Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

niedziela, 30 grudnia 2012

104.Co sprawiło mi przyjemność

Był sobie na pewnym forum taki wątek "Co sprawiło mi przyjemność?". Przypomniał mi się, kiedy kładłem się na kanapie sięgając po lekturę ostatnich dni. 
Niewątpliwą przyjemność sprawia mi kolejny tom sagi "Pieśń Lodu i Ognia" George'a R.R. Martina. W odpowiedzi na namolne nalegania, żebym powiedział co chcę pod choinkę (nie znoszę tego!) zasugerowałem między innymi I tom rzeczonej sagi - "Grę o tron". Myśl żeby sobie to przeczytać, chodziła za mną już od jakiegoś czasu, więc sie złożyło akuratnie.
Muszę przyznać, że czyta mi się to świetnie. Wartka akcja, fajni bohaterowie i nie nachalny humor składają się na przyjemną lekturę. Co bardzo ważne, saga jest długa - siedem tomów po 800-1000 stron, więc prędko się nie skończy, a ja nie lubię wychodzić ze świata który mi się spodobał i w którym się "zanurzylem". Pierwszy tom już machnąłem, teraz zbliżam się do połowy drugiego ("Starcie królów"). 
Do tego randkowanie z dwoma marynarzami*) i można powiedzieć, że ostatnie dni wolnego mijają mi nawet dość przyjemnie.
Myśl o powrocie do pracy... eee... nie cieszy mnie nadmiernie.
___________________________________
*) Kapitan Morgan i bosman Cola. ;-)

piątek, 28 grudnia 2012

103.Podsumowanie?

Niektórzy blogowicze pracowicie podsumowują kończący się właśnie rok 2012. Konformistycznie zaświtało mi czy może też powinienem taki bilans stworzyć, ale szybko myśl ta wyparta została inną: a co ty chcesz bilansować? co tu podsumowywać?
Na swój sposób ciekawym jest, że niejako wbrew zainteresowaniom i wykształceniu, nigdy nie miałem skłonności do większego analizowania przeszłości. Raczej "było, minęło, idziemy dalej" lepiej opisuje moją postawę. Miałbym poważne problemy by tak szczegółowo opisać poszczególne miesiące jak to zrobił kolega Sansenojski [raport 2012 początek]. Oczywiście, istnieje możliwość, że to nie tyle jego skądinąd nader ścisły umysł, ile prowadzenie skrupulatnych dzienników co dzień uzupełnianych ("siusiu, paciorek, wpis i spać") umożliwia mu tak dokładną relację, a ja musiałbym się opierać tylko na coraz bardziej sklerotycznej pamięci, ale nie zmienia to faktu, że moje podsumowanie musiałoby wyglądać nieporówanie bardziej ubogo.

Cóż... jakie życie taki bilans.

Tym co na plan pierwszy we wspomnieniu tego roku powinno się wysunąć, to grzebanie nadziei na odmianę życia. Stopniowo docierało do mnie, że trzeba się pogodzić z rzeczywistością, że byłem, jestem i pozostanę sam. Myśl to nie nowa, gdyż już raz przed wielu laty przyjęta i zaakceptowana, przed kilku laty odrzuconą wróciła ponownie. Tak jak wtedy, zacząłem zwijać się do środka i stronić od ludzi. Pokasowałem konta na portalach - bez najmniejszego żalu, bo niczym nie zaowocowały. Przestałem dawać anonse i odpowiadać na nie - to było jedno długie pasmo przykrych doznań. Zakończyłem działalność na branżowym forum. Z całej mojej aktywności sieciowej został już tylko ten blog. Któregoś dnia i on zniknie, a wraz z nim i ja, bo nowego już raczej nie założę. Można powiedzieć, że ponownie kończę swoje otwarcie na świat i ludzi.

Trudno mi przychodzi kontaktowanie się (we wszelkiej formie) z ludźmi, którym życie osobiste pomyślniej się układa niż mnie. Nie chodzi tu o zazdrość, że mnie skręca z zawiści, iż ktoś ma a ja nie - to uczucie (dzięki Bogu) jest mi obce. Raczej chodzi o to, że głodny nie czuje się dobrze w towarzystwie najedzonego; łatwiej swój ból znosić w samotności, odcinając się od tego co o nim przypomina.

Taki to pozostanie w mej pamięci ten rok.


wtorek, 25 grudnia 2012

102.Świąteczne nastroje chrześcijańskie

Dzień pierwszy, czyli ostatni Świąt już za mną. I Wigilia i I dzień przeszły spokojnie, bez spięć, ale i tak mnie zmęczyły. Głośno mi się powiedziało, że ja pojęcia nie mam skąd ja się wziąłem w tej rodzinie.

Siedzimy przy stole, a obok włączony telewizor i jakieś zwykłe tiwipierdy z niego lecą. Broń Boże wyłączyć!

To wyborne oblatanie ktozkimgdziekiedyjakico, nieważne czy chodzi o jakichś pożal się Boże celebrytów, czy o sąsiadów z naprzeciwka. Niby wiem że jak na polskie standardy rodzinka jest w tej ciekawości nader wstrzemięźliwa, ale i tak wprawia mnie w osłupienie, że można tak się interesować bezużytecznym dla siebie życiem innych obcych ludzi. Patrzę i słucham jakby obcych ludzi...

Te obezwładniające dialogi w rodzaju:

-Mieszkanie Kowalskich jest takie samo jak nasze.
-Jeśli ma inny metraż i inny układ to chyba nie jest takie samo jak...
-Takie samo jest!

***
-A czemu ty tego sobie nie nałożyłaś?
-Bo ja nie jem bigosu.
-Jak to nie jesz? Przecież zawsze jadłaś.
-Nigdy nie jadłam.
-Jak to nigdy? Słyszałeś co ona wygaduje? Przecież zawsze jadła.

***
-Mamo, a ty dodajesz do bigosu wina?
-A po co? To przecież tylko kapusta jest.
Ja: -Bo wina szkoda. W sumie tej kiełbasy i wędzonki też można było nie dodawać. Bo to przecież tylko kapusta jest. 


A dla wszystkich rodzin niewierzących praktykujących
oddających się nastrojowi rodzinnych chrześcijańskich świąt
"Chorał poranny" Brechta
w wykonaniu Kazika Staszewskiego.


poniedziałek, 24 grudnia 2012

101.Szczęśliwych Świąt

Niech te Święta okażą się dla Was czasem spokoju, wytchnienia i radości.
Abyście zaznali ciepła i życzliwości.
I ocalili nadzieję, że będzie dane czego Wam dzisiaj brak.


Господи, мой Боже
зеленоглазый мой
пока земля ещё вертится
и это ей странно самой
пока ещё хватает времени и огня
дай же ты всем по не многу
и не забудь про меня....

Дай же ты всем по немногу
и не забудь про меня...

Bułat Okudżawa, Modlitwa

niedziela, 23 grudnia 2012

100.Mam chłopaka

Temat akurat na jubileuszowego, setnego posta.

W końcu się doczekałem.
Kręciłem się, rozważałem, nie byłem pewien, ale w końcu się udało.
O mały włos nic by z tego nie wyszło, bo został niespodziewany przeniesiony na Wschód.
Specjalnie dla mnie wrócił.
Teraz jest u mnie i mam nadzieję, że zostanie już na zawsze.
My preciousss...














A oto i on:


Czyż nie jest piękny? Aquarius z serii Zodiac manufaktury Royal Copenhagen.

sobota, 22 grudnia 2012

99.Pralinki

Rodzinka już w prezenty obkupiona, z wyjątkiem ojca, któremu postanowiłem dać słodycze. Niestety kupno jakiegoś bardziej konkretnego prezentu dla niego zawsze było koszmarem. Żadnego hobby, żadnych zainteresowań, nc mu nie potrzeba, niczego mu nie kupować, ale od zawsze wiadomo że takie okazje traktuje jak plebiscyt nt. Czy mnie kochają? Nieodmiennie odstawia też to samo minoderyjne przedstawienie pod tytułem jaki to jest zaskoczony, jak to zupełnie nic a nic się nie spodziewał, że i on też dostanie prezent jakikolwiek, że Mikołaj nie powinien wydawać na niego pieniędzy, że NIE TRZEBA BYŁO mu nic kupować... Żałuję, że resztki kindersztuby powstrzymują mnie od palnięcia na to, że "Chyba faktycznie kurwa nie trzeba było!".
Otrzymane prezenty skrzętnie pakuje z powrotem w opakowania firmowe i chowa do szafy. Pomysł, żeby z nich korzystać od razu jawi mu się jako niewyobrażalny nonsens, jakby ktoś zaproponował żeby rowerem latać. Prezenty trzeba schować i cieszyć się myślą że są. Używać lub zjeść? Toż to przecież zmarnować ledwie co pomnożone dobro! Głupi tylko by tak robił. A tatuś przecie swój rozum ma. Więc trzyma na cudowne rozmnożenie... Kiedy to ciuch czy artefakt jakiś to pół biedy - niech leży, gorzej że tak samo traktuje słodycze. Nie muszę chyba dodawać, że takimi drobiazgami jak upływ terminu ważności zupełnie się nie przejmuje. Machnąłem w końcu na to ręką, bo nie zmienię tego. Zje kiedy będzie chciał.

Od równie dawna wiem, że komentuje prezenty jakie on i inni dostają, więc jasnym jest, że i prezent ode mnie też się doczeka recenzji. Ale oficjalnie to oczywiście broń Boże! Podła potwarz i oszczerstwo tak o nim mówić, bo przecież on NIGDY nie komentuje i cieszy się z każdego, a w ogóle to najlepiej mu nic nie kupować, bo on niczego nie potrzebuje. Jasne, a ja jestem reinkarnacją Herodota.

W wyżej wymienionej kwestii na podpowiedzi matki liczyć niestety nie można, bo jej absurdalne rady co też kupić tatusiowi zniechęcają do zadawania takich pytań.

"Przechodząc do adremu" kompletuję właśnie paczkę z łakociami kupnymi i własnej roboty. Mam gotowe czekoladki w dwóch smakach i postanowiłem dorobić jeszcze trzecie, wybierając nań czekoladki wg przepisu Asi z Kwestii Smaku pralinki . O rany, ale super wyszły! Polecam. W sklepie takich pyszności nie dostaniecie.

piątek, 21 grudnia 2012

98.Barszczyk

No i ostatni dzień w pracy już za mną. Na szczęście. Te kilka miesięcy od początku roku szkolnego zleciało wyjątkowo szybko. Wiem, że się powtarzam, bo już o tym pisałem, ale wciąż jestem zdumiony przyśpieszeniem upływu czasu. Z pewnością niezbyt udany plan lekcji, sprawiający że wracam późno do domu, do tego się przyczynił. Ale nie może to być główną przyczyną. Jest nią, jak sądzę, starzenie się i związana z tym zmiana subiektywnej oceny tempa upływu czasu, a ponadto skoncentrowanie się na pracy. Daje ona nie tylko flotę na papu i opłacenie rachunków, ale przede wszystkim odwrócenie i zajęcie uwagi.

