Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

wtorek, 31 grudnia 2013

271.Pustkowie... Smauga też.

No i rok 2013 dobiega końca, już tylko niewiele ponad 6 godzin z niego zostało. Kolejny rok bezcelowej, pustej i gorzkiej egzystencji. To musi wystarczyć za bilans, na nic więcej ten mijający czas nie zasługuje. Pierwszy rok bez żadnej randki czy próby poznania kogoś. Bez profilu, bez anonsów. Opuszczenie branżowego forum. Z wolna do tego przywykam.

Dziś wybrałem się do kina - nie pamiętam kiedy ostatni raz uczyniłem to prywatnie (tzn. nie z klasą), chyba jakieś parę lat temu. Poszedłem na drugą część "Hobbita" - "Pustkowie Smauga". Nie wszystkie pomysły Petera Jacksona mi przypadły do gustu, ale ogólnie film mi się podobał. Cóż to za pomysł z podziałem zespołu przy "podejściu pod Górę" - część idzie, część zostaje na jeziorze. Dlaczego Beorn nosi na lewej ręce kajdan? Co się z nim dzieje przy przemianie w niedźwiedzia? W ogóle jakoś niespójnie to wyszło - nawet okiem nie mrugnął na to że mu się gromada nielubianych obcych wtarabaniła do domu. Luke Evans w roli Barda Łucznika mi nie leży - nie mogę się oprzeć przeszkadzającemu wrażeniu, że to Orlando Bloom bez charakteryzacji, względnie jego brat bliźniak. Za to Stephen Fry w roli władcy Miasta na jeziorze i  Smaug - świetni! Ze scenografii na szczególne wyróżnienie zasługuje podziemne królestwo Thranduila oraz Miasto na Jeziorze - wyglądają wspaniale.
Generalnie o filmie - przyjemne spędzenie popołudnia.

Kiedy wracałem z kina uruchomił mi się moduł "Autorefleksja". Przez całe dorosłe życie lubiłem do kina chodzić sam - towarzystwo innych ludzi mi przeszkadzało [ OK, nadal przeszkadza ;-) ]. Najchętniej oglądałbym filmy w prawie pustej sali, tak żeby najbliżsi humanoidzi byli o kilka foteli i rzędów ode mnie. Zwłaszcza troglodyci z popcornem i innym chrupiąco-szeleszczącym żarciem - tych warto by wargami poszczuć. A dziś przyszło mi do głowy, że w gruncie rzeczy przykro mi się robi na widok par i grup przychodzących do kina, oglądających razem film i razem zeń wychodzących. Na tym tle jednostki samotnie oglądajace jakoś smutno wyglądają. Zdałem sobie też sprawę, że chyba czułem to i dawniej, ale wypierałem w ramach racjonalizowania swej samotności. Być może ta skrywana świadomość po części sprawiła, że z biegiem czasu w zasadzie przestałem chodzić do kina - bo uruchamiało to przykre skojarzenia. Nie była to z pewnością jedyna przyczyna, ale taka z której nie zdawałem sobie sprawy.

niedziela, 29 grudnia 2013

270.Call bear

Wczoraj obejrzałem większość dodatków na płytach rozszerzonej wersji I części "Hobbita", a dziś zamierzałem obejrzeć sam film. Plan powiódł się połowicznie.
Wczesnym popołudniem zadzwoniła M. Półtorej godziny zeszło nam na rozmowie o motywie przewodnim: nasi kochani rodzice. Jak zwykle w rozmowie kobiety z mężczyzną jedna ze stron mówiła więcej, druga - mniej. W każdym razie dziewczyna się skutecznie zwentylowała i zakończyła rozmowę w dużo lepszym stanie i nastroju niż zaczęła. A o to przecież chodziło.
Spapusiawszy małe co nieco, zabrałem się do "Hobbita". Po pierwszej części zadzwonił telefon. M. głosem spod dna (bo z dna musiałby brzmieć bardziej optymistycznie) nalegał żebym koniecznie do niego przyjechał. Tradycyjnie pytania "czy coś się stało?" pozostawały bez odpowiedzi. Cóż było począć? Pojechałem. Na miejscu - dół. Trzeba było poprzytulać, podogłaskiwać, żeby w ogóle zaczął odpowiadać.

Aberfeldy
Czy chodzi o konkretne wydarzenie, czy o całokształt?

M.
po długim milczeniu, grobowo
Konkretne wydarzenie.

długa cisza
Moje życie.

Aberfeldy
Eee, to znaczy całokształt.

Gwoździem do trumny nastroju były ostatnie niepowodzenia randkowe. Kiedy podle spytałem go czy nadal uważa, że jestem frajerem bo przestałem szukać partnera, to zgnębiony oznajmił, że wcale mi się nie dziwi.  Udało mi się namówić go wreszcie do podjęcia pewnych działań, które powinny przynieść mu trwalszą poprawę nastroju - oby wytrwał. Ostatecznie jednak żegnał się ze mną już w zupełnie innym nastroju, dziarski i niemal pogodny, planujący zmiany wystroju mieszkania itp. 
Dobrze jest mieć takiego misia-przytulankę na telefon, do tego z funkcją terapeutyczną. Bardzo praktyczne. 

sobota, 28 grudnia 2013

269.Frajer

10 stopni ciepła w końcu grudnia? Czemu się tu dziwić, kiedy Wielkanoc była w otulinie śnieżnej zadymki?

Mój organizm gwałtem domaga się snu - nie pamiętam kiedy ostatnio spałem 8 czy 9 godzin. Nie walczę z nim, przynajmniej w tej kwestii, bo widać ciężko go doświadczałem przez ostatnie miesiące pozwalając mu na 5-6 godzin odpoczynku.

M. w ferworze randek. Zażartowałem że jak nie zwolni, to mu się wkrótce zaczną nakładać, a nie tylko stykać. Szanuję jego potrzebę otoczenia się ludźmi, potrzebę posiadania partnera "tu, obok, przy sobie". Niepokoję się tylko, że z tej desperacji może się wpakować w kłopoty (np. randka z czaterii o 22.00 w parku przy Cytadeli, jak dla mnie znacząco zwiększa prawdopodobieństwo pojawienia się ich).

M.
Frajer jesteś, że nikogo nie próbujesz sobie znaleźć.

Aberfeldy
Być może masz rację. Ale wszystko w życiu ma swój czas, a ja swój na to już straciłem. A niektóre straty są nie do odzyskania.

Artykuł i wywiad w "Wysokich Obcasach" o problemie gejów i ich żon w związkach hetero. Zdumiała mnie informacja, że w Polsce 43% gejów po 40-tce żyje w związkach hetero (wg prof. Izdebskiego) - nie sądziłem że aż tak wielu! 
Przypomniało mi to jak M. ostatnio radził, żebym zamiast szukać młodszych, rozejrzał się w swojej grupie wiekowej. Powiedział to tak, że zabrzmiało niemal jak zarzut, że lecę na młodszych a to nie ta liga. Wiem, że pewnie tak nie myślał, ale delikatność i wyczucie "czasem" mu się nie aktywuje. Nie miałem siły mu tłumaczyć, że po pierwsze to przecież już od dłuższego czasu w ogóle nikogo nie szukam (irytujące to - czy on w ogóle mnie słucha?!), a po drugie to spotykałem się i z rówieśnikami i to też były porażki.
W artykule zwróciłem też m.in. uwagę na to, że jego bohater zaakceptował swoją orientację i podjął próbę ułożenia sobie zgodnie z nią życia w wieku prawdopodobnie zbliżonym do średniego (miał 12-letnie dziecko). Mam wrażenie, że okolice 40-tki to już za późno na taki krok, przynajmniej w naszym tęczowym światku.

czwartek, 26 grudnia 2013

268.DVD day sobie

Siedzę sobie w domu i oglądam sobie: II serię "Gry o tron" oraz "Królewnę Śnieżkę i Łowcę". Ponadto czytam sobie. Również sobie zrobiłem pranie i powycierałem kurze. Wstrząśniętych obrońców tradycji kwituję wzruszeniem ramion - przed Wigilią zbyt źle się czułem, bo uskuteczniać świąteczne porządki. A poza tym w walce z brudem preferuję raczej doktrynę elastycznego reagowania niż zmasowanego odwetu. Jak widać pozajmowałem sobie czas. 
Zdegustowany policzyłem (sobie), że to już szósty dzień wolnego - zupełnie tego nie czuję! Perspektywa rychłego powrotu do pracy czemuś  mnie niezbyt raduje.
Ostatnio jednak obejrzałem więcej filmów i odcinków seriali niż przez cały 2013 rok. Inna sprawa, że nietrudno było przebić to "osiągnięcie". Dziś mam dzień w klimatach średniowiecznego fantasy: "Królewna  Śnieżka..." i walka o władzę w Westeros. Po filmie nie spodziewałem się wiele i słusznie - Kristin Stewart mdła i drewniana jak zawsze, Chris Hemsworth zupełnie nie w moim typie, a Sama Claflina niewiele widać. Fabuła schematyczna i nudna. Cała para poszła w dekoracje.
Co do "Gry o tron" - na szczęście książkę czytałem na tyle dawno, żeby nie pamiętać szczegółów i nie doznawać irytacji na widok zmian i odstępstw od oryginału. Dzięki temu ogląda się znośnie.
Oglądanie filmów na ekranie kompa jednak jest niezbyt komfortowe.

Ot i tak jak co roku - święta, święta i po świętach. 

środa, 25 grudnia 2013

267. Dzień trolla...

... czyli tatuś najukochańszy w swoim żywiole. Cóż to za wspaniała rozrywka podjudzać rodzinę prowokacyjnymi komentarzami, "mądrościami" i zaczepkami, żeby wyprowadzić ich z równowagi! Nie ma znaczenia jak wielką głupotę się palnie - grunt, żeby prowokacja się udała, żeby się irytowali, żeby ripostowali, żeby próbowali wytłumaczyć. Cóż za rozbrajający imbecyle, nic a nic nie rozumiejący, że troll mówi nie tyle szczerze w to wierząc, ile żeby wywołać reakcję. Och, jakże oni są śmieszni jak tak podskakują do żywego ugodzeni! Cóż za upajające poczucie władzy nad żoną, siostrą, dziećmi! Od razu człowiek się lepiej czuje. Dowartościowany taki. W dodatku nie ma wnuka z jego flamą, więc nie trzeba udawać i można pohulać jak za starych dobrych czasów. Znów poczuć władzę nad rodziną. Święta rodzinne to wspaniała rzecz.

wtorek, 24 grudnia 2013

266.Życzenia świąteczne

Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom  mojego bloga
chciałbym złożyć najserdeczniejsze życzenia

Miłych,  spokojnych  i  przyjemnych  Świąt,

aby dane Wam było zapomnieć choć na chwilę 
o smutkach i przykrościach jakich życie nam czasem nie szczędzi,
aby choć w te dni zabłysła i dla Was jakaś gwiazdka.



poniedziałek, 23 grudnia 2013

265.Rogaliki drożdżowe

Drugim wypiekiem prezentowym są rogaliki drożdżowe z makiem. Tak, wiem - wyglądają bardziej jak paszteciki niż rogaliki, ale niestety wyszedlem z wprawy. A poza tym "pasztecik" można uznać za metaforyczne nawiązanie do ich twórcy.


Przepis stary, ale jary, a co najważniejsze - prosty.

