Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

343.Miernik łakociowy

Rekrutacja trwa. Młodzież z fizjonomii i świadectw niezbyt zachęcająca. Zobaczymy jak to się zmieni kiedy zaczną przynosić oryginały świadectw potwierdzające wybór naszej szkoły. Komisja się pociesza, że będzie lepiej, to znaczy że lepsza młodzież wtedy przyjdzie. No, pocieszanie się to dobra rzecz, ja się np. pocieszam że wygram w totka i będę mógł wreszcie odejść z tej budy. No i proszę - jakiż jestem pocieszony! No że ho-ho!

Koleżanka napisała mi, że przeraziła się tego co zobaczyła w zeszłym tygodniu w moich oczach. Nie, nie chodzi np. o wyłażącą na coś żądzę mordu czy coś w ten deseń, raczej ujrzała w nich moje życie takim, jakim ja je widzę. Powinienem się lepiej maskować.

Kierownictwo naszej tratwy Meduzy wciąż potrafi zaskoczyć. Wydaje ci się niemożliwe by podjąć TAKĄ decyzję, a tu proszę - pierdut! i jeszcze głupsza podjęta! No, klasa sama dla siebie. Szkoda tylko, że ja wciąż też na tej tratwie.

Ludzie witają mnie radosnym okrzykiem "O, urlop zacząłeś/pan zacząłeś!" Staram się być grzecznym - na zewnątrz, bo na wewnątrz to sobie pozwalam.

Zadzwonił M. relacjonując szczegółowo ile kwiatków i łakoci dostał od swoich uczniów na zakończenie roku. Informacja ile ja dostałem podbudowała go i natchnęła zadowoleniem, którym przepełniony zakończył rozmowę. 

Powinienem się wreszcie nauczyć, że w kwestii umawiania się M. jest Murzynem z Afryki i ma zupełnie inne podejście do czasu i zobowiązań niż ja.
"Zaraz wyjdę" bądź "Niedługo będę" może normalnie oznaczać np. że: zje obiad, weźmie kąpiel, sprawdzi pocztę, obejrzy coś w telewizji, ubierze się, wsiądzie do autobusu, spotka się ze znajomym i w końcu, po 3-4-5 godzinach zjawi się. Ja tę drogę pokonuję w trzy kwadranse.
"Będę za godzinę, na pewno!" - można spokojnie zabrać się za obejrzenie dwugodzinnego filmu i wszystkich napisów końcowych.
"Pojedziemy jutro do sklepu?" czy "Pomożesz mi jutro w zakupach?" - rezerwowanie czasu na owo jutro jest czynnością równie sensowną, jak niezwłoczne wysprzątanie mieszkania w oczekiwaniu na jutrzejszą wizytę królowej angielskiej.
"To pomożesz mi przed wyjazdem? - należy rozumieć, że chodzi o jakiś abstrakcyjny, niezidentyfikowany i nieskonkretyzowany wyjazd w bliżej nieokreślonej przyszłości, a nie ten najbliższy, o którym ci właśnie opowiada.

Czasem czuję się przy nim jak time-nazi.

czwartek, 26 czerwca 2014

342.Puste kalorie

Koleżanka z błyskiem pożądliwości w oku:

- Co trzeba zrobić, żeby mieć drukarkę w sali?
- Kupić ją sobie.

* * *
Życzliwa niewiasta zainteresowała się Mr Aberfeldym.

- A jak ty się czujesz?
- Niespecjalnie. Bywało lepiej.
- Bo źle w oczach  wyglądasz.
- Zmęczył mnie ten rok.
(a w myślach rozwinął:
- W gruncie rzeczy, ogólna chujoza. A właściwie - achujoza.)

***
Bombonierka z Biedrony w charakterze ofiary na przebłaganie złego mzimu a conto przyszłego roku. Wszystkie pralinki smakują niemal tak samo, różnią się głównie kształtem. Nadają nową głębię znaczeniową określeniu "puste kalorie".