Wigilia klasowa udała się nie najgorzej, to znaczy nic nie zdemolowali, oczków sobie prezentami nie wydziubali a sufitu barszczem nie spryskali. W dużym stopniu dlatego, że barszcz poszedł na pracownianego kompa. Mam nadzieję, że nie wlali mi go do monitora, zaś między kartą graficzną a RAMem nie znajdę uszek. Po obejrzeniu moich chłopaków realizujących misję pn. "Operacja: Odgrzewanie barszczu", pojąć  nie mogę jakim cudem mistrzami kuchni są głównie faceci. Za to nie ulega dla mnie wątpliwości, że przed pójściem za parę lat do restauracji, najpierw upewnię się, czy przypadkiem żaden z tych moich wychowanków w niej nie pracuje. Generalnie prezentują filozofię kucharzenia, którą na Demotywatorach nazywa się studencką lub z akademika.


czwartek, 20 grudnia 2012

97.Przedświąteczny finisz

Ostatni tydzień pracy Anno Domini 2012 zwolna (po prawdzie to: zszybka) ma się ku końcowi. Pech chciał, że tak mi się ułożyły treści programowe we wszystkich klasach, że ostatnio miałem festiwal sprawdzianów, kartkówek, popraw i kart pracy. Nie chciałem zostawać z tym na święta, a i dzieciaków nie chciałem trzymać w niepewności, więc się sprężyłem i posprawdzałem wszystko. Tyle że za cenę takiego zużycia umysłowego, że mi kojarzenie wyraźnie już siadało. Pewnie po świętach dowiem się co której cholerze w kwestii klasyfikacji śródrocznej teraz obiecałem...

Końcówka tygodnia w klimacie miejsca. Dziś miałem nadzieję wyjść trochę wcześniej niż zwykle, bo nie chciałem zostawać na "belferskiej wigilii". Już był w ogródku, już witał się z gąską, a tu jeb! W łeb. Dyrekcja uznała że absolutnie nie można kończyć roku tak nijako i trzeba zrobić jeszcze jedną radę. Więc sobie posiedziałem i poczekałem. A że rada płynnie przeszła w "opłatek", to musiałem się salwować błyskawicznym manewrem odwrotowym. Bo ja nie znoszę dzielenia się opłatkiem; z nikim.

A że nieszczęścia chodzą, jak wiadomo, parami, to jutro dostałem zastępstwa. Miałem nadzieję, że sobie trochę odsapnę, a zwłaszcza przypilnuję moje potwory przygotowujące wigilię klasową, a tu - kupa. Mam odbębniać jakieś psu na budę potrzebne zastępstwa, z obcymi uczniami marzącymi o spotkaniu klasowym i odpoczynku a nie o pracy na lekcji w ostatni przedświąteczny dzień.

A w charakterze krzepiącej informacji, żebyśmy do świątecznych stołów zasiedli pełni radości i ufności w nadchodzący rok, dowiedzieliśmy się, że gmina nasza kochana, najjaśniejsza chlebodawczyni nasza w hojności swej niezmiernej zaplanowała nam budżet na rok następny taki, że nie tylko na dodatki do pensji, ale i na same pensje pieniędzy nie ma prawa starczyć.

Kiedyś dostawaliśmy na święta karpiowe, żadne sensacyjne kwoty, ale te 200-300 złotych się przydawało (10-15% pensji - nie w kij dmuchał). Od kilku lat mowy o tym nie ma; od gminy dostajemy tylko redukcję wynagrodzeń. Ale ludek i tak wie, że nauczyciele podwyżki dostają.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

96.Drogi Mikołaju...

...gdybyś zastanawiał się nad prezentami dla mnie, to nie miałbym nic przeciw odkryciu rano takiego widoku:


Pozwolę sobie zauważyć, że nigdy Ci sempiterny nie zawracałem żadnymi listami, więc mógłbyś to docenić i na zaprezentowany zestaw się szarpnąć. Wiem że kryzys, ale nie bądź kutwa. Miej gest!

niedziela, 16 grudnia 2012

95.Zastanawiająca choinka

Cóż za paskudna pogoda. Wczoraj ślisko, dzisiaj błotno. Ciemno, ponuro, bleueee.

Po raz pierwszy od kilku lat wyciągnąłem choinkę. Bombki kupiłem. Sam nie wiem co mnie naszło. Ze świąt się nie cieszę, co najwyżej z kilku dni odpoczynku od pracy. Choć słowo "cieszę" też nie oddaje emocji, bo troszkę się obawiam tego braku dostatecznie absorbującego zajęcia, pozostawiającego mnie sam na sam z myślami, a te specjalnie radosne nie są. Raczej odczuwam zmęczenie perspektywą (bliższą) wymyślania prezentów i (dalszą) dwu dni z rodzinką.

Tak więc dziwna sprawa z tą choinką. Tym bardziej, że krytycznym okiem zerknąwszy na to zielone czupiradło, przyjrzałem się choinkom w markecie i dostrzegłem subtelną różnicę między technologią fabrykacji sztucznych choinek ostatniej dekady wieku XX i początku drugiej dekady wieku XXI. Spostrzeżenie to zaowocowało (czy może zadrzewkowało?) sprawieniem sobie nowej sosnopodobnej choinki, która właśnie została ubrana w światełka i bombki (serduszka i paczuszki prezentowe) i zadaje szyku na stole.

A czemu to wszystko? Nie wiem. Może formą próbuję pokryć pustkę treści? Świąt od dawna nie lubię, ale przez ostatnie lata, kiedy poddałem się złudzeniu że może jednak uda mi się odmienić swoje życie osobiste, nie miałem najmniejszej ochoty wyciągać choinki z szafy. Teraz, kiedy owo złudzenie odchodzi do krainy wiecznych łowów, wyciągam choinkę. 

Kto wie, może coś w tym jest, że sięgamy po symbol i rytuał kiedy odczuwamy jakiś deficyt, aby go sobie nie pokryć (bo mamy go przecież niezaspokojonym), ale zasłonić, zamaskować, by łatwiej się uspokoić samooszukiwaniem, że nie jest tak źle i żyjemy, gorzej czy lepiej, ale w sumie - normalnie. Wypieramy to, że jest to pusty już symbol i przebrzmiały rytuał, skupiając się na eksponowaniu pozytywnych skojarzeń jakie w nas kiedyś budziły. W ten sposób łagodzimy Schmerz des Daseins próbując plastrem przeszłości przykrywać rany teraźniejszości.

Pamiętam ciche, jasne, złote dnie,
Co mie się dzisiaj cudnym zdają snem,
Bo był otwarty raj także i mnie,
Bo był otwarty w dzieciństwie mem.

I czasem myślę, żem ja tylko spał,
Że całe życie moje było snem,
Zbudzę się, raj ten odnajdę com miał
Com miał w dzieciństwie mem!

Kazimierz Przerwa-Tetmajer


piątek, 14 grudnia 2012

94.Cholerni Majowie

Tydzień zleciał, nie wiem kiedy, nie wiem jak. Bzzzt! I właśnie się kończy. 

Końca świata niestety nie było. Przedkolumbijskie dupki pieprzone, tylko człowiekowi nadziei narobili! Nie żeby jakiejś wielkiej, bo pewien rozum nie do końca jeszcze zwapniały mam, ale zawszeć to jakiejś. Gdyby naprawdę był koniec świata to bym z ulgą odetchnął, że wreszcie koniec. Choć obawiałbym się przy tym, czy aby Bozia jakiegoś głupiego numeru z jednak nieśmiertelną duszą nie szykuje.

Z pracy wyszedłem ostatni. Jak zwykle. Ale za to mam dziennik elektroniczny uporządkowany i na bieżąco prowadzony (tzn. zapisy zgodne z papierowym). Ordnung muß sein.

Teraz siedzę sobie i sprawdzam klasówki. Dzięki temu nie sposób mi zarzucić, że w piątkowy wieczór, zamiast imprezować, siedzę w domu sam jak palec i nic nie robię. Otóż, może i siedzę, ale pracuję. Poza tym w moim wieku to już się nie imprezuje, tylko grzeje stare kości przy kominku z garnuszkiem ziółek w garści. 
Tylko nie wiem skąd przez umysł przebiegła myśl, że jak wszystko sprawdzę dzisiaj, to co ja będę robił w sobotę i niedzielę? Z drugiej zaś strony, jak nie sprawdzę teraz, jeszcze rozpędem z tygodnia pracy, to skończę ślęcząc nad tymi klasówkami w niedzielny wieczór (by nie powiedzieć - noc), odsuwając je od siebie przez te dwa dni.

Na forum oświatowym urocza dyskusja dyrektorów szkół o homoseksualistach. Uwielbiam tę odmianę tolerancji, którą można by ująć następująco: mogą sobie być, byle by się nie pokazywali, zwłaszcza MI. I to durne pieprzenie o modzie na bycie homo lub bi. Ci ludzie nie mają pojęcia o czym mówią.

środa, 12 grudnia 2012

93.Zmory za mną

Dwie grudniowo-zawodowe zmory za mną; obie jednego dnia opędzone. Teraz jeszcze tylko przekopanie się przez stosik(i) prac do sprawdzenia, przestawienie mózgu zapierdalającego chomika z trybu "praca, praca, praca!" na tryb "kup te prezenty cymbale!" i będzie można odsapnąć trochę.
O ile zdrowiem dzisiejszego dnia, w tumanach wirujących wirusów i innych zarazków się zaczynającego, nie przypłacę.

Refleksja (moja, rzecz jasna) ze "szkolenia": Prawo oświatowe piszą szkodliwi głupcy, zaś my wszyscy wychowujemy pokolenie maminsynków i ciamajd, intensywnie NIE uczonych brania za siebie odpowiedzialności.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

92.***

Zimno na dworze, zimno w pracy. Trzeba jednak wyciągnąć cieplejszą, zimową kurtałkę, bo w dotychczasowej to mi tak rześkuchno było jak wracałem z roboty, że aż się zabałem że się przeziębię. 
W domu świetnie się sprawdzają moje specjalne papucie z owczej wełenki. Wyglądam w nich dość groteskowo, ale niech się wstydzi ten kto widzi - grunt to ciepło.
Zresztą... nikt nie widzi.

Zmartwiła mnie rysująca się perspektywa ponownej utraty anonimowości na blogu. Trochę szkoda byłoby mi go zamykać, bo nowego już bym chyba nie otwierał. Nie byłoby warto.

