Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

niedziela, 31 grudnia 2017

724.Sól

Telefon od rodziców, że mam się zjawić 1 stycznia na obiedzie, był pierwszym sygnałem. Drugim sygnałem było sięgnięcie do stosiku klasówek. Oczywiście sygnałem do spięcia barku i szyi oraz napierdalania głowy. Magiczne pigułki na rozluźnienie może podziałają jak wezmę ich sobie garstkę, a nie zapisaną dawkę. Zmusiłem się do wyjścia na spacer, ale nie czuję się lepiej. 

Do tego widoki miłości i czułości w "Outlander" niekoniecznie dobrze na mnie działają - z jednej strony wzruszam się do łez, a z drugiej sól się sypie w rany. 

Bólem rok skończysz, bólem i zaczniesz. Super.

czwartek, 28 grudnia 2017

723.Pech

Taka poranna refleksja mnie naszła: dopiero po przeczytaniu wypisu z ostrego dyżuru i poszukaniu wyjaśnień zawartych tam terminów w necie nabrałem jakiejkolwiek orientacji co mnie trafiło. W szpitalu i przychodniach badało mnie pięciu lekarzy i żaden nie uznał za potrzebne choć w dwóch czy trzech zdaniach wyjaśnić mi co odczuwane przeze mnie objawy znaczą, ani co się ze mną dzieje. Tylko klekot klawiszy i szelest papierków wypluwanych przez drukarkę. 
Jak daleko sięgam pamięcią  nic się nie zmieniło w tym zachowaniu lekarzy z którymi miałem styczność jako pacjent - jasne (lub w ogóle) wyjaśnienie pacjentowi co mu jest, wydało się im niepotrzebne. Być może niektórzy się żachną i  oburzą, że dołączam do Narodowego Chóru Lekarzożerców, ale nic nie poradzę na to, że takie mam osobiste doświadczenia. Być może miałem pecha i trafiałem na takich akurat. Cóż, mogło tak być.

środa, 27 grudnia 2017

722.O zdrowiu i Wikingach

Ponieważ już po świętach, to mogę się kurować jak należy - nie wychodząc z domu na ziąb i wygwizdów. Zjadłem ostatnią dawkę antybiotyku i jakoś tak nie bardzo mam poczucie, że mnie ozdrowił. Jak zwykle, chciałoby się dodać. Właściwie jedynymi lekarzami, o których mogę powiedzieć, że po ich leczeniu odczułem zauważalny powrót do pożądanego stanu nazywanego potocznie zdrowiem, są - jak dotąd - tylko stomatolodzy.

Skończyłem oglądać ostatni dostępny na Netflixie sezon "Wikingów" (czyli czwarty) i zacząłem inny serial o takiej samej tematyce, czyli "Last Kingdom". Mam mieszane uczucia co do "Wikingów" - dość wyraziste postacie, ale nonszalancja z jaką potraktowano historię i geografię budzą niesmak. Do tego scenografia budzi moje poważne wątpliwości, zwłaszcza w odniesieniu do Wessexu i państwa Franków, nie znam się na tym, więc być może się mylę, ale z ekranu co i rusz wieje mi anachronizmami. Fabuła niby wciągająca, lecz co i rusz przeskakiwałem kilkuminutowe fragmenty, oceniając je jako nudne dłużyzny. Scenami bitew i potyczek byłem generalnie rozczarowany - trudno pojąć, jak się wikingom udawało odnosić takie sukcesy, przy tak ukazanej taktyce. Poza tym przy scenach walk widać było dość dotkliwe ograniczenia finansowe (forty nad Sekwaną!!!).

Jak się "Last Kingdom" rozwinie - zobaczy się, bo na Netflixie jest dopiero pierwszy sezon. Na razie mam wrażenie porządniejszej roboty scenografa i uczciwszej roboty konsultanta historycznego. Główny bohater Uther z Bebbanburga jest na razie (piąty odcinek) wybitnie irytującym egotycznym bęcwałem i gówniarzem - ciekawe kiedy mu przejdzie. Trzeba mu to niestety jakoś wybaczać, bo grający go Alexander Dreymon jest po prostu piiiiijęęęękny.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

721.Poświątecznie

No i po świętach. - drugiego dnia mam(y) wolne. Jakoś tak szybko i dość niewesoło minęło, tak że nastrój niezbyt. Wyszedłem dziś razem ze Schwester. Tak się złożyło jej zawodowo, że przez ostatnie parę lat nie uczestniczyła ani w świętach, ani w imieninach, a rodziców widziała w międzyczasie. Tymczasem przez ostatnie dni widziała ich długo i w działaniu, a na dokładkę jeszcze zobaczyła ciotkę, której w ogóle przez ten paroletni okres nie widziała. No i się Schwester trochę podłamała, bo mogła z większą niż ja ostrością ujrzeć, jak bardzo się wszyscy posunęli w ostatnich latach; właściwie to ze mną włącznie, bo zobaczyła mnie w oszkleniu. Wracaliśmy w raczej smutnym nastroju, z takim dotknięciem, że obserwujemy schyłek życia naszych rodziców i że wpłynie to także na nasze codzienne życie, a trudno byłoby nam stwierdzić, że nieźle nam się układa i dobrze sobie radzimy z tymi wyzwaniami, które już mamy.

niedziela, 24 grudnia 2017

720.Wigilijnie przedkolacyjnie

Większość prezentów popakowana (nowym sposobem i bardzom z efektu zadowolony), ale dwa okazują się nie bardzo pakowne i będę musiał zaraz kupić jakiegoś opakowaniowego gotowca, bo nie chce mi się rozrysowywać, ciąć i kleić pudełek.
Doktór najwyraźniej nie docenił stopnia mojego potentegowania, bo przepisana dawka magicznych pigułek nie poskutkowała na perspektywę rodzinnej Wigilii i plecy zdrewniały jak zwykle. Jeden tylko plus - przespałem noc bez żadnej przerwy (a przynajmniej - zapamiętanej), a to osiągnięcie, bo poprzednia taka to już nie pamiętam kiedy się zdarzyła. 
Łapię się na tym, że zastanawiam się nad tym kto z czym do mnie na tym uroczym rodzinnym spotkaniu wyjedzie. Trochę przesadnie brzmi to "wyjedzie", bo nie spodziewam się jakichś poważnych ansów czy czegoś w tym guście; to, co wystarczy żeby mnie tam wyprowadzić z równowagi, to jakieś głupie pieprzenie, bezmyślne klepanie ozorem, zdradzające brak rozumu, empatii i wyczucia drugiej osoby (czyli mnie). Poza tym gdy tam jestem, w jakimś stopniu podświadomie wchodzę w rolę dziecka i wracam w czasy, których nie wspominam dobrze.

Smacznej i spokojnej kolacji wigilijnej, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy!



czwartek, 21 grudnia 2017

719.Kuracja na mieście

Zamiast leżeć i kurować się, odgruzowując choć trochę rumowisko jakim po pół roku pracy jest moja psychika, latam po lekarzach i badaniach w śniegu, deszczu i wietrze. Sama radość. W poczekalniach wysiaduję zaś refleksje. Na przykład, że podejście psychiatrów - nie ma zdrowych, są tylko jeszcze nie zdiagnozowani - rozszerza się na inne specjalności. Póki nie pójdziesz do lekarza nawet nie pomyślisz ileż strasznych chorób może cię drążyć, a ich wykrycie wymaga niezwłocznego robienia badań wszelakich. Albo jak niektórzy lekarze mają niewielką orientację, jak wygląda ich przychodnia od strony pacjenta, na przykład - na kiedy są wolne terminy do nich, albo szansa dostania się do nich w pilnej sprawie. 
Brzmię pewnie jak skrajny niewdzięcznik... Tylko co począć, kiedy od pójścia do lekarza czuję się dużo gorzej (psychicznie), a żeby nie było - żadnych nowych schorzeń u mnie nie wykryto? Jestem zmęczony życiem.

środa, 20 grudnia 2017

718.W latyfundium księcia ministra

Dodatkowe objawy skłoniły mnie do rezygnacji ze standardowego traktowania dolegliwości i poigrania za śmiercią (zgodnie z prawem Moliera: człowieka zabija choroba albo lekarz) w formie udania się do lekopoza. Naiwne złudzenie, że po pół godzinie będę szczęśliwym posiadaczem recepty i L-4 ustawionym na prostym torze do wyzdrowienia, zostało rozwiane jednym zamaszystym ruchem pieczątki. Zostałem wykopany na ostry dyżur i tam zaznawałem pierwszy raz w życiu frajdy poznawania systemu ochrony zdrowia publicznego od strony mi nieznanej. Nie polecam. Od wejścia do wyjścia bite 7 godzin, jak w zegar strzelił. 
Współczuję lekarzom tam pracującym warunków pracy - ilość tekstu, którą muszą wyprodukować robi niemiłe wrażenie. Miałem poczucie bycia pretekstem do wykonania procedur. I to czekanie, czekanie, czekanie... na wezwanie, które może nastąpić w każdej chwili, a następuje po 2, albo 3 godzinach. Wyszedłem czując się dużo gorzej (chorzej) niż czułem się wchodząc tam. Nie jest to chyba najlepsza rekomendacja dla placówki medycznej.  Zaznaczam - nie mam pretensji do ludzi, bo widzę w jakich warunkach funkcjonują, a nie oni je sobie przecież stworzyli.
Jak siedziałem, tak patrzyłem. Uderzyła mnie rozpoznawalność stanów (w sensie socjologicznym, nie medycznym) w osobach przemieszczających się labiryntem pomieszczeń. Profesory kroczące wyniośle, roztaczające wokół siebie zniewalający czar feudalizmu. Zwykli lekarze z zalataniem w oczach pośpiesznie pędzący do drugiej lub trzeciej roboty. Pielęgniarki z tym charakterystycznym poczuciem swojego rewiru, i przekonaniem że na leczeniu znają się lepiej od niejednego medyka. Sanitariusze jak z jednego kloca rżnięci: flegmatyczni, brzuchaci, z taką januszową sprezzaturą. Ratownicy medyczni swoistym połączeniem luzu z gotowością do natychmiastowego działania przywodzący na myśl frontowych weteranów. I studenci poruszający się w parkach lub gromadkach, łatwi do odróżnienia - z wczesnych czy późnych roczników. Zwróciłem uwagę, jak wielu z tych studentów to ładni i bardzo ładni chłopcy. Jakby w komisji rekrutacyjnej same baby i pedały siedziały. Doktor o Zgrabnym Tyłeczku będzie miał godnych następców.

niedziela, 17 grudnia 2017

717.Jednak choinka

Nie ruszyłem się z domu. Ubrałem choinkę, choć miałem parę razy chwile zwątpienia czy ma to sens. Właściwie to nadal je mam - to takie tworzenie złudzenia, że jest coś inaczej, że ma to jakiekolwiek znaczenie. Kolorowe światełka w ciemnym pokoju ładnie wyglądają i to wszystko; poza tym to wciąż to samo puste i bezużyteczne życie; wspomnienia "magii" świąt dziecięcych lat nic dziś nie znaczą. Jeszcze przetrwać te 5 dni do względnego odpoczynku. Względnego, bo dwa dni z rodziną to żaden odpoczynek, raczej jak zwykle na zdrowiu mi się odbiją.

sobota, 16 grudnia 2017

716.Świąteczne motywy

Wczoraj od rana do wieczora przed śmigiełkiem. Po pracy na pocztę, potem szybkie papu i do marketu, potem z zakupami do rodziców i do domu dotarłem w pół do dziewiątej w nocy. Obejrzenie jak Grimm Nikuś odkrywa w co mu się luba zmieniła i spać. Dziś rano do IKEI po różne drobiazgi do mieszkania rodziców wczoraj zapotrzebowane, wpadnięcie na chwilę do domu, a następnie w drugi koniec miasta za prezentem dla Schwester. W drodze powrotnej rozglądanie się za suwenirem dla ojca. I tak jakoś większość dnia zeszła. Dobrze, że już tylko ojcowy prezent do nabycia został, ale to powinno być dość łatwe, bo kupię mu jakieś różne egzotyczne słodkości (jest absolutnie koszmarny do oprezentowania...). Rozmyślam czy żonie siostrzeńca nie dokupić jeszcze jakiegoś czegoś, bo może prezent nabyty jest nie dość.
Na tratwie Meduzy pożarł się w kwestiach zawodowych kapitan Cybuch z bosmanem Żorżem i jego brygadą. A ja wysłuchuję raz jednej, a raz drugiej strony, gulgoczącej i syczącej ze złości. Sama radość. 
W trakcie tych jazd po zakupy, jakoś myśli o pracy mnie troszkę odbiegały, ale nie było lżej, bo wchodziły jakieś takie smutne, wzbudzane błahymi przecież widokami. Ładny chłopak w autobusie... świąteczne motywy na porcelanie w sklepie... I już smutno. I przykro.