środa, 25 czerwca 2014

341.Wiesz, ludzie mówią...

Dostałem poufną życzliwą radę: żebym coś zrobił ze swoim kalectwem, bo chodzą słuchy, że nie radzę sobie z dyscypliną na lekcji, znaczy - przez to.

Nie wątpię w dobre intencje, ale diagnoza chybiona. Problemy z dyscypliną mam, ale gdzie indziej niż się koleżankom wydaje  pies leży pogrzebany. Wiem co robię nie tak, lecz kwestią zasadniczą jest czy znajdę w sobie siłę i dam radę żeby to zmienić. Zanosi się na to, że będzie mniej zajęć w nowym roku szkolnym, więc może się uda.

niedziela, 22 czerwca 2014

340.Pierwszy dzień lata

Wszystkiego najlepszego
z okazji pierwszego dnia lata anno domini 2014!

Kiedyś, panie, to były piosenki! 

Klasyka - najbardziej znane wykonanie Haliny Kunickiej
(niestety nie znalazłem klipu bez tych straszliwie kiczowatych obrazków).


A tu ciekawostka: oryginał z filmu...


...na którym można zobaczyć Płock w roku 1960. Cóż za klimat!

piątek, 20 czerwca 2014

339.Kontener

Drugi dzień długiego weekendu; wolny "piątek po Bożym Ciele" odpracowaliśmy wcześniej, więc nieedukacyjni  - nie hejtować!

Wczoraj wyszedłem na spacer i ku swemu niemałemu zaskoczeniu nie tylko wziąłem aparat, ale i zaszedłem do Łazienek. Nie byłem w nich od ładnych kilku lat, a na niektórych alejkach, którymi przemieściłem swą osobę, to być może nawet nigdy dotąd. Odczułem coś na kształt zaskoczenia, że idę sobie tak po prostu, bez celu, na  spacer, bez ciśnienia, podminowania i napięcia z powodu czekającej pracy. Pomyślałem: "O kurczę... koniec roku się zbliża! Nic nie muszę sprawdzać, nic nie muszę przygotowywać. *) Luz." Zrobiłem trochę landszaftów, cyfrakiem wprawdzie, ale i tak to niezwykłe, zważywszy, że to chyba pierwsze zdjęcia od roku.

Kiedyś lubiłem robić zdjęcia i, jakkolwiek nieskromnie to zabrzmi, robiłem ładne fotografie, pejzaże w czerni i bieli, cokolwiek nastrojowe, na negatywach, w małym i średnim formacie. Ale kilka lat temu coś pękło, a może się wypaliło? Jakbym poczuł, że to wypełniacz, ersartz, oszukiwanie samego siebie, aktywność zastępcza, wypełniacz życia nie wypełnionego tym za czym w głębi wciąż tęsknię. I aparaty poszły na półkę. A szkoda. Przy całym swoim bardzo daleko posuniętym samokrytycyźmie uważam, że robiłem niezłe fotografie krajobrazowe, można by rzec - oldskulowo nastrojowe. A teraz leżą sobie w szafce  w pudełku, by po mojej śmierci wylądować zapewne w dużym kontenerze który stanie na podwórku. Cóż, nie posądzam swojego spadkobiercy o jakąkolwiek wrażliwość w kwestii artystycznej.

Zwariowana pogoda dni ostatnich sprezentowała mi lekkie zaziębienie - mam nadzieję, że nie rozwinie się w nic poważnego. Ale irytuje.