Poczytałem sobie różne dobre rady "jak znaleźć faceta". Sam mógłbym takie napisać od ręki. 

Stos prac do sprawdzania a dochodzą kolejne. Wkrótce kolejne "szkolenie".


sobota, 8 grudnia 2012

91.O zagrożeniach jeszcze

Kiedy u nas jest zebranie, zawsze jest i rada. Bardzo pouczające doświadczenie. Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład tego, na którym miejscu listy spraw ważnych są zagrożenia. Nie należy sugerować się tym, że posiedzenie rady jest anonsowane jako "zagrożeniowe". Zagrożenia (oceną niedostateczną) były na końcu.

O wiele ważniejsze  okazały się wnioski z matur próbnych (że mamy je przedstawiać dowiedzieliśmy się po rozpoczęciu rady). Po cóż wcześniej? Przecież wystarczy, że dyrekcja pomyśli że o tym będzie mowa i już to się stanie, tzn. wszyscy powinni wiedzieć.
Naturalnie w praktyce wnioski te niczemu nie służą i mogą być spokojnie powielane z roku na rok, bo nie chodzi o wspólne zastanowienie się nad tym jak i co usprawnić dla poprawy skuteczności nauczania, lecz o to tylko by w protokole znalazł się zapis, żeśmy wnioski wyciągnęli i od teraz dzięki temu będzie lepiej.
Analiza miałaby sens w małym gronie szefów zespołów przedmiotowych plus dyrekcja. Niestety nabycie umiejętności współpracy z podwładnymi i twórcze ich wykorzystywanie jest wciąż w planach.

Ważniejsze od zagrożeń był także instruktaż wypełniania druczków takich i owakich, absolutnie kluczowych z racji tego, że kiedy przychodzi kontrola od władz wyższych to je właśnie sprawdza. Więc cała reszta może (co znaczy "może"?! MUSI!)  poczekać, gdyż nic nie może być ważniejsze od tego, aby w oczach wysokich i pełnomocnych władz wypaść należycie. Bo i te władze - trudno takiego wrażenia się pozbyć - przede wszystkim papiery interesują.

No i na koniec zostało nam trochę czasu, aby się i zagrożeniami zająć. Czasu było akurat tyle, żeby galopkiem po klasach przelecieć, co się błyskawicznie zamieniło w dyktowanie nazwisk zagrożonych. Na dyskusję o poszczególnych przypadkach po paru początkowo robionych klasach - czasu zabrakło.

Moim zdaniem mówienie o "zagrożeniach" jest głupie. Bo to tworzenie atmosfery lękowej: dziecku coś GROZI! Jedynka na półrocze! Gwałtu rety! Co robić?! Co teraz?! Co ludzie powiedzą?!

Gówno grozi.

To tylko informacja, że dzieciak ma z którymś przedmiotem lub jego nauczycielką jakiś problem. Trzeba się temu spokojnie przyjrzeć, zdiagnozować przyczynę i ustalić działania zaradcze. I tyle. Na trzeźwo i spokojnie, a nie na lękowo i rozdmuchująco. Rozsądek i współpraca, zamiast histerii i konfrontacji (szkoła-rodzic, rodzic-dziecko).

Krokiem w dobrym kierunku jest podawanie wszystkich ocen przewidywanych, zamiast skupiania się wyłącznie na możliwych jedynkach. Myśmy ten krok, w niezmierzonej głębi mądrości lokalnej, uczynili wstecz. W sumie nie dziwi, kiedy sobie uświadomić, że cała sprawa "ocen przewidywanych" została zredukowana i jest rozumiana jako wymóg biurokratyczny do odfajkowania że "spełniony" ijako dupochron nauczyciela, żeby mógł jedynkę w klasyfikacji postawić, bo bez uprzedniego zagrożenia mu nie wolno.
Jak zwykle tryumf biurokratów nad pedagogami.


piątek, 7 grudnia 2012

90.Moje mysie

Dzień zapieprzu na szczęście już za mną. 12 godzin pracy w pracy bez przerwy. Lekcje, rada, zebranie. Na przerwach było tyle do zrobienia, że nie miałem kiedy tematów i obecności do dziennika elektronicznego wpisywać. Żadnego okienka. Między lekcjami a radą była godzinna przerwa, w której miałem nadzieję odsapnąć i coś zjeść. A guzik! Na papierkowej i innej robocie mi zeszło tyle, że ani się obejrzałem jak się rada zaczęła. Na radzie jak zwykle ględzenie bez ład, składu i leitmotivu, a przede wszystkim z obcą mi hierarchią ważności spraw. Prosto z rady na zebranie swojej klasy. Jeszcze "moi" rodzice nie skończyli ze mną rozmawiać, a już do sali się wdzierały pierwsze obce mamcie. Ostatnią pożegnałem przed dziewiątą. Już kiedy wychodziła poczułem że moja biedna głowa dotąd trzymana w całości poczuciem zadania i obowiązku, zaczyna się rozłazić i rozlatywać we wszystkich kierunkach. Wróciwszy do domciu, po wannie, padłem do łóżka parę godzin przed normalną (niestety) porą snu. Przespałem (prawie bez przerw) osiem godzin, żeby stwierdzić że jestem jak sflaczała dętka. Wróciłem do łóżka na jeszcze pół godziny, które przedrzemałem i dopiero wtedy nadawałem się jako tako do zatelepania swoich zwłok do pracy. Wróciłem z niej z bólem głowy.
Lodzio-miodzio, normalnie...

Za to moje cholery dzisiaj były jak mysie na lekcji. Cisza, spokój... mój Boże... jak nie oni! Rozdał bym im cukierki, gdybym wiedział wcześniej. A przecież ja tylko ich rodzicom na zebraniu opisałem zaledwie parę co barwniejszych scenek z ich udziałem. Część rodziców siedziała z ponurymi minami, część uśmiechała się zażenowana, ale zdaje się że większość opieprzyła swoje latorośle i to skutecznie. Ciekaw jestem na jak długo tego oddziaływania rodzicielskiego starczy. Z doświadczenia wiem, że nie jest to paliwo zbyt energetyczne i starcza na krótko. Jak dociągną do świąt to byłaby rewelacja i sensacja. 


środa, 5 grudnia 2012

89.Zagrożenia - jedynką i szlagtrafem

Za pasem zebranie "zagrożeniowe", więc ludzie chodzą podenerwowani i zmęczeni. Dzieciaki sobie przypominają o zaliczeniach, o dawno minionych sprawdzianach, solidnie już pokrytych kurzem, z których chciałyby (okazuje się) mieć lepszą ocenę. Albo w ogóle mieć ocenę. Robisz poprawę, kinderpotwór oddaje ci kartkę, myślisz, że chociaż tego masz z głowy, a tu słyszysz: "Proszę pana, a kiedy ja to mogę jeszcze raz napisać, bo ja dotąd nie pisałam i to jest mój pierwszy raz, więc mi przysługuje jeszcze drugi termin!".

Patrzysz innemu w oceny, kalkulujesz, że jak napisze najbliższą pracę, to może uda mu się wykaraskać z tego zastępu jedynek, a na przerwie przed tą lekcją słyszysz: "Ja nie będę tego dzisiaj pisać, bo ja mam jazdy." I w tym momencie czujesz że twoja żuchwa też ma jazdy, próbując zatrzymać formułujący się płynnym spontanem niedyplomatyczny komentarz na temat takiego podejścia do nauki.

Zastanawiasz się w końcu, czemu się czepiasz uczniów, skoro w dzień upływu terminu wystawiania (jak od lat) ocen przewidywanych (na półrocze), dyrekcja z radośnie bezrefleksyjną nonszalancją oznajmia, że nie trzeba wszystkich przewidywanych, tylko same zagrożenia wpisać. Oczywiście myśl, że coś takiego należałoby ogłosić w formie zarządzenia, lub chociaż komunikatu na tablicy w pokoju, nie została poczęta. Przecież, zdaniem dyrekcji, w zupełności wystarczy powiedzieć to w pokoju nauczycielskim do tych paru osób, które akurat się w nim znajdowały, a reszta się naturalnie dowie. Najważniejsza jest krzepiąca świadomość dyrektora, że powiedział. Nadał komunikat. Więc się samo przez się rozumie, że komunikat musiał zostać odebrany. Jakie to proste, prawda? 
Rozbraja ta niezachwianie trwająca od lat wiara w magiczną moc sprawczą własnych słów. Tylko czy nie można było tego ogłosić wcześniej? Żeby ludzie czasu i nerwów nie tracili sprężając się ze sprawdzaniem prac i miotaniem w poszukiwaniu dzienników? Żeby wychowawcy nie musieli chodzić za nauczycielami, by ci powpisywali im co trzeba gdzie trzeba? Ale to wymagałoby pomyślunku i szacunku dla drugiego człowieka, a to sztuka zbyt wielka.

sobota, 1 grudnia 2012

88.Papużka

Z niejakim zaskoczeniem zdałem sobie sprawę z tego, że właśnie skończył się listopad. Sam nie wiem kiedy minął. Skupienie na pracy, rutynowych obowiązkach i odpędzaniu smutku zaabsorbowało mnie, jak widać, zupełnie. Kiedyś, dawno temu, tak w okolicach górnej kredy, kiedy byłem nastolatkiem "miesiąc" to był szmat czasu. A teraz? Mija nie zauważony. Ale może to i lepiej...

Pojechałem na targi książki historycznej. Dawniej bywałem już pierwszego dnia, ale w tym tygodniu było tyle roboty w pracy, że ani w czwartek, ani w piątek nie było mowy o wizycie. A trzeciego dnia to już, mam wrażenie, oferta nieco przetrzebiona. Jakoś bez entuzjazmu zrobiłem zakupy. Nowości i pozycji z kategorii "Ooo! Muszę to mieć!" było co kot napłakał. Dawniej brakowało mi pieniędzy na kupno wszystkiego na co miałem ochotę, a dziś wydałem ledwie połowę tego co na zakupy odłożyłem. Oprócz książek kupiłem kolorowe grafiki z napoleonikami - będą akuratne na koniec roku na nagrody w szkolnym konkursie, który prowadzę. Radę rodziców naciągnie się na ramki i passe-partout, oprawię i będzie efektownie (oprócz tego, rzecz jasna, będą książki).