piątek, 15 grudnia 2017

715.Przedświąteczne wdeptanie

Dziś od rana czujne obserwowanie czy wczorajszy dotkliwy ból pleców i głowy minął, czy też zdrzemnął się tylko chwilkę i wraca. Chyba wraca. :-( Snu - luksusowo wiele, bo prawie 7,5 godziny. Sny osobliwe, szkolne, co wskazuje, że mocno umysłem i emocjami zawładnęła. Jak patrzę po ludziach i (z rzadka) rozmawiam, to jesteśmy już bardzo, bardzo zmęczeni. Rada, choć krótka - jak zwykle męcząca - hałas, skupianie się na kwestiach drugorzędnych i unikanie omawiania spraw ważnych; poruszanie istotnych spraw, a następnie ucinanie dyskusji kiedy pojawiają się głosy analizujące problem, budzi wątpliwości czy dojdziemy w ten sposób do czegoś innego niż odfajkowanie w protokole "że rada zajęła się problemem". Do tego nagłe nietypowe zastępstwo w warunkach improwizacji fatalnie na mnie podziałało.
Jeszcze 6 dni roboczych do świąt; szkoda tylko że już jeden wystarczy, by nerwy uszarpać i nastrój w błoto wdeptać. 
Okazuje się, że jedna z oczekiwanych przesyłek leży na poczcie już kilkanaście dni, bo Jej Ekscelencja Poczta nie była uprzejma dostarczyć awizo. O drugiej przesyłce wciąż ani śladu. Ten bałagan na poczcie sprawił, że zrezygnowałem z paru zakupów - mam obawy, czy przesyłki nie przepadną w warunkach przedświątecznego szczytu, kiedy zwykły bałagan tej instytucji jest jeszcze spotęgowany. A żal znaczny, bo właśnie wróciło do oferty sklepu narzędzie, którego od paru miesięcy wypatrywałem, i obawiam się, że po Nowym Roku znów zniknie na długo.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

714.Drobne kamyczki

Jakiś taki niezbyt optymistyczny początek tygodnia. Żadnych katastrof, lecz tylko drobne kamyczki dorzucane do worka na grzbiecie, sprawiające że jakoś coraz trudniej się telepać.
W pracy zwykłe zniechęcenie ludźmi z obu stron barykady. Ustawiczny niepokój co znowu mostek wymyśli; i jak bardzo będzie nas od tego głowa bolała. Znowu szczebiot wice zwiastujący, że plany wyjścia z pracy o planowej wcześniejszej porze i zrobienie rodzicom zakupów poszły się... notentegować. Piąty czy szósty tydzień z rzędu zresztą. Z niechęcią i wysiłkiem zabieram się do roboty - już stosik prac do sprawdzania urósł. On odradza się jak hydra.
Na obiad reszta tortellini z sosem pomidorowym i czipsami z kiełbasy. Organizm jednak drze się, że nic nie zjadł i muszę go ratować. Nienawidzę skurwysyna. 11 deka rogalików z marmoladą i kilka herbatników z pewnością nie sprawią, że spodnie będą się luźniej zapinały. Przede mną prace do sprawdzenia. Tak cholernie mi się nie chce...

sobota, 9 grudnia 2017

713.1500%

Już piątek! A nie... to sobota. Jeszcze tylko dwa tygodnie do świąt. 40% prezentów kupione. 20% zaplanowane. 1500% słodyczy zeżarte. Nawet nie chcę próbować sobie wyobrazić w jakim byłbym teraz stanie, gdybym miał wychowawstwo. I bez niego czuję się wypalony i znużony. Staram się skłonić do jakiegoś zainteresowania modelarską dłubaniną, ale marnie mi to idzie. Po południu łapie mnie atak senności taki, że kładę się na biurku na kilka minut, bo nie mam siły dowlec się do sofy; zresztą nawet nie chcę, bo jak się zdrzemnę po południu to będę miał problemy z zaśnięciem w nocy.
Potęga rutyny dnia.
Firefox po oststnich aktualizacjach nie chce odtwarzać filmów Netflixa. Pomoc Mozilli jest albo nieaktualna (opisy dotyczą starszych wersji), albo przypomina wypisz wymaluj porady rabina ze starego szmoncesu dotyczące hodowli kur.

Gula mi podskoczyła w gardle, kiedy przeczytałem wypowiedź nowego premiera, który zaczął popierdalać (excusez le mot, ale takie brednie nie zasługują na bardziej kulturalne określenie) o tym że będziemy rechrystianizować Europę. Co za obrzydliwa, załgana pycha i hipokryzja! 


wtorek, 5 grudnia 2017

712.Pieśń o znikomości ludzkich poczynań

Zrób sobie wielki plan,
Gdy cenisz mądrość swą,
Zrób jeszcze jeden plan, tak samo
Nie wykonasz go.
 
Pan Peachum miał rację. Można sobie zakładać, że się z pracy wyjdzie o planowej porze i pozałatwia to czy tamto, a nim się ruch nogą w kierunku progu zrobi, cały plan diabli wezmą przez swą emisariuszkę - wice. Uwielbiam w ostatniej chwili dowiadywać się że mam zastępstwo po swoich lekcjach. 
Poszedłem do sklepu modelarskiego, żeby kupić parę drobiazgów - z potrzeby warsztatu, ale i dla poprawy nastroju (choć chwilowej). A tu w środku jakaś ekipa remontowa, części wyposażenia nie widać, na drzwiach, ani na stronie żadnej informacji czy działają, czy nie. Pocałowanie klamki zapewne jako czynność dorozumiana. Kawał drogi zrobiony na próżno. Uwielbiam takie traktowanie klientów.
Klasówka na jutro ułożona. Teraz jeszcze trzeba się zająć sprawdzeniem ćwiczeń - choć części przynajmniej, wtedy resztę dosprawdzam rankiem. 
Na oficjalnej stronie w galerii fotki z jakiejś tratwianej imprezy. Nie powinienem zaglądać. Na jednym ze zdjęć uchwycony kaszalot. Okropność i ohyda. Aż się płakać chce.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

711.Mr Prozac

Już  siódma minęła, a tu robota jak leżała, tak leży. Odrobina, zda się, tylko zrobiona. Sprawdzam ćwiczenia i fizycznie niedobrze mi się od nich robi. Trzeba by przygotować sprawdziany na poprawę i nowe lekcje, ale nie ma o tym mowy. Czuję się jakbym dziś poruszał się w nieco nierzeczywistym życiu. Musiałem położyć się na krótką drzemkę, mimo świadomości czym to grozi - gwarantowanym problemem z zaśnięciem w nocy; a jutro muszę wstać o piątej... Niemniej czułem, że dłużej nie usiedzę. 

W czwartek telefon - Emuś z krótkim komunikatem co u niego, jak świetnie i w ogóle. Bez konkretnego zapotrzebowania.
- Odwiedzisz mnie?
- Chyba nie bardzo - mam trochę latania i roboty do ogarnięcia.
- Oj, coś słyszę, że z tobą nie za dobrze. To ja muszę wpaść cię odwiedzić! Przyjadę w piątek, albo w sobotę popołudniu. Tak, koniecznie! Muszę wpaść do ciebie pocieszyć cię! To ja będę w piątek, albo w sobotę. To pa!

I tyle Emusia było. Normalka.

sobota, 2 grudnia 2017

710.W domu

Coraz krótsze dni, coraz zimniej, ponuro i wilgotno. Aura nie sprzyja dostrzeganiu pozytywów, za to negatywy walą pogo. Zeszłego weekendu prawie nie było, ponieważ w sobotę odrabialiśmy wolne kwietniowe, zaś niedziela zeszła na zakupach, odwiedzeniu rodziców i sprawdzaniu prac. W tygodniu dwa razy pospinane plecy i silny ból głowy - sama radocha; i tak dobrze że obeszło się bez torsji. Snu od-do licząc, to po 6-7 godzin, ale z przerwami - nawet i trzema, więc regeneracja licha. O pracy to już nawet mi się nie chce wspominać... Teraz mam wolną sobotę i miałem nadzieję, że choć trochę odsapnę, ale przyplątał się skurcz w szyi - moja porąbana psychika najwyraźniej czegoś znów się boi; ale czego to nie wiem.  Pierwszy raz od chyba bardzo wielu lat nie poszedłem na Targi Książki Historycznej, a przecież bywały lata kiedy latałem tam w każdy z czterech dni targowych.
Do świąt już tylko trzy tygodnie, zapewne zlecą ani się obejrzę, lecz niczego optymistycznego się nie spodziewam, bo to "anisięobejrzenie" zawdzięczać będę tylko rutynie szarej wegetacji. 
Czytam Billa Brysona "'W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku" - lekka, umiarkowanie zajmująca, budząca pewne wątpliwości z uwagi na metodę kreowania szerszych obrazów z drobnych ciekawych klocków. Nasuwa mi się natrętnie pytanie; na ile te efektowne i interesujące przypadki były reprezentatywne dla ówczesnej całości.

poniedziałek, 27 listopada 2017

709.Coś zza biurka

Czuję chyba smog - nie w gardle, czy w płucach, lecz jakby w gęstym powietrzu, które mnie otacza. Mniej światła się przez nie przebija. Jego gęstość sprawia, że wolniej się w nim poruszam i zużywam więcej sił na zwykłe działania.
Uruchamianie przyszłości narodu zresetowanej weekendem też znacznie więcej kosztuje - godzina z nimi bardziej rujnuje gardło niż miesiąc oddychania w Krakowie w końcu roku. Co poniedziałek kinderki przychodzą jakby nigdy do szkoły nie chodziły, siebie nawzajem od miesiąca nie widziały, a co to jest to coś za biurkiem to kojarzą mgliście i niezobowiązująco. Dzwonek na przerwę wyzwala zaś stampede - nie daj Boże stanąć na drodze!
Podłość ludzka chciwością napędzana czyha na człowieka na każdym kroku i niczego nie uszanuje, ani nie oszczędzi - pyszne kruche krówki opatowskie są robione na oleju palmowym. A palma wam w ...! no, wiadomo w co.
Muszę przygotować ćwiczenia na jutro, a tak... Hmmm, odruchowo chciałem napisać "nie chce mi się", ale to jednak nie to. Silniejsze jest smutne poczucie, że to będzie wielki wydatek energetyczny. W pewnym (poważnym) sensie - bezużyteczny.

czwartek, 23 listopada 2017

708.Krówki w dołku

Nawpieprzałem się krówek jak głupi. W parę dni opędzlowałem prawie pół kilo. O paru angielskich batonikach ze sklepu z amerykańskimi słodyczami nie wspominając. Listopad daje się we znaki. Wczoraj prezentację na lekcję skończyłem o pół do pierwszej w nocy. Rozbawiła mnie uczennica dopytując się, gdzie kupiłem czapkę, bo takiej szuka. Na tratwie "Meduzy" bosman Żorż urządziła buncik mały i teraz mamy już nie gównoburzę, a gównado na pokładzie, zaś atmosfera stała się koszmarna. 

wtorek, 21 listopada 2017

707.Jarl

Parę dni temu zacząłem oglądać "Wikingów". Jakoś długo nie miałem ochoty na tę tematykę  - chyba z powodu nadmiaru brudu i okrucieństwa, które (słusznie) spodziewałem się spotkać. Po kilku odcinkach jakoś przywykłem i wciągnąłem się tak, że zapewne będę oglądał dalej. Troszkę humor mi posmętniał (jak widać nie jest z nim tak najgorzej, skoro może jeszcze się obniżyć!), kiedy zobaczyłem siebie w dwóch odcinkach - w fizjonomii jarla Bjarniego.

W pracy jesteśmy coraz bardziej zaganiani i coraz mniej kontaktujący. Dopiero co jakaś ćwierć grona siedziała i czekała na radę gogiczną, sarkając na dyra, że się nie zjawia poprowadzić, ani jej nie odwołuje. Sęk w tym, że anonsowana rada odbyła się dnia poprzedniego, z udziałem sarkających rzecz jasna.

sobota, 18 listopada 2017

706.Wrona

U rodziców; mama dzieli się refleksją.

- U W. kupiłam okrawków wędlin. Takie ładne były, porządne. Za trzy złote. [ojciec: - Za trzy siedemdziesiąt!] Bo pomyślałam, że wezmę dla zaprzyjaźnionej wrony, co tu do nas zagląda. No to wyłożyłam, i patrzę. Wrona przyfrunęła, dziubnęła... i pole-cia-łaa! Popatrz, taka wrona mądrzejsza od człowieka. Od razu poczuła jaka tam chemia musi być, w tych wędlinach. A człowiek to wszystko je.