Na bazarze spotkałem M. z jej przyjacielem; nie da się ukryć, że słone honoraria dietetyka im służą - zeszczupleli wyraźnie. Pomogłem im odnieść zakupy do samochodu. M. odnalazła w sobie geny kuchmistrzyni i się spełnia. Zapraszali mnie na jakąś posiadówkę w kawiarni, ale się wymówiłem, bo miałem zakupy i jeszcze sprawunki do załatwienia - jutro trzeba się do Schwester i siostrzeńca na jubel meldować. Ale i po prawdzie nastroju nie miałem. Koniec roku szkolnego to czas, kiedy znikają zasłony pozwalające podtrzymywać iluzję - odchodzą klasy i uczniowie absorbujące moją uwagę, odsłaniając przygnębiającą pustkę mej egzystencji. 
___________________________________________
*) OK - poza durnowatymi, w istocie bezproduktywnymi sprawozdaniami, żeby nakarmić świętego Biurokracego.

czwartek, 19 czerwca 2014

338.We mgle niepewności

Komentarz Matta do poprzedniej notki zainspirował mnie do pewnych przemyśleń. 

Jeden z największych problemów z podejmowaniem decyzji w sprawach ludzkich na tym polega, że chyba nigdy nie są to sytuacje czarno-białe, lecz szare, z rozmytym, wręcz niewidocznym konturem linii granicznej, którą my dopiero musimy wytyczyć. Podjęcie decyzji wymaga dokonania rozstrzygnięcia, rozważenia racji często trudno porównywalnych (względnie - trudno mierzalnych). Zwykle jest na mało czasu, a trzeba wybrać tak, żeby mieć uczciwe poczucie sluszności swej decyzji nie tylko teraz, ale i za jakiś czas. 
A tu jest przecież trochę jak na wojnie - nigdy nie mamy pełnego obrazu sytuacji, lecz tylko jej wycinek, nigdy też nie znamy wszystkich istotnych uwarunkowań. Działamy w szumie informacyjnym, opierając się na informacjach o różnym stopniu wiarygodności, zawsze jednak niepełnych, mając bardzo ograniczone możliwości ich weryfikacji. Jesteśmy poddani presji bezpośredniej i skonkretyzowanej - ucznia lub rodzica, z którym rozmawiamy, oraz pośredniej i potencjalnej - dyrektora i kuratoryjnego wizytatora, którzy mogą się włączyć z interwencją, jeśli niezadowolony klient poleci ze skargą.
Decydujemy we mgle niepewności.

środa, 18 czerwca 2014

337.Oświatowe plasterki kojące

Szkoła to miejsce, w którym uczymy młodych ludzi wiedzy i umiejętności, oraz oceniamy stopień ich opanowania przez tychże. Ocena pełni funkcję informacyjną. Nie jest naszym zadaniem i stosownie do tego nie mamy narzędzi ani uprawnień do kompensowania trudnych sytuacji życiowych. Szkoła nie jest miejscem do rozdawania ocen w charakterze plastrów kojących deficyty socjalne, rodzinne, wychowawcze, międzyludzkie itp.
Sama informacja o trudnej sytuacji rodzinnej nie jest podstawą do dyspensy od obowiązujących zasad oceniania, lecz jest elementem do szerszej oceny zachowania ucznia - jednym z wielu, i podlegającym weryfikacji.

Przykładowo: ciężka choroba w rodzinie.

Uczeń A jest przygnębiony, rozkojarzony, ciężko mu się uczyć, ale stara się jak może, chodzi, stara się uważać na lekcji, coś tam zanotować, coś napisać na kartkówce czy sprawdzianie, na poprawę jak na szafot ale przyjdzie z własnej woli. Efekty ma kiepskie, ale nie ulega wątpliwości, że próbuje coś robić. Dla mnie jasne jest, że trzeba dzieciakowi pomóc, zachęcić, wesprzeć, jak trzeba - nagiąć delikatnie lecz rozsądnie zasady.