Dla ciała zaś kupiłem sobie kinderniespodziankę (pierwszą w życiu). W środku była zabawna papużka kosmonauta. Stoi teraz pod monitorem i wygląda zza trzymanego termometru. To takie ożywiające, kiedy w życiu pojawia się ktoś nowy.


piątek, 30 listopada 2012

87.Wymień fotel, a twoja Dacia stanie się Maserati

Wreszcie w domu. Kiedy rano wszedłem do pracy miałem poczucie jakbym z niej w ogóle nie wychodził. Z pewnością narodzinom takiego poczucia sprzyjał fakt, że wczoraj z roboty wyszedłem o siódmej wieczorem, po 10 godzinach w pracy. Najpierw lekcje ciurkiem, bez okienka. Na przerwach - dyżur. Na dużej przerwie latanie w kilku sprawach. Prosto z lekcji na akcję wspierania firmy oświatowej i konta jej właściciela, czyli pseudoszkolenie. Potem jeszcze na deser dnia - zespoły pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Zjeść coś mogłem dopiero na "szkoleniu" - drożdżówkę (własną).

Z ulubionej firmy naszej dyrekcji przyjechała rozlazła, nieemanująca inteligencją jejmość z irytującym głosem i "jakby" w co drugim zdaniu. Mówiła słowo w słowo to, co wyświetlała rzutnikiem na ekranie i co było w  broszurkach, które rozdała. Kiedy odchodziła od tekstu sprawiała wrażenie, jakby nie bardzo wiedziała o czym ma mówić, pamiętając jednakowoż że trzeba mówić dużo. W dodatku sama sobie przeczyła ("Ja tu państwu podaję przykłady dokumentacji, ale nic z tego nie jest wymagane. Mogą państwo żadnych takich dokumentów nie wytwarzać. Ale naturalnie proszę pamiętać, że najważniejsze w metodzie projektu jest właściwe udokumentowanie podjętych działań. Musi być przynajmniej kontrakt, w którym wszystko będzie opisane.")

Kilka godzin takiego ględzenia, które w najlepszym razie można by nazwać prezentacją, nazywa się "szkoleniem". Absmak. Jedna z koleżanek podsumowała je następująco:
"Zauważyłeś, że wszyscy na tym szkoleniu zajmowali się czymś innym - sprawdzali prace, porządkowali dzienniki, czytali? Aha, no poza tobą oczywiście."

To "szkolenie" przywołało mi wspomnienia pewnego interesującego doświadczenia w moim życiu, kiedy szukając pracy trafiłem na spotkanie informacyjno-werbunkowe dla agentów ubezpieczeniowych. Na naszej radzie czułem się jakby prowadząca próbowała sprzedać mi polisę.

Wymowne było to, że  w całym tym pierdoleniu o nowej cudownej metodzie, która przełamie brak umiejętności pracy zespołowej u naszej młodziezy i roztworzy na łoścież bramy ku świetlanej przyszłości obfitości kompetencji społecznych, w tym bogactwie druczków i procedur jakoś trudno było zauważyć UCZNIA. Bo przecież nie o niego w tym wszystkim chodzi, lecz o mądrale wymyślające "cudowny eliksir", o biurokratów starających się przyoblec żywą materię nauczania w jedyny zrozumiały dla nich sztywny gorset papierów i kwitków, i o obrotnych biznesmenów korzystających ile wlezie z rwącej rzeki pieniędzy "na oświatę" z funduszy krajowych i unijnych - organizując takie "szkolenia" jak wspomniane.

Cały nasz system edukacyjny jest nastawiony na indywidualizm i zwalczanie pracy zespołowej. Cały segment pomiaru dydaktycznego jest zdominowany przez sprawdziany wymagające samodzielnej, czyli samotnej pracy. Od małego dziecko (jako uczeń) jest rozliczane z tego czy osiągnęło sukces samo: samo zrobiło pracę domową, czy ktoś mu pomagał, czy od kogoś przepisał? czy na kartkówce nie korzystał ze ściągi? czy na klasówce nie spisał od kolegi? Czy na maturę nie wniósł komórki na salę, bo wtedy wszyscy tam zdający mają unieważnioną maturę. W praktyce reszta systemu ciągnie pod ten segment i stąd mamy dominację solówek, a nie zespołów. 

A tu raptem się obudzono, że mamy młodzież nie umiejącą współpracować. Zamiast zastanowić się nad modyfikacją systemu, w typowym dla nas stylu zmieniamy jeden element i oczekujemy, że już będzie wszystko grało. 

Nie będzie.

Bo u nas dominuje myślenie wycinkowe o oświacie, zamiast kompleksowego. Widzi się i próbuje naprawiać fragment, zamiast starać się ogarnąć całość systemu, a więc przede wszystkim najważniejsze zależności między jego składowymi.

wtorek, 27 listopada 2012

86.Nic się nie odzywaj

Uczennica wścieka się na wychowawczynię, która się na nich wydziera i wyzywa. Ale zrobić z tym coś (w postaci skargi) nie chce - sądzi, że się nie opłaci.

Koleżanka wściekła się na dyrekcję za jej nazwijmy to... walory intelektualno-osobowościowe. Amerykę tę odkryła, kiedy dyrekcja w końcu i po niej chamsko pojechała. Ale zamiast się postawić, to wyszła żeby nie wybuchnąć. Bo przecież ma dziecko. Po części rozumiem, ale po części patrzę na to krytycznie. Takiemu małemu tyranowi trzeba stawiać opór, bo się rozbestwia i włazi ludziom na głowy. A jak się kalkuluje i ubiera to w szaty "wznoszę się ponad i nie zejdę na jej poziom" to ma się potem coraz swobodniejsze jazdy. Część koleżanek to by chyba umarła, gdyby miała wygłosić to czym parę razy zdarzyło mi się publicznie skomentować to i owo z naszej szkółki kochanej. A przecież ja byłem kulturalny. Tylko dobitny i bezpośredni. Nie owijałem po prostu w bawełnę i nazwałem (przypominam - kulturalnie!) po imieniu co mnie się nie podoba. 
Jakoś dotąd nie zauważyłem prześladowań i sekowania.

Odpukać. ;-)


niedziela, 25 listopada 2012

85.En temps de galop

Tydzień przeleciał niezauważenie, nadszedł kolejny weekend, a i ten przemknął gdzieś - ani się obejrzałem. A jutro już nowy tydzień. I tak życie mija, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo na czym. Kiedy zastanowić się co nam z tego mknącego czasu zostało, czego dokonaliśmy wartego pamiętania, robi się niezręcznie. Bo z tej całej rutyny dnia codziennego podzielonego na pracę i obowiązki domowe, coś trwałego trudno dostrzec.

Niedzielę udało mi się w sumie spędzić nawet stosunkowo przyjemnie. Prace przy modelu reduty posunęły się naprzód, tak w zakresie wykonawstwa, jak i projektu. 

Kupiłem sobie obie części ekranizacji ostatniego tomu Harry'ego Pottera i nawet z przyjemnością pierwszą z nich obejrzałem. Na raty, ale całą. 

Pierwszy raz w życiu słuchałem audiobooka ("Mistrza i Małgorzatę" czytaną przez Wiktora Zborowskiego). Własnej lektury to nie zastapi, ale wzbogaciło ją na pewno. Ciekawe doświadczenie.

Myślałem o  poście Atlu i komentarzach. Chyba raczej jest tak jak napisał Sansenojski. Starość nie jest piękna, to przygotowanie do śmierci, takie by powitać ją z ulgą, że wreszcie przyszła. Skojarzył mi się z tym ten demot .


piątek, 23 listopada 2012

84.Bachory i Zmory

Nie poznałem szczęścia nim zostałem wychowawcą. 

Potem było już za późno.


Ogarnianie czeredy choler zwanej też moją klasą wychowawczą to zajęcie wycieńczające. To krzyżówka łapania setki pcheł z przepychaniem kowadła po plaży i napełniania sita wodą. Mimo bliskiej pełnoletności prezentują bogaty wachlarz zachowań infantylnych zdradzających rozwój seksualny na poziomie wczesnego gimnazjum, emocjonalny - z późnej podstawówki, zaś socjalny na przełomie podstawówki i przedszkola.

Jak im ktoś (z kadry) nie spodoba się na dzień dobry, to go kompletnie olewają, nie kryjąc się z tym ani trochę. Jeśli spróbuje czegoś od nich żądać, wymagać, to doczeka się momentalnie rozpieprzenia lekcji i to w tak koncertowym stylu, że roztrzęsiony poleci skarżyć się wychowawcy i wszystkim którzy się po drodze nawiną.

Działają jak dzieciaki z podstawówki: lubimy naszą panią to lubimy przedmiot, którego uczy. Jeśli pani nie lubimy, to w dupie mamy jej przedmiot

Wychowawca jest jak rodzic - coś tam zrzędzi, coś tam się czepia, ale przecież krzywdy zrobić nie może i psi jego obowiązek kochać i dbać o swoje dzieci, żeby im dobrze było. A przecież podstawowe prawo dziecka to BRAĆ nic w zamian nie dając. No nie, przepraszam, dziecko deklaruje: Ale my pana kochamy! Więc oczywiste jest, że wychowawca domagający się uczenia i spokoju na swoich lekcjach gwałci prawo natury i zaburza naturalny porządek istnienia.

A grono szanowne oczekuje skrojonego na miarę jego oczekiwań produktu pt. Grzeczne, Ciche, Pilne Dzieci. Kiedy nie dostaje tego co sobie zażyczyło leci z reklamacją do wychowawcy i ze skargą do dyrektora. A co ja mogę? Co ja mogę?


wtorek, 20 listopada 2012

83.Szara wstęga

Dziś zdałem sobie sprawę z tego co mnie najbardziej demotywuje w pracy. Otóż nie burdel, głupota i brak profesjonalizmu, jak moją koleżankę, bo do tego jakoś przywykłem i w większości spływa to po mnie jak woda po kaczce (ale tylko w większości!), lecz uczniowie i ich gnuśność oraz brak zainteresowania (tudzież kindersztuby).

Wpadły do szkoły z odwiedzinami zeszłoroczne absolwentki, między innymi zajrzały do mnie. Pogadaliśmy parę minut o tym co studiują, gdzie pracują, co planują. Poszły. A ja do tej pory nie pamiętam jak one się nazywały.
Coraz więcej roczników, coraz więcej osób przewijających się na nieskończonej rolce pokoleń przez moją salę. Te same ławki, te same tematy, tylko twarze różne. Nieliczne tylko twarze z nazwiskami, zapadłe w pamięć, gdy ich właściciele byli choć trochę wyraziści, gdy byli "jacyś" choć na tyle, by się wyłonić z tego bezimiennego, anonimowego szarego tłumu nijakich ludzi. 