Rogaliki drożdżowe z makiem

• 40 dag mąki (użyłem krupczatki, ale może być dowolna inna pszenna)
• 20 dag masła (nie oszukiwać margaryną!)
• 3-4 łyżki cukru
1,5 jajka + 0,5 jajka do glancowania
• cukier waniliowy
• paczuszka drożdży suszonych (np. "Dra Oetkera") lub 5 dag świeżych
• kilka łyżek lekko ciepłego mleka

1. Drożdże wsyp do kubeczka z cukrem, dodaj trochę lekko ciepłego mleka - i wymieszaj.

2. Do miski przesiej mąkę i cukier waniliowy.

3. Dodaj masło, najlepiej miękkie lub roztopione - i wymieszaj.

4. Wbij 1,5 jajka (jak w przepisie na pierniczki) - i wymieszaj.

5. Wlej drożdże z punktu 1.

6. Jeśli ciasto się rozpada - dodawaj po łyżce mleka.

7. Jeśli ciasto jest zbyt rzadkie i lepi się - dodawaj po łyżce mąki.

8. Dobrze wyrobione ręką ciasto nie lepi się i jest sprężyste (rozciągnięte stara się wracać do pierwotnego rozmiaru).

9. Rozwałkuj na placek grubości ok. 5 mm, wytnij wysokie trójkąty.

10. Na środku podstawy trójkąta nałóż nadzionko i zwijaj uważnie wzdłuż wysokości trójkąta w rulonik. Boki spróbuj zawinąć lub zlepić, żeby nadzionko nie wyciekło.

11. Kształt w gruncie rzeczy jest dowolny - zrób taki, jaki ci wyjdzie, byle nadzionko nie uszło i pozostało wilgotne, ale to też przecie kwestia upodobania.

12. Uformowane jedzonko układaj na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, smaruj starannie rozbełtanym jajkiem i piecz w 180-200 stopniach jakieś 20-25 minut do apetycznego zazłocenia i bijącego blasku.

Nadzionko do rogalików:

1. Powidła. Możesz dodać pokrojonych śliwek suszonych, lub brandy. Proporcje - według uznania.

2. Dżem lub marmolada dowolna. Zwróć tylko uwagę, żeby były jak najbardziej gęste, bo w pieczeniu rozluźniają konsystencję i płyną.

3. Masa orzechowa lub migdałowa - zmielone lub posiekane orzechy / migdały, wymieszaj z miodem, rodzynkami, skórką pomarańczową w proporcjach dowolnych - po prostu spróbuj i bądź kreatywny. Do tego dodaj łyżkę masła i jajko.  Możesz dodać likieru np. migdałowego lub orzechowego.

4. Masa makowa - jak wyżej, tylko orzechy będą dodatkiem, a nie głównym składnikiem. Poszukaj maku JUŻ ZMIELONEGO w paczkach, w przeciwnym razie musisz mak zemleć na maszynce do mielenia mięsa, a to już upierdliwa robota, więc lepiej poszperać w sklepie za gotowcem. Mak przed użyciem sparz wrzątkiem na drobnym sitku.

5. Możesz użyć gotowej masy makowej, ale... najpierw zastanów się co zrobisz z resztą tej wielgachnej puchy, z której zużyjesz na te rogaliki może 1/8. Po drugie - przeczytaj etykietkę na tej puszce.

6. Masa kajmakowa/czekoladowa itp. - kup puszeczkę z gotową "masą krówkową" - są w różnych smakach, możesz dodać rodzynek, orzechów itp. Eksperymentuj wedle swego smaku.

Z podanej ilości składników wyszło rogalików takich jak na zdjęciu - 30 sztuk.

264.Pierniczki

Siedzę zły i obolały. Zatoki dają mi do wiwatu - jak tak ma wyglądać mój odpoczynek, to ja to wszystko... no, w tę i z powrotem! Co to za odsapka z cieknącym nosem i obolałą twarzą?

Prezenty pokupowane, trzeba jeszcze je tylko popakować.
Mamie kupiłem latarenkę z IKEI z zapasem pachnących świeczek do niej, oraz efektowną bombkę w kształcie aniołka ze stojącym wieszaczkiem - postawi sobie na szafce.
Siostruni kupiłem dwie płyty z jej ulubionym barokowym pituleniem. Dziś jeszcze, szarpniętym jakimś niezidentyfikowanym odruchem, dokupiłem w Empiku jeszcze trzecią płytę - będzie na bogato. 
Prezentowy potwór czyli tatuś mój najukochańszy dostanie puszkę słodkości (patrz niżej). Właśnie sobie siadłem skończywszy ich pieczenie (i częściowo tylko zmywanie).


Pierwsze z nich to pierniczki, na które przepis wziąłem z Kwestii smaku, nieznacznie go tylko modyfikując. Robi się to bajecznie prosto i każdy, nawet nie mający doświadczenia w pieczeniu, poradzi sobie z łatwością. A jakie pyszne wychodzą! Wprost rozpływają się w ustach, uwalniając aromat miodu i korzeni. 

Pierniczki

• 2 szklanki mąki (czyli 500 ml) (w zasadzie może być pszenna dowolnej odmiany, ja ostatnio użyłem pół na pół pszennej i żytniej)
 • oryginalnie 2 łyżki miodu - ale ja daję dużo więcej, jakieś 5-8 łyżek, ale prawdziwego, nie żadnego sztucznego erzacu!
 • 3/4 szklanki cukru, daję trzcinowy, ale może być i buraczany.
• 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
 • torebka przyprawy piernikowej
 • 1-3 kopiastych łyżek masła 82% (ja dałem klarowane i wyszło pysznie) nie oszczędzać i nie zastępować margaryną!
• 1 jajko (+ dodatkowo 1 jajko do posmarowania)
 • do 1/4 szklanki lekko ciepłego mleka

1. Mąkę przesiej na stolnicę. Jeśli nie masz stolnicy - użyj czysto umytego blatu kuchennego. 

2. Wlej rozpuszczony gorący miód i wymieszaj nożem lub łopatką. Jeśli wlejesz zimny prosto ze słoika też będą dobre. 

3. Dodaj kolejno cukier, sodę, przyprawę, a gdy masa lekko przestygnie - masło (możesz je roztopić) i jedno jajko. Mieszaj wszystko.

4. Jajko przeznaczone do glancowania wbij do miseczki, wymieszaj widelcem i połowę odlej do ciasta.

5. Zagniataj ciasto dolewając po łyżce mleko w takiej ilości, by ciasto się nie rozpadało, ale i nie kleiło się do palców. Może się zdarzyć, że mąka będzie na tyle niewysuszona, że dodatek mleka będzie zbędny. 

6. Jeśli ciasto wychodzi zbyt lepkie - dodaj mąki.

7. Właściwa konsystencja - nie lepi się do niczego i daje się wałkować na cienki placek.

8. Wyrabianie ciasta ręką potrwa około 10-15 minut.

9. Wałkować na placek grubości 10 mm, jeśli pierniczki mają być grube, lub na  jakieś 3-4 mm jeśli mają być cienkie. Pierniczki na zdjęciu były robione właśnie na cienko. Jeśli nie masz wałka - użyj butelki. Stolnicę i wałek/butelkę posypuj mąką, żeby ciasto się do nich nie kleiło.

10 Wycinaj pierniczki foremką (w razie jej braku - nożem), ukladaj na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, smaruj dla glancu rozbełtanym jajkiem i piecz w 180 stopniach. Czas pieczenia trzeba dobrać do swojego piekarnika. Orientacyjnie: ja trzymałem w elektrycznym, bez termoobiegu, cienkie, na chrupko - około 12 minut, lub w 210 stopniach 9 minut. Grubsze w 180 stopniach mniej więcej do 15 minut. 

11. Kiedy widzisz, że pierniczki błyszczą i ciemnieją wyjmij jeden i przekrój - jeśli w środku nie widzisz surowego ciasta, to wyjmuj blachę!

Po ostygnięciu przełóż do szczelnie zamykanego naczynia. Pamiętaj, że pierniczki szybko twardnieją.

piątek, 20 grudnia 2013

263.Wigilia Zbójcerzy

No i fajrant. Dziwnie się czuję - jak zwykle w takich przypadkach - organizm z jednej strony wie, że można będzie odpocząć bo praca się skończyła, ale z drugiej strony emocje są wciąż w stanie nakręcenia intensywną pracą grudnia. Część chce usiąść, część - pędzić, działać, robić.

Wigilia pracownicza na szczęście mnie ominęła, a raczej to ja ją ominąłem, zajęty sprawdzaniem klasówek, które obiecałem dzieciakom oddać przed świętami.

Wigilia klasowa odbyła się w stylu tradycyjnym dla moich diabląt weneckich - zasadniczo bawią się w klimacie żywo przypominającym imprezę Zbójcerzy. Jeść nie bardzo jest co, za to oglądać - i owszem. Lata praktyki wychowawczej rozwinęły mi niezbędny refleks i gibkość wystarczająco, bym uniknął oberwania tradycyjnym pociskiem wigilijnym - mandarynką rozpędzoną do prędkości dźwięku (choć blisko było!). Naturalnie, to nie była jedna mandarynka. Gwoli ścisłości muszę zaznaczyć, że ściany, okno i portret bohatera nie miały takiego skila unikowego jak ja. Z pewną dozą samochwalstwa wspomnę może jeszcze, że przewodniczący klasy też nie miał, a on młodzian przecie i wysportowany.

Po wigilii poznęcałem się nad kujonami, którzy przyszli poprawiać jakieś zaległe prace, ale znęcałem się wspaniałomyślnie - w końcu święta idą, więc trzeba trochę potrenować mówienie przed wigilijną nocą. Potem zaś siadłem do papierkowej roboty, która pozwoliła mi wyjść z pracy już przed piątą.


poniedziałek, 16 grudnia 2013

262.Jaskółka o wyglądzie rekina

Numer posta przywiódł mi na myśl Messerschmitta Me-262 "Schwalbe" - wbrew nazwie (niem. Jaskółka), ów niemiecki odrzutowiec z II wojny przypominał mi swym kadłubem rekina.




Jeszcze tylko 4 dni w pracy i wreszcie będzie można odtrąbić fajrant. Szkoda, że tylko na półtora tygodnia, przedzielone w dodatku rodzinnymi świętami. Ale dobre i to.

 Jeszcze tylko setka prac i odpocznę nieco od sprawdzania. 

W pracy warczę i opierdalam leniwe bachory, rozlewające się na ławkach w odstręczającym lenistwie i olewactwie. 

W ramach zadbania o siebie sprawiłem sobie przyjemność w postaci I serii "Downtown Abbey". Pierwszy odcinek spodobał mi się, przed oglądaniem nastepnych powstrzymuję się, by zostawić sobie frajdę na czas wolnego. Mam tylko dziwne bardzo delikatne wrażenie jakbym ten odcinek już gdzieś kiedyś widział, choć nie mam pojęcia jakim cudem mogłoby to mieć miejsce.

Z planów filmowych muszę sobie jeszcze sprawić rozszerzoną wersję "Hobbita". Chodzi też za mną od jakiegoś czasu 5. sezon "Czystej krwi" i 2. sezon "Gry o tron", ale powstrzymują mnie skrupuły finansowe - w sumie to jednak kupa kasy. 