Uczeń B nie uważa, nie pracuje, na lekcjach notorycznie bawi się smarfonem (net, gry, muza). Na zwrócenie uwagi potrafi strzelić fochem "dlaczego on ma się tego (przedmiotu) uczyć, to mu do niczego się nie przyda, bo on tego zdawać nie będzie". Na pracach pisemnych tyleż bezczelnie co nieudolnie ściąga, na poprawy nie przychodzi, albo przychodzi zieloniutki jak sztandar PSL, prac fakultatywnych się nie podejmuje. Na tydzień czy dwa przed końcem roku przypomina sobie, że "przecież on nie może mieć poprawki!" i rozpoczyna się presja na nauczyciela, żeby "dał szansę!', "jeszcze jedną szansę!", "ostatnią szansę!" A czemu? No bo przecież on ma taką trudną sytuację rodzinną! Więc jak można odmówić? Toż trzeba serca nie mieć, być nieludzkim, takim ludziom nieżyczliwym! To dziecko biedne takie, trzeba zrozumieć. A "dziecko" zdumione jak to możliwe, że styka się z odmową, że nie dostaje jeszcze tego co sobie zażyczyło. A tu mamusia śpieszy z odsieczą jak kawaleria federalna, a właściwie - zważywszy na lane od progu jak na zawołanie potoki łez - jak SEALsi. I za co tu prezent w postaci promocji, bo byłabyż ona prezentem właśnie, bez uczciwej własnej pracy uzyskana, co najwyżej za pozoracją tejże. Prezentem niezasłużonym i niemoralnym w tych okolicznościach.
Na tym ma polegać szkoła i uczenie? 

I tak po ludzku współczuje się człowiekowi tego co nań los zrzucił, ale trudno uniknąć surowej oceny głupiego wychowania, jakie swemu dziecku zafundował, krzywdząc je na starcie samodzielnego życia.


wtorek, 17 czerwca 2014

336.Prysznic

Zadania, grunt to mieć zadania do wykonania, a życie jakoś się toczy. Przy odrobinie szczęścia i zręczności może się nawet wartko toczyć, tak wartko że niepostrzeżenie będą mijać tygodnie i miesiące. Ten tydzień trzydniowy to wystawianie ocen, klasa po klasie, linijka po linijce, nazwisko po nazwisku.

Co i rusz zawód, kiedy wykreślam z notesu kolejne nazwisko ucznia, który umówił się na poprawę i nie pojawił się. Żeby jakieś "przepraszam", jakieś krótkie choć zawiadomienie, że nie przyjdzie, żebym nie czekał... Nic, po prostu zignorowanie, jakby się w ogóle nigdy ze mną na nic nie umawiali, jakby żadnej rozmowy nie było. Kiedyś dyskretne wyjście bez pożegnania z przyjęcia nazywało się "wyjściem po angielsku". Czyżbym więc stykał się z ewolucją tegoż, w postaci "olania po angielsku"? 

Po tym zostaje tylko zawód i niesmak, z czego powinienem się może nawet cieszyć, skoro występy niektórych osobników potrafią wywołać głęboką niechęć i obrzydzenie do drugiego człowieka. Daję szansę poprawy, wyciągnięcia się na lepszą ocenę, niekiedy jest to tożsame z uratowaniem przed spędzeniem wakacji z podręcznikiem w ręce dla przygotowania się do sierpniowej poprawki, przywracam upłynięte terminy, słowem (no dobra - trzema słowami) - idę na rękę. A w zamian dostaję najbardziej żenujący spektakl bezczelnego ściągania i łgania w żywe oczy. Zwracam uwagę raz, zwracam drugi i... NIC! Robi to dalej! Kiedy zabieram pracę - potrafi głośno i z oburzeniem protestować, wmawia że przecież on/ona nic, zupełnie, że czemu ja, i w ogóle... Mam ochotę wzdrygnąć się z obrzydzeniem, czuję się głęboko zdegustowany zetknięciem z kimś tak fałszywym, kłamliwym i bezczelnym, tak przekonanym, że może swoimi słowami przeinaczać rzeczywistość. O czym tu można dyskutować, kiedy widzę na podołku włączonego smartfona ze stroną www, sms, czy mailem? Do czego mnie można przekonywać, kiedy odpowiedź do zadania podaje się na głos przez całą długość sali? Naprawdę sądzi się, że nie widzę tej słuchawki w uchu piszącej? Naprawdę sądzi się że nie zobaczę, a nawet jeśli, to uwierzę, że ten smartfon podało się piszącemu w drodze do mojego biurka żeby mnie o pierd jakiś zagadać i odebrało się wracając, tylko po to, żeby sobie kolega fona potrzymał?