To w gruncie rzeczy przerażające. A może tylko smutne?




sobota, 17 listopada 2012

82.Tęsknota za domkiem na wsi

Chciałbym mieć dom na wsi. A jakby było fajnie, gdyby to był taki dom, jak Bag End Bagginsów w Hobbitonie.
Kiedy oglądam ilustracje i zdjęcia z planu filmowego wprost czuję swojskość i przytulność tego miejsca. Miło byłoby...
I pomyśleć, że piszę to ja - zdeklarowany szczur wielkomiejski. :-o Ani chybi starzeję się.








piątek, 16 listopada 2012

81.Zwieńczenie tygodnia pracy

To był ciężki tydzień. Zapieprz w rutynowych w gruncie rzeczy sprawach, bez jakichś ekstra nówek zadań. Co dzień sprawdzałem jedną klasę (tzn. sprawdziany jednej klasy). Dwa koła po lekcjach, jakieś dodatkowe poprawy. Wyjazd na indywidualne, które samo w sobie wystarczy, żeby skopać nerwy.  Koleżanka Piiiip, która najpierw przypieprzyła się do mnie i do moich dzieciaków, a potem popełzła nasłać na mnie dyrekcję. Od początku tygodnia brałem drugie śniadanie i wracałem z nim do domu, bo nie było kiedy się za nie wziąć. Dopiero w piątek udało mi się je zjeść. Kiedy dziś znów jako ostatni wyszedłem z roboty miałem wrażenie, że pęka mi głowa - organizm wreszcie zaczął odreagowywać kilkudniowe napięcie. Ot, nagroda taka za ciężką pracę.

Kiedy kładę się spać trudno odpędzić natrętne myśli o samotności, o pustce. Ale się staram.

wtorek, 13 listopada 2012

80.Szczęśliwa trzynastka

Dzisiejszy dzień zapowiadał się nieciekawie - wizyta u dentysty, napędzona strachem, że to co się ukruszyło kilka dni temu, to był kawałeczek skrycie popsutego zęba. A tu trzynastego, więc wróżba jakoś niezbyt zachęcająca. Szczęściem - nie bardzo wierzę w takie przesądy, wolę w Boga.

Zauważyłem, że poczyniłem w kwestii panowania nad sobą na froncie medycznym spore postępy. Kiedyś to bym łaził po ścianach z lęku i niepokoju, a teraz... czysto zadaniowe podejście: coś się dzieje? łapiemy za fona i umawiamy wizytę u mojej przemiłej pani doktor. W tym momencie zrobiłem co mogłem i co należało i teraz pozostaje czekać do wizyty i rozpoznania lekarza. Nim to nastąpi, nic nie mogę poradzić, więc problem odfajkowany i nie warto się nim nakręcać - będzie co będzie. Podobnie mi się zrobiło z dochtórami ogólnemi: chrypię, kaszlę, rzężę, to po prostu idę do przychodni. 
Muszę przyznać, że stwierdzenie u siebie takiej przemiany i dojrzałości podejścia wzbudziło we mnie zadowolenie z siebie. A ja bardzo rzadko jestem z siebie zadowolony. Bo i z czego tu być?

Z lecznicy wyszedłem w radosnym nastroju (nawet wykonałem dyskretny podskok z radości, ale to była ciemna droga osiedlowa, więc czuję się usprawiedliwiony). Okazało się, że ukruszył się tylko kawałek kamienia nazębnego, a ząbki (syćkie cy! ;-) ) są całe i nie dziurawe. Korzystając z okazji, za radą mojej ulubionej pani doktor sprawiłem sobie usuwanie kamienia nazębnego. Wyglądałem przy tym jak kamienica czyszczona myjką ciśnieniową na okoliczność procesji z biskupem. Teraz językiem macam i własnych zębów nie poznaję. Co by nie mówić, to jednak kamień spadł mi nie tylko z zębów, ale i z serca - w aspekcie i zdrowotnym i finansowym. Bo przychodnia jest porządna, pani doktor super, ale ceny mają hiper - zupełnie z moją pensją niekompatybilne.

A ja właśnie skończyłem dzionek pracy, znów parę minut przed jedenastą w nocy. Choć właściwie powinienem jeszcze prac dosprawdzać, żeby jutro klasie oddać. Ale chyba powlokę się spać, bo muszę raniutko wstać na drugą zmorę tego tygodnia - wyjeżdżam na indywidualne. 


poniedziałek, 12 listopada 2012

79.Kocham pocztę

Poszedłem na pocztę po awizowaną paczkę. Naiwnie sądziłem, że uwinę się w jakieś 20 minut. Niemylną wskazówką mej głupoty jest fakt zignorowania ostrzeżenia w postaci nieodnalezienia mojej przesyłki na poczcie w trakcie piątkowej wizyty. Życzeniowo myśląc (inna nazwa: nastawienie optymistyczne do świata) uznałem, że to tylko chwilowe potknięcie listonosza i po weekendzie paczuszka będzie na mnie czekać.

I faktycznie czekała.

Tylko dwie poczty dalej.

Nim się udało ustalić gdzież ona się podziała, zwiedziłem trzy urzędy pocztowe, w każdym stosowne pokutne odstawszy. Zamiast 20 minut zeszły mi 3 godziny z okładem. A roboty sterta leży. Planowałem na jutro sprawdzić klasówkę, a teraz jeszcze nad nią siedzę, krótką przerwę dla relaksu przy kompie sobie robiąc. A właśnie 23.00 dochodzi.

Nie ma to jak pracować w szkole - 3,5 godziny dziennie przy tablicy i szlus!


niedziela, 11 listopada 2012

78."Hobbit" na horyzoncie

Milowymi krokami zbliża się premiera pierwszej części "Hobbita". Trochę irytuje mnie konieczność tak długiego czekania na kolejne części. Obawiam się, że tak jak LOTRa Peter Jackson przyciął, tak "Hobbita" rozedmie ponad rozsądną miarę.

W necie roi się już od zapowiedzi różnych albumów i książek starających się zdyskontować sukces (?) kasowy filmu. Zrobiłem już małą listę planowanych zakupów. Przypominam sobie czas premiery LOTRa - trochę żałuję, że wtedy stałem dość krucho z kasą i mogłem sobie pozwolić tylko na nieliczne albumy. Najbardziej chyba żal wspaniałego wydania całej muzyki do poszczególnych części. Kupiłem tylko album "Two Towers", bo na pozostałe zabrakło floty - drogie to było dla mnie wtedy jak diabli, na kieszeń młodego nauczyciela nie projektowane. 
Ale...

Na Białe Drzewo! Warto było! Wartooo!

Choćby dla samego obłędnego chóru "The Host of Eldar" w rytm którego elfowie Haldira przybywają na odsiecz Helm's Deep, by walczyć jak za czasów Ostatniego Sojuszu. Wciąż chwyta mnie wzruszenie kiedy oglądam tę scenę.

To odstępstwo od książki Jacksonowi wybaczam, gdyż to jedna z najwspanialszych scen w filmie. W ogóle chyba obrona Helm's Deep jest, obok Hobbitonu, moim najbardziej ulubionym fragmentem filmu.


Teraz nie będę się szczypał i obkupię w hobbitiana jak dziki chomik. A co! Raz się żyje (i tak już za długo...).


sobota, 10 listopada 2012

77.Kompleks orderowo-prowincjonalny

Z okazji Święta Niepodległości prof. Norman Davies zostanie odznaczony Orderem Orła Białego. Nie podoba mi się ten pomysł. Bo niby za co? To nie jest wybitny historyk, jego prace nie mają dużego ciężaru gatunkowego, ani nie cieszą się specjalną renomą u fachowców. To popularyzator, najwyżej dobry, o ile nie przeciętny.

Uznawanie jego działalności za "znamienite zasługi cywilne" (za to przyznaje się OOB) to moim zdaniem spora przesada. Owszem, na odznaczenie zasługuje, popularyzując nasze dzieje i nas za granicą, ale nie na najwyższe! To dewaluacja Orderu. Polonia Restituta II lub III klasy byłaby adekwatna, ale mam wrażenie że  tu zagrał nasz kompleks prowincjusza: -Łomatkoboskojezusiemaryjo! Profesor z Oksfordu... prawdziwy! o nas... pisze! Jakaż to promocja dla nas i zaszczyt wielki! Dawać co mamy najlepszego!

Żenujące.



środa, 7 listopada 2012

76.W oparach surrealizmu

Kończy się lekcja. Uczennica, spakowana już, podchodzi do biurka:

-Panie profesorze, czy ja mogę wyjść wcześniej?
-A dlaczego?
-Bo ja muszę łyżkę umyć.

* * *
-Dlaczego dziś tak cholernie grzeją?
-Bo wczoraj nie grzali.
-Ale dziś jest na dworze ciepło.
-Ale wczoraj było zimno.
-To dlaczego wtedy nie grzali?
-Bo nie wiedzieli że jest zimno. Teraz już wiedzą, więc grzeją.

poniedziałek, 5 listopada 2012

75.Job, sweet job

Kładłem się spać z bólem głowy. Rozsądek podpowiadał, że to taki, który sam nie przejdzie i będzie trzymał rano, ale pozytywne nastawienie (zwane też głupotą) wzięło górę i przyjąłem że będzie dobrze.

Nie było.

Obudziłem się w pół do czwartej bólem takim, że czułem jakby mi kto mózg przekopywał niczym szpadlem ogródek. Dwie dawki środka od bólu głowy (jak dla mnie końska dawka) i nic. Dopiero w pół do piątej zelżało na tyle, że mogłem się z powrotem położyć i złapać do szóstej odrobinę drzemki.

Domyślam się przyczyny - powrót do kochanej pracy z długiego weekendu. Ból głowy zaczął się w niedzielny wieczór. Zamiast mięśni karku miałem ich twarde jak koci ogon odkuwki. Inaczej - stres spiął mi mięśnie, a te ograniczyły dopływ krwi do mózgu, jak sądzę.

Teraz z gulą w żołądku szykuję się na śniadanie. I tak dobrze, że mogę jeść. Przez cały ogólniak ze stresu nie byłem w stanie rano nic przełknąć.

I pomyśleć, że od dziecka chciałem być nauczycielem...


niedziela, 4 listopada 2012

74.Dziel się z bliźnimi

Dialog z rodzeństwem.

Ja: -W totka zagraj. 50 milionów można wygrać.
Schwester: -To nic nie padło w sobotę?! Łał, ile forsy!
Ja: -Ano.
S.: -A ty grasz?
Ja: -Grywam.
S.: -I co?
Ja: -I merde. Kupon wyślij, a nie tylko na gotowe czekasz.
S.: -Jakiś ty wredny! Jak bym wygrała, to ja bym się z tobą podzieliła!

Rozbrajająca kobieca logika. W takich chwilach to chyba się nawet cieszę, że nie jestem hetero. Ani les.



sobota, 3 listopada 2012

73.Nie warto przekonywać przekonanych

Wpadł z krótkimi odwiedzinami starożytny kolega, jeszcze ze szkolnych czasów. Widujemy się co kilka miesięcy. Drogi życiowe jakoś nas oddaliły. On - obabiony i rozmnożony heteryk, ja - samotny homo. On - własna firma i marka znana w swojej branży w całej Polsce, ja - anonimowy pracownik najemny. No i jeszcze mu się ostatnimi czasy odezwał lekki syndrom rabinacki.