Czytam sobie trylogię Collins ("Igrzyska śmierci" itd.) - miała być na święta, ale nie wytrzymałem. Pierwszy tom marny, potem się jakoś przyzwyczaiłem, ale w sumie to kiepska literatura i nie bardzo pojmuję te wszystkie zachwyty. Teraz zacząłem czytać trzeci tom, głównie z ciekawości jak to się skończy, niż z poczucia "wessania". Może i saga "Zmierzch" Meyer zalatuje grafomanią, ale przynajmniej jej fabuła mnie wciągnęła. Choć nie wykluczam ewentualności, że nudna Bella czekająca z utęsknieniem na swojego idealnego lubego była mi w tym wszystkim w istocie bliższa, niż rozdarta ikona rebelii z łukiem, wpieprzająca wiewiórki... ;-)

A teraz, niestety, powinienem się wziąć za przygotowywanie na jutro jakichś popraw i ćwiczeń. Bleueee, nie chce mi się, zmęczony jestem.


sobota, 14 grudnia 2013

261.Chomik planujący

Ani się obejrzałem, jak minął prawie tydzień od poprzedniej notki. Gdzie, jak, na co minął? Na przeszłość minął. W pracy zapieprz, a jeszcze ostatni tydzień zapowiada się na przyśpieszenie a nie zwolnienie obrotów. Jeszcze jakieś półtorej setki prac do zrobienia i sprawdzenia - tak akurat rozkłady materiału poszły się bzykać z kalendarzem, że w samej końcówce przed wystawianiem ocen mi się prace skumulowały.

(C)homik wyrzucony ostatnim piątkowym obrotem z kręciołka, sobotnim rankiem skierował swe przebierające wciąż łapki na zakupy, żeby wreszcie sprawę prezentów popchnąć do przodu, bo w przyszlym tygodniu nie będę miał kiedy się tym zająć. Prezentów, w zasadzie, w ręce skompletowanych nie mam, ale odetchnąłem z ulgą, że mam już obmyślone "co - komu". 

I to by było na tyle. Odetchnąłem z ulgą, bo przynajmniej te plany mam ogarnięte.

niedziela, 8 grudnia 2013

260.Perpetuum mobile

Jakoś coraz trudniej mi przychodzi pisanie notatek - nie mam o czym. Dzień do dnia podobny, przemykają nie wiadomo kiedy, nic po sobie nie zostawiając - pusta jałowa egzystencja, której jedynym celem jest jej podtrzymanie. Można by rzec - egzystencjalne perpetuum mobile.

Znajomy, który chlebkuje jako treser gimbazy, dosłownie złożył się w pół ze śmiechu, kiedy usłyszał, jak moje kierownictwo zarządziło końcówkę tygodnia przedświątecznego. Powiedział, że w żadnej szkole w której pracował (a kilka ich już było w różnych gminach) normalnych lekcji w piątek nikt nie robił, bo to fikcja jest a nie nauka, gdyż dzieciaki mają już dosyć - są zmęczone miesiącami szkoły w depresyjnej porze roku i nie mogą się doczekać pierwszej dłuższej przerwy, tym bardziej, że okraszonej prezentami. Powiedział, że w jego szkole wigilie klasowe po lekcjach w piątek to większość by olała.

Obejrzałem sobie obie części "Igrzysk śmierci" (drugą w kinie, pierwszą na DVD). Interesująca scenografia, szczególnie pomysły oddania fikcji przyszłości w strojach i fryzurach mieszkańców Kapitolu. Przyszło mi na myśl, że pesymistyczna wizja naszej przyszłości, podobna do ukazanej w filmie, ostatnio wydaje mi się nieco bardziej prawdopodobną, niż wizja pomyślnego, szczęśliwego społeczeństwa. Kiedy patrzę na to jak się u nas podchodzi do poważnych problemów społecznych i perspektyw ewolucji naszego państwa i społeczeństwa, to coraz trudniej przychodzi mi wierzyć, że sprawy zmierzają w dobrym kierunku.


wtorek, 3 grudnia 2013

259.Konklawe

Jadąc na zajęcia wymarzłem cokolwiek. Niby nie bardzo zimno, ale jak się na wygwizdowie postoi na przystanku - jednym...
                                  drugim...
                                               trzecim...
                                                             czwartym...

to się cokolwiek rześkuchno starym kościom robi.

A niedoleczone zatoki na to Ihahaaaaa! robią.

Permanentny od kilku tygodni ból szyi i głowy - ewidentnie stres mi spina mięśnie, dusi hemohydraulikę i niedotleniona mózgownica drze się w niebogłosy. Staram się brać środki przeciwbólowe tak rzadko jak się da, żeby wątroba japy nie rozdarła, więc nie ma letko.

Ale żeby nie było, że tylko jęczę, to muszę się pochwalić com sobie przyjemnego sprawił. W luterskim sklepie nabyłem słodką czerwoną latarenkę na herbaciane światełko, taką jak poniżej z lewej. Z tym, że w rzeczywistości czerwień jest ciemniejsza. No i w środku jest miseczka a nie szpikulec. Ale to drobiazgi przecie.
Zawsze bardzo lubiłem ogień, świeczki itp. Kiedyś, dziecięciem niewielkiem będąc, gdy oddawałem się pasji fajczenia mokrego drewna (bo suche się skończyło), które dymiło niemiłosiernie, mama spytała: "Co ty tam znowu wyprawiasz?!". Ja zaś z dystyngowanym spokojem odparłem: "Konklawe". Co było zupełnie aktualnym, gdyż się akurat papieżowi Pawłowi VI zmarło. A może Janowi Pawłowi I? W końcu niewielka różnica.

niedziela, 1 grudnia 2013

258.Sam na parkingu

Naruszyłem utrwaloną tradycję zgodnie z którą niedzielne popołudnie i wieczór są przeznaczone na Arbeitfieber na okoliczność zbliżającego się poniedziałku. Postanowiłem odwiedzić M., zamiast miotać się po mieszkaniu między sprawdzaniem po jednej klasówek i zażeraniem emocji słodyczami. To był dobry pomysł, bo zajął mi umysł czym innym. Szkoda, że M. niechcący naprowadził rozmowę na niezbyt przyjemne wspomnienia. Wydawalo mi się, że mam je już bardziej wyciszone - okazuje się, że emocje wciąż żywe, choć słabsze niż kiedyś. Ale w sumie dobrze że pojechałem - to miły chłopak, przy którym mam okazję uśmiechnąć się.

Jednak po wyjściu zrobiło mi się smutno, jak wtedy, kiedy po wycieczce uczniowie rozchodzą się i rozjeżdżają odebrani przez rodziców, odjeżdża autokar i zostaję na parkingu sam, by samotnie, pustą ulicą ruszyć do siebie.
Tekst wieczoru:
"Musisz sobie kogoś znaleźć! Nie możesz JUŻ rezygnować!" powiedział młodzian do równo dwa razy starszego.
 Rozum swoje, emocje swoje. Nie mam już ani nadziei, ani planów. Tempi passati.


sobota, 30 listopada 2013

257.Targi książki

Postanowiłem wreszcie się wyspać, bo w końcu mój organizm by się zbuntował na taką eksploatację. Za sygnał ostrzegawczy poczytuję, że wciąż mi się cos tam z zatok sączy i wyjść z tego do końca nie mogę. Wczoraj się zabałem, czy mi się z nich na zęby nie zaczęło przerzucać - okropność! Jeszcze mi tego tylko by brakowało. :-( Tak więc przespawszy cale osiem godzin, wstałem sobie rano i dwa razy potrząsałem budzikiem podejrzliwie mu się przyglądając, czy aby na pewno to już dzień, bo za oknem było ciemno, paskudnie, szaro, pochmurno, bleueeee! Właściwie to nadal jest.

Rad nierad z pogody, późnym rankiem pokłusowałem żwawo do Arkad Kubickiego na Targi Książki Historycznej. Targi trwają już od czwartku, ale dopiero dziś mogłem się na nie wybrać, bo w czwartek i w piątek wychodziłem z pracy tak późno, że nawet teleportacją bym nie zdążył przed zamknięciem. Irytowało mnie, że muszę siedzieć w pracy, po części zajmując się bezużytecznymi pierdami, kiedy tam trwają już targi i źli ludzie na pewno co atrakcyjniejsze kąski już rozdrapują.

Oferta nieco mnie rozczarowała - wyraźnie mniej jest pozycji dotyczących Rzeczypospolitej XVI i XVII wieku, jakby temat się badaczom przejadł. Średniowiecza raczej nie przybyło. Odnoszę wrażenie, że punkt ciężkości przesunął się na II wojnę światową i powojenną historię Polski, ale tę "niekomunistyczną". W ogóle wydaje mi się, że jest mniej wystawców - wydawców, więcej niż dawniej jest księgarni. Jest to tym bardziej widoczne, kiedy uwzględni się jak wiele stoisk zajęli wystawcy z Białorusi i Rosji (chyba nie widziałem z Ukrainy, ani z trojaczków bałtyckich). Tego roku ponownie skonstatowałem nieciekawą, ale może nawet zaryzykuję - wprost marną ofertę wydawnictw uniwersyteckich. Dziwne to.

Ceny książek bolą. Z przykrością zauważyłem, że niemało wystawców nie daje żadnych rabatów i sprzedaje książki po cenach okładkowych - chciwe kutwy z wężami w kieszeniach! Dobrym obyczajem kupieckim i zacną tradycją Targów było sprzedawanie książek choć trochę taniej niż na codzień. W końcu to największa impreza tego typu i odbywająca się zaledwie raz do roku, więc można było bibliofilom i pasjonatom uczynić ten gest, żeby na 4 dni nieco upuścić z ceny. Skąpstwo tym bardziej zasługuje na wytknięcie, że jakoś nie widać tam ani kas fiskalnych, oraz że ani razu przez te wszystkie lata nie dostałem żadnego dowodu sprzedaży, żadnego paragonu. No tak, jak to na targu - z ręki do ręki.
Łaska boska, że mi zasiłek z socjalnego*) (zakładowego funduszu) już przelali, więc mogłem sobie kilka pozycji nabyć, ale i tak długo deliberowałem, bo jeszcze kilka (by nie powiedzieć: kilkanaście) z wielką chęcią bym dobrał. A tak - jak zwykle trudna i bolesna selekcja. :-(
__________________________________
*) swoją drogą paradne jest, że roczna nagroda dyrektora jest znacznie mniejsza od zasiłku z socjalnego.


środa, 27 listopada 2013

256.Matematyka i paw

No, można wreszcie usiąść... Przed chwilą skończyłem układać teścik na jutro i teraz lecą arkusze z drukarki. Drukuję sam, bo nie mam już ochoty na  zderzanie się z fochami Jaśnie Wielmożnego Pana Woźnego, demonstrującego niezadowolenie, że w nieodpowiedniej porze przychodzi się do niego z prośbą o ksero. Wolę sam zapłacić za toner (no, boli...), a nie być zmuszonym do takich styczności. Takie mamy priorytety, że przygotowywanie pomocy dydaktycznych jest drugorzędne, bo dalece ważniejsze są zadania administracyjne.

Rozbawiło mnie rozwiązanie poniższego zadania z matematyki z matury próbnej u pewnej latorośli:

"Ojciec i syn zbierają w sadzie jabłka do skrzynek, które wkładają do samochodu dostawczego. Pracując jednocześnie mogą załadować cały samochód w ciągu 6 godzin. Gdyby ojciec pracował sam, to załadowałby cały samochód w czasie o 5 godzin krótszym, niż czas w którym samodzielnie zrobiłby to syn. Oblicz w jakim czasie ojciec załadowałby cały samochód, gdyby pracował sam."

Odpowiedź po długim ciągu wyliczeń:  "3,5 godziny."