Był czas, że nie kupowałem wędlin, tylko piekłem sobie sam. Lecz zrezygnowałem, bo "nie opłacało" mi się - minimalna porcja, której przygotowanie miało sens, była za wielka dla mnie jednego. A po tygodniu to już to pieczyste na zimno nie było smaczne.

piątek, 17 listopada 2017

705.5 lamp

Z pracy prędziutko do domu, zamiana torby z papierami na torbę z narzędziami i truchcikiem do Schwester lampy wieszać. Niby tylko 5 lamp do zawieszenia, ale w każdej skracanie przewodów, i jakoś na takich duperelnych czynnościach 2 godziny roboty bez przerw zeszły. Do tego godzina tam i godzina z powrotem, i już o ciemnicy wróciłem do domu. A jak wróciłem to właśnie siadłem.
O pracy to nawet nie ma sensu pisać - porządki takie, że siły na komentowanie brak. Wszystko jakieś przygnębiająco-przygniatające. Żeby jakieś jaśniejsze od czarniawych perspektywy się rysowały to też nic a nic.

środa, 15 listopada 2017

704.Zazdrość

- Taaak...?
- Dlaczego nie odbierasz telefonów?!
- A to ile niby ich było?
- Jeden, ale nie odebrałeś, jak dzwoniłam!
- Widocznie nie mogłem.
- Ty w ogóle nie odbierasz jak ja dzwonię.
- ...
- Brat, mam wielką prośbę. Musisz mi elektryczną robotę zrobić, bo lampy kupiłam.
- Aha.
- W ten weekend musisz. Możesz? Dasz radę? Bo bardzo mi zależy. To jak, będzie można na ciebie liczyć? No musisz mi je zamontować! To kiedy będziesz?
- Zastanowię się i...
- Koniecznie musisz mi to zrobić, bo nie ma mi kto pomóc. Wszystko sama muszę robić!
- Jasne.
- I jeszcze jedno - będziesz umiał mi pralkę podłączyć? Jak ją kupię.
- Zależy jak masz przygotowane podłączenia - czy wystarczy proste wetknięcie i wkręcenie przewodów, czy też trzeba będzie je dopiero uzbroić w odpowiednie końcówki - wtedy może być większa robota.
- Ja już nic nie rozumiem co do mnie mówisz. Pan Stasio powiedział, że mam wszystko zrobione pod pralkę. O jakich ty podłączeniach mówisz?!
- Do pralki potrzebujesz trzech podłączeń: prąd, woda i odpływ.
- Prąd? Jaki prąd? Do czego prąd?!
- Do pralki. One na ogół są na prąd. Chyba, że chcesz sobie sprawić model z ręcznym napędem i będziesz kręcić.
- O Jezu, co ty wygadujesz, przecież prąd to jest w gniazdku. Po co mi prąd?! On już jest. Nie potrzebuję prądu! Pan Stasio powiedział, że wszystko jest gotowe!
- No, skoro pan Stasio tak powiedział, to podłączenie będzie proste - twój syn spokojnie może to zrobić. Nawet ty byś sobie z tym poradziła - przykręcić rurę z nakrętką, drugą wetknąć w odpływową i wtyczkę do gniazdka.
- Co ty za rzeczy wygadujesz?! Ty mi musisz przyjechać i mi to zrobić, przecież mi nie ma kto tego zrobić! Wszystko muszę sama! To jak, będziesz w ten weekend? Kiedy? Musisz się postarać. Miej to na uwadze. Koniecznie. Mogę na ciebie liczyć? To kiedy?

Czasem zazdroszczę jedynakom.

poniedziałek, 13 listopada 2017

703.Sekundy przed eksplozją

Rzęsistymi łzami opłakałem rozstanie z moim kochanym, cieplutkim łóżeczkiem, którem musiał porzucić wstrętnym, ponurym poniedziałkowym rankiem, spędziwszy w nim o wiele za mało czasu, bym usatysfakcjonowanym się poczuł.
W pracy, jak w pracy... 
Jasio na uwagę, żeby nie jadł na lekcji, tłumaczy jak niedorozwiniętemu:
-No to chyba lepiej, że jem! Przynajmniej wtedy nie gadam.

Koleżanka ubłagała, żebym jej towarzyszył w rozmowie z panią X, na którą  dzieci się skarżą, że je pokrzywdziła. Próbowałem się wykręcić, bo do pani X mam stosunek jak do imprez ruchu narodowego - obchodzę jak najszerszym łukiem; kiedy nie mogę obejść - cierpię męki. Pomysł koleżanki był zły. Bardzo, bardzo zły. Po kilku minutach musiałem przerwać rozmowę i szybko oddalić się, bo czułem że jestem bliski eksplozji i pełnym głosem wygłoszę jeszcze pełniejszą opinię na temat walorów intelektualno-fachowych pani X. Niestety, nasz mostek ma wybitny talent do wybierania takich okazów.

niedziela, 12 listopada 2017

702.Ratunek co zgubą jest

Zirytował mnie komentarz jakiegoś, jak się zdaje, polobolszewika à propos marszu Niepodległości:
"Marsz Niepodległości jest organizowany przez narodowców, ale jest marszem POLAKÓW! Wszyscy na Marsz!
Jasne! A potem powiedzą, że tylu ludzi popiera ich marsz, a więc ich, a więc wypowiadają się w imieniu tyyyylu ludzi! 
Ze smutkiem muszę stwierdzić, że ci, którzy głoszą u nas dziś tzw. hasła narodowe, działają na szkodę naszego narodu. Hasła ksenofobicznego zamknięcia są dla narodu wymierającego - jak nasz, trucizną i przyśpieszeniem zniknięcia. Zamiast mądrych działań dających nadzieję na przetrwanie i rozwój, proponują nam osamotnienie i przyśpieszenie zniknięcia. Zamiast posłużenia się rozumem, forsują użycie wyłącznie emocji.

sobota, 11 listopada 2017

701.Nad grobem przyjemności

Fiku-miku, Fiku-mik!
I kolejny tydzień znikł.

Jak, gdzie, kiedy - trudno powiedzieć. Po poniedziałkowym napadzie tematem wiodącym, zaprzątającym, jak się zdaje, główną uwagę, była obawa czy nie wraca. Prac do sprawdzania akurat było stosunkowo nie dużo, lecz musiałem się mocno przygotowywać do lekcji i szperać po opracowaniach, klnąc w żywy kamień na sprzeczności i braki danych. Teraz mam przed sobą trzy klasy do sprawdzenia, a w nadchodzącym tygodniu przybędzie takich kupek więcej jak drugie tyle. Muszę sobie przypomnieć, czy ciąć się trzeba wzdłuż czy w poprzek... ;-)))

Ktoś mi wyjadł pół pudełka złotych roszerków.

Przeglądam sobie oferty sklepów i aukcji z modelami. Rozum podpowiada: nie kupuj, bęcwale! przecież masz stos niesklejonych modeli i stosik zaczętych; lecz emocje wrzeszczą jak kibic na żylecie: kup! kup! tego nie masz! i tamto ci się przyda! Podejrzewam, że w jakiejś mierze odreagowuję ubogą dostępność modeli w czasach mojego dzieciństwa i młodości. Widok (i świadomość posiadania) niesklejonych modeli w pięknych kolorowych pudełkach na półce tworzyły bardzo przyjemną stymulację psychiczną tworząc obietnicę wielkiej przyjemności na wyciągnięcie ręki. Wtedy zaspokajałem ją sklejaniem i malowaniem zbyt szybkim, by zasługiwało na dobrą ocenę. Dziś, zwłaszcza pod wpływem netu i możliwości oglądania cudzych prac, mam pewne opory przed kończeniem modelu. Perfekcjonizm, obficie podlany sosem niskiej samooceny, zabił przyjemność. Do tego duetu zabójców dołączył trzeci - obciążenie psychiki pracą, która rozpościera się nad wszystkim jak złowroga chmura, swą ołowianą barwą sięgająca po horyzont. Czuję się, jakby mi pozabierano przyjemności, zostawiając jakieś groteskowo zdeformowane namiastki - pobudza mnie kupowanie modeli, a nie ich budowanie i wykańczanie; innymi słowy środek zabił cel i zajął jego miejsce, rechocząc szyderczo. To też składa się na jakieś takie ogólne poczucie końca.

wtorek, 7 listopada 2017

700.Ofiara perfekcjonizmu

Mój perfekcjonizm dał mi wczoraj tęgo do wiwatu. Jeszcze teraz trochę czuję. Stary dziad, a głupi. Pomyślałby kto, że belfer z 20-letnim doświadczeniem może się nakręcić, że jest nie dość dobrze przygotowany do zajęć? Oj... com wycierpiał to moje, niestety. :-(

Zacząłem oglądać serial "Grimm"; po paru odcinkach zapowiada się dość fajnie. Zamówiłem po południu kilka książek, a już po niecałych 2 godzinach dostałem sms pocztowy, że przesyłka nadana. Takie tempo to ja lubię!

niedziela, 5 listopada 2017

699.Zombie

I jakby już po niedzieli i weekendzie. Jeszcze tylko 7 tygodni do świąt. Nie mam ochoty kończyć puzzla, który w większości ułożony leży już chyba z miesiąc. Żadnych ciągot do pędzli. Poprzeglądałem aukcje i parę sklepów pod kątem modeli, przeleciałem wzrokiem po  niesklejonych zbiorach - co warto by może dokupić i... I koniec. Krótka piłka, czyli uświadomienie sobie, że nie mam ochoty na sklejanie,  a zwłaszcza malowanie, więc dokupywanie kolejnych modeli nie ma najmniejszego sensu, skoro najbardziej pobudzające okazuje się szukanie i kupowanie, a nie budowa i wykończenie. Może gdybym miał dużo pieniędzy i duże pomieszczenie (stryszek zgrabny na przykład), to mógłbym się w ten sposób pooszukiwać, że mam jakieś sensowne zajęcie, ale tak jak jest, to nic z tego.
Obejrzałem sobie "Warm bodies" - zombieromans z Nicholasem Houltem. Fajne i z happy endem, lecz i tak ostatnie słowo w tej rozrywce było na zwykłą melodię: Kurde, nawet zombie może sobie kogoś bliskiego znaleźć, a taki żałosny odrzut jak ty, zdechnie jak żył.

sobota, 4 listopada 2017

698.Bilet

I jakby już po sobocie. Poszedłem po herbatę i owoce, a wróciłem także ze spodniami i koszulą. No, ale to przecież nie moja wina że pierwszy przyjechał tramwaj do centrum handlowego, a nie ten na bazar. Przy okazji odzieżowych zakupów zauważyłem akuratne buty, które by mi się przydały. Roztropnie a heroicznie powstrzymałem się od nabycia, ale wciąż czuję że powinienem je sobie sprawić. A to niedobrze, bo w budżecie nie były przewidziane, ten zaś nie tylko z gumy nie jest, lecz wyprany w proszku "Dobra zmiana" skurczył się odczuwalnie.
Zanosiło się, że sobotni wieczór będzie wyjątkowy, bo popołudniu zadzwonił Emuś anonsując, że chce wpaść i pogadać. Przy okazji - wydrukować bilet, bo się dziś z mężem do teatru wybiera, a w pracy na drukarkę zapomniał rzucić. Nie było niespodzianki - zjawił się akurat na tyle, żeby wydrukować bilet i skorzystać z toalety. Pogadamy innym razem.

piątek, 3 listopada 2017

697.Podsłuch i podgląd

I jakby już po piątku. A dopiero co siadłem. Prosto z pracy do marketu po zakupy, potem do domu tyle, żeby coś zjeść na szybko, potem do rodziców, potem na dworzec, żeby kupić nowy numer czasopisma (w obawie czy będzie, bo pierwsza dostawa już się rozeszła) i w końcu o domu. Powinienem posprawdzać prace, ale nie chce mi się - starzy ludzie, drodzy młodzi Czytelnicy, nie regenerują sił tak szybko jak Wy. U rodziców naturalnie zdumienie i niedowierzanie, że miałem tylko środę wolną, bo "przecież w telewizji mówili, że szkoły mają 4 dni wolnego!". Ta! które mają, te mają... Wiosenny chłopiec musi mnie podglądać i podsłuchiwać - to pewne, bo skąd by tak precyzyjnie mnie opisał w swojej ostatniej notce? Muszę przejrzeć mieszkanie. Wiem, że już na dobre wszedłem w rytm pracy w nowym roku - nie czuję weekendu, lecz widzę dwudniową, nieważną przerwę w obowiązkach między piątkiem i poniedziałkiem.