Dziś kiedy jak zwykle o czymś sobie dyskutowaliśmy, nagle w trakcie rozmowy opadło mnie zniechęcenie do kontynuowania dyskusji. Siedziałem tylko i przysłuchiwałem się jego perorom. Poczułem że nie widzę sensu do przekonywania, względnie tłumaczenia komuś czegoś, kiedy jest on przekonany o swojej racji.

Rano miałem na podobnym tle spięcie z rodzicami - postanowili się (jak zwykle) dowartościować wydziwiając na sąsiadkę, że przez 60 lat życia w Polsce nie nauczyła się poprawnie po polsku mówić. Moje tłumaczenia, że to wcale nie musi być oznaką jej niskich zdolności, lecz czynników obiektywnych, puszczali mimo uszu. To że żyję z nauczania i mam na ten temat fachową wiedzę nie ma dla nich żadnego znaczenia - oni przecież wiedzą lepiej.

Fakt, że oni sami przez 40 lat nie potrafili nauczyć się jak sąsiadka ma na nazwisko i wciąż wymawiają je błędnie oczywiście zupełnie nie rzutuje.

Męczą mnie tacy ludzie.


piątek, 2 listopada 2012

72.Figurki i wspomnienia

Wolny dzień spędziłem nietypowo - od samego rana jeżdżąc po mieście. W sumie przejechałem dziś jakieś 25 km. Dziwna sprawa, bo w ostatnich miesiącach wolny dzień spędzałem niemal nie ruszając się z domu. A dziś mnie jakoś nosiło, nawet w deszcz po zmroku. Pretekstem do przewiezienia starego tłustego dupska było oblukanie portek w Tesco - przebrane, i jak fajne to nie było rozmiaru. Jedne nadały by się nawet, ciemnoszaropiaskowe czinosy, ale jak zobacyłem dzikie kolejki do kas, to obróciłem się na pięcie i wyszedłem z pustymi rękami. Swoje w kolejkach odstałem już za komuny i starczy! 

Można powiedzieć że z rozpędu zaszedłem w pobliskiej galerii (właściwie: galeryjce) handlowej do jakiejś zachodniej sieciówki przeceny zmacać. Ciuchów parę by się może i wyhaczyło, ale rozmiarówka spodni jakaś dla mnie kompletnie egzotyczna (48, 52 itp, a ja tylko dwuliczbowej zwyczajny - długość pasa i nogawki w calach) więc się fochłem i poszłem.

Do galerii wspomnianej zaszedłem własciwie po co innego - do sklepu z grami, żeby sobie figurki obejrzeć. Jakoś ostatnio mam coś na kształt powrotu do sklejania i malowania figurek. Jeden regiment, stojący od paru lat rozbabrany, skończyłem. Drugi, z którego 7 było gotowych i stało tak parę lat już, ma pozostałych 43 dziś spodkładowanych. Z Angolii jadą do mnie pudełka z figsami na kolejne regimenty. Krasiowa armia troszkę się powiększy.

Przy tym zdaję sobie sprawę z tego, że moich zbiorów nigdy całych nie pomaluję. Spora (daj Boże - mniejsza) część zostanie w pudłach po mojej śmierci ku uciesze spadkobierców. Nawet nie mogę sobie zażyczyć, aby zostać z nimi pochowany (z figurkami, nie ze spadkobiercami), bo chcę zostać spopielony, a takiej porcji plastiku i metalu to piec krematoryjny na pewno nie zniesie. 

Dziś w trakcie miejskich podróży myślałem nad tym skąd mi się wziął ten powrót do figurek. Odstawienie modelarstwa zbiegło się w czasie z próbą ponownej deszafizacji i ułożenia sobie życia w większej zgodzie z emocjami. Trudno nie zauważyć, że dziś znów wycofuję się wyzbywszy się wiary i nadziei na odmianę życia. Żeby nie oszaleć zupełnie muszę się czymś zająć, naturalnym wydaje się powrót do starego hobby. Pewna korelacja jest tu niewątpliwie, ale budowanie na tej podstawie jakiejś bardziej stanowczej prawidłowości wiodłoby do humorystycznego efektu. A mnie jakoś zupełnie ostatnio nie do śmiechu.

* * *
Przejeżdżałem dziś koło domu C. i przykro mi się zrobiło. Znaliśmy się tylko parę miesięcy i ledwie kilka razy się spotkaliśmy, ale bardzo go polubiłem. Był taki miły, inteligentny i kulturalny. I taki słodki z tym swoim zniewalającym podlaskim akcentem... Przykre, że nie chciał dłużej utrzymać relacji ze mną choćby tylko jako znajomym, lecz zerwał kontakt bez słowa wyjaśnienia czy uprzedzenia.

czwartek, 1 listopada 2012

71.Okolicznościowo

Spostrzeżenie ze szkolnego Halloween. Nasza mlodzież generalnie nie umie się przebrać, nie umie się bawić. Większość przebranych sprawiała wrażenie przekonanych, że wystarczy włożyć na siebie cokolwiek, aby było to już "przebraniem halołinowym". Trudno też było opędzić się od natrętnej myśli, iż owo "przebranie" miało na celu wyłącznie załapanie się na "zwolnienie przebranych od odpowiedzi ustnych w Halloween". Na palcach (i to nie wszystkich) jednej ręki dało się policzyć ludzi przebranych fajnie i POMYSŁOWO. Co ciekawe osiągnęli to nader oszczędnymi środkami.

* * *

A dla oddania nastroju i klimatu dnia Świętego Nieboszczyka
Gustaw Lutkiewicz w piosence Wysockiego.

niedziela, 28 października 2012

70.Ale mi dobrze

Uczniowie na koniec gimnazjum mieli czwórki, piątki, szóstki - sprawdziłem w papierach. A większość nie ma pojęcia jak zrobić prostą charakterystykę zdarzenia historycznego. Nie umieją się trzymać tematu. Polecenie "Przedstaw genezę" - piszą o przebiegu i skutkach. II RP to... "Polska ogrodzona". Zamach majowy to "ten Piłsudskiego", lub "ten w Sarajewie".
Wiem że gimnazjum to ciężki kawalek chleba. I nie piszę tego tytułem zarzutu, tylko czystego, bezpodtekstowego zdumienia: Za co oni mieli te piątki i szóstki?!

* * *
Uwielbiam jak ktoś mi wyjeżdża z tekstem: "Ooo! Ale ci dobrze!". Bo w niektóre dni wychodzę z pracy przed 16.00.  Albo w niedzielę nic nie robiłem. Albo że nie mam rodziny i mogę sobie odpocząć w pustym domu.
Było zostać belfrem, to też byś tak wychodziła. Aaa, prawda - za nic w świecie nie mogłabyś pracować z tymi bachorami. A tak - i jeszcze byś je wszystkie wystrzelała.
Że nic nie robiłem w niedzielę? A kto Ci aniele kazał kompulsywnie sprzątać i czyścić to co i tak się już lśni i błyszczy? Poza nerwicą, rzecz jasna.
Taaak... zajebista sprawa wracać do pustego domu. To niezrównanie stabilizujące uczucie pewności, że zastanie się dom takim jakim się go opuściło - wszystkie rzeczy dokładnie w tym samym miejscu. Ma się całą kanapę dla siebie. Przy jedzeniu można bez skrępowania w okno się gapić a nie w czyjąś twarz naprzeciw. Można się swobodnie do poduszki przytulić. Zawsze jest komu opowiedzieć co się miłego i przykrego przydarzylo - sobie samemu.

Zajebiście.

Na okrasę i pociechę, żeby nie było że same wkurwy i smuty - wspaniała Aneta Teodorczuk-Perchuć i "Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos" znane też jako "Ja to mam szczęście".


piątek, 26 października 2012

69.Smutna liczba postu

Jestem wypompowany, czuję się jakby ten tydzień wyssał ze mnie za dużo energii. Chyba belferka to nie jest najlepsze zajęcie dla introwertyka. Jeszcze nasza typowa rada plus dzień otwarty. I na deser moje nieznośne demotywujące cholery jako zamknięcie tygodniowego pensum.
Gdybym jeszcze robotę mógł skompensować podładowywaniem akumulatorków w życiu prywatnym... Może byłoby łatwiej. 
Złapałem się na tym, że znów zdarza mi się precz odwrócić głowę, kiedy na ulicy widzę jakąś parę. Paroksyzm smutku uderza wtedy jak strzał. Po chwili mija, ale i tak nie jestem zadowolony że choć na tę chwilę garda mi opada.
W zasadzie bez sensu jest tak się smucić, skoro w gruncie rzeczy samotność jest dla mnie stanem normalnym od dzieciństwa i takim pozostanie aż do kresu mych dni. Mówi się, że jak czegoś nie możesz pokonać, to polub to. Niby rada sensowna, ale jakoś nie bardzo mi wychodzi jej wdrożenie.

Bo takie życie bez ciepła drugiej bliskiej osoby jest przykre. Jest puste. Smutne jest nigdy nie kochać i nie czuć się kochanym.


środa, 24 października 2012

68.Formalinę!

Ucieszył mnie prawdziwie uczeń na kole dla maturalsów. Znów się zasiedzieliśmy nad zadaniami i zamiast godziny stuknęły dwie z okładem. A ten oznajmił na odchodnym, że w domu poczyta o zagadnieniu, które zupełnie pobocznie zostało poruszone w trakcie naszej pracy, bo - UWAGA! UWAGA! - chce o tym wiedzieć więcej. Od paru lat od żadnego naszego ucznia nie słyszałem czegoś podobnego. Ci, którzy od kilku lat do nas przychodzą pragną czegoś zupełnie innego - broń Boże nie robić nic, ale to absolutnie nic, przed i po dzwonku. A między dzwonkami (na lekcji) jakoś przetrwać przyswajając tak mało wiedzy jak to tylko możliwe i koniecznie - jak najmniejszym, najlepiej zerowym wysiłkiem.

A tu - unikat prawdziwy, w formalinę go, w formalinę! i do izby pamięci jako eksponat.

wtorek, 23 października 2012

67.Odfajkować

Dzisiaj mieliśmy w pracy ciekawe urozmaicenie. W zbożnym celu przećwiczenia naszej nieustająco czujnej gotowości odparcia niecnego zamachu (człowieka lub losu) na naszą czcigodną placówkę, odbyła się próbna ewakuacja.

Zgodnie ze starą estradową zasadą, że dobra improwizacja powinna być starannie przygotowana, dyrekcja uprzedziła nas dwie godziny wcześniej, o której będzie zarządzona ewakuacja i poleciła, żeby młodzież przed tą lekcją pobrała okrycia wierzchnie, bo w trakcie ewakuacji nie będzie na to czasu, a jak wyjdzie ten czy owa bez kurtki, to zaraz rodzice bedą dzwonić z pretensjami, że im dzieci przeziębiamy.