Wciąż mi się chce rzygać na myśl o jednej z klas. Co za odstręczające stworzenia! :-((

Zbuntowałem się dziś przeciw obowiązkowości (zwanej przez nieżyczliwych pracoholizmem) i zrobiłem wieczorem przerwę na pieczenie. Dwa tuziny pierniczków już zapudełkowane, teraz czas na analizy i wyciąganie wniosków (oraz kolejnych pierniczków z pudełka*). Za parę dni chyba wypróbuję drugi przepis. Refleksja generalna - łatwizna.

__________________________________
*) naturalnie w celach badawczych - dla wykreślenia krzywej zmienności apetyczności pierniczków w funkcji czasu. 


poniedziałek, 25 listopada 2013

255.Szóstka

Piękne słońce i przenikliwe zimno anonsują pożegnanie jesieni. Ostatni tydzień listopada zapowiada się niestety tłoczno pracowity. Trafiła mi się nadzwyczaj rzadka przyjemność - mogłem z czystym sumieniem postawić "celujący" (ze sprawdzianu!) i to nie żadnemu prymusowi, lecz takiej... solidnej klasie średniej. A tu bambino błysnęło aż przyjemnie było przeczytać. Do tego jeszcze było parę piątek i się mała frajda zrobiła. Szkoda że tak rzadko.

Zajrzałem na branżowe forum, z którym pożegnałem się parę miesięcy temu [ 217.Epitafium forumowe ] i doznałem przygnębiającego wrażenia. Kiedy popatrzyłem na to co tam się dzieje i jakie nastały porządki, to utwierdziło mnie w ocenie, że dobrze zrobiłem że stamtąd odszedłem; widać trafnie wyczułem, że nie ma tam już dla mnie miejsca, że nie pasuję do tej przestrzeni. Cóż, nie pierwsze i nie ostatnie zawiedzione nadzieje. Choć coraz już mniej ich - oto błogosławiony (?) skutek skorupki. [ 176. O skorupce i zamykaniu okien ]


sobota, 23 listopada 2013

254.Poranne spostrzeżenia

Wypadałoby coś napisać, bo wkrótce miną dwa tygodnie od ostatniej notatki. Wypadałoby - przez wzgląd na tę garstkę czytelników, która tu zaglądała i być może jakimś cudem niektórzy w czytaniu tego bloga znajdują jakąś, choć niewielką przyjemność*). Jednak przez ostatni dni nie miałem ani siły, ani pomysłu by cokolwiek o czymkolwiek pisać. Dzień za dniem mknęły, migając wokół wirującego kołowrotka jak krajobrazy za oknem jadącego pociągu. Tylko że pociąg jedzie, przemieszcza się z miejsca na miejsce, zaś obrazki owe przesuwają się, a tu kołowrotek stoi w miejscu i tylko czas mija bezproduktywnie. Coś robisz, pracujesz, ale stoisz w miejscu, tylko świat przesuwa się wokół ciebie, jak obraz za oknem odtwarzany na przyśpieszonym podglądzie, kiedy pory roku trwają sekundy, a dziesięciolecia - minuty.
Co dzień rano miałem tę samą myśl - o rany, to już nowy dzień? A gdzie zniknął poprzedni? To już poniedziałek? To już środa? To już...? Kiedyś pytanie może padnie inne: "Czy to wreszcie...?" A może nawet nie zauważę tego?

Już koniec listopada, zaledwie 4 tygodnie do Świąt. Chyba jestem zbyt zmęczony, żeby wziąć się za robienie świątecznych czekoladek. Myślałem z trochę innej beczki, czy nie popróbować pieczenia świątecznych pierniczków - są w handlu takie śliczne, oczojebnie kolorowe puszki, akuratnie się nadające by je takimi własnej roboty, na uczciwych składnikach pieczonymi, pierniczkami wypełnić i jako świąteczne suweniry bliskim rozdać. Ale jestem tak wymłócony robotą, że nie chyba się nie zmobilizuję, tym bardziej, że musiałbym przetestować różne przepisy, żeby wybrać taki, z którego pierniczki by mi przypadły do gustu. A poza tym... iluż ja mam tych "bliskich"...? 
_________________________________
*) bądź co bądź różne są perwersje, więc pourquoi-pas? ;-)


wtorek, 12 listopada 2013

253.Panie z Wilczej

Refleksje mieszkanek ulicy Wilczej na temat wczorajszych burd. Cóż za kapitalne typy! Aż kwiknąłem z radości na tę perełkę:
"No w ogóle coś strasznego! Policja w ogóle opanować tego nie mogła. Aczkolwiek jakby chcieli to by opanowali."



poniedziałek, 11 listopada 2013

252.Nosorożec

No i znowu dzicz spaliła Tęczę. Może coś jest ze mną nie tak i mam zaburzenia tożsamości grupowej, ale traktuję ją jako barwny, radosny element wystroju miasta, przydający lokalnego kolorytu, a nie symbol środowiska gejowskiego. 

Bandyci demolujący moje miasto, nieudolna policja pozwalająca im na to, bezmyślni urzędnicy przyklepujący trasę marszu obok Tęczy i ambasady rosyjskiej, oraz rozdzielenie marszu i wiecu jako dwóch osobnych imprez (dzięki temu, mimo rozwiązania marszu uczestnicy dziarsko idą sobie dalej na wiec), motłoch nazywający siebie patriotami i akceptujące to swą milczącą biernością społeczeństwo  - wszystko to smuci mnie i deprymuje.

Nie wyemigruję stąd, jestem skazany na życie tutaj do śmierci. Nie mogę (nie potrafię) zmienić swego życia, nie mogę zmienić społeczeństwa. Mógłbym się złudzić, że choć trochę wpływam na moich uczniów, ale moja inteligencja podpowiada mi, że to nieprawda. W takich chwilach czuję się jeszcze bardziej samotny. Czuję się jak Bérenger z "Nosorożca" Ionesco, ale bez jego determinacji. 


niedziela, 10 listopada 2013

251.Dubler

Skoro chłopak wyjeżdża daleko i to na całe dwa miesiące, to trzeba się jakoś na tę rozłąkę przygotować, choć i tak to przecież był związek na odległość. Najlepiej zaprosić kogoś na długi weekend, żeby pobył i zanocował. Bo niedobrze być tak samemu - smutno i w ogóle.

piątek, 8 listopada 2013

250.U progu długiego weekendu

Jego Zapieprzałość przytelepał się do domu i w poszukiwaniu zajęcia pomaluśku sprawdza prace z okazałych stosików zaścielajacych magiczną półeczkę cudownego rozmnażania. Niestety szybkość sprawdzania jest odwrotnie proporcjonalna do ilości prac i uczucia odpychania jakie budzi w nim ta czynność.

Z zebrania z rodzicami wyszedł jako przedostatni. Dziś z pracy - jako ostatni. Zupełnie bez poczucia, że jakoś się poświęca w pracy czy pracuje jakoś ekstra - po prostu tyle było do zrobienia, że trzeba było posiedzieć, jeśli chciało się mieć poczucie że wykonało się zadania porządnie.

Fajnie byłoby oderwać się całkowicie od pracy w długi weekend, ale raczej nie da rady - ponad setka prac sama się nie sprawdzi, a nie powinienem tego odkładać na później, bo w mgnieniu oka narosną mi zaległości, których rozładowanie będzie uciążliwe i frustrujące.

Dyrekcja powołała zespół doradczy, który ma opracować plan ulepszenia placówki, żeby wyniki poszły w górę, a szybujący lot ku ziemi zamienić w orlą świecę ku jasności. Bawi mnie niezmiernie perspektywa przedstawienia owocu pracy tego gremium, gdyż pamiętam jak było poprzednim razem - zacne konsylium opracowało program sanacyjny,  przy jego publicznej prezentacji  zaatakowany i zdezawuowany z miejsca przez dyrekcję, zupełnie nie przejmującą się faktem, że sama była jego współautorką. 
W dodatku z przyczyn fundamentalnych w programie nie będzie mogło się znaleźć posunięcie niezbędne do jakiejkolwiek poprawy. Więc jak sądzę - interesujące widowisko się szykuje.

* * *

Przygnębiający artykuł korespondujący z kiełkującym we mnie od jakiegoś czasu wrażeniem, że przyszłość Polski, a zwłaszcza naszego społeczeństwa, nie rysuje się optymistycznie.

środa, 6 listopada 2013

249.Menda

Niech Bóg błogosławi wynalazcę i producenta Solpadeiny. Kolejny dzionek w pracy witany przez mój sterany latami organizm potężnym bólem głowy - gdyby nie dawka wyżej wspomnianego specyfiku, nie byłbym w stanie funkcjonować. Opakowanie mi się kończy. Czeka mnie jeszcze atrakcja w postaci rady i zebrania z rodzicami, co oznacza 12-godzinny maraton w pracy. Miałbym ochotę idiotów popierdalających, że 18-godzinne pensum to za mało i nauczyciel powinien pracować przynajmniej 24 lekcje na etacie, wykopać do dołu pełnego węży i skorpionów (niekoniecznie jadowitych). Przy półtora etatu mój organizm protestuje gwałtownie, a przecież teoretycznie przede mną jeszcze szmat czasu do emerytury. W tym tempie to się rozsypię przed pięćdziesiątką. Niepokoi mnie tylko, że te kawałki mogą jeszcze żyć. I dalej się męczyć.

Po zwykłej porcji żalów i skarg M. usłyszałem:

- Luuuubię cię. Dobry z ciebie człowiek. Tylko menda jesteś.
- ???
- Bo do mnie nie dzwonisz. A ja siedzę sam i mi smutno.

No cóż, jak się w tygodniu ma 4 dni wolne i silną potrzebę życia gromadnego, to można dojść i do takich odkrywczych wniosków. Ja po przyjściu z pracy siadam do sprawdzania, szykowania jakichś materiałów i nockę tak łapię, a w weekend próbuję przypomnieć sobie jak się nazywam i przede wszystkim podładować wyprute akumulatory introwertyka, żeby od niedzielnego południa już być spiętym na okoliczność nadchodzącego poniedziałku. Bardzo mi przykro że jakoś taki nie dość ofensywnie towarzyski jestem.

niedziela, 3 listopada 2013

248.Nowe znajomości a wiek

Czemu  z wiekiem coraz trudniej nawiązywać nam nowe i głębsze znajomości? Nie sądzę, żeby była jedna przyczyna, raczej działa splot kilku pomniejszych. Pobawię się w budowanie hipotez. Mam nadzieję, że dla wszystkich czytelników jest jasne, że uogólnienia są nieuniknione i można znaleźć mnóstwo przykładów przeczących, ale chodzi mi o wskazanie pewnych determinantów, a nie o absolutyzację. 

Nastolatek i młodzieniec (circa - student) mają więcej wolnego czasu, są mniej obarczeni codziennymi obowiązkami, które absorbują dorosłego. Zwykle mieszkają z rodzicami (tzn. wiekszość), którzy zajmują się logistyką mieszkania, zdejmując z młodego troskę o tę sferę. Nauka, przede wszystkim na studiach, jest tak rozłożona, że daje więcej swobody, niż praca pełnowymiarowa. Dorosły, zwłaszcza mieszkający samotnie sam musi się zatroszczyć o wszelkie sprawy bytowe od zrobienia zakupów, przez pranie, sprzątanie po cieknący kran i popsuty czajnik - a to absorbuje i obciąża. 