środa, 1 listopada 2017

696.Snoby i Epicy

Wolny dzień. Dziwne uczucie - przez to, że jutro trzeba znów iść do pracy mój organizm nie bardzo wie jak go traktować. Weekendowa przerwa daje "wolne jutro, a nawet pojutrze" (z perspektywy piątkowego popołudnia), a tu takie trochę "niewiadomoco". Emusiowe szkoły sobie porobiły wolne tak, że robotę wznawiają dopiero w poniedziałek; a doniesienia koleżanek wskazują, że nie są to jedyne szkoły w mieście, które sobie tak pofolgowały. Tylko nasza tratwa "Meduzy" jest taka gorliwa, że wolne sobie robimy tak rzadko jak to tylko możliwe, albo i rzadziej. Zwłaszcza za obecnego mostka kapitańskiego - nie mogę (i nie tylko ja) wyzbyć się wrażenia, że w melodii komunikacji z nami co i rusz przewijają się jakieś takie nieładne nuty. Koleżanki wczoraj syczały po kątach, że dyro wolnego nam żadnego nie zarządził, ale sam się zmył na urlop. Cóż, co wolno wojewodzie, to nie tobie... 
Skończyłem czytać "Snobów" Juliana Fellowesa - lekka i błaha lektura, w gruncie rzeczy plotkarska z ducha. Po Sandersonowej trylogii postapo "Mściciele" przyjemnie było przeczytać coś mniej gęstego i dołującego. Lektury nie historyczne mi się właśnie skończyły - trzeba będzie troszkę popościć beletrystycznie.


niedziela, 29 października 2017

695."Skins"

Skończyłem oglądać "Skins" (pol. Kumple). Kiedyś, za telewizorowych czasów, obejrzałem drugi sezon i bardzo mi się podobał, choć jednocześnie nieco przerażał ukazaniem świata nastolatków o którym nie miałem wyobrażenia. No, a teraz dzięki Netflixowi mogłem sobie obejrzeć wszystkie 7 sezonów po kolei. Smutny bardzo obraz; właściwie przerażający nawet - alienacji, samotności, braku komunikacji, destrukcji. Co gorsza, moje obserwacje zawodowe potwierdzają wszystkie te pokazane zjawiska, choć oczywiście w serialu są one znacznie bardziej skoncentrowane niż w realnym życiu. Śmierci też były.

A niedzielna pogoda jakby z planu Skinsów ściągnięta - leje, wieje, szaro i ponuro. Jak tu w ogóle wyjść z domu? Miałem nosa, żeby do Schwester w piątek późnym wieczorem pojechać zrobić jej tam drobne prace, o które mi dupę truła od paru tygodni, na koniec sfochowana, że śmiałem nie odebrać jej telefonu. Robota banalna, dorosły syn w domu, ale to ja się muszę tłuc tam z narzędziami...

W potoku zwykłych Emusiowych wynurzeń trafiłem na przerwę między dwoma grzbietami fal i wyrwała mi się refleksja, niewątpliwie pod wrażeniem niusa o jego kolejnym doświadczeniu.
- Wiesz co, z twoich przygód jakie miałeś od kiedy się przeniosłeś do Wawy, to można by książkę napisać.
- Nie jestem degeneratem!!
- O rany, przecież niczego takiego nie sugeruję! Po prostu... można by kilku ludzi obdzielić twoimi przygodami.

Przede mną prace do sprawdzenia, a w głowie wieczny smutek.

czwartek, 26 października 2017

694.Dłubanie ćwiczeń

Ludziom spoza branży wydaje się, że belfer to ma klawe życie, bo wydawnictwa robią różne zbiory ćwiczeń i testów, nierzadko w formie elektronicznej, tak że tylko klik-klik, wrzucić na drukarkę i gotowe! Rach-ciach-mach czerwonym długopisem i już sprawdzone! I trzy miesiące wakacji! A tymczasem ta ilość nie bardzo przechodzi w jakość, a szczególnie - w użyteczność. Jak siadam do przygotowania moim jakiegoś zestawu ćwiczeń do konkretnego tematu, to okazuje się, że z gotowców nie ma co sensownego wybrać. I trzeba rzeźbić samemu, jak za dawnych dobrych [] czasów, wyszukując źródła i wymyślając jakieś stosowne zadania, cały czas zastanawiając się jak te konkretne i realne dzieciaki sobie będą z nimi radziły. Trudno przy tym zapomnieć o pewnej prawidłowości: zadania lekkie do ułożenia, ciężko się sprawdza, a jeśli chcesz mieć łatwe sprawdzanie, to musisz się natrudzić przy układaniu zadania. No i właśnie się trudzę...Choć jestem zmęczony i jakoś wyjałowiony pod względem kreatywności.

poniedziałek, 23 października 2017

693.Nie kłaść się

Liczę sobie i liczę, i jakoś tak mi wychodzi, że powinienem się nie kłaść spać, żeby na jutro wyrobić się z robotą. 
Przedmiot przedmiotowi nie równy - z belferskiej strony biurka patrząc. Tak zbierając z własnych doświadczeń i różnych rozmów z koleżankami (tylko dwuprzedmiotowcy) moja prywatna lista wygląda tak: [od największego do najmniejszego wysiłku na lekcji] polski i historia, po nich geografia, biologia, ewentualnie chemia i fizyka, potem w trzeciej grupie matma, wos, w kolejnej - języki obce, a na koniec michałki.

niedziela, 22 października 2017

692.Nosorożcom łatwiej

W weekendy tak strasznie trudno mi zmusić się do pracy, że aż wstyd! Właściwie weekend to czas Dzikiego Gonu - rozpaczliwej ucieczki przed czekającymi obowiązkami. Myśl o sprawdzaniu prac budzi obrzydzenie - poczucie jałowości mojego wysiłku jest tu szczególnie dojmujące. Sansio nie jest tu sam.
Niedawno odwiedziły mnie absolwentki z mojej klasy wychowawczej. Ich wspominki zeszły w pewnym momencie na klasówki z mojego przedmiotu i bez najmniejszego zażenowania, zupełnie radośnie opowiadały o tym jak ściągały i oszukiwały. Przysłuchiwałem się temu w milczeniu, w stanie najgłębszego zniesmaczenia. Powinienem może powiedzieć im dosadnie co o tym myślę, lecz milczałem, w myślach starając się odsunąć, zdystansować od toczącej się rozmowy, jakby ona nie dotyczyła mnie, jakbym był gdzieś obok, gdzieś indziej. A to przecież nie były złe dziewczyny, wręcz przeciwnie - takie, które każdy by zasadnie określił "dobre i porządne". Złudzeń, że mogę zmienić moralność wyniesioną przez moich uczniów z domu, pozbyłem się dawno temu. Lecz takie zderzenia z ludzką małością i brakiem szacunku dla drugiego człowieka (dla mnie!) odbieram wciąż bardzo źle. Zdecydowanie lepiej w tym zawodzie mieć grubą skórę.

środa, 18 października 2017

691.Kciuki

Wygląda na to, że Emuś jednak posłuchał moich perswazji, żeby nie skupiał się na samej pracy, lecz przyłożył się bardziej do rozwoju znajomości, bo dziś oznajmił ze wzruszeniem: "Mam chłopaka!". Trzymam kciuki za pomyślność tego związku, lecz nie mogę powstrzymać westchnienia: "Pourvu que ça dure!
Znowu usłyszałem od uczniów słowa uznania za gust obuwniczy. No miłe. 
W sprawdzanych pracach czytam o broni drzewnej, wojskach bardziej manewnych i że cechą piechoty była jazda na koniach. No nie miłe.

wtorek, 17 października 2017

690.Pooooowooooliiiii...

Senny koszmar: staramy się uciekać przed jakimś strrrasznym niebezpieczeństwem, lecz nogi odmawiają nam posłuszeństwa, ruszają się nam tak rozpaczliwie pooooowooooliiiii... Znane. 
Jawny koszmar: staram się sprawdzać prace, lecz stos nie maleje. Czas pędzi, terminy następnych lekcji zbliżają się jak potwór z morderczym narzędziem, a ja stoję z tymi klasówkami w miejscu. Stare ciało zdaje się odmawiać posłuszeństwa, zachęcane jesienną aurą, domaga się snu i odpoczynku. A tu jakieś dyrdymały trzeba przygotowywać do pracy, odsuwając na bok pomysły na nowe lekcje i pomoce.
Przemknęła myśl, jak wyglądałoby moje życie, gdybym je sobie potrafił z kimś ułożyć kiedyś, kiedy był po temu czas odpowiedni. Nie wiem. Czysta abstrakcja, nie do ugryzienia.

niedziela, 15 października 2017

689.Urok prostych recept

Zaglądam na tęczowe forum, choć nic już tam nie piszę. Wiem, że nie powinienem, że lepiej byłoby się odciąć i od tego, by skuteczniej zapomnieć, lecz jakaś tęsknota wciąż pcha kij w szprychy i wiedzie kursor ku linkowi. 

Jakiś czas temu zwróciłem uwagę na pewien, dość powszechnie występujący, typ reakcji na czyjeś smuty - można go ująć następująco: widać mu dobrze i wygodnie z tym co ma, bo jakby mu było źle, to by to zmienił, jak mu się radzi. 
Źle ci samotnie? Znajdź sobie chłopaka! 
 Źle ci w związku? Rzuć faceta!
Źle ci z rodzicami? Wyprowadź się! 
Twierdzisz że nie możesz? Bzdura! Nie chcesz po prostu! Wygodny jesteś! Znaczy - dobrze ci z tym!

Jest to bardzo bliskie takiej ludowej terapii depresji: Co tak siedzisz? Weź się do roboty, to ci przejdzie!

Doktor Dobraradzki ma gotową diagnozę i receptę na każdy problem. Można by odnieść wrażenie, że w poprzednim wcieleniu był orzecznikiem w ZUSie. 

Sam nie wiem, co budzi mój większy podziw - zdolność tak uproszczonego spojrzenia na ludzi i mechanizmy nimi powodujące, czy też sama prostota rozumowania, wyraźnie przywodząca na myśl skojarzenie z mechaniką pracy cepa. 
Chciałem napisać: "zaskakująco wielu", ale po krótkim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że byłoby to przejawem jajogłowego złudzenia; dlatego napiszę - wielu ludzi prezentuje zadziwiającą wiarę w istnienie skrajnie prostych recept na najróżniejsze życiowe problemy. Wydaje im się, że można prawie wszystko załatwić krótkim, prostym poleceniem, a jeśli ktoś do tego się nie stosuje, to tylko dlatego, że nie chce. Apriorycznie zakładają, że podane przez nich rozwiązanie jest doskonale dopasowane i skuteczne. Do tego typu umysłów najwyraźniej nie dociera (i robią wiele, by nie dotarło), że życie jest skomplikowane, a zdarzenia i ludzkie poczynania  są wielorako uwarunkowane, co powoduje, że recepta nie może być prosta, bo musi tę złożoność uwzględniać. A prosta recepta, jaką podają, swą prostotę zawdzięcza wyłącznie kompletnemu zignorowaniu owych uwarunkowań, co czyni ją zupełnie bezużyteczną, a radzącego stawia w świetle ukazującym go jako głupca.

sobota, 14 października 2017

688.Nasłuch i pioruny

Ostrzeżenia wysyczane przez rozsierdzone koleżanki: "Uważaj na Zośkę! Nic przy nie mów!". Otóż, okazało się, że rzeczona koleżanka Zosia gdzie się da nadstawia ucha na nowe pomysły - tu posłucha, tam zapyta, po czym leci do dyrekcji i sprzedaje zasłyszane pomysły jako własne. A dyro zadowolony, że mu eventy pęcznieją i publicity rośnie, chwali i poklepuje. Potwierdzeniem słuszności wybranej taktyki był dzień Świętego Nauczyciela z jego corocznym rozrzucaniem dukatów, kiedy koleżanka nasłuchowa zaportkowała nagrodę dyrektora. Bałem się spojrzeć na koleżanki, bo te jadowite pioruny z ich oczu bijące mogłyby mnie niewinnego przypadkiem porazić.

piątek, 13 października 2017

687.DEN

Wywiad z groteskową namiastką ministra odpowiedzialnego za rozwój i kształcenie społeczeństwa. Załganie, manipulacja i tupet aż zapierają dech w piersiach.