Można powiedzieć, że praca z młodzieżą sprzyja higienie - po zetknięciu się z niektórymi jej przedstawicielami mam ochotę wziąć prysznic. :-(

sobota, 14 czerwca 2014

335.Ambiwalentność

Poczułem, że jest coś nie tak.
Dziwny niepokój, nieokreślony co do źródła, nie bardzo natarczywy, ale dostateczny by być odczuwalnym. 
Czegoś brakuje...
O-o!
Półka klasówkowa jest pusta!
Skończyły się prace do sprawdzania i półka obok biurka zawsze zapełniona równymi stosikami prac ułożonych w kolejności chronologicznej, teraz świeci gołą gładzią drewna na całej długości.
Oj... ojoj. To znaczy jedno - zbliża się trudny czas, czas urlopu. Czas, kiedy nie ma czym zająć uwagi, ani wypełnić go czymś absorbującym na tyle, by natrętne smutne myśli trzymały się gdzieś za płotem.

Oceny klasyfikacyjne już prawie wszystkie poustalane, tylko je powpisywać do dzienników. Programy i podstawa programowa zrealizowana, w zasadzie mogę im już same filmy puszczać. ;-) 
Jeszcze tylko kilka osób jeszcze ma coś zaliczyć i będzie spokój. Potem trzeba będzie dokończyć papierologię - spłodzić plik psu na budę potrzebnych sprawozdań, popisać uzasadnienia endeestów (bo kiedy zły nauczyciel postawi jedynkę na koniec roku, to musi się z tego pisemnie wytłumaczyć - "co zrobił, żeby uczeń jej nie miał", serio), arkusze ocen uzupełnić, kiedy moje ex-diablęta weneckie odbiorą zaświadczenia o wynikach matury (27 czerwca dowiem się jak cholery ją pozdawały).
Potem już rekrutacja i 5 tygodni urlopu, który trzeba będzie jakoś przeżyć. I tęsknię za nim i z niechęcią go witam. :-(

wtorek, 10 czerwca 2014

334.Swołocz

Biedny M. miał paskudną przygodę. Wybrał się na randkę, z klubem w programie. Tam zaś, choć nietrunkowy, dał się randkowiczowi namówić na drinków kilka, które go ścięły na maksa. Po (zmierzonych później) promilach sądząc, niejedna matka karmiąca więcej sobie golnie, no, przynajmniej w Rosji. Ale M. nie pije i głowę ma słabą jak niemowlę. No i Zed dead, baby, Zed dead!
Po wyjściu  z klubu koleś go zostawił i pod jakimś pretekstem się ulotnił. W nocy, w mało ludnym miejscu, chłopaka z urywającym się filmem! Co za skurwysyństwo! 
Szczęściem w nieszczęściu przejeżdżał patrol i odstawił M. do "hotelu dla trunkowych", nim mu się jaka poważniejsza krzywda stała. Dopiero rano dowiedział się i odtworzył co się z nim działo. 
Niewątpliwie to byla najdroższa z jego randek (ubranko i honorarium pensjonatu), ale i tak łaska boska, że mu nic poważniejszego się nie przydarzyło.
Żeby człowieka w takim stanie zostawić? Porzucić narażając na rozmaite niebezpieczeństwa? Czy to zachłyśnięcia się wymiocinami i śmierci z uduszenia  czy też gwałt, pobicie, okaleczenie! Ot, ścierwo.

