca 2013

176.O skorupce i zamykaniu okien

Paskudny nastrój. Czuję się jak kiedyś, kiedy na dobre zamknąłem się w skorupce, odcinając od całego tęczowego światka i wypierając swą orientację, a raczej myślenie o niej. Chodzę przygnębiony, zajmując i odwracając uwagę tylko obowiązkami. Dwa razy już pisałem posta pożegnalnego na branżowym forum i skreślałem go przed publikacją. Z jednej strony to forum to wirtualna rzeczywistość, nie zaspokajająca naprawdę żadnej z moich głębokich potrzeb i tworząca złudzenie tylko uczestniczenia w życiu, z drugiej jednak nic poza nim (i tym blogiem) mi już nie zostało. Piszę sporo na tym forum od kilkunastu miesięcy, ale mam od jakiegoś czasu poczucie, że jestem jakoś obok, że jakoś nie pasuję do nich, względnie do tego miejsca. Że jestem tam obcy. Chyba boję się odkrycia, że opuszczenie forum w niczym nie pomogło, ani nie ulżyło. Profile na branżowych portalach jakie miałem, pokasowałem w zeszłym roku - nic mi nie dały, nikogo nie udało się poznać. Niestety, kombinacja mojej psychiki i warunków fizycznych była zawsze wybitnie niesprzyjająca, a dziś doszedł jeszcze wiek, skazujący w naszym światku na śmietnik lub sponsoring, co zresztą stanowi dla mnie raczej pomijalną różnicę. Do tego i zawód narzucający pewne samoograniczenia w tęczowej autopromocji.;-) Dziś nie mam już siły, a przede wszystkim wiary w sens poszukiwania partnera, czy ściślej - w realność szans na jego znalezienie. Kiedy przypomnę sobie tych licznych dziwnych ludzi, których miałem okazję spotkać*) ... oj... istny Legion Demotywatorów. :-(  

Mam poczucie, że kolejne okna już się zamykają, stopniowo zapada mrok. Najgorsza jest chyba ta niepewność - czy sobie w samotności skorupki poradzę? Wyrzeknąwszy się nadziei i szczęścia, czym je zasuroguję? Hobby wydaje się raczej wątłym środkiem. Książki? Muzyka? Oprócz - świetne. Ale nie zamiast. Praca - tu jest pułapka, gdyż byłaby świetną metodą na zajęcie czasu, energii i emocji, ale belferka jest tak wyczerpująca psychicznie, że wykończyłbym się szybko - już to przerabiałem i niestety był to kiepski pomysł. Gdybyż jeszcze to "wykończenie" oznaczało chociaż przeniesienie się na łono Abrahama! Niestety bardziej prawdopodobne jest sfatygowanie, zużycie i niezdolność do pracy, albo w ogóle, albo w dotychczasowym tempie. A wówczas problem wypełnienia czasu wróciłby z dawną mocą.  Dewocja? Mam nadzieję, że nie upadnę tak nisko, żeby się ze strachu "nawracać na katolicyzm" - nie mieści się w moim wyobrażeniu Boga, by coś takiego mogło Mu przypaść do gustu. Rytuał ze strachu zrodzony - to by Mu ubliżało.

Wielu, zwłaszcza heterykom, może wydać się zabawne, że pisze to facet czterdziestokilkuletni, ale ja czuję się emocjonalnie staro (nawet nie psychicznie, ani tym bardziej fizycznie), że życie gdzieś mi przemknęło i niespodziewanie nadeszła starość. Właściwie to wiem gdzie mi przemknęło - wokół skorupki, w której czas płynie inaczej niż na świecie... A przecież jeszcze tak niedawno, kiedy spotykałem się z M. byłem tak radosny, że moja przyjaciółka powiedziała mi przez telefon, że nie słyszała mnie takiego promiennego. Cóż, tempi passati.
______________________________
*) Nie, Sansiu, nie mam na myśli Ciebie. :-P

* * *
A do tego jeszcze Vermis zamknął bloga. Super, jeszcze i jego co tam trafiło.
I Katta - następny. Co się do licha dzieje?  :-(


sobota, 8 czerwca 2013

175.Kabriolet i Kombi

Sklejam sobie właśnie kabriolet Opel Admiral (w prawie takim samym aucie, tylko z nadwoziem saloon, zginął w 1944 r. gen.Kutschera)  a z płyty leci stare dobre Kombi. Piosenki sprzed 20-30 lat, a niektóre teksty nie straciły na aktualności.