Na pokładzie tratwy "Meduzy" Dzień Świętego Nauczyciela taki, że nigdy nie było takiego za mojej "kariery" pracowniczej. Dzień Edukacji Narodowej to święto podobne do Wigilii, w tym sensie, że belferstwo zstępuje z Olimpu i siedząc przy wspólnym stole z pracownikami administracji i obsługi próbuje zachowywać się naturalnie. Śmichy-chichy, ale tak naprawdę to potrzebne i ważne, byśmy nie zapomnieli, że szkoła to nie tylko nauczyciele i inni pracownicy są też niezbędni. Dbało się więc u nas o odświętność dnia, stołu i talerza. Ponieważ budżet placówki na takie fanaberie nie przewiduje ani grosza, od lat sami się zrzucaliśmy po kilka złotych, do tego pojedyncze osoby dorzucały coś w naturze (ciasta, jakąś lepszą herbatę itp.) - w sumie było dość.
A w tym roku to była woda, cukier i jakaś anonimowa herbata oraz odrobina ciasta z życzliwości jednej czy dwóch klas, kubeczki z tworzywa i to wszystko. Ciasto trzeba było szamać z ręki. Rozlegające się po kątach szepty, że to zemsta dyra za brak chętnych na wymyślone przezeń szkolenie na wyjeździe, nie brzmiały niestety jak rojenia paranoika - za dużo w nich było prawdopodobieństwa. Podobnie jak szkolenie, które odbyło się po "poczęstunku". Aż chciałoby się powiedzieć - "świąteczne szkolenie". 

czwartek, 12 października 2017

686.Gimnastyka trupa

Zakiełkował mi powrót do ćwiczeń. Pewnie jak zwykle wytrwam w najlepszym razie parę miesięcy, po czym zapadnę w zapaść na parę lat. Przydałoby się poruszać, bo lata lecą i stare kości z nie młodszymi mięśniami coraz bardziej się zapiekają i zacierają. Zeszły rok dał mi ostrzeżenie, że wyrok lat nieubłaganie grozi kontuzjami i nie można już ćwiczyć tak dziarsko jak w początkach Rzeczypospolitej. Jednocześnie mam wrażenie, że dłużej bym wytrwał przy codziennych treningach, niż przy 2-3 w tygodniu. Problemem jest jednak niebezpodstawna obawa przed przeciążeniem i kontuzjami.
Kiedyś ćwiczyłem w jakże absurdalnie złudnej nadziei zyskania choć niewielkiej ...buahahahaaaa! pardon! wciąż nie wiem czy to poczucie czarnego czy abstrakcyjnego humoru... atrakcyjności. Atrakcyjność tę należałoby jednak rozumieć jako przejście od kaszalota do słonia morskiego - w najlepszym razie.  Dziś powinienem ćwiczyć, żeby zachować sprawność na poziomie normalnego, codziennego funkcjonowania, aby  przedwcześnie nie stać się sztywną, półsprawną pierdołą. Troszkę żałuję, że tu gdzie mieszkam nieprzyjemnie się biega, bo bieganie podobało mi się najbardziej ze wszystkich form aktywności fizycznej.
Dokupiłem sobie ciężarków w Decathlonie i zamówiłem fikuśny gryf w necie, bo doszedłem do wniosku, że jednak mam za małe obciążenie przy pewnym ćwiczeniu. Zobaczymy jak długo wytrwam tym razem.

wtorek, 10 października 2017

685.Domknij szafę!

Nowy pomysł Jokera polskiej oświaty:  nauczyciele będą co trzy lata oceniani z postawy moralnej i etycznej. Zważywszy, że nie jest ona nigdzie dokładnie zdefiniowana, dyrektor będzie odnosił ją do swojego widzimisię. Można się domyślać, że widzimisię dyrektora będzie naprostowywane przez kuratora i wójta. Nie sądzę, żeby czystą paranoją była obawa o los belfrów, którzy nie zdołają ukryć swej tęczowości.

http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/1076507,nauczyciele-ocena-postawy-moralnej-i-etycznej.html

poniedziałek, 9 października 2017

684.Nie powinienem

Nie powinienem oglądać komedii romantycznych - wzruszam się, a potem tylko gorzej się czuję. Nie powinienem uczyć w kiepskiej szkole - dzisiejsza młodzież odbiega rażąco od tej, którą uczyłem zaczynając pracę. Brandy mi się kończy. Nie mam siły (chęci) nic malować. Żrę słodycze jak niepoczytalny - czuję jak pudełko z ciastkami lub herbatnikami przejmuje kontrolę nad moim ciałem i wiedzie je do kuchni.  

sobota, 7 października 2017

683.Pieczone kartofelki

Rodzinno-jubileuszowy obiadek - na szczęście już za mną. Obyło się bez spięć, ale jak zwykle trochę nerwów mnie kosztowały: perspektywa udziału i sam udział. Na jeszcze większe szczęście - chyba udało się bez napadu lękowego. Najlepszym z całej imprezy było to, że wszyscy narzekali na pieczone kartofelki, które były bardzo smaczne i dzięki temu było ich więcej dla mnie.
Na przystanku zaczepiła mnie jakaś młoda kobieta, rozpoznając jako tego, kto ją uczył historii. Niestety nie pamiętałem ani kiedy to było, ani jak się nazywała, a w ustaleniu szczegółów rekonstruujących mą pamięć przeszkodziło nadjechanie autobusu, na który czekałem. Cóż, jak się ma na koncie jakieś półtora tysiąca absolwentów, to niektórzy mogli wylecieć z pamięci. W sumie trochę szkoda, że ten autobus akurat przyjechał, bo była miła i miała słodkiego towarzysza, więc rozmowa mogła być sympatyczna, choć i tak bez znaczenia.

piątek, 6 października 2017

682.Sms

Niespodziewany sms od absolwentki z wychowawczej klasy:
"Panie Profesorze, na studiach jest cudownie, ale wielka szkoda, że Pana tu nie ma!" Przykre, że to kolejne z moich upośledzeń - nie umiem się czymś takim ucieszyć, nie potrafię czerpać z tego satysfakcji ani radości. Owszem, widzę w tym potwierdzenie, że może nie jestem taką zupełną bezużytecznością - dla niektórych uczniów i przez chwilę ich życia, jednak to tylko konstatacja bez głębszych oddziaływań. Dostrzegam, rejestruję jako dowód uznania, lecz nie absorbuję, nie używam do wzmocnienia, ani do budowy. Mam tu zupełnie inaczej niż Emuś, którego to rozpromienia i uskrzydla. Czuję, że gorycz pokryła wszystko tak grubą warstwą, że nic nie jest w stanie jej przebić.

wtorek, 3 października 2017

681.7 godzin

Praca w pracy, praca w domu, seriale oglądane po kilka odcinków, coraz krótsze dni. Smutek zagłuszany niemiłymi obowiązkami. Pilnuję, żeby nie schodzić poniżej 7 godzin snu, ale jest coraz trudniej. Opóźniam pójście do łóżka gnębiony głęboko skrytym wyrzutem sumienia: idąc do łóżka kończysz już nieodwracalnie dzień - kolejny zmarnowany na pustą, jałową, gorzką i niepotrzebną egzystencję.

Na tratwie Meduzy irytuje mnie gospodarka finansowa - na rzeczy ważne pieniędzy nie ma, a na zupełnie zbędne duperele wydaje się bezmyślnie. Głęboki absmak budzą we mnie plastikowo-smartfonowe pustaki, otwarcie olewające moją pracę i staranie.

Pomału i bez napinki testuję z czym najlepiej smakuje calvados. Coś owocowego to będzie, jak sądzę.

sobota, 30 września 2017

680.Promocja

Wśród różnistych zespołów zadaniowych nasza tratwa Meduzy ma i zespół do spraw promocji. Zbiera się, pracuje, sprawozdawczość odstawia - cycuś glancuś. Efektywność - jak w każdej podobnej inicjatywie w świecie biurokracji, gdzie podejmuje się działalność celową, starannie unikając jakiejkolwiek konkretyzacji celu. Innymi słowy rozwijamy (uszczegółowiamy) działania od poziomu strategicznego do taktycznego, pilnując by cel pozostał sformułowany wyłącznie strategicznie, zakładając a priori, że wszystkie podejmowane działania promocyjne służą korzystnie szkole. To że w rzeczywistości jest to działania pozorne, takie machanie wiosłem z unikaniem określenia kierunku płynięcia, jest nieprzyjmowane do wiadomości. Nie ma w tym winy zespołu, który robi co może.

Mostek jest wierny przekonaniu, że szkoła dobra, to szkoła w której się dużo dzieje - imprezy i eventy, dużo funu, wycieczek i - koniecznie - informuje o tym cały świat w necie; niusowany fejsik to podstawa i warunek sine qua non dobrej szkoły. Wyniki matur? "O tym nie będziemy rozmawiać!"
Pytanie: kogo przyciągniemy taką promocją? jest niedopuszczalne.

czwartek, 28 września 2017

679.Stara kamienica

Przymusowa kilkudniowa abstynencja netowa zakończona. Kabelek jakiś się dostawcy omsknął i musiałem pościć. Właściwie zniosłem to całkiem dobrze, choć bardzo utrudniało pracę - o przygotowaniu jakiejkolwiek prezentacji na lekcję mogłem zapomnieć.

Znalazłem odpowiedź na pytanie, na które do tej pory odpowiadałem "nic", mianowicie na pytanie: "Co ci sprawia radość?" Otóż nareszcie mogę odpowiedzieć, i to szczerze: "Usłyszeć od swojego dentysty, że wszystkie plomby trzymają się jak należy i nie mam żadnych nowych ubytków." Czarny paskudny i okropny ślad na przednim zębie, który wydał mi się jakąś galopującą próchnicą, okazał się dziwacznym wybrykiem kamienia nazębnego. Wyobraźnia podpowiadała czarny scenariusz z rwaniem, szczerbatością, implantem i tąpnięciem finansowym, a skończyło się na starannej dekamienizacji. Czułem się wyczyszczony i wypiaskowany jak stara kamienica w rynku przed wyborami wójta. Cóż za ogromna ulga! I jakie to w gruncie rzeczy upokarzające, że pełniąc dość odpowiedzialną funkcję społeczną, drżę na myśl o kosztach leczenia dentystycznego.

Przyciśnięty brakiem netu spróbowałem wykorzystać w charakterze surogatu swój tablet, nabywając doń kartę startową. No i kupa - tablet nie widzi karty, neta nie ma. Zniechęcają mnie takie drobne porażki.

sobota, 23 września 2017

678.Osiołkowi w żłobie dano

Ostatnio wzrosła aktywność kontaktowa Emusia. W dwie rozmowy wyszło mi całe doładowanie fona, a przecież oprócz moich było więcej jego dzwonień. Dzwonień i zawodzeń. Akustycznie mógłby zawstydzić banshee. Jak zauważyła M., właściwie dopiero teraz staje się pełnym nauczycielem, a nie tylko panem efekciarskim. Pełnym, bo: wychowawstwo i cała frajda z upierdliwych rodziców, lekcje z całymi klasami, do tego nauczanie indywidualne w domu ucznia na jakimś zadupiu, i w charakterze syropku klonowego na okrasę całości - oczekiwanie w nowej szkole, że ma być miło, przyjemnie i z bujaniem klienta na rękach. Herr Lehrer bez bata i szpicruty jak bez ręki. ;-))

Ostrzegałem go, że bierze na siebie za wiele, ale olał moje słowa równo. Teraz... ciężko mu strasznie, ma kategorycznie dość, absolutnie nie wytrzyma! Do momentu, kiedy sobie policzy ile tam przez rok ma zarobić... Zwracam mu uwagę, że obciążenie mu się jeszcze zwiększy, bo od 1 września wszystkie nauczania indywidualne są nie w szkole a dojazdowe w domu ucznia i z pewnością jeszcze się nowe pojawią - nie słyszy. Liczy sobie, że aby do kwietnia, bo potem to już będzie miał lżej i łatwiej. Tłumaczę mu że koniec roku to dla wychowawcy okres wzmożonej pracy - ignoruje zupełnie. Aż do następnej symfonii lamentu.
Nieszczęśliwy bo samotny i kandydat na męża pozostaje w przedpokoju pod tabliczką "kolega", ale wobec sugestii, żeby zamiast zarzynać się robotą zainwestować czas i wysiłek w chłopaka, miota się rozpaczliwie zawodząc za forsą jaka by mu przepadła. 

"-Ale to 12 tysięcy! 12 tysięcy! Miałbym na ekstrawakacje! Na super wyjazd za granicę!"

"-Jasne, że fajnie wyjechać. Tylko czy... będziesz miał z kim?"

Milczenie. Kurtyna.

wtorek, 19 września 2017

677.Kubełek czarnej farby

Gdzieś się polepszy, gdzie indziej spieprzy. Tylko synchronizacja wzbudziła podziw.