Ewakuacja została zaanonsowana na godzinę X, później rozeszła się niepewna wieść gminna, że będzie o godzinie X +10 minut, by faktycznie zacząć się jeszcze kilka minut później.

Kompletna fikcyjność i nonsensowność takich ćwiczeń przygnębia. Bo co w gruncie rzeczy przećwiczono? Jakże trudną i wymagającą sztukę wychodzenia z budynku na boisko. Gdyby to było wstępem do cyklu ćwiczeń stopniowo zbliżających się do ewakuacji z powodu wiernie symulowanego zdarzenia, to byłoby jeszcze sensowne. Ale jak znam naszą placówkę, to skończy się na odfajkowaniu przećwiczenia procedur alarmowych i stwierdzenia w sprawozdaniu, żeśmy są gotowe nadzwyczajnie i wszystko gra.

Bo przecież o sprawozdanie tylko chodzi. Grunt aby w papierach było, rzeczywistość nieistotna, bo kontrole i tak sprawdzają wyłącznie papiery.

Bareja się kłania. Klasyczny dialog z "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?"

-Dyrektor Kołodziej, słucham.
-Stefan? Misiorny mówi. Masz tam u siebie jakiś dźwig na budowie?
-Jeden mam.
-To pchnij mi go tutaj na Ludną na godzinkę.
-Nie no, nie mogę. Oczekujemy nieoczekiwanej kontroli. Muszę robić.
-No to przez tę godzinę zrób masówkę dla załogi. O Libanie. No...? No w czym problem?



niedziela, 21 października 2012

66.Spacer nad rzeką

Za oknem przepiękne słońce. Wyszło kiedy wróciłem ze spaceru. Dla mnie musiała starczyć waciana mgła, zasnuwająca rzekę tak, że drugi brzeg widniał jedynie jako domyślny zarys. Nie ma co narzekać - porobiłem trochę fotek. Skąpana w mlecznej otulinie cisza nad rzeką przywodziła mi na myśl przy kadrowaniu klimat paryskich zdjęć Atgeta i Brassaï.

Wiele trudu kosztuje mnie godzenie się z rzeczywistością, z tym że zawsze będę sam. Z przyzwyczajenia zdarza mi się jeszcze zajrzeć na stronę anonsów, ale przelatuję je już tylko wzrokiem, nie czytając uważnie - jak dawniej - pod kątem, że a nuż któryś wyda się wart odpisania. Tak więc tu już jest jakiś postęp. 
Nie mogę się zdecydować czy kasować konto na branżowym forum. Pisanie tam byłoby podtrzymywaniem złudzenia i należałoby się definitywnie wynieść, żeby spalić za sobą ten most. Ale z drugiej strony nie chcialbym żeby to wyglądało na odstawianie ciotodramy.
Na konto na branżowym portalu już od dawna nie zaglądam - trzeba by je wreszcie zamknąć. Może święto Zmarłych będzie akuratną okazją, bo życia na tym koncie jak na cmentarzu. To że jeszcze wisi to efekt nie niewygasłej nadziei, ale lenistwa; dawno rozstałem się z myślą, że cokolwiek przy jego pomocy uda mi się zmienić.
Gdyby jeszcze w pracy było wszystko OK, to bym miał łatwiej, bo mógłbym się oddać pracoholizmowi bez reszty i deficyt uczucia przykryć satysfakcją zawodową. Trudno - pod górkę tu mam.
Z hobby gorzej - nic nie kręci mnie tak bardzo, by zrównoważyło ból emocjonalny, ani  w dostatecznym stopniu nie wyłącza myślenia.
Cóż, nie od razu Kraków zbudowano; wiele jeszcze pracy nade mną przede mną.

sobota, 20 października 2012

65.Raz deszcz, raz słońce

Kilku uczniów mnie zaskoczyło in plus. Jakoś pracowali, bez sensacji, ale samo to że w ogóle coś na lekcji zrobili to już sukces. Jednak najbardziej mnie zaskoczyło, że kilku przesunęło ławki i krzesła do mojego biurka i włączyło się do pracy! Nie pamiętam czegoś podobnego (przynajmniej od bardzo dawna). Ale i kilkoro pacjentów dostało po jedynce za odmowę odpowiedzi i było bardzo zdziwionych czego ja od nich chcę? Wiedzy? Odpowiedzi? Chyba mam coś nie teges z głową. I jeszcze jedynki im stawiam? Za co?!

Dostałem nieoczekiwane zastępstwo - i dla mnie i dla uczniów. O tym, że zamiast luzackiego nauczyciela lajtowego "przedmiotu" przypełznie do nich belfer od "to mi się do niczego nie przyda" dowiedzieli się kiedy otwierałem im przed nosem drzwi do sali. Kiedy całkowicie żartem rzuciłem pytanie "No to może popytamy sobie... Ktoś chciałby się zgłosić?" ku mojemu zdumieniu zgłosił się chłopak, potem drugi. Nie mieli tego dnia lekcji z mojego przedmiotu, więc musieli bazować na tym co zapamiętali z poprzedniego dnia, ale okazało się, że pamietają (w zasadzie) co trzeba i każdy dostał po czwóreczce.

Koleżanka zauważyła, że mój sposób utrzymywania dyscypliny (czyli cięty, czasem nawet błyskotliwy sarkazm), bardzo skuteczny w przypadku dzieci kulturalnych, zupełnie się nie sprawdza z tymi, które ostatnio coraz częściej dostajemy, czyli z niekulturalnymi i prostackimi. Nihil novi, jak dla mnie - sam to już dawno zauważyłem. Niestety, nie umiem wypracować innego.

"Zniszczony czuję się doszczętnie 
bowiem, co tu kryć
ja od dzieciństwa czuję wstręt
 by w w twarz człowieka bić."


Fakt, że tę piosenkę Владимира Семёновича Высоцкого śpiewa akurat Marek Kondrat przydaje pewnej aluzyjnej pikanterii (z uwagi na jego późniejszą rolę w filmie Koterskiego ;-).



czwartek, 18 października 2012

64.Niekulturalni ludzie

Męczy i mierzi mnie praca z ludźmi nie kulturalnymi. 
Ludźmi biorącymi dobroć za słabość, wyrozumiałość za przyzwolenie a łagodność za permisywizm. 
Ludźmi sądzącymi, że swoim zaprzeczeniem mogą zmienić widzianą rzeczywistość.
Ludźmi tak skupionymi na wyrywaniu dla siebie, że zapominającymi o przyzwoitości i szacunku dla drugiego czlowieka.
Ludźmi tak nastawionymi na branie, że niezdolnymi do zauważenia iż ktoś idzie im na rękę i wypadałoby zachować wdzięczność i umiar.
Ludźmi niewidzącymi, że swoim bezczelnym zachowaniem obsrywają kogoś, kto był im życzliwy.

Z moimi uczniami.


środa, 17 października 2012

63.Konkurs nieopłacalny

Kolejny dzień w pracy taki, że wziąłem ze sobą ładowarkę, żeby podładować komórkę i... przypomniałem sobie o niej wracając z pracy do domu. Niby nic nadzwyczajnego się nie działo, ale tych drobnych wystarczyło, żeby wypełnić cały czas. Na drugie śniadanie kupiłem sobie pudełko surówki i zdążyłem zjeść raptem trzy łyżeczki; na więcej czasu nie starczyło. Na jednej z lekcji złapałem się na tym, że zgubiłem kolejną myśl. Musiałem rozpaczliwie improwizować, żeby się nie wydało, że zapomniałem co chciałem powiedzieć. Stres połączony z niewyspaniem i zmęczeniem daje o sobie znać. 

Koło dla maturalsów przedłużyło się, bo trafiły się dwa białe kruki - uczniowie nie katapultujący się w pierwszej nanosekundzie dzwonka, lecz pragnący posiedzieć dłużej ćwicząc rozwiązywanie zadań. W efekcie wyszedłem krótko przed piątą.

Lajtowy konkursik który zorganizowałem żeby choć trochę rozruszać dzieciaki przedmiotowo, na razie zanosi się na kompletną klapę. Zainteresowanie w postaci napływających odpowiedzi da się opisać wartością "ZERO". Nie chce im się nawet wrzucić w google'a i napisać jednozdaniowej odpowiedzi. Powinienem się pocieszać, że może się rozkręci do końca roku, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć. Dano mi do zrozumienia, że gdyby za udział były oceny z przedmiotu, to owszem, niektórzy łaskawie pofatygowali by się. Ale dla jakichś głupich nagród książkowych?! Spadaj koleś na drzewo. 

poniedziałek, 15 października 2012

62.Nagradzanie i spadanie

Trochę dobrego, trochę przykrego. Ot, zwykła taka ludzka mieszanka.

Powoli uczę się Canonka. Ileż różnorodnych (wyczesanych) funkcji jest upchniętych w takim małym pudełeczku. Całe mnóstwo mozliwości zmiany najróżniejszych parametrów ma w zamyśle służyć swobodzie i możliwościom fotografa, ale na razie mnie przerasta. Mnóstwo funkcji i kilka manipulatorów wymusza nauczenie się co gdzie jest i jak się to przełącza. Do automatycznego wchodzenia w potrzebne parametry w czasie szybszego focenia sporo *) mi brakuje. Wczorajszy długi spacer nad rzeką bardzo mi się przysłużył w oswajaniu Canonka. Zaczynam bardzo lubić puszeczkę - to był chyba świetny zakup.

Ale dla szybkich zdjęć "reporterskich" jednak nie ma jak analog; cyfra niech się schowa. To wniosek z dzisiejszej imprezy w pracy, na której trochę popstrykałem.

Z okazji profiświęta dostałem**) (doroczną) Nagrodę Dyrektora. Troszkę więcej niż w poprzednich latach, ale i tak niejeden by się zdziwił ile forsy kryje się za tą szumną nazwą.

Nie udało mi się spotkać pewnego wybitnego pedagoga, który nawiedził Syrenowo. Miałem cichą nadzieję, że choć mu na odjezdnym się pokażę i pomacham, ale się nie udało mimo kurcgalopku z pracy - nie ten dworzec, albo godzina pociągu, albo... Albo taki już mój los w relacjach międzyludzkich. Szansa na spotkanie była niewielka, a przecież mi żal.