piątek, 7 czerwca 2013

174.Błogosławieństwo pracy

Wreszcie znów słońce. Piątek gdzieś mi przeleciał niezauważenie. Fakt, że jak się wychodzi z pracy jako ostatni, po 17. to jakoś większosć dania zagospodarowana, ale troszkę dziwnie się czuję - że już tak późno. Małolaty na poły zmęczone, na poły zdemotywowane, na lekcjach jawnie olewają pracę i nauczyciela, zajęte smartfonami, grami, słuchaniem muzyki, wgapianiem się w fejsa itp. 

Dyrekcja w fazie intelektualnej ze swoimi bezcennymi przemyśleniami na temat objawów i diagnoz obniżania przez nas lotów. Trafnością i powiązaniem z rzeczywistością przypominają jako żywo tłumaczenia z czasów nieboszczki komuny, iż w sklepach nie ma towaru tylko dlatego, że spekulanci go wykupują.

Koleżanka załamana sprawdzianem rocznym, a ściślej jego wynikami, zwłaszcza w kontekście wchodzącego w przyszłym roku rozszerzenia. Cóż, ja się już dawno nauczyłem, a właściwie - uczniowie mnie nauczyli, że robienie sprawdzianów rocznych jest praktyką szkodliwą i niezdrową, mogącą ucieszyć jedynie psychoterapeutę nauczyciela, który zyska dzięki nim pewność zatrudnienia jeszcze przez czas jakiś. W sytuacji, kiedy uczniowie po 1-2 tygodniach od zwykłego sprawdzianu nie pamiętają już podstawowych danych, oczekiwanie że będą na sprawdzianie rocznym pamiętać informacje sprzed kilku miesięcy jest doprawdy rozbrajająco naiwne.

A ja odczuwam błogosławieństwo pracy - pozwala choć na trochę zapomnieć o sobie.

Aaa, byłbym zapomniał - wreszcie MEN & IBE opublikowali raport na temat badania czasu pracy polskich nauczycieli. Wyjaśniło się, czemu jakoś tak cicho o tych badaniach się zrobiło, czemu pożal się Boże minister oświaty jakoś tak półgębkiem mało wiarygodnie bąkała pytana o losy raportu, bądź czemu ex-minister Wittbrodt jeszcze przed opublikowaniem raportu ogłosił, że jest niewiarygodny, bo metodologia badań byłą niewłaściwa.
Ano się okazało, że wyniki wyszły inne niż, jak się wydaje, samorządy i MEN oczekiwały. Wyszły wyższe. Mianowcie okazało się, że ten leń i obibok polski nauczyciel zatrudniony nominalnie w wymiarze 40 godzin tygodniowo, faktycznie pracuje 46 godzin. Można się spodziewać, że teraz jedni będą udawać że żadnego raportu i badań nie było, gdy inni zaś - że badanie było do luftu, bo przecież oni wiedzą lepiej jak jest, a skoro badania tego nie potwierdzają, to jest to oczywisty dowód na ich wadliwość. Bo nikt nam nie wmówi, że białe jest białe!


poniedziałek, 3 czerwca 2013

173."Powolanie do bycia singlem"

Przeczytałem artykuł ks.Prusaka, polecony mi przez panteraza w komentarzu do poprzedniej notatki.

Jacek Prusak SI "Powołanie do bycia singlem"

Są tam kwestie, które wydają mi się prawdopodobne - jak błędy w podejściu Kościoła. Generalnie jednak mam wrażenie, że ks.Prusak pisząc o singlach ma na myśli osoby hetero, a nie nas i mam poważne wątpliwości, czy podtrzymałby swoje tezy pisząc o osobach homoseksualnych. To zaś oznacza, że przenoszenie tez artykułu na takie osoby jest zabiegiem naciąganym i wysoce wątpliwym.
Kolejna kwestia, to zdefiniowanie "singla" - nie jest pewne co autor rozumie pod tym pojęciem. Dla mnie singiel i osoba samotna to nie są wzajemnie zamienne synonimy. W byciu singlem jest dla mnie o wiele więcej mniej lub bardziej świadomego wyboru, a więc i zadowolenia z tego trybu życia, za to osoba samotna jest nią w większym stopniu z takiego ułożenia się życia, niż jej świadomego wyboru. Naturalnie to zmienia się w czasie i mogę sobie bez trudu wyobrazić przypadek singla, który "przegapił okazje" i chciałby się sparować, ale to mu się nie udaje i staje się osobą samotną. Chciałbym zaznaczyć, że powyższe jest moim prywatnym rozumieniem i rozróżnieniem.
Ja zaś wedle powyższego nie czuję się singlem, tylko osobą samotną.