Dobra wiadomość, że ojcu nie obcięli emerytury. Nie wiem jak by to zniósł - źle czy bardzo źle.
Zła, że coś mi się bardzo nie teges z zębem dzieje i wyobraźnię zastałem z kubełkiem czarnej farby, dziarsko machającą pędzlem. Już czuję zbliżający się atak paniki. Co najmniej finansowa katastrofa będzie. A cały tydzień czekania na wyrok.
Przeziębienie trzyma. Głowa boli nie wiem już z czego i gdzie - z zatok czy spiętych pleców. Sama radość.

Emuś miał jutro jechać na zieloną szkołę, więc pomyślałem że zadzwonię, by go troszkę wesprzeć. Niby wiem czego się spodziewać po rozmowie, a mimo to zawsze później odczuwam coś na kształt mieszanki zaskoczenia i podziwu, o innych uczuciach nie wspominając. To jednak musi być talent. Emusiowe rozmowy ze mną doskonale opisać mogą dwa cytaty:

"Ale dość już o mnie.. porozmawiajmy lepiej o tobie – podobam ci się?"
Johnny Bravo 

"Znudziła mnie twoja opowieść, albowiem nie była o mnie. Kumasz zależność?"
król Julian XIII

Moja tematyka ma mniej więcej takie szanse na znalezienie się w rozmowie, jak kajak na przepchnięcie tankowca. 


niedziela, 17 września 2017

676.Silva rerum

Powrót do pracy i przedjesienne chłody równa się przeziębienie - lekkie, lecz irytujące. W pracy szykuje się burdelozapieprz, bo mostek z swą beztroską nonszalancją zaakceptował kilka wycieczek, co oznacza, że w sumie na pokładzie zostanie jakieś 2/3 załogi która będzie musiała zasuwać za nieobecną resztę. Przede mną leżą pierwsze w tym roku prace do sprawdzenia, budząc... eee... głęboką niechęć (eufemizm tygodnia). W głowie kołaczą się projekty materiałów do zrobienia na lekcje. W Beacon Hills prince noble and cuttie Scotty jeszcze się nie połapał, jaka żmija Theo mu się wije pod nogami. Katalońska brandy "Torres 10. Gran Reserva" znakomicie pasuje do coli - jej kawowo-czekoladowa nuta świetnie współgra ze smakiem tych bąbelków; do tego cena całkiem budżetowa. Utyskiwania dyrektorów szkół w dużych miastach, że Biedrona i Ikea przebijają szkoły płacami i belfrów im brakuje. Cóż, 2,5 tysiąca na rękę w stolicy to kiepska pensja, jak ktoś ma potrzeby wykraczające poza "zjedz cokolwiek i załóż cokolwiek"; zwłaszcza na dłuższą metę.

sobota, 16 września 2017

675.Jacuzzi w zenzie

Rozmowy z M. doprowadziły mnie do takich konkluzji na temat naszej tratwy i jej  mostka kapitańskiego, że unikam nazwania swoich uczuć w tym zakresie po imieniu. Poziom bałaganu, niepewności i nie przemyślenia decyzji osiąga wyżyny, jakich nie widziałem od kiedy pracuję w tym zawodzie.

Nastrój prywatny - jak w jacuzzi w zenzie. Rozum powtarza: przyzwyczaj się wreszcie do tego samotnego życia, które sobie wybrałeś, bo innego mieć nie będziesz, zaś emocje ustawicznie wyskakują jak murena z kryjówki i kąsają dotkliwie, prowokowane czymkolwiek - widokiem na ulicy, nieroztropnie wybranym filmem, zdjęciem w necie, niebaczną myślą. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że będę mieć aż takie trudności z pogodzeniem się z samotnością na zawsze. Wydawało mi się, że trochę ziemi, klepu-klepu łopatą i trochę trawy na wierzch wystarczy, żeby śladu nie było. A tu grób wciąż się rusza i podryguje. Dwadzieścia parę lat szczelnego trzymania emocji pod kluczem najwyraźniej było bardzo mylące.

wtorek, 12 września 2017

674.Rachunek

Przeczytawszy poprzednią notatkę zasępiłem się - zabrzmiała groźnie. Wpojone poczucie obowiązku kazało dokonać starannego rachunku sumienia, to znaczy chciałem powiedzieć - spożycia. Łiskacz, koniak, porto i coś podobnego. Wychodzi na to, że w tym roku skonsumowałem już czwartą butelkę, jeśli pominąć cydry w upały. Gdyby chodziło o rok szkolny, to byłoby to raczej nieco niepokojące tempo, ale to zliczenie z roku kalendarzowego, więc chyba nie piję jeszcze zbyt ostro? :-))

Za to obserwacje M. wskazują, że niektóre osoby z pokładu naszej tratwy nie żałują sobie. Nie pochwalam i nie popieram, ale nie dziwię się - atmosfera u nas zrobiła się fatalna.

673.Dzwonki alarmowe

Wracam z roboty i pierwsza myśl po przebraniu się to wypić colę z procentami. Troszkę się niepokoję, czy się to nie skończy jakimś uzależnieniem. Wiadomo, że lepiej nie sprawdzać metodą na ruskiego sapera gdzie jest własna granica, za którą ląduje się w szponach nałogu, jednak robota sprawia tak rozpaczliwie mało satysfakcji, że uchodzą wszelkie siły. Niczym ze sfery prywatnej nie mogę tego deficytu uzupełnić. Pocieszam się wprawdzie, że tylko czyszczę szafkę z zalegających suwenirnych trunków [czyli sprzątam! :-)], ale na ostatnich zakupach w markecie dziwnym trafem zacząłem od stoiska z alkoholami (pewnym wytłumaczeniem może być to, że jest przy wejściu).  Nic nie kupiłem, ale niepokój jest. Prawda, że zawsze byłem raczej wyczulony na wielkość spożycia, ale jak to mówią, kiedyś i łowca może zwilkołaczyć. A do tego nikt nie ma tak rozwiniętej umiejętności samousprawiedliwiania się jak alkoholik.
Łaska boska podsunęła mi Netflixa i mogę sobie trochę frajdy sprawić oglądaniem filmów lub seriali. Bez tego byłoby dużo, dużo gorzej - nie mam zupełnie nastroju do malowania i jakiegokolwiek hobby. Gdybym miał jeszcze wychowawstwo, to przypuszczam że szedłbym już na środkach przeciwbólowych. Na tratwie bałagan, dyrekcja skupiona na gwiazdorzeniu i rozwijaniu wkurzającej bezużytecznej biurokracji (papierologii), grono się rozłazi, starsze klasy zblazowane i wdupiemajskie, pierwszaki... jakże chciałbym wierzyć, że to może złe dni mają, gwiazdy koślawo się ustawiły, albo ciśnienie atmosferyczne nie takie! Na razie (po zetknięciu z połową klas) wrażenie nie zachęcające do pracy i zaangażowania - część ziewa i przysypia, część gapi się w tępawym milczeniu. 

niedziela, 10 września 2017

672.Trzynaście powodów

Jakiś czas temu koleżanka poleciła mi serial "Trzynaście powodów". Troszkę odczekałem, jakby czekając chwili, kiedy poczuję odpowiedni nastrój do tego tematu. Całość ma 13 odcinków (jeden sezon, szykują drugi), ale przy pierwszym, gdzieś tak w połowie, miałem poczucie pewnej irytacji pomysłem spiritus movens całej intrygi. Jednak ani się obejrzałem, jak mnie to wciągnęło tak, że za jednym zamachem obejrzałem 9 odcinków, tęgo zarywając noc. 

Serial dotyczy problemu nękania i samobójstw wśród nastolatków. W trakcie oglądania zdałem sobie sprawę, że patrzę na to w dużym stopniu z zawodowego punktu widzenia. Kolegom belfrom mogę zasugerować oglądnięcie, bo być może w jakimś stopniu przyda im się to do wyostrzenia spojrzenia i wyczulenia na pewne zachowania młodzieży. 

Nie chcę spoilerować, więc ogólnie wypowiem się, że mam wrażenie, że być może troszeczkę niepotrzebnie połączono dwa zjawiska, zamiast rozbić je na dwa różne przypadki (z uwagi na to, że jak się okazuje, szykują drugi sezon). A tymczasem każde z nich w praktyce może doprowadzić do samobójstwa młodego człowieka.

Niestety, ale nie mogę się powstrzymać przed notatką ze sztambucha Ropucha. Po obejrzeniu (właśc. pochłonięciu) tego serialu przyszła mi na myśl pewna osobista refleksja. Patrząc na całe swoje życie, mam poczucie że na pytanie czy warto było się nie zabijać te circa 30 lat temu, odpowiem jednak - nie  było warto. Ale to tylko ja, proszę się tym nie sugerować, bo każdy przypadek jest inny.

czwartek, 7 września 2017

671. Korki dla smoków

Emuś właśnie odkrył, że dodatek za wychowawstwo w przekształconej podstawówce wynosi nie 140 zł na rękę - jak w gimnazjum przed reformą i wakacjami, lecz zaledwie 84 zł.  Do tego zaczyna odkrywać subtelności i uroki pracy w kilku szkołach. Na przykład taką, że jeśli chce (tzn. musi) jechać ze swoją klasą na integrację, to w drugiej szkole musi prosić o urlop bezpłatny i jest na jakieś 250 złotych w plecy. Do tego pod znakiem zapytania postawiono ile tam będzie miał godzin, bo padają podziały (klas, co oznacza, że zamiast 2 godzin w podzielonej klasie jest 1 godzina w całej).

Mógłby dawać smokom korepetycje z zionięcia ogniem.

A ja zmagam się ze sztywnymi plecami i bólem głowy. Koleżanka beztrosko dysponuje: "Olej to! Co się będziesz przejmował?!", ale ja tak nie potrafię. Papiery ogarniam jak najmniejszym wysiłkiem i kosztem, lecz uczniów nie umiem i nie chcę tak traktować, szczególnie takich, którzy chcą i próbują, nawet jak ich zdrowie gra w przeciwnej drużynie.

środa, 6 września 2017

670.Łyżka miodu

Fatalny początek sezonu żeglugowego - codzienie jakieś niepomyślne informacje na naszej Tratwie "Meduzy". Nie wolno nawet myśleć o tym co jeszcze nas czeka. Plan zajęć kiepski. Jedyne dobre zdarzenie, to uczeń który został po lekcjach żeby pogadać o historii, polityce i naszym społeczeństwie. To taka rzadkość na naszej tratwie - młody człowiek, którego obchodzi coś więcej niż snap, insta i lajki. Ktoś powie - ciesz się z tego i czerp pozytywną energię. Tylko, że to łyżka miodu w cysternie dziegciu. 

A poza tym - szarość i smutek trupa.

poniedziałek, 4 września 2017

669.Przepływy

Poziom nieprzygotowania frustruje i zniechęca. Przepływ informacji - jak w zatkanej rurze. Nie wystygły jeszcze kartki z drukarki z planem, kiedy już anonsowana jest jego zmiana. Przydziały klas zmieniają się. Poczucie gruntu pod nogami - jak na lotnych piaskach.
Dzieci na razie przyczajone, zobaczymy co z nich wylezie w praniu. Miejmy nadzieję, że nie Obcy.

A na koncie 300 złociszy pensji mniej. Nie ma to jak dobra zmiana!

sobota, 2 września 2017

668.Wychowawstwo

Czwarty telefon z wylewającym się lamentem. Koniec świata. Emuś wychowawstwo dostał. Styl przydzielenia, co tu kryć, budzi niesmak - "Nie ma pan." "Nie będzie pan miał, spokojnie."... "A wiesz, że dała ci wychowawstwo?" Niestety, żeby w Polsce wygrać konkurs na dyrektora szkoły nie trzeba wykazywać się ani klasą ani kulturą. 

Zanim to wychowawcze szczęście na Emusia spłynęło, to kiedy szukał sobie szkół, miałem wrażenie, że chciwość mu rozum odbiera. Zafascynowany wyższą płacą po awansie na mianowanego nie widział nic niebezpiecznego we wzięciu 30, czy nawet 33 godzin. Z wypiekami na twarzy przeliczał już deszcz mamony, który miał na niego spadać. Być może językowcom łatwiej, bo mają mniejsze grupy (kilkunastu, a nie ponad 30 uczniów jak ja), ale i tak to potężne obciążenie przy w miarę uczciwej pracy. Emuś problemu nie widział - da radę!
No a teraz jęczy, kiedy dotarło do niego ile w sumie ma roboty - nowy przedmiot i wychowawstwo, którego nigdy nie miał (nawet jako II wychowawca). A tych jęków ja wysłuchuję...
Wiem, że ogarnięcie wychowawstwa jest z początku trudne - kupa nowych rzeczy, których zwykły nauczyciel nawet się nie domyśla. Próbowałem więc delikatnie mu zasugerować mu parę pilnych kwestii startowych. W odpowiedzi wydarł się na mnie, że on nie będzie się taką biurokracją wygłupiał, że co ja mu tu proponuję, że on to zrobi tak i tak, że on... Wysłuchałem w milczeniu tej połajanki i pożegnałem się.