 Młody człowiek, ma poczucie, że całe życie przed nim, więc ma jeszcze mnóstwo czasu na realizację sfery zawodowej. Obowiązki zawodowe, robienie kariery, bądź przynajmniej osiągnięcie dostatniej stabilności materialnej uznaje za ważne, ale stara się godzić z życiem osobistym. Nie ma problemu z przesuwaniem priorytetów na liście, łącznie z odsuwaniem kwestii zawodowych na bok, jeśli w danym momencie sfera osobista jawi mu się jako ważniejsza. Człowiek dojrzały należy do innego pokolenia - tego, które ceni pracę i stawia ją na pierwszym miejscu jako środek stabilizacji życiowej. To ktoś nierzadko pamiętający jeszcze siermiężność końca PRL i początki transformacji ustrojowej, rozpięty między świadomością niedostatku i otwarciem możliwości jego uniknięcia, pragnący nadrobić materialny dystans. Doceniający pracę i przekonany (z czego nie musi zdawać sobie sprawy), że winien dokładać wszelkich starań by wykonywać ją jak najlepiej - stąd do poświęcenia innych sfer już tylko jeden krok.

Młode organizmy szybciej regenerują siły niż starsze. Po kilku godzinach w szkole lub na uczelni młody człowiek ma jeszcze dość sił by oddać się życiu towarzyskiemu do późna, zaś średniolatek już dużo mniej. Dochodzi też kwestia odpowiedzialności - człowiek pracujący, zwłaszcza wykonujący pracę umysłową, ma zwykle większe poczucie odpowiedzialności nakazujące mu być w dobrej formie w pracy następnego dnia, a nie w średnio kontaktowej formie zombie. 

Młody człowiek ma poczucie, że ma mnóstwo czasu który może poświęcić na poszukiwanie i podtrzymywanie znajomości; że może sobie pozwolić na nieudane inwestycje.  Młody człowiek poznaje świat i poszukuje swojego w nim miejsca, nieudane wybory i strata czasu na chybione "inwestycje" wpisana jest w samą istotę takich poszukiwań, nie ma więc poczucia zmarnowania zasobów. Człowiek dorosły jest o wiele dalej na linii życia, nie ma już takiego poczucia bezkresności jego trwania, ma większą świadomość kolejnych etapów i ograniczoności zasobów (czasu i wysiłku), stąd oszczędniej nimi gospodaruje. Zetknął się z większą liczbą ludzi niż młodzieniec i ma większą wiedzę na ich temat, którą może wykorzystać dla wstępnej weryfikacji nowych kontaktów. Ilość nieudanych styczności, którą do tej pory zaliczył, stymuluje jego sceptycyzm i utrzymywanie dystansu. Używa doświadczenia do wyboru, które styczności warto rozwijać, a w które nie warto inwestować. Przy kumulacji negatywnych doświadczeń łatwiej tu o generalne przejście za linię "Nie warto - i tak nic z tego nie wyjdzie".

Szkoła sprzyja nawiązywaniu większej liczby znajomości niż praca - funkcja socjalizacyjna jest wpisana w charakter tej instytucji, w odróżnieniu od pracy zawodowej. W szkole (średniej i wyższej) funkcjonuje się w grupie mniej więcej rówieśniczej, nie ma problemu bariery wiekowej, oznaczającej zarazem różnicę bagażu doświadczeń życiowych. W pracy środowisko jest zwykle bardziej zróżnicowane wiekowo, możliwości socjalizacji są mniejsze; przy małej labilności zawodowej może oznaczać to zamknięcie w pewnym, zwykle mocno ograniczonym, kręgu, nie dającym możliwości nawiązywania nowych znajomości.

Coś byście dorzucili?

piątek, 1 listopada 2013

247.Na 1 listopada

Dwa miesiące zleciały jak z bicza strzelił. Połowa pierwszego półrocza już za mną. Około 700 prac sprawdzonych - sporo.

Dokoła Święto zmarłych z całym entouragem. Przemknęło mi przez myśl, że jeśli miałbym zrobić bilans jakoś bliższych ludzi wokół mnie, względnie - w moim życiu, którzy odeszli i którzy przyszli, to byłby dość przygnębiający. Coraz więcej twarzy zniknionych, powoli zacierających się w pamięci, rosnąca pustka nie uzupełniana nowymi twarzami. Patrzę na odchodzących z trochę przykrą świadomością, że nie potrafiłem sprawić by choć częściowo zastąpić ich kimś nowym, kto zająłby nie ich miejsce, rzecz jasna, lecz jakieś nowe miejsce w moim życiu. Troszeczkę czuję się jak elf patrzący jak jego pobratymcy opuszczają Śródziemie odpływając z Szarej Przystani do Valinoru, świadomy swej przynależności do odchodzącego, kończącego się świata, który i jemu przyjdzie wkrótce opuścić.

wtorek, 29 października 2013

246.Lektura relaksacyjna

Dla higieny psychicznej sięgnąłem parę tygodni temu po coś odmóżdżającego - w "taniej książce" zaopatruję się więc od czasu do czasu w sensacje Clive'a Cusslera (tanie książki są dobre bo są dobre i tanie). 
Przyjemne odprężenie po zwykłych ciężkich lekturach naukowych. Przyszło mi na myśl, że ktoś mógłby skrytykować kupowanie takiej literatury "wagonowej", że szkoda na to pieniędzy i lepiej byłoby pójść do biblioteki. Finansowo z pewnością miałby rację - mało prawdopodobne bym wiele razy wrócił do tej lektury. Ale z drugiej strony - bibliotek nie lubię. W księgarni mogę sobie książkę obejrzeć, przekartkować, wybrać, a w bibliotece w większym stopniu sięgam w ciemno. Poza tym trzeba pamiętać o zwrocie w terminie, a to bywa kłopotliwe przy moim obłożeniu pracą - dodatkowy absorbujący obowiązek. Wreszcie drogo, to kupowanie takich książek po cenie katalogowej. Musialbym upaść na głowę, żeby płacić za nie po prawie 40 złotych, ale po przecenie 14-16 złociszy mogę dać. To przecież tyle mniej więcej co tani bilet do kina, a przyjemność o ileż dłuższa niż dwugodzinny seans.

Aha, oprócz nich kupiłem sobie "Tragedie i kroniki" Shakespeare'a w tlumaczeniu Barańczaka i właśnie z przyjemnością zacząłem czytać "Juliusza Cezara". Miło.

niedziela, 27 października 2013

245.Określenie szczęścia

Garść refleksji po wizycie M.

Skąd bierze się poczucie szczęścia w życiu? Jak dobierać jego składniki? Jak sprawić by poczuć się szczęśliwym? Albo przynajmniej zadowolonym ze swojego życia? Czy może choć generalnie zadowolonym?

Chory cierpiący na bolesne schorzenie powie, że do szczęścia wystarczy być zdrowym i żeby nic nie bolało.
Bezrobotny powie, że do szczęścia wystarczy mieć pracę za którą pensja na życie starczy.
Mieszkający w wynajętym mieszkaniu powie, że szczęście to mieć własny kąt.
Obciążony kredytem powie, że szczęście to nie mieć długów.
Samotny powie, że szczęście to mieć partnera i dzielić z nim radości i smutki.

Czy wobec tego można potępiać kogoś, kto ma pracę, własne fajne mieszkanie w Warszawie w świetnej lokalizacji, żadnych długów, dobrego chłopaka, jest młody i zdrowy, że ma przygnębiające poczucie, iż jego życie jest pozornie pełne, ale jak się przyjrzeć, to wszędzie (jego zdaniem) widać rysy i niedociągnięcia? Łatwo powiedzieć, że mu się w dupie z dobrobytu przewróciło a inni - jak wyżej wymienieni - mają gorzej od niego. Ale czy tak do końca mamy prawo tak powiedzieć? Czy poczucie szczęścia lub zadowolenia nie jest autonomiczną decyzją i prawem jednostki? Z boku patrząc świadkom może się to wydawać czasem śmieszne, ale dla danego człowieka jego sytuacja może wyglądać nie tak atrakcyjnie jak innym się zdaje. Osądzić jest łatwo, ale mądrze - trudniej.


244.Do biegu... gotowi...

Rano wstałem wyspany nawet, za oknem rozświetlała się pełnym słońcem piękna pogoda. Pomyślałem, że miło byłoby gdzieś wyskoczyć, może do IKEI jakieś drobiazgi pokupować, może z M. się spotkać, w każdym razie zrobić coś innego niż na co dzień. Ale nim wróciłem z zakupów, nim się z M. zgadałem (smsy nie są najszybszą formą komunikacji, zwłaszcza kiedy jeden śpi, a drugi ma niedoładowaną komórkę), jakoś nastrój klapnął. Jemu się zrazu nie chciało, a mnie potem, kiedy wypakowałem sprawunki i siadłem. Wytresowany organizm wyczuł że minęło południe, a więc nadeszło niedzielne popołudnie oznaczające przedsionek poniedziałkowego ranka i powrotu do pracy. Reakcja na to jest standardowa - napięcie psychiczne i fizyczne. Już niepokój, że powinienem coś posprawdzać, bo jak mogłem się tak lenić i prawie nic nie zrobić. Już niepokój, że powinienem coś przygotować do lekcji. Już niepokój, że znowu coś... nie wiem jeszcze jakie konkretnie coś, ale na pewno istotne. Już niepokój że pewnie w ogóle nie dość. A w tym stanie nie ma miejsca na przyjemności, nie ma miejsca na luz spotkania towarzyskiego. Jest za to miejsce na poczucie winy, gdybym się zmusił i takowemu spotkaniu oddał - że się zajmowałem czymś nieważnym, kiedy tam PRACA czekała.
Tak, wiem - chomik jestem, a to moja zajebista maszyna obrotowa.

Ciekawe że w tym poczuciu oklapnięcia na plan pierwszy wyszła smutna myśl, że nikogo nie mam. Że poza pracą nie mam nic. M. ma przynajmniej swojego chłopaka i smutno mu się robi kiedy się rozstają, a ja cóż - mam smutno na okrągło. Wypracowane procedury ukrywania, czy też może przykrywania tego smutku, na ogół są skuteczne, ale czasami wyrywa się on z zamknięcia.

A właśnie teraz M. anonsuje się z wizytą. Skoro niedobry miś-przytulanka nie chce przyjechać do Krzysia, to musi się pofatygować Krzyś do misia - dobrze jest mieć komu się wysmarkać.

sobota, 26 października 2013

243.Znak życia od martwego

Pracowity był ten tydzień. 30 godzin dydaktycznych w tygodniu to jednak lekka przesada - przy takiej ilości to już z dydaktyki niemal robi się opieka. A przecież była jeszcze beznadziejna jak zwykle rada gogiczna - przykry popis nieudolności z jednej i olewactwa z drugiej strony. Były jeszcze zajęcia wyrównawcze - z zaplanowanej godziny zrobiły się trzy, bo uczniowie skapywali po troszeczku, rozciągając się w czasie do późnego popołudnia. Było jak zwykle co przerwa polowanie na pchły, czyli gonienie palaczy z kibli. Były dziesiątki rozmów i rozmówek w sprawach najprzeróżniejszych z belferstwem i bachorstwem, kiedy trzeba w dostępnym króciutkim czasie błyskawicznie rozpoznać problem i udzielić możliwie sensownej i uczciwej odpowiedzi, pamiętając cały czas o uwarunkowaniach i wszelkich konsekwencjach - możliwych, lecz nie do przewidzenia w swym absurdalnym bogactwie. To wytwarza stan permanentnego napięcia - trzeba być nieustannie gotowym do natychmiastowej odpowiedniej reakcji na skrajnie różne sytuacje: od deklaracji Zosi, że pierdoli wszystko i wychodzi właśnie ze szkoły bo ją tu wszystko wkurwia i chyba się potnie, przez pytanie Jasia ile powstańcy warszawscy mieli tych "Liberatorów" co w muzeum wisi, skargę koleżanki Kowalskiej że jej pracownię zabrali i teraz ma zajęcia w dwóch salach, a mój Stasio jest bezczelny na jej lekcjach, aż po odpędzenie amatorów zapasów od krawędzi schodów nim po nich zlecą na pusty łeb. 