Wracając do artykułu, mam wrażenie, że autor posługuje się rozumieniem pojęcia singiel bliskim mojemu. Wówczas pisanie o powołaniu do samotności ma sens, który traci kiedy mówimy o człoweku samotnym z konieczności, wbrew jego woli - trudno sobie wyobrazić powołanie boże z musu. Co najwyżej czlowiek może racjonalizować jakiś stan wmawiając sobie i innym, że to wola boża, ale to już bardzo niebezpieczny zabieg.
I myślę, że tu jest sedno artykułu: chodzi o zracjonalizowanie pewnego stanu faktycznego w taki sposób, aby deficyt i ból zacząć postrzegać jako korzyść i wartość.
Bycie singlem to błogosławieństwo, jeśli pozostaje powołaniem i wyrazem świadomości, że jest się dzieckiem Boga. 
Tylko że najpierw musi się stać powołaniem i wymaga wiary w Boga. Trąci to już nieprzyjemnie prozelityzmem i warunkowaniem: szczęście możliwe tylko dla wierzącego, niewierzący ma przechlapane. A jedyna słuszna wiara w Boga, to nasza wiara. Ja zaś w Boga wierzę, ale już w kościelne nauki - nie.

Trudno też pominąć fakt, że sprawa ma jeszcze jedno dno. Rozważania te w odniesieniu do osoób homoseksualnych mają jeszcze bardzo konkretne zastosowanie. Promowanie błogosławieństwa samotności w zestawieniu z kościelnym potępieniem "zachowań homoseksualnych" przy deklarowanym akceptowaniu faktu bycia osobą homo, nabiera nieprzyjemnego manipulatorskiego wydźwięku. Służy to odwodzeniu homoseksualistów od szukania szczęścia w potępianych przez Kościół związkach, przez uwznioślenie ich samotności i próbę przekierowania ich niezaspokojonych potrzeb na miłość do Boga, wspólnoty (zapewne - wiernych) i bliźnich. 
powołanie do samotności musi taki charyzmat realizować - musi być dla dobra wspólnoty, dla dobra innych, dla dobra bliźniego
A to mi się nie podoba. Nie wiem czy ks.Prusak miał taką intencję - nie mam podstaw by mu ją przypisywać, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że takie odczytanie i wykorzystanie jego koncepcji dla wielu ludzi Kościoła (duchownych i świeckich) byłoby użytecznym i wartym rozpropagowania.

Połowę swojego życia przeżyłem mogąc się podpisać pod myślą:
«Nikt mnie nie chce, ja nie chcę nikogo, bo nie znajduję odpowiedniego partnera, więc decyduję się na życie w samotności»
Właściwie nawet bardzo podobnie to werbalizowałem. I co? I guzik. Okazało się w końcu, ze to było samooszukiwanie się - krew nie woda. Umysł ludzki jest potężny, może zbudować silne mechanizmy samooszukiwania się, racjonalizując bardzo wiele, nawet zachowania, wybory itp. bardzo dla człowieka szkodliwe, jako słuszne, dobre i korzystne. Może to utrzymywać długo, żyjąc w takim fikcyjnym świecie wewnętrznym wiele lat. Niektórzy - nawet całe życie. Ale niektórym zabraknie sił do utrzymywania tego auto-matrixa, runą pieczołowicie wznoszone konstrukcje zasłaniające ból i brak. Jakże łatwo wtedy odegnać precz swe wątpliwości mówiąc o kimś takim, że wierzył nie dość mocno, albo nie wierzył w Boga prawdziwie, albo - w Boga prawdziwego, albo... jakże wiele mądrych, przepojonych poczuciem wyższości i zarazem lękiem ucinających stwierdzeń.. Stwierdzamy, że to ten słaby człowiek był niedoskonały i poddał się, a my nadal jesteśmy lepsi, mądrzejsi itp. 