Na tęczowym forum odezwał się na priwa młodzian z dość standardowym zagajeniem. Kilka razy korespondowaliśmy już na forumowej poczcie, więc można powiedzieć - stary forumowy znajomy. Mam wrażenie, że niektórzy oczekują odpowiedzi w stylu "wielkie łał, że napisałeś". Widać moja odpowiedź została uznana za nie dość entuzjastyczną, żeby warto było na nią odpowiadać; kolejny raz zresztą. Wiem, że to właściwie standard dzisiaj - oczekiwanie Bóg wie czego w odpowiedzi na swoją nie nazbyt wysiloną - delikatnie rzecz ujmując - wiadomość. 

piątek, 1 września 2017

667.Czekanie na piorun

To najgorszy tydzień poprzedzający rok szkolny od kiedy pracuję. I nie jest to tylko moje zdanie. Na koszmar stworzony przez MEN, nałożył się tratwowy bałagan. Do tej pory jeszcze nie startowaliśmy w nowy rok szkolny z takiego poziomu nieprzygotowania. Nastawienie do pracy - kiepskie. Wszyscy dostaliśmy dotkliwie po kieszeni i zapowiada się, że dostaniemy jeszcze bardziej - na odcinku zapłaty za nauczanie indywidualne. Kiedy dodać do tego tego styl kierowania naszą tratwą, jest tak, że gdy jeszcze kilka lat temu, na pytanie: "Kto z państwa by się tego podjął?" podnosiły się z miejsca ręce, tak dziś jest raczej uciekanie wzrokiem na boki i czekanie w ponurym, pełnym zrezygnowania milczeniu jak na piorun w czasie burzy.

czwartek, 31 sierpnia 2017

666.Stuku-puku, stuku-puk, stuka laska w miejski bruk

Maraton. Rada. Szkolenie. Kuśtykanie do domu z bólem biodra. Nie upadłem, nie uderzyłem się, po prostu siedziałem, a kiedy wreszcie wstałem, poczułem że boli. Podejrzewam efekt stresu, być może mylnie. A to przecież dopiero początek. 
Kolega Kowalski upierdliwie domaga się zmian  w statucie szkoły, żeby było tak, jak jemu wygodnie. Koleżanka Malinowska z przejęciem w głosie: To maniak!
"Tratwa Meduzy wita!"

środa, 30 sierpnia 2017

665.Jak pies bez ogona

Jak wyszedłem o ósmej tak wróciłem w pół do siódmej. Najpierw poprawki, a potem przerzynanie tępą piłą, czyli rada organizacyjna. Rozwlekłe ględzenie o rzeczach, których większość w zupełności wystarczyłoby wywiesić na tablicy z poleceniem zapoznania się. Prawie 4 godziny bez najmniejszej przerwy. Mnożenie bytów w postaci zespołów maści wszelakiej  i koordynatorów. Niektórzy podłapali po 4-5 funkcji; mnie się względnie upiekło bo na razie tylko 3, ale już wiadomo że dojdą kolejne zadania. Parafrazując staropolskie powiedzenie: Belfer bez funkcji i zadań dodatkowych, jest jak pies bez ogona.
W głowie szum, w plecach ból. A to przecież dopiero początek. Lecz już mamy cudeńka takie, że człowiek słucha i nie wie czy parsknąć śmiechem, czy drzwiami trzasnąć, czy od durni nawymyślać.

niedziela, 27 sierpnia 2017

664.Budowanie nastroju

Trzeba się odpowiednio przygotować do powrotu do pracy; najlepiej wzbudzić ducha Nowego Roku Szkolnego. Zakładam że takowy istnieje, być może jest spokrewniony z duchem Świąt, którego co roku już od początku października przywołujemy w handlu i dokarmiamy, żeby na Gwiazdkę mógł zapieprzać jak mały traktorek.

W ramach owego wzbudzania obejrzałem "Notatnik śmierci" (ang. Death Note) oraz czytam "Bastion" Stephena Kinga. Co do książki, to jednak jak na razie bardziej podobała mi się ekranizacja z 1994 r., z jej niesamowitym klimatem (choć ostatni odcinek był słaby). Mam podejrzenie, że Ryuk z "Death Note" może być bratem-bliźniakiem ducha NRSz  - jakoś tak mu podobnie z oczu patrzy i fizys akuratny.

Próbowałem obejrzeć Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów... No nie da się. Nuda przeraźliwa. A Chris Evans jest mdły i nijaki, ekranowej wyrazistości ma tyle co wazonik na kwiatki, tylko bez kwiatków.

sobota, 26 sierpnia 2017

663.Trucizna

Ostatnie dni urlopu. Perspektywa powrotu na tratwę Meduzy, do jej bałaganu i nieprzewidywalności nie przyczynia się do budowania dobrego nastroju. Ciekawa sprawa - wróciły skurcze nóg i ból kolana. Cóż w tym ciekawego? Ano to, że od paru tygodni jakoś byłem od nich wolny. Gdyby to było starcze sypanie się, to by nie robiło sobie przerwy w okienku wakacyjnym, kiedy już wyszedłem z jednego roku, a jeszcze nie wszedłem w nowy. Jakieś trzy tygodnie to okienko miało. Kupa czasu - ze słynnych nauczycielskich dwóch miesięcy wakacji. 
Wczoraj pakowałem zakupy, które miałem zanieść rodzicom. Wyjmując z lodówki złapałem się na tym, że słyszę ich coraz bardziej natarczywy głos nakazujący zamknięcie drzwi, bo się lodówka popsuje. Jak zawsze głos przepojony tym ich wszechobecnym lękiem, tym wieszczeniem nieszczęścia, które niechybnie się zdarzyć może. Tą trucizną przesycone było tamto mieszkanie, powietrze, życie. Nie było - jest. Zdałem sobie sprawę, że pochylając się do lodówki odwarkuję z rosnącą wściekłością temu głosowi w mojej głowie. Brawo! Otwieram lodówkę, słyszę głosy i odpyskowuję im. Poproszę o większe pigułki. Nie lubię tam chodzić. Schwester kiedyś zauważyła (przy ludziach): Ty, jak tam idziesz, to jak kłębek nerwów. Fakt, czuję jak po niektórych wizytach dostaję rachunek od mojego organizmu.

Z nieco jaśniejszych sfer - interesujący jest serial "Atypowy" - o autystycznym nastolatku. Zyskałem nieco lepsze wyobrażenie o tym jak mogą funkcjonować autystycy. Bardzo dobra rola (tytułowa) Keira Gilchrista. 
Jęknąłem na widok Jennifer Jason Leigh, której długo nie widziałem na ekranie... oj! ojoj! Przyjrzawszy się Michaelowi Rapaportowi pomyślałem "Rany, jak on się zestarzał! Z którego on jest roku? Popatrzmy... ...wa mać! On jest młodszy ode mnie!".

środa, 23 sierpnia 2017

662.Ciekaw jestem...

Emuś zdał. Nie śpieszył się zbytnio z telefonem, więc pozwoliłem sobie (za karę) na żart, że "już sądziłem iż oblał i dlatego nie zadzwonił". Stwierdził, że byłem bardziej stresujący (w czasie przygotowywania prezentacji) niż komisja. Prawidłowo - każda kropla potu wylana na ćwiczeniach oszczędza wiadro krwi na polu bitwy.

Pogoda jakoś mało wakacyjna tego roku - znów leje, jakby przez poprzednie dni ulew było mało. I zimno - wprawdzie nadal śpię pod letnią kołdrą, ale ostatniej nocy już zamknąłem okno (otworzyłem je o 5., kiedy wybiłem się ze snu) i założyłem szlafmycę; jednak i tak czuję po zatokach te chłody.

Zbliża się nowy rok szkolny, co zwiastują między innymi coraz częstsze telefony od M., wentylującej się nimi z narastającego napięcia. 

Zwykle mówi się "ciekaw jestem...", lecz w tym przypadku brakuje mi zwięzłej formuły, która  sugerowałaby, że wbrew tym słowom tak naprawdę wcale nie jestem ciekaw, bo zapewne będzie to coś w rodzaju nasrania w wentylator. Dlatego z tym zastrzeżeniem... Ciekaw jestem co dyrektor zrobi z piwem jakiego nawarzył nam na nowy rok. Bo co do tego, że nie zamierza sam go wypić, to nie mam najmniejszych wątpliwości. Można by to ująć na przykład w ten sposób, że jest to problem średnicy oraz liczby obrotów wentylatora i wielkości pomieszczenia, w którym się znajdziemy. Zdaniem M. jedną z opcji jest przerobienie tratwy Meduzy na patyczki do lodów. I niestety, nie jest to opcja zupełnie nieprawdopodobna.

Sam nie wiem, czy oglądanie "Teenwolfa" przynosi więcej przyjemności, czy smutku.

wtorek, 22 sierpnia 2017

661.Panika przedegzaminacyjna

Prawie cały dzień to przygotowywanie Emusia do egzaminu na mianowanego. Biedulek jest w stanie potęgującej się paniki. Przez kilka godzin przygotowywał z moją pomocą prezentację, a po powrocie do domu wydzwania z pytaniami o różne kwestie, o które - jak sądzi - mogą go spytać. Ostatnio dojechaliśmy do pytania: jaka jest różnica między rozkładem materiału, a planem wynikowym. To wskazuje na stan, w którym nieroztropnie jest zadawać pytania w rodzaju: "Jak masz na imię?"...
Jednak za tekst dnia uznałbym jego przepojone rozpaczą westchnięcie w trakcie prac nad prezentacją, kiedy tłumaczyłem mu co i jak ma mówić:
"Ja w ogóle nie mam gadanego - ty to masz gadane!".

niedziela, 20 sierpnia 2017

660.Ferris i Felix

Muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczony, jak chętnie oglądam filmy i seriale na Netflixie. Kiedy nie miałem ani jego, ani telewizji, wyżej wymienione oglądałem kiedy kupiłem płytę i na vodzie. Czyli rzadko, bardzo rzadko. Nabrałem przekonania, że chyba upodobanie do oglądania filmów mi jakoś wygasło. Dawno, dawno temu, w latach 90-tych, oglądałem bardzo dużo, dzięki kombinacji dwóch czynników - dużej ilości czasu (kiedy nie miałem stałej pracy) i wypożyczalni wideokaset obok mojej chałupy. Potem, kiedy praca zrobiła się stara i coraz bardziej absorbująca, oglądałem coraz mniej, aż bez najmniejszego żalu w ogóle pozbyłem się telewizora. Od czasu do czasu kupowałem sobie jakiś film na płycie, ale tutaj hamulcem była cena i pewna wątpliwość - warto, czy nie warto wybulić te parędziesiąt złociszy na, generalnie, jednorazową przyjemność.

A teraz sobie siedzę i z przyjemnością oglądam kolejne odcinki i filmy i aż się sam sobie trochę ze zdziwieniem przyglądam.

Wczoraj obejrzałem całkiem niezły film "Charlie" (oryg.The Perks of Being a Wallflower) z Loganem Lermanem, Emmą Watson i Ezrą Millerem (fajna rola geja) - opowieść o radzeniu sobie z trudami okresu dorastania, z traumami z dzieciństwa, o znaczeniu dostrzeżenia drugiego człowieka i wyciągnięcia doń przyjaznej dłoni.