Kiedy czytam ludowe opowieści o nauczycielach, którzy całe przerwy spedzają w pokoju nauczycielskim popijając kawkę i pierdząc w stołek nicnieróbstwem to bawi mnie to dosyć. Czasem irytuje, ale na ogół - guzik obchodzi, bo nie mam ani czasu, ani siły nad tym się zastanawiać. Chyba że przy sobocie, dumając co by tu na bloga wrzucić, nim ostatni czytelnik przestanie tu zaglądać zniechęcony brakiem nowych notek.

A teraz, przy rzeczonej sobocie, wróciwszy z zakupów na które brakło czasu w tygodniu, zastanawiam się czym by się tu zająć. 

Chyba posprawdzam prace...

Ktoś powiedział, że jeśli nie masz marzeń, to umarłeś. Więc od jakichś kilkunastu miesięcy jestem martwy.


niedziela, 20 października 2013

242.Misja ratunkowa

Grobowy głos w słuchawce:
- Przyjedź proszę.
- Teraz?
- Tak.
- Stało się coś poważnego?
- Przyjedź.


Emocje podrzucają natychmiast czarne scenariusze: choroba, wypadek, rozstanie itp. Rozum podpowiada niezwłocznie, żeby się nie nakręcać i przypomnieć sobie kto dzwoni. Emocje w tempo dochodzą do wniosku, że ten rozum to jednak niegłupi jest i chyba tu strzela w dziesiątkę. 
Strzelił.
Przytulić, dogłaskać, sprowadzić na ziemię, wesprzeć i przywrócić społeczeństwu załamanego sthrrraaasznym i przełogroooomnym niepowodzeniem perfekcjonistę. 

Tylko to przytulanie niebezpieczne jest - krew nie woda.

środa, 16 października 2013

241.Bolszewik i nagroda

Endecy przed wojną mieli, jak się okazuje, rację sycząc na Piłsudskiego że to bolszewik. Na zdjęciu został wczoraj rozpoznany jako Józef Stalin. Przecież przyszłość narodu nie może się mylić.

Zabawna ramotka sprzed 90 lat, ale ma jakiś urok. Do dziś zresztą śpiewana w przeróżnych aranżacjach. Pomyśleć, że żaden z mężczyzn występujacych w tym filmie już nie żyje i zostały po nich tylko takie klatki jak z tego filmu.



Jak sądzicie, drodzy Czytelnicy, jak wieleż pieniążków dostał Pan Aberfeldy jako doroczną Nagrodę Dyrektora?

wtorek, 15 października 2013

240.Raszpla

Zaniosłem do rodziców stołeczek.

Mama, jak to ona - nie chce się o tym pisać. Ojciec pocmokał, pocmokał, po czym zaczął nią dyrygować, żeby ustawiła mu odpowiednio stołeczek. Nie, nie chciał na niego wchodzić, tylko uważnie obejrzeć, by wypatrzeć czy gdzie nie krzywy, albo nierówny. Przecież nie byłby sobą, gdyby się nie dowartościował w ten sposób. 
Nie bardzo mu zrazu wyszło, ale kiedy wróciłem do domu, po paru godzinach zadzwonił niemal rozpromieniony z radą, że tam w jednym miejscu tak nierówno wykończyłem bo z pewnością nie miałem odpowiedniego narzędzia, a on w piwnicy ma raszplę taką dziadka, półokrągłą, którą może mi dać żebym zrobił to jak należy. Miałem ochotę powiedzieć mu gdzie może sobie tę raszplę... Niestety kindersztuba zadziałała. Ale on to oczywiście wyłącznie z dobrego serca i czystej życzliwości. Dwie lewe ręce, sam niczego podobnego nie zrobił, ale przysrać mi - pierwszy! I całe życie tak.

poniedziałek, 14 października 2013

239.Dzień Świętego Nauczyciela

Ponieważ nie wszyscy świętują DEN (odpracowaną) bumelką, musiałem udać się do pracy by piękną czynić postać na obchodach. Skojarzenie z obchodem wydaje się celne - runda strażnika np. wokół magazynu z instrukcjami spożywania zupy z menażki, ma podobny ładunek sensu i emocji co nasze szkolne uroczystości. Inne akuratne skojarzenie to obchód lekarski w kostnicy - podobnie wesoły nastrój i ożywienie wszystkich uczestników.

Zamiast obchodzić nasze święto na wesoło, a przynajmniej optymistycznie, z nerwem i humorem, funduje się ciężkostrawnego, posępnego gniota na zasadzie "Kto może coś pokazać?" I zagniatamy zakalca wedle przepisu: Zosia powie wierszyk, Franio zagra na instumencie, a Patrycja zrobi fikołka i gwiazdę. Jak mamy tzw. utalentowane dziecko to zaśpiewa piosenkę - obowiązkowo po angielsku (bo to tak światowo i mądrzej się wydaje - śpiewanie po polsku jest obciachowe). Składu, sensu, myśli jakiejkolwiek przewodniej w tym wszystkim nie ma za grosz. Groch z kapustą. Obserwując trend mam niemiłe wrażenie, że mogę się doczekać tańca na rurze jako uświetnienia szkolnej uroczystości ("Bo Nikola tańczy i występuje to może i u nas pokazać - czemu dziecku odmawiać?").

Popatrzyłem na młodzież krytycznym okiem i pomyślałem, że warto by niektórych uświadomić w kwestii stroju galowego / uroczystego, ale kiedy ujrzałem niektóre eksponaty z grona, to doszedłem do wniosku, że właściwie czego od młodzieży wymagać, kiedy niektórzy nauczyciele nie mają pojęcia jak się ubrać na własne święto. Ale skoro dyrektor na to pozwala, to czemu się dziwić...

Jak zwykle po części salowej była część pokojowa, czyli nasiadówka pracowników szkoły. W tym roku pierwszy raz odkąd pamiętam, z przyczyn nieznanych, administracja i obsługa nie pojawiła się. Jak dla mnie - zgrzyt. Nie było również sporej części grona.

Nagrody dyrektora za to jak zwykle podgrzały emocje. Czynnikiem podgrzewającym jest chyba nie tyle to "ile", lecz "kto". Niektórzy ciężko znoszą pominięcie, choć dyrekcja sypie nagrodami szeroko (co przekłada się zresztą na ich wysokość). Pan Aberfeldy wśród nagrodzonych się znalazł, jednakowoż jak bardzo jeszcze nie wie, bo papiórek że nagroda - to jest, ale floty na koncie nie ma. Sensu w swojej nagrodzie większego zresztą nie widzi.

Jedyne życzenia uczniowskie na jakie się załapałem, to te automatyczne od samorządu "w imieniu wszystkich", bo aniołki z moich klas nie czuły potrzeby fatygować się w tej mierze. Bo kto normalny składa jakieś życzenia ludziom od usług? Hydraulikowi, fryzjerowi, nauczycielowi?


niedziela, 13 października 2013

238.Stołeczek

Ponury niedzielny poranek ustępuje przejaśnieniom wczesnego popołudnia. Wczoraj zająłem się drobną stolarską robótką - stołeczkiem w formie, a stopniem do sięgania ku wyższym półkom w przeznaczeniu. Mama chciała ikeowski, ale uznałem, że będzie dla niej niebezpieczny i zrobiłem po swojemu. Dziś zdjąłem ściski i przetestowałem. Jeśli wytrzymuje moje podskoki, to powinien bez problemu wytrzymać mamine wchodzenie. Jeszcze "tylko" szlifowanie, bejcowanie i lakierowanie i będzie fertig. Lubię takie prace, bo w odróżnieniu od belferki - widać w nich efekty własnego wysiłku. Czasem sobie marzę jak by to było fajnie mieć mały przytulny domek, a obok niego szopę z warsztatem stolarskim, w którym mógłbym wygodnie i jak należy wykonywać różne prace, a nie na powierzchni 1,5 na 1,5 metra w pokoju.

sobota, 12 października 2013

237.Zza mgielnej waty

Wyjść z pracy w piątek o piątej to... ulga? Nie wiem. Miałem pewne obawy, że momentami chyba idę niezbyt pewnie, a zatrzymuję się przed zebrą niezbyt stanowczo. Przeszło mi przez myśl, że znudzony a nadgorliwy patrol mógłby mnie wylegitymować za nietrzeźwość. Wprawdzie upojenia alkoholowego nie sposób byłoby stwierdzić, bo ostatnie procenty były na imieninach tydzień wcześniej, ale jak krawężusie normy patrolowej nie wyrobili, to mogą na takie niuanse nie zwracać uwagi. 

Właściwie nie czułem zmęczenia fizycznego, ani psychicznego, miałem tylko wrażenie, jakby mi się delikatnie i niuansowo rozjeżdżała synchronizacja między myśleniem i działaniem a otoczeniem. Tak jakby oddzielała nas cieniutka jak muślin, nienamacalna warstewka mgielnej waty.

Teraz też nie czuję zmęczenia, ale na tyle już znam siebie, by wiedzieć że to pozory - po prostu organizm wciąż jest zmobilizowany i spięty. Silnik pracuje, tylko chwilowo na luzie bo wysprzęglony, ale wie że zaraz znowu zostanie wrzucony bieg. Weekend nie jest więc żadnym realnym odpoczynkiem. Rzeczywiste "odpuszczenie" nastąpiłoby dopiero po 2-3 tygodniach urlopu - dopiero wtedy mój organizm wierzy, że nie musi już być spięty w gotowości do pracy. 

Przez głowę mimowolnie przelatują obrazki z minionego tygodnia, scenki, zdarzenia, przeżywane wciąż na nowo, z wątpliwościami i sugestiami czy reakcja była trafna, czy błędna, co można było zrobić lepiej a co tylko inaczej. Po głowie kołaczą się przykrości i frustracje z przypominanych zachowań uczniów. Wśród nich przemykają od czasu do czasu, niczym rybki w Bałtyku, refleksje na temat własnego życia, bilansu, perspektyw, sensu. 

Mówi się, że dobrze jest mieć poza pracą jakieś hobby, jakąś pasję, która byłaby wytchnieniem i odskocznią od stresu. To jak najbardziej słuszna rada, ale co z tego, kiedy po 30 lekcjach  w tygodniu jestem tak wypruty, że nie mam siły żeby sięgnąć po pilnik czy pędzel, nie mówiąc o wykrzesaniu z siebie jakiegokolwiek zainteresowania wieżą "Panthery" czy śmigłem "Spitfire'a".

Patrzę na pasek wypłaty i zastanawiam się czy te niecałe 400 złotych jest wartych o przeszło 1/3 większej pracy?

Niewątpliwy jednak plus takiego obłożenia pracą, to wyparcie myślenia o sobie i swoich uczuciach.


czwartek, 10 października 2013

236.Zdjęcie Lenina

Nie umiem uczyć. Na grupę - jedna, dwie pozytywne oceny.
Nie umiem wychowywać. Perswazja nie skutkuje, represji nie umiem stosować (brzydzę się nimi).