Choć był w tym i aspekt humorystyczny, bo dziś M. powstrzymał się  od tradycyjnej rady: "Nie możesz rezygnować. Musisz kogoś poznać, kogoś sobie znaleźć!"

poniedziałek, 9 czerwca 2014

333.Podaj mi, dziecko, kuszę

Przykre jest odmawianie uczniom oceny wyższej niż ta, którą wypracowali. Niektórzy (-re) chodzą i proszą, żeby im dać jeszcze jakąś szansę. A co tu jedna praca zmieni, kiedy ocen ma 12-15 i wychodzi z nich coś wyraźnego? Charakterystyczne jest dość częste występowanie strategii zupy z gwoździa. 
1. Najpierw zachwiać przekonaniem belfra i wybłagać zgodę na możliwość "powalczenia jeszcze".
2. Wychodzić warunki generalne np. zaliczenie działu X.
3. Następnie zacząć grymasić i nalegać, żeby konkretne warunki zaliczenia były wygodne dla ucznia, czyli jeśli belfer życzy sobie napisania sprawdzianu, to naciskać na odpowiedź ustną, jeśli chce ustnej, to cisnąć na pisemną, jeśli chce rozprawki to prosić o test, kiedy godzi się na test, to żebrać o "abc" itd. Szczytem są klienci, którzy wysępiwszy już upierdliwą presją swoje warunki strzelają tekstem w rodzaju: "A może ja bym jakiś referat w domu napisał i przyniósł? Muszę to zdawać?" W tym momencie mój wzrok biegnie tęsknie ku filarkowi między oknami, na którym w mojej szkole, którąm onegdaj kończył, wisiała okazała kusza. Niestety, w mojej pracowni filarek jest pusty... Cóż za niedoróbka!

Ale na allegro zdaje się, że widziałem szpicruty...

* * * * *
Komentarz kolegi Sansenojskiego do tej notatki przywiódł mi na myśl pewien obraz Kossaka. ;-)

Wojciech Kossak "Z depeszą"

czwartek, 5 czerwca 2014

332.Słuchaj ojciec!

Półtorej setki prac sprawdzonych w tym tygodniu, a właśnie sprawdzają się kolejne. Codziennie po pracy reszta dnia spędzona przy pracach, kompie i materiałach do lekcji. Zakupy po drodze do domu. Spacer wykluczony - szkoda czasu - praca czeka. A poza tym... lepiej nie widzieć.

Szok w pracy po zapoznaniu się z rozdziałem godzin na przyszły rok w naszym zespole. Ja tylko kręcę głową z podziwem nad... khehmmm... niech będzie: nieustająco zaskakującą pomysłowością dyrekcji i niezłomną niechęcią do dłuższych (niż najbliższa) perspektyw w planowaniu, za to kolega wyglądał jakby potrzebował defibrylacji. Nie wiem czy jego psychiatra ma prawo przepisywać dostatecznie silne antydepresanty. W każdym razie finansowo będzie mi dużo szczuplej.

Fikcja pod tytułem szkolenie odfajkowana. Pan, cokolwiek nieco branżowo zalatujący, gadał przez bite cztery godziny chaotycznie, ogólnikowo i bezproduktywnie. Kojarzył się z apostołem po kursie korespondencyjnym. Prywatnie może być interesującym towarzyszem i rozmówcą, ale jako edukator... oj. Czułem się jak ojciec, któremu odsłania się oto niezwykle doniosłe odkrycie nauki potwierdzone licznymi badaniami - stosunek płciowy! Ale na tak wysokim poziomie ogólności i abstrakcji, że gdybym już nie wiedział co i jak, to ni cholery bym się nie domyślił na czym to polega i jak to się robi.

środa, 4 czerwca 2014

331.Apocalypsis cum figuris

Alexanderson zniknął z Warszawy i blogosfery -
jego blog pod nazwą widoczną w tytule notki zniknął za hasłem.
Szkoda.
Oby mu się na tym dalekim zachodzie ułożyło lepiej niż w stolicy.