Zupełnie innym był "Expelled" z niejakim Cameronem Dallasem. Dzięki niemu odkryłem terminy "osobowość internetowa" i "social media sensation". Cóż, nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ich nie odkrywać. Film szybko przywodzi na myśl "Wolny dzień Ferrisa Buellera" z uwagi na szereg podobieństw, lecz wrażenia wzbudził we mnie zupełnie odmienne. 
Dla zrzędliwego staruszka byłaby to wyborna okazja do wygłoszenia tyrady, jak to te dwa filmy obrazują przemiany i upadek dzisiejszej młodzieży, lecz bez przesady - "WdFB" słusznie zyskał status filmowego symbolu pokolenia lat 80., lecz "Expelled" mam nadzieję zostanie zapomniany i trafi do darmowej oferty serwisów vod. 
Ferris Bueller był uroczym gagatkiem, którego można było uznać za dobrego w istocie człowieka, zaś Felix (wątpię czy to przypadkowe podobieństwo imion) jest antypatycznym cwaniakiem ze sztampowo ładną twarzą, za którą kryje się odpychający charakter. Podobieństwo filmów w formie, lecz zasadnicza różnica w przekazie (prawicowiec by napisał pewnie: w wartościach). Muszę jednak wyznać, że mam nieodparte wrażenie - patrząc na swoich uczniów, że Felix jest im znacznie bliższy niż Ferris.

piątek, 18 sierpnia 2017

659.Bezsilna złość


Właśnie odkryłem, że IKEA wycofała z produkcji drzwi Oxberg w okleinie dębowej, które zamierzałem kupić, aby dokończyć przemeblowania pokoju. W rezultacie zostałem ze zmontowanymi i zapełnionymi regałami i z 8 drzwiczkami na 20 potrzebnych. Tak się cieszyłem, że będę mieć wreszcie prawie wszystkie książki "za szybą" - to była jedna z dwóch przyczyn przemeblowania, a tu taki zawód. Noszkurważeszmać!



czwartek, 17 sierpnia 2017

658.Kopalnia paliwa

Po parokrotnych rozważaniach i przymiarkach wreszcie założyłem sobie konto na Netflixie. Jaka frajda! Wreszcie mogłem zobaczyć serial "Teenwolf", na który miałem ochotę od baaardzo dawna. Na razie obejrzałem pierwsze dwa odcinki i podoba mi się. I chłopcy tacy fajni. ^_^  No, bo wampiry i wilkołaki to me gusta.
Znalazłem trzy seriale Star Trek, które, pamiętam, oglądałem naście lat temu na Polsacie czy innym TVN - fajnie będzie sobie wrócić do tamtego świata. Coś czuję, że mój eskapizm odkrył kopalnię paliwa. 
Znalazłem też krótki i zabawny serialik rysunkowy z przygodami misia Bernarda, o którym z kolei zdążyłem już zapomnieć że w ogóle był emitowany i bawił mnie. W trakcie oglądania pierwszego odcinka przyszło mi na myśl, że Bernard właściwie powinien nazywać się Janusz - toż to wypisz wymaluj nasze cebulaste "potomki husarii" w akcji.
Cholera... znowu mi wyszła jakaś kryptoreklama... :-( 

Zdaję sobie sprawę z olśnienia pierwszym wrażeniem i z tego, że w praktyce dość szybko zasób filmów, które mam ochotę bardzo chętnie obejrzeć szybko się wyczerpie, ale na razie wygląda to obiecująco. Jest szansa, że troszkę łatwiej będzie mi znieść tę jesień i zimę.

wtorek, 15 sierpnia 2017

657.Spacery w końcu lata

Zdaje się, że mój organizm już na dobre oswoił się z myślą o nowym roku szkolnym - spięcie pleców i ból głowy trzyma. O przespaniu całej nocy bez przerwy - po 3 tygodniach takiego luksusu - mogę już zapomnieć.
Wczoraj machnąłem sobie swobodny spacer, jak się później okazało - na 9,5 kilometra. Przeszedłem się podwarszawskimi uliczkami (na Pradze ;-) ), na których jeszcze nigdy w życiu nie byłem, choć w linii prostej nie dalej one jak kilka kilometrów od mojego domu. Dziś z kolei przejechałem się na daleką północ - do Tarchomina, zobaczyć jak tam się pozmieniało w ostatnich latach. No sporo, lecz miałem chwile maleńkiej satysfakcji rozpoznając miejsca nie widziane od ładnych kilku(nastu?) lat. A mimo że się zasadniczo wiozłem komunikacją miejską, to i tak w sumie 6,5 kilometra przeszedłem szybkim krokiem.
Dzień coraz krótszy, wieczorem widać jak bardzo się skrócił, gdy słońce znika za budynkami. Wkrótce znikną i zgrabni chłopcy w swoich seksownych korsarkach i sportowych butkach, zwiastując nadejście jesieni i zimy, z ich krótkimi i ponurymi dniami, zachęcającymi do rozstania się z tym rozczarowującym światem.


Natrafiłem na zabawny fragment w książce Jerzego Waldorffa "Harfy leciały na północ". Dzieląc się wrażeniami z wycieczki do Moskwy w 1956 r. i tamtejszego spektaklu "Hrabiny Maricy" Kalmana napisał:
"Z nie najlepszej obsady Maricy wybijał się na prawach tak częstych tu kontrastów amant Jurij Dinow. Pamiętam operetkę wiedeńską, paryską i naszą z jej dobrych czasów, a przecież równie wspaniałego amanta nie spotkałem. Chłopak dwudziestoparoletni, wzrostu chyba metr osiemdziesiąt, o pysznej gruzińskiej urodzie i głosie barytonowym, którego nie powstydziłaby się żadna z Oper. W dodatku tańczył jak anioł i tylko na kobiety patrzeć nie chciał, gdy go oklaskiwały zachwycone."

Ostatnie zdanie - wyborne!


niedziela, 13 sierpnia 2017

656.Przypominajka

Ze sztambucha Ropucha.
[to takie ostrzeżenie dla PT. Czytelników, żeby mogli zawczasu zdecydować, by dalej nie czytać, bo im się antyemetyk skończył]


Wczoraj niespodziewanie zadzwonił i wpadł Emuś. Zdziwiłem się, że tak bez powodu. Nawijał o szkole, o reformie szkolnictwa, o swoich uczuciach do minister oświaty, o tym, że potrzebuje aktów prawnych do przygotowania się do egzaminu awansowego i żebym je mu podesłał, o swojej siłce i muskulaturze... Jakoś tak  w sumie - nie było przyjemnie. Udało mi się jakoś zdystansować od pracy, uświadomienie sobie że zostały już tylko 2 tygodnie urlopu nie podziałało pozytywnie na moje samopoczucie, a tu jeszcze wzmocnienie tego emusiową tyradą o pracy - no nie fajnie. Do tego na koniec bąknął, że "się spotyka z takim jednym", ale musi już lecieć, więc więcej opowie następnym razem. 

I tak wizyta w domu chujowej starości zaliczona.

Po jego wyjściu jakoś tak mnie głowa i plecy rozbolały. Zapewne z przypomnienia o pływającym bałaganie, czyli tratwie Meduzy, oraz z przypomnienia o czymś, co usilnie staram się pogrzebać, zapomnieć i zdezawuować - o tym, że (niektórzy) ludzie wytrwale szukają partnerów, spotykają się, randkują i nie poddają się niepowodzeniom. 

czwartek, 10 sierpnia 2017

655.Assassin's creed spuzzlowany

Przytaszczyłem z poczty pudło z puzzlami, tym razem dla siebie. Firma Trefl (polska, polecam!) wydała bardzo ładne puzelki z bardzo atrakcyjnymi grafikami z gry "Assasin's creed". Troszkę szkoda, że w trzech różnych rozmiarach (500, 1000, 1500 elementów), ale i tak oko cieszą. W grę nie grałem, ale mimo kaptura ten assasyn wydaje się być bardzo przystojnym. BTW szkoda że nie dostał zlecenia na mnie... :-(

Wszystkie poniższe grafiki ze sklepu firmy Trefl, umieszczone dla zachęty miłośników puzlowania. A puzzelki firmy Trefl są naprawdę fajne - dobra jakość, fajne obrazki i bardzo przyjazne, budżetowe ceny. [Niestety, nic mi za tę reklamę nie zapłacili.] :-P




poniedziałek, 7 sierpnia 2017

654.Puzzle

Przed południem tour de postes - w dwóch urzędach pocztowych odbieranie przesyłek. Po jedną - już drugi raz, bo się przed weekendem państwu gdzieś zapodziała. Mały zawód - okazało się że zakupione figurki są mniejsze niż się spodziewałem i nie bardzo będą pasować do reszty armii.
Z drugiej poczty przytaszczyłem wielkie pudło z układankami dla mamy. Jakiś czas temu zachęciłem mamę do układania puzzli i wciągnęła się w to że hej! Jestem zaskoczony tym, jak dobrze sobie z nimi radzi - układa jak maszyna, nawet te trudniejsze, z malowanych obrazów (rozmyte krawędzie i mniej oczywiste przejścia barw). Myślę, że to bardzo dobry trening sprawności psychicznej i fizycznej (manualnej) dla starszej osoby. Wokół naturalnie krąży ojciec z typową dla siebie spójnością przekazu - zachwyca się jakiej niesamowitej sztuki mama dokonuje i równocześnie sarka i syczy, żeby więcej nie kupować i mamie nie przynosić, bo "się męczy, bo nad tym siedzi, bo nie ma zdrowia itp.". A w rzeczywistości - jak zawsze - napędza go jego kompleks niższości, który zawsze sobie kompensował naszym kosztem. Trzeba było więc dzisiaj puzzle przemycać tak, żeby się nie zorientował ile ich jest, bo byłaby awantura; stąd połowę zaniosłem dziś, a drugą podrzucę przy następnej okazji.

sobota, 5 sierpnia 2017

653.Uświadomienie

"Co więcej, sądzę, że Damian postąpił nie fair, obarczając cię tą sprawą. (...)
Zmusza cię, żebyś wrócił do przeszłości i porównał ją ze swoją teraźniejszością. Zmusza cię, byś sobie przypomniał, czego chciałeś od życia jako dziewiętnastolatek, czterdzieści lat temu, zanim się dowiedziałeś, jakie życie naprawdę jest. Właściwie to może dobra okazja, żebyś się zastanowił, czego chcieliście wy wszyscy: te wszystkie głupiutkie, wymalowane dziewczyny, ci wszyscy próżni, zadufani w sobie chłopcy, z którymi się wtedy prowadziłeś! A ty z powodu Damiana musisz teraz oglądać, co się z nimi stało. Co się stało z tobą. Każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, na starość jakoś godzi się z faktem, że życie go rozczarowało, ale dla ciebie jest chyba na to trochę za wcześnie? Zostałeś odarty z poczucia satysfakcji w chwili, gdy jest za późno, bądź niemal za późno, żeby coś zmienić, a jednocześnie wystarczająco wcześnie, żebyś przeżył jeszcze wiele lat jako człowiek niezadowolony."

Julian Fellowes "Czas przeszły niedoskonały"

piątek, 4 sierpnia 2017

652.O włoskich weteranach


"Pisałem w swoim tekście (...) o włoskich marynarzach ze słynnej X Flotylli, która należała do jednostek szturmowych, czyli o tych, którzy służyli na żywych torpedach (...). Ci marynarze znaleźli się w dość podobnej sytuacji, jak wspomniani nasi żołnierze Armii Krajowej, którym generał Okulicki nakazał rozformowanie jednostek. Włosi we wrześniu 1943 roku dostali rozkaz przerwania boju. Część z nich wykonała ten rozkaz, jak por. Durand de la Penne i znalazła się po stronie aliantów. Część jednak znalazła się po stronie niemieckiej, jak chociażby książę Borghese, który odtworzył X Flottiglia MAS. Jednostka ta, wielokrotnie większa niż w okresie Duce, uzupełniona o oddziały piechoty morskiej, walczyła w ramach Republiki Socjalnej, przeciwko wojskom alianckim. O co mi chodzi? Dzisiaj istnieje we Włoszech jeden związek byłych żołnierzy (obecnie jest to raczej stowarzyszenie miłośników, gdyż żołnierzy jest już niewielu) tej X Flotylli i nie ma problemu, po której stronie walczyli. Chociaż często walczyli nie przeciwko wrogowi komunistycznemu, jak w polskim a przeciwko sobie."
Dr hab. Maciej Franz, prof. UAM, na XIII Forum Historyków Wojskowości, za: "O powinnościach żołnierskich. Tom IV", s.126, wydawnictwo Napoleon V, Oświęcim 2016.

Profesor Franz pisał w kontekście dzielenia podziemia na lepsze - antykomunistyczne wyklęte i to gorsze - wcześniejsze akowskie, ale w moim odczuciu dotknął tu znacznie szerszego zjawiska i problemu.

Tu boleśnie widać różnicę między nami, a społeczeństwami tzw. Zachodu - oni potrafią się porozumieć co do wspólnej przeszłości, nawet tragicznej, a u nas w najlepsze idzie rycie (tworzenie) i konserwowanie podziałów oraz postponowanie i prześladowanie "onych" lub "tamtych". W najróżniejszych przypadkach: czy to żołnierzy drugowojennej partyzantki, czy tzw. esbeckich emerytur, które właśnie się drastycznie obcina (mówiąc wprost - w głupi sposób).

Norwid miał rację - społeczeństwem jesteśmy żadnym.