Twórca nowoczesnej Turcji w XX wieku i jej pierwszy prezydent, zwany "Ojcem Turków":   Mufasa.
W międzywojniu system stalinowski był w Niemczech i był bardzo okrutny.
Różnica między tymi ideologiami była taka, że faszyści budowali drogi, a organizacje hitlerowskie opiekowały się ludźmi biednymi.
Rozpętał wojnę domową występując zbrojnie przeciw republice; uzyskał poparcie faszystowskiej Falangi, karlistów i państw totatlitarnych - Włoch i Trzeciej Rzeszy:   Lenin.
Gestapo to było miejsce do którego byli wywożeni żydzi i żyli tam na dworze w bardzo złych warunkach. 
Kultura masowa w 20-leciu rozwijała się dzięki takim wynalazkom, jak radio, telewizja, czołgi i łodzie podwodne.
Ten miły pan, do tej pory brany za premiera Wielkiej Brytanii, to w rzeczywistości Lenin. 

A tutaj... Hitler ze Stalinem. 
Choć pojawiła się także koncepcja, że z prezydentem Czechosłowacji.






wtorek, 8 października 2013

235.O złym biskupie i straconej okazji

Zniesmaczyła mnie szokująca wypowiedź abpa Michalika
- Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga - mówił abp Józef Michalik pytany przez dziennikarzy o ostatnie doniesienia na temat przypadków pedofilii wśród duchownych.

To dziecko winne pedofilii?! Brak słów, że ktoś o takim poziomie moralnym pełni jakąkolwiek funkcję publiczną, a co dopiero księdza. Obrzydliwa hipokryzja, pycha i po prostu zło.

Kiedy wracałem z pracy, tuż za mną zderzyły się dwa auta. Taran był taki, że wielkiego suwa wrzuciło na chodnik obracając o 180 stopni, jakieś 10 - 12 metrów za mną. Gdybym wyszedł ze sklepu troszkę wolniej znalazłbym się akurat w strefie lecących fragmentów aut i słupa ze znakami drogowymi; mógłbym suwa z toru marszu ręką dotknąć. Kurczę, ledwie 10 sekund, a może bym się przeniósł na łono Abrahama. Taka szansa przeszła mi koło nosa! A właściwie koło tyłka. Cóż, jak kto nie ma szczęścia...

Praca dość skutecznie otumania. W tym tygodniu, dzięki troskliwej dyrekcji będę miał 30 lekcji. Codziennie sprawdzam prace jednej klasy. Nic nie sklejam, ani nie maluję - nie mam siły, i to nie fizycznej, lecz psychicznej.

niedziela, 6 października 2013

234.Ciastkowy maraton

Pierwsza niedziela października w pięknej ciepłej pogodzie, cała skąpana w słońcu. Na niebie choć jednej chmurki - sam lazur. Jak miło było by mieć teraz parę dni wolnego w takiej ślicznej pogodzie... Bez myśli, że jutro znów do pracy.

Mamin jubel się udał na spokojnie. Jeśli jedyna kłótnia (i to stosunkowo spokojna) dotyczyła sprawy odwołania Gronkiewicz-Waltz, to znaczy że rodzina odbyła sielankę. Mamusia z heroiczną ofiarnością powstrzymała się od robienia słodkości i moje biszkopty z owocami i kołderką bitej śmietany okazały się jedynym deserem. Smakować pewnie smakowały, bo niektórzy brali po trzy dokładki, ale czy rzeczywiście były takie rewelacyjne jak cmokali to nie wiem, bo mogli z grzeczności mi kadzić.

Wracałem z zakupów w markecie (gdzie kupowałem rzeczy potrzebne do zrobienia pewnego mebelka małego) i akurat trafiłem na imprezę "Biegnij Warszawo". Nie chciałem przeszkadzać, więc stałem i czekałem aż przebiegną. A jak stałem to i patrzyłem, bo cóż było innego robić. Pewnym zaskoczeniem było, że biegli tacy, przy których ja się jakimś cudem łapię na kategorię "młody i szczupły". Ale to był margines.  Mój Boże, ileż tam ciasteczek biegło! Aż mi się smutno zrobiło i spuściłem wzrok. W końcu masa biegaczy rozluźniła się i przemknąłem między nimi na drugą stronę ulicy i poszedłem do domu.

Kiedyś lubiłem biegać, wieczorne przebieżki były super! Ale z czasem, kiedy doszły regularne wiosenno-letnie infekcje wybijające z rytmu biegania, kiedy nastrój z wolna nurkował ku skorupce, bieganie gdzieś zanikło. A po wyprowadzce od rodziców, już okolica do biegania mi nie odpowiada - próbowałem, ale było nieprzyjemnie. Szkoda.

piątek, 4 października 2013

233.Ośli pchacz

Po lekcjach - do dokumentacji. Po szkole - prosto do marketu na zakupy, bo jednak postawiłem na swoim i będę robił desery na maminy jubel. Ile konkretnie tego mojego, to się okaże jutro w trakcie wizji lokalnej lodówki, czy przypadkiem nie kryje się tam tort wielkości młyńskiego koła, lub babeczki w ilości podwójnej porcji na łeb dla rozrośniętego mrowiska.

Akurat mrok zapadał, kiedy wreszcie siadłem. Siedzę jadnak z uczuciem pewnego bliżej niesprecyzowanego niepokoju - dlaczego ja tak siedzę i NIC NIE ROBIĘ?! Może powinienem jakieś prace posprawdzać - przecież na czarodziejskiej półce rozmnożyły się jak grzyby po deszczu? Albo może coś przygotować? Mógłbym do dziennika elektronicznego wejść i trochę frekwencję uporządkować (nieważne, że bez dziennika papierowego to byłaby głupiego robota). Przecież w przyszłym tygodniu będzie tyle roboty i pewnie napewno z czymś się nie wyrobię, i nawalę, i zawalę, i łojezusiemariocowtedy! No bo jak to tak - siedzieć i nic nie robić?! Niepokojąco nienormalna nieaktywność.
Ale organizm dobitnie sygnalizuje potrzebę zwolnienia. Czuję się tęgo wymłócony psychicznie, mam jednak nadzieję, że żadna infekcja nie czyha z atakiem na osłabiony stresem organizm - starczy mi niedawna.

Rozbawiła mnie znajoma, która ni w ząb nie może pojąć, jak to możliwe, że w klasie choć śladowe zainteresowanie lekcją przedmiotu maturalnego może demonstrować w najlepszym razie 3 do 4 osób (na 35), zaś reszta zwiera szeregi w niemym oporze przed jakimkolwiek wysiłkiem, choćby takim jak przeczytanie 3 (słownie: trzech) zdań z podręcznika i ustna odpowiedź: co tam było napisane, albo zanotowanie (podyktowanej!) pięciopunktowej notatki ułatwiającej zrozumienie tematu. W coraz mniejszym stopniu jestem nauczycielem, a w coraz większym - rozrusznikiem i przepychaczem osłów.


środa, 2 października 2013

232.Atak trującego pomidora

Podstarzały chomik dzielnie zapieprza w kołowrotku. Dyżur, lekcja, dyżur, lekcja, dyżur, lekcja, sprawy różne, lekcja, sprawy różne itd. W domu czarodziejska półka z pracami do sprawdzania - mimo sprawdzania kupki za kupką, prac nie ubywa i półka wciąż nimi usłana. 

M. (zwany dawniej Panem Przytulasem) jęczy i focha się, że nie odwiedzam go tak często jak on by chciał. Mam wrażenie, że chciałby conajmniej w co drugi dzień. Daje upust swej frustracji, że w środku tygodnia, kiedy jestem zawalony robotą po uszy i budzę się w środku nocy z niepokoju, że nie zdążę ze wszystkim się uporać, mam czelność i bezduszność odmówić mu wyjazdu za parę godzin do Ikei , gdzie by sobie mebelek jaki nabył. Istne dziecko. 

Strułem się znowu jak cholera. Przebieg doskonale znany, jak sądzę - jakaś chemia. Podejrzany: tutaj coś nowego - pomidor. Tu muszę pracować, czas leci, noc zapadła, a ja tu ledwie żyję. Irytujące zakłócenie chomiczej zapierdalanki.

Niedawno ojciec rozmlaskał się z zachwytem nad tartą, której kawałek im zaniosłem i zaordynował, żebym koniecznie zrobił taką na maminy jubel, "żeby się ona biedna nie męczyła i żeby z deserem jej ulżyć żeby nie musiała sama robić" - wszystko to działo się w obecności Mamy. Nauczony doświadczeniem zachowałem dla siebie sceptycyzm w tej kwestii. Dziś zadzwoniłem do Mamusi, żeby ustalić szczegóły i reakcja ani trochę mnie nie zaskoczyła: lawirowanie żeby mi wprost nie odmówić, ale dać niedwuznacznie do zrozumienia, że oczywiście, skoro mi zależy to mogę tę tartę (właściwie - sobie) zrobić, ale to zupełnie niekonieczne i właściwie zupelnie zbędne, bo ona i tak zrobi szarlotkę (doświadczenie podpowiada, że w ilości zdatnej do przykrycia boiska futbolowego). Być może mam coś nie halo z głową, ale coś takiego mnie irytuje i czuję się traktowany lekceważąco. 
Uskarża się, że haruje w kuchni, żeby spełnić zachcianki przyjęciowe ojca (ma być na bogato), ale niechby kto odważył się wychylić z ofertą pomocy i wyręczenia - traktuje to jak  propozycję  inwazji na jej przenajświętszą suwerenność. I co szczególnie mnie wkurza - zamiast odmówić wprost, kręci i chachmęci, sugerując niechętną zgodę, a kiedy przynosisz co zrobiłeś, okazuje się, że i tak zrobiła po swojemu, nawet w dwójnasób, żeby tylko koniecznie zademonstrować, że ona sama i więcej.

niedziela, 29 września 2013

231.O pierożkach i koszernych faszystach

Gardło nie boli. Z zatok spływa. Samopoczucie fizyczne dość niewyraźne - ani zdrowy, ani wyraźnie chory. Nastrój na okoliczność, że już za klikanaście godzin w pracy - kiepskawy. Stosik prac do sprawdzania topnieje w tempie lodów na Syberii w Sylwestra.

Na obiad pierożki z serem - smaczne, a jak na kupne gotowce, to wręcz bardzo smaczne. Z chudą śmietanką, cukrem trzcinowym i waniliowym aromatem - omnomnom! Niestety producent (delikatesowa sieciówka krakowska) liczy sobie nietanio. Jest jeszcze alternatywa w postaci rozrastającej się jak grzyby po deszczu budżetowej sieciówki z Podlasia, z dużo bardziej portfeloprzyjaznymi cenami. A własnoręczne lepienie rozważałem, lecz szybko mi przechodziło - na jedną osobę to bez sensu robota, bo człowiek upaprze siebie i kuchnię dla jednej porcji kilku pierożków.  

Z wyczytanych ciekawostek zaskoczyła mnie informacja, że przed 1938 r. (kiedy Mussolini wydał prawa antyżydowskie) nie tylko nie było prześladowań Żydów w faszystowskich Włoszech, ale bardzo wielu Żydów było członkami PNF (Partito Nazionale Fascista) - Włoskiej Partii Faszystowskiej. Na 47 tys. osób tożsamości żydowskiej we Włoszech, do partii należało aż 8 tysięcy. Jeśli odliczymy niepełnoletnich i założymy, że wielu w wieku poprodukcyjnym do partii już nie wstępowało, to wychodzi bardzo wysoki odsetek partyjno-faszystowskich Żydów - być może nawet co trzeci włoski Żyd był w partii.


piątek, 27 września 2013

230.Jęki i zawodzenia z obolałego gardła

No i dopadło mnie przeziębienie. Marna pociecha, że w towarzystwie pirazydrzwi 20% dzieciaków i niewiele mniej belferstwa. Kombinacja jesiennej aury i zwlekania z włączeniem ogrzewania zrobiła swoje.