Alexandersonowi


EDIT: Blog wrócił, pozostaje mieć nadzieję, że Alexanderson będzie nadal w nim pisał.. :-)

wtorek, 3 czerwca 2014

330.Skorupka lubi szarości

Brnięcie przez stosy dyrdymałów wypisywanych przez uczniów w sprawdzianach. Ustawiczne budzenie się w nocy - kiedyś zupełnie mi nieznane, spałem jak kamień, burza z piorunami mijała mnie niezauważona, a dziś... bywa że i dwa razy na 6 godzin ze snu się wybijam. Pusto i smutno. Staram się zaprzątać swoją uwagę pracą, netem, obowiązkami domowymi, jakąś pozorowaną krzątaniną, żeby nie widzieć, nie myśleć, nie czuć. Zdałem sobie sprawę z tego, że znów po mieście chodzę z opuszczoną głową. Bo po cóż widzieć to, co tylko przykro przypomina? Zapominanie jednak wciąż idzie mi kiepsko. Być całe życie samotnym i jeszcze tego nie polubić - cóż za żenująca nieudolność!
I żywsze kolory od dawna nie opuszczają już szuflad i wieszaków. Skorupka lubi szarości. Dni zadaniowo i wypełniaczowo opędzane mijają tak niezauważone, że tylko weekendy sygnalizują upływ kolejnego tygodnia. Zbliżające się wakacje przypominają, że mija kolejny rok, równie zbędny, bezużyteczny i pusty jak poprzednie. Dobra Bozia chyba naprawdę miała gorszy dzień, kiedy siedziała nad projektem Mr Aberfeldy - taki niewypał wypuścić... no doprawdy!

niedziela, 1 czerwca 2014

329.Korwiniści

Na dwóch, kompletnie różnych, forach zaciekłe dyskusje korwinistów i antykorwinistów. Na jednym przewagę mają ci pierwsi, na drugim - ci drudzy. Po lekturze przyszły mi na myśl takie refleksje: 

1) Korwinista na ogół sądzi, że (zawsze) będzie młody, sprawny, zdrowy, dobrze zarabiający i nie potrzebujący żadnej pomocy.

2) Korwinista świetnie sobie radzi na poziomie makro-ogólników, za to bardzo niechętnie schodzi na poziom mikro-konkretów, ukazujących jego postulaty w praktyce (w realnym życiu).

3) Z wypowiedzi wielu korwinistów przebija potworny, aspołeczny egoizm. Można odnieść wrażenie, że spośród linijek ich tekstów wydziera się krzyk: "To moje, kurwa, TYLKO MOJE pieniądze! Odpierdolcie się od nich, one mają być tylko dla MNIE!"  

Realizacja tej wizji to po prostu dorżnięcie naszego dychawicznego i ułomnego społeczeństwa. Zamiast wzmacniania więzi społecznych, prowadzi to do ich zaniku i rozpadu społeczeństwa na dwie grupy: zamożnych i plebs. To przyśpieszenie ukazywanych w filmach wizji społeczeństwa przyszłości, w którym rządzi nieliczna opływająca w dostatki elita, izolująca się w strzeżonych enklawach, otoczonych przez nędzne fawele zamieszkałe przez robocze bydło o półniewolniczym statusie. Nie trzeba dodawać, po której stronie ogrodzenia widzą się zwolennicy JKM.
Zamiast naprawy naszego, mocno niedoskonałego, państwa próbuje się je zniszczyć, przynajmniej w sensie "rzeczypospolitej", czyli rzeczy wspólnej. Nie tyle sam Korwin i jego awans mnie martwi, ile ukazanie skali tego czynnika aspołecznego. To przełom porównywalny z tym, gdy obłąkany Antoni ze swoim pryncypałem ujawnili rozmiary grupy owładniętych myśleniem spiskowo-magicznym i lękiem przed zmianami. 

Te grupy zawsze były, lecz zbyt łatwo zapominaliśmy o ich istnieniu.