Jest ci źle, to poczuj się wybrańcem Boga (powołanym do swego cierpienia) i już ci się zrobi lepiej. Przepraszam za dosadne sformułowanie, ale dla mnie taka recepta jest w swej istocie wirtualnym odpowiednikiem narkotyku. Wiem, że niepokojąco zbliżam się tu do Lenina, ale mechanizm wyciszania człowieka jest analogiczny. A to co sądzę o narkotykach, jasno wyłożyłem w poprzedniej notatce.

niedziela, 2 czerwca 2013

172.Przekleństwo i dar - to dwie strony talenta

Podobno ludzie, którzy przywiązują wielką wagę do ładu i porządku w swoim otoczeniu, mieszkając w idealnie wysprzątanym i uporzadkowanym mieszkaniu, (często, bo nie zawsze) w istocie rzeczy zdradzają tym jakieś skrywane nieuporządkowanie wewnętrzne. Nie radząc sobie z jakimiś kwestiami własnej psychiki, względnie - swojego życia wenętrznego, próbują to sobie w zyciu rekompensować dążeniem do zarządzania i pełnej kontroli nad najbliższym otoczeniem.

Przypomniałem sobie o tym, kiedy wracałem dziś z marketu niosąc nabyte pojemniki do przechowywania drobiazgów. Dwa ostatnie dni, a właściwie wieczoro-nocki spędziłem dość oryginalnie - mianowicie dokonując generalnego przekładania pudełek ze skarbami, między szafą, szafką i pawlaczem. Z uwagi na to, że miejsca jest raczej mniej niż owego dorobku, to manewry takie przypominają układanie puzzla, żeby się wszystko pomieściło. Co istotne, potrzeba takiej działaności nachodziła mnie późnym wieczorem, by nocą go wprost nie nazwać, choć przez cały dzionek boży nie miałem ani ochoty, ani nawet myśli, żeby tym się zająć. Dziwne to trochę, ale zauważylem, że taki przyrost nocnej aktywności przydarza mi się od dawna. 

A czemu ostatnio? Najprostsze wyjaśnienie, to odreagowywanie ostatnich niewesołych przemyśleń - nie mogę zmienić swojego życia, to może przynajmniej zmienię coś w domu. A że nie chodzi tu o proste zaspokojenie potrzeby bardziej estetycznego mieszkania, świadczyć może fakt, że nie mogę się zebrać do odnowienia reszty pokoju. Tu motywację i wychylający się od czasu do czasu nieśmiało pomysł gasi niezwłocznie pełne rezygnacji: "A na cholerę?!" Tymczasem przemieszczenie ruchomości pozwala zyskać troszkę miejsca na wierzchu, daje się szybko uskutecznić  w parę godzin, nie usyfi wszystkiego dookoła (odnowienie pokoju wymaga niestety gipsowania i szlifowania ścian - to przeszkoda zasadnicza!) wreszcie daje poczucie że się coś w tym swoim gównianym życiu jednak zrobiło. Że kolejny dzień nie był tak całkowicie zmarnowany. Komfortu nie poprawia jednak cały czas pracująca świadomość, że to poczucie jest przecież tylko złudzeniem, erzacem  i żałosnym oszukaństwem.

To chyba jedna z moich słabości, która jest zarazem i siłą: mam jakąś taką przenikliwość pozwalającą mi odróżnić prawdziwość od namiastki. Siłą - bo to sprawiało, że nigdy nie ciągnęło mnie w najmniejszym stopniu do narkotyków, ani do alkoholu ponad symboliczną/okazjonalną miarę. Tuningowanie sobie rzeczywistości przy ich pomocy zawsze było dla mnie dyskwalifikującym je oczywistym oszustwem i głupotą. 

A czemu słabość? Bo chciałbym zapomnieć, nie czuć, nie tęsknić, żeby nie bolało, żeby nie mieć świadomości straconego, zmarnowanego życia, bez nadziei, samotnego, pustego. Żeby było łatwiej. Jakby mogła zaśpiewać Jenny: 
"A przenikliwość także zgubna może być!
Szczęśliwy, kto nie zaznał jej."

Szczególnie przewrotnym przekleństwem samotności jest to, że nie ma nawet komu się na nią poskarżyć...