Przekopuję się przez pliki prac do sprawdzenia - niestety spiętrzyły się klasówki i kartkówki zbiegające się w czasie w podobnych klasach. Mam wrażenie, że mozolnie brnę sprawdzając je po trochu, a są one jednym z bardziej demotywujących aspektów mojej pracy.

Kiedy patrzę na swoją pracę w tak wielkiej liczbie klas, z tak wielką liczbą uczniów, to nawet zaśmiać szyderczo mi się już nie chce na wspomnienie generalnej dyrektywy: "Indywidualizacja pracy z uczniem". Jaka indywidualizacja w tłumie?! To praca przy taśmie, masowe przepychanie populacji przez system. Co tu indywidualizować mając 300 uczniów? Problemem jest nauczyć się ich rozpoznawać z imienia i nazwiska, a gdzie i kiedy - z mocnych i słabych stron? z zainteresowań? Skąd wziąć czas i jasność tudzież otwartość umysłu by dojrzeć w nich to co niejawne - ich atuty i deficyty skryte za maską przećwiczonego produktu systemu oświatowego?

Skąd wziąć siły by nieustannie ogarniać rozbrykanych i niesfornych, wrogich pracy i wysiłkowi, o mentalności Kalego polskich krętaczy zdecydowanych tylko nader nieliczne spośród czynionych kłamstw i oszustw kłamstwem i oszustwem nazwać? By wciąż z szacunkiem traktować tych, od których go nie zaznajesz, nawet nie ze złej ich woli, lecz z młodzieńczego egoizmu, często jednak w nieprzyjemnym wariancie osobowości, czującej respekt tylko przed brutalną siłą - mściwą i pamiętliwą, lecz z lekceważeniem odnoszącej się do ludzi kulturalnych i życzliwych.

niedziela, 22 września 2013

229.Niedziela pod chmurami

Po pięknej słonecznej sobocie nadeszła pochmurna niedziela. Wreszcie włączone centralne daje przyjemne uczucie ciepełka w domu. Dzięki temu specjalne owczowełniane papucie mogą jeszcze zaczekać do mrozów.

Zakup kilku książek w "taniej książce". Nieco łapczywa lektura pierwszej i lekka irytacja tezami i wnioskami autora. Nieprzyjemne podejrzenie, że może on należeć do grona tych "badaczy", którzy zbyt silnie ulegają manierze pisania pod założoną z góry tezę.

Dyskretne spojrzenie z oddali na ładnego chłopca sprzedającego ciasta w Auchan, zupełnie niepasującego do reszty personelu.

Stosik prac do sprawdzania i świadomość, że znowu trzeba będzie się zmusić do zrobienia tego co tak przecież odpycha.

Lekkie zdziwienie wywołane niespójnością poczucia schyłku życia i metrykalnego wieku.


czwartek, 19 września 2013

228."Sierpniowe niebo. 63 dni chwały"

Obejrzałem sobie film z tytułu notki. Z jednej strony dobrze, że w ogóle powstał jakiś film o Powstaniu Warszawskim, bo w grunice rzeczy to nakręcono o nim tyle co kot napłakał. Ale z drugiej strony źle, że powstał film kiepski.

Niewątpliwym plusem jest montaż - mimo licznych przeskoków między rokiem 1944 a współczesnością oraz między wątkami, nie miałem żadnych problemów ze śledzeniem akcji. Również bardzo zręcznie wmontowano dobrze dobrane zdjęcia archiwalne.

Za to rozwiązania fabularne raczej trzeba określić jako głupie i nieprawdopodobne. Aktorstwo niestety na poziomie bliższym telenoweli - a ponieważ grają tam jednak zawodowcy, to wydaje się że wychodzi tu brak ręki reżysera. Amatorzy zaś - rozpaczliwe drewno.

Niektóre sceny rażą pretensjonalnością, jak choćby bzdurny pomysł z esesmanem w piwnicy. Inne - nonsensownością, jak choćby ta z porwaniem sanitariuszki przez niemieckiego żołnierza. 

Aranżacja scen walk (o barykadę) wskazująca na kompletny brak wiedzy historycznej i wojskowej oraz wyobraźni - po prostu żałosna swym odjechaniem od realizmu. Tak można było to pokazywać w teatrze telewizji 40 lat temu; "Szeregowiec Ryan", "Kompania braci" czy "Pacyfik" wyznaczyły inne standardy obrazowania pola bitwy (wiem, wiem - budżet, ale pieniędzmi wszystkiego się nie wytłumaczy, chodzi o sposób kadrowania, narrację starcia, choreografię - tu starczy talent).

W gruncie rzeczy kompletnie niewykorzystany fabularnie został wątek raperów - z ich działań w filmie NIC nie wynika, nie popychają historii ani nie hamują jej, są równie narracyjnie aktywni jak archiwalne fotografie.

Trzeba pamiętać, że problemem reżysera był szalenie skromny budżet, łatany darowiznami i użyczeniami, co z pewnością zaciążyło na ostatecznym efekcie. Tym jednak trudno wytłumaczyć zwyczajną  nieporadność i braki twórcze. Trudno też wybaczyć nachalny i prostacki dydaktyzm, dający efekt groteski, jak w przerysowanych postaciach "biznesmenów" czy eks-ubeka, osłabiający w rezultacie wymowę historii. Sam zapał i dobra wola to jeszcze za mało w sztuce - potrzebny jest jeszcze talent.

Jako podsumowanie dobrze nadaje się znana anegdota o bardzo wielce nabożnym, ale znacznie mniej utalentowanym malarzu krakowskim Janie Styce (tym od "Panoramy Racławickiej"). Otóż pewnego razu miał mu się ukazać Pan Bóg i powiedzieć: "Ty mnie nie maluj na klęczkach! Ty mnie maluj dobrze!"

środa, 18 września 2013

227.Skojarzenia chaotyczne

Wychowawca z czasem nabiera cech oficera "dwójki" *) - niby bez reszty koncentrując uwagę coś czyta, niby coś tam w skupieniu pisze, a jednocześnie skanuje okoliczną czasoprzestrzeń wychwytując istotne informacje, zwłaszcza te, w których pojawia się wątek jego klasy. Przy klasie złożonej z tzw. żywych i pomysłowych młodzieńców proces nabierania wspomnianych cech radykalnie zyskuje na prędkości. Podstawą skuteczności straży pożarnej jest dobry wywiad i niezwłoczne ustalenie gdzie dymi.

Psorka
A dlaczego ma cię nie być?

Niesforna Cholera
Proszę pani, bo ja jestem zwolniony. Ja tu mam zwolnienie.

Psorka
A, no skoro tak, to trudno...

Czujny Wychowawca
Zwolnienie? Czekaj-no, jakie zwolnienie? Przecież ja nic nie podpisywałem!

Niesfora Cholera
No bo ja tam z chłopakami idę pomóc przygotowywać przy uroczystościach. Tu lista jest. 

Czujny Wychowawca
Coś ta lista jakaś inna od tej, którą wczoraj widziałem. Było sześć osób, a tu widzę siedem.

Niesforna Cholera
Ale na początku byłem ja!

Czujny Wychowawca
No tak, byłeś. A imię twe - Chaos.

_________________________
*) "dwójka" - potoczna nazwa polskiego wywiadu, pochodzi od II Oddziału Sztabu Głównego, który tym właśnie się zajmował.


piątek, 13 września 2013

226.Sztuka jest sztuka

12-godzinny maraton w pracy. Jak Bóg chce belfrowi dokuczyć, to mu wychowawstwo daje. A jak chce pokarać, to mu rozum odbiera żeby sam o nie poprosił.
Cenną wartością funkcji wychowawcy jest to, że daje mu ona możliwość nieustającego mierzenia się z nieprzewidywanymi wyzwaniami, takimi jak np. wytłumaczenie ledwie co dorośniętym obywatelom Rzeczypospolitej, dającym być może upust emocjom wywołanym faktem jazdy środkiem komunikacji zbiorowej, że inscenizowanie symulowanej kopulacji na środku pojazdu nie mieści się w kanonie zachowań społecznie akceptowanych. Przynajmniej jeśli robią to dwaj faceci.

Cudem uniknąłem poważnych obrażeń wskutek upadku z krzesła, z którego niechybnie spadłbym z wrażenia, gdybym nie był stosownie przygotowany - pomny doświadczenia, że kiedy z mostka kapitańskiego naszej tratwy Meduzy lecą przemowy, to można się spodziewać zdumiewających interpretacji rzeczywistości.
Tym razem niusem dekrzesłującym było stwierdzenie (w ramach rozpościerania pawiego ogona mocy naszej bazy dydaktycznej), że mamy 4 pracownie komputerowe. Sęk w tym, że działający sprzęt mamy tylko w jednej, a w pozostałych komputery pełnią funkcję urozmaicania pracy pań sprzątaczek, żeby nie narzekały, że muszą odkurzać tylko płaskie i płaskie. Mam niejasne podejrzenie, że dla mostka naszej tratwy rozróżnienie między komputerem  a  sprawnym i użytecznym komputerem jest niegodnym uwagi niuansem. 

poniedziałek, 9 września 2013

225.Każdemu wedle zasług

Atrakcją dnia było wysłuchanie kapitańskiej laudacji, jaką przygotowano na cześć sternika naszej tratwy, by armator go docenił i szczodrą swą ręką sypnął mu grosiwa za gorliwość a pilność w pracy. Interesujące było oglądanie jak niektórzy rozpaczliwie próbują zachować kamienną twarz, inni rzężą dławiąc rechot schowani za czyimiś plecami, jeszcze inni z wiarygodnością starego Kiemlicza starają się złapać falę historiami z życia wziętymi  gorliwie potwierdzając laudację. 
A mnie, kiedy słuchałem tych opisów nadzwyczajnych sukcesów i osiągnięć, nie na człowieczą, lecz conajmniej heroiczną miarę poczynionych, przypomniał się pewien wierszyk. 

Konstanty Ildefons Gałczyński

ZIMA Z WYPISÓW SZKOLNYCH

Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
módl się, dziecino, z całą krainą -
niech Bóg mu siły doda;
śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
dobry pan wojewoda.

A któż na szybach maluje kwiaty,
czy mróz, czy mróz, dziecino?
Nie, to rączuchną dla ciebie, żabuchno,
starosta ze starościną;
srebrzyste prążki, listki, gałązki
dla ciebie, dziwna dziecino.

A któż te śliczne zawiesił sople
za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
podkierownicy, nadasystenci
nocą nie spali, hurra! wołali,
sople poprzyklejali.

Hej, tam w Warszawie jest pan minister
siwy i taki miły,
przez okno rzuca spojrzenia bystre,
bo chce, by dla ciebie były
zimą sopelki, śniegi i lody:
wszystkie zimowe wygody.

Jeżeli tedy sanki usłyszysz
i dzwonki ich tajemnicze,
wiedz: to minister w skupionej ciszy
nacisnął taki guziczek,
że sanki dzwonią i gwiazdki lśnią
nad miastem i nad wsią.