Wczoraj i dziś jak skończony idiota nawp...łem się czekolady. Od końca wakacji jem za dużo - zażeram nerwy. Diabli biorą to co schudłem. Szkoda.
________________________________
*) To eufemistyczny równoważnik: "od cholery".
**) Nie ja sam jeden, rzecz jasna.

sobota, 13 października 2012

61.Trzysta

Mówi się często (może nawet powszechnie), że aby znaleźć partnera/-kę to trzeba nawiązywać znajomości, poznawać nowych ludzi, spotykać się itp. Jak ktoś do nas zagaduje - reagować pozytywnie podtrzymując nić kontaktu. Samemu też zagadywać. Wierzyć, że gdzieś tam jest ta nasza druga połówka i nieprzerwanie przeczesywać populację, niestrudzenie niczym marynarz na bocianim gnieździe wypatrujący upragnionej wyspy skarbów. 

Nie da się ukryć, że jest w tym pewna solidna logika i rozumowo rozbierając nie sposób nie przyznać, że jest to porządny algorytm szukania partnera/ki.

Jest jednak mały problem - ten algorytm to sfera rozumu, a emocje rządzą się swoimi odrębnymi prawami. Konstrukcja psychiczna poszukiwacza (ekstrawertyk - introwertyk), co nas pociąga, a co uruchamiamy w innych, ilość i jakość nawiązanych kontaktów, doświadczenia życiowe, wiek - to tylko wybrane najważniejsze, jak sądzę, czynniki decydujące o wyniku stosowania choćby najlepszego algorytmu poszukiwań.

Zagadnąłem kiedyś znajomego ile miał, tak pirazydrzwi, poważniejszych randek. Odparł że ponad 300. Trzydziestolatek. Dla mnie, sporo odeń starszego, to wielkość niewyobrażalna. Przy moim introwertycznym usposobieniu taka liczba randek to byłaby masakra. Mnie by już nie było. Kiedy poznaję kogoś otwieram się i inwestuję w tę znajomość - angażuję myśl, pamięć, emocje i czas. Poświęcam tej osobie swą uwagę. Kiedy kogoś dopuszczam bliżej to nie działam na pół gwizdka, lecz staję się otwarty na tę osobę, na jej komunikaty. Jestem uważny i skoncentrowany na tej komunikacji. Tak rozumiem szacunek dla drugiej osoby, która nie jest w tym momencie osobą zupełnie obcą. Wszystko to oznacza dla mnie wielki wydatek energii. Również podtrzymywanie z kimś znajomości  jest dla mnie jakimś tam wysiłkiem. Nie ładuję sobie akumulatorów kontaktami międzyludzkimi, ja je w nich raczej rozładowuję. Zapewne dlatego nie odczuwałem potrzeby posiadania wielu znajomych czy przyjaciół. Płytka, okazjonalna, zdawkowa znajomość jest dla mnie bezwartościowa i co gorsza - deficytowa. Dlatego nie pielęgnuję ich, ani nie podtrzymuję.

Niefajnie się robi, kiedy znajomość miast szlakiem ku czemuś ładnemu okazuje się małą, nieprzyjemną, ślepą uliczką. Zostaję z przykrym poczuciem, że wydałem na to więcej energii nic pozytywnego w zamian nie zyskując. Z wiekiem coraz trudniej mi przychodzi znajdować w sobie wolę do łapania się każdej okazji do poznawania nowego człowieka. Coraz trudniej wykrzesać z siebie determinację do przedzierania się przez puszczę ludzkich małości w poszukiwaniu... Świętego Graala? Coraz częściej odzywa się głos, który jeden nazwie głosem rozsądku, inny - być może głosem zgorzknienia: "Daj sobie z tym spokój. Przecież nic sensownego z tego nie wyjdzie."

Zagaduje do mnie jakiś chłopak. Chciałby się umówić. Zna mnie tylko z branżowego forum. Więc powiedzmy sobie szczerze - nic o mnie nie wie, poza tym, że w jakiejś wirtualnej roli potrafię być fajny. Ale po co mam się spotykać z kimś kto mógłby być moim synem? Co niby z tego miałoby wyniknąć? Brak wspólnych zainteresowań, a różnica wieku pociąga za sobą taką przepaść w postrzeganiu świata, że nawet nie widzę sensu szukania desek i gwoździ, żeby jakikolwiek most nad tą przepaścią budować. Przerabiałem już coś takiego i... Przykre to było.
A, no tak, wiem co chcecie powiedzieć - seksik przecie! Nie dziękuję, wolałbym już chłopaka z agencji - wydałbym (i tak ;-)) pieniądze, ale oszczędził energię i emocje.

czwartek, 11 października 2012

60.Zabierzcie ich ode mnie! Zabierzcie!

Dzieci dzielą się wrażeniami z zastępstwa:

-Pani zrobiła z nami powtórzenie z romantyzmu.
-Pani powiedziała, że Boga nie ma. Kilka razy to mówiła.
-Pani jest głupia.

Mówi się, że nic tak skutecznie nie odstraszy od Kościoła jak głupi ksiądz. Zdaje się, że po drugiej stronie "barykady" jest podobnie: nic tak nie odepchnie od ateizmu jak jego glupia agitatorka.

* * *
Dialog wychowawcy z pedagogiem szkolnym:
-Co się dzieje z twoim Jasiem?
-A co ma się dziać?
-Kowalska mi zgłosiła, że dzieje się z nim coś niedobrego i żebyśmy to zbadali.
-Wiesz, na ile miałem okazję właśnie się przekonać w rozmowie z Kowalską, to raczej z nią dzieje się coś niedobrego i to ją należałoby przebadać.
Bo skarży mi się, że moje dzieciaki do niej przychodzą pochwalić się maskotką i dają jej tę maskotkę w prezencie. A kiedy jej mówię, że przecież w ten sposób wyrażają swoją do niej sympatię i że to słodkie, to macha rękami i peroruje że to nienormalne i że psycholog powinien ich wszystkich zbadać.
-Aha, to ja już rozumiem. Dzięki.

* * *
Opór i protesty na nic się nie zdały (czego zresztą byłem pewien od samego początku) i obcięli nam dodatki motywacyjne. O jakieś 80%. Poza tym w ogóle nie dostaliśmy ich od początku roku. Ale kraj i tak usłyszał, że nauczyciele dostali podwyżki. Netto jestem na tej podwyżce w plecy o kilkaset złotych. Zajebiście.

wtorek, 9 października 2012

59.Przyjemność i absmak

Z negatywów: obserwacja pod każdym względem żenującego i demotywującego widowiska pt. Próba ślubowania pierwszaków. Nagrać w całości jako klip i puszczać w charakterze odpowiedzi na pytanie: Jak u was wygląda praca wychowawcza? Głęboko przygnębiające jest jak dramatycznie szefostwo nie pojmuje na czym polega praca wychowawcza i jak od lat jest ona u nas niszczona. Koleżance dziś wyjątkowo obficie ulała się gorycz na ten temat. I wcale jej się nie dziwię. Pamiętamy szkoły do których chodziliśmy, pamiętamy też tę za poprzedniej dyrekcji, i widzimy jak nisko ta szkoła się stoczyła. 

Mam wrażenie graniczace z pewnością, że mój obniżony nastrój jest w dużym stopniu efektem nie tylko poczucia klęski życia osobistego, ale i porażki życia zawodowego. Pracując w tej placówce biorę udział w demoralizacji i degrengoladzie, które w jakimś stopniu firmuję też własną twarzą i nazwiskiem. To, że staram się dawać z siebie ile się da, nie zmienia faktu, że ten mój (i paru innych osób) wysiłek jest marnowany przez resztę systemu. A system nie do ruszenia. Zmiana pracy nie powiodła się i tkwię w tym..., ekhem, powiedzmy - w tej stresującej sytuacji.

Z pozytywów: dostałem niespodziewany zasiłek dobroczynny, który w połączeniu z rozpruciem świnki pozwolił mi nabyć nowego cyfraka (drugiego w życiu - analogowy jestem). Moja cyfrałpka była jednak już strasznie przestarzała a jakość zdjęć z niej - naprawdę kiepściutka. A teraz - mniamuśne, ślicznościowe cacuszko, z ponad 200-stronicową instrukcją i pierdyliardem funkcji, które próbuję stopniowo ogarnąć. Jak znam siebie, ogarnę mi przydatne, a na resztę machnę ręką. Ma cacany obiektyw, ostry jak żyletka Rawa-Lux, co robi WIUUUUU! pozwalając wypełnić kadr śmietnikiem na przeciwko na ogniskowej przeszło pół metra przy całkiem znośnej jakości pliku. Kompakcik dostał dziś porządne ubranko (z przegródkami, kieszonkami i  przeciwdeszczowym kapturkiem), żeby mógł wygodnie podróżować i nowiutką kartę pamięci, żeby miał gdzie pomieścić fotki, które będziemy robić.

poniedziałek, 8 października 2012

58.Krowa i klerykał

W pracy zimno. Tępo znudzone spojrzenia leniwych głupców demotywują mnie, choć stopniowo znieczulam się na to. A przynajmniej mam taką nadzieję. Bo powinienem się znieczulić - dla swojego dobra. Stanisław Jerzy Lec (właśc. S.J. baron de Tusch Letz) celnie zauważył:

Choćbyś krowie dał kakao, nie wydoisz czekolady.

Nie mam liczących się szans na zmianę podejścia takich ludzi, jeśli z nim już tu przyszli.

Szczerze rozbawiła mnie lista kandydatów na funkcję RPU: "rabin", kretynka i agresywny, przemocowy cham (który w dodatku sam się zgłosił). Gdybym miał ułożyć bardziej egzotyczny w stosunku do zadań zestaw kandydatur to miałbym spore trudności.

Zniesmaczył mnie znajomy, który deklaruje się jako sumiennie praktykujący katolik. Nie tym że praktykuje, oczywiście, ale tym, że jest ograniczonym klerykałem, niezdolnym dostrzec swojej i hierarchów hipokryzji. Nie widzi nic niespójnego w twierdzeniu, że "biskupi muszą stać na straży wiecznych zasad a nie podlizywać się wiernym" i po chwili, że "zmiany w nauczaniu Kościoła  (w historii)  to tylko reinterpretowanie rzeczywistości", a nie zmiana głoszonych nauk. Przypomina mi to mojego dawnego kolegę, który wiele lat temu zagadnięty przeze mnie co sądzi o sprawie antykoncepcji, czy też aborcji, odparł, że "nie ma własnego zdania, czeka co biskupi w tej sprawie powiedzą i on to poprze". Myślałem, że się przewrócę z wrażenia.

Odpychają mnie ludzie tak ograniczeni. Widzę w tym jakiś rodzaj umysłowej gnuśności oraz zastępowanie sumienia i nieuniknionej refleksji nad dobrem i złem bezmyślnym ściąganiem gotowców. Swoje lenistwo i oportunizm podnoszą do rangi religijnej cnoty. Kiedy staną przed Bogiem, jak się przed Nim rozliczą ze swego życia? Ze swoich wyborów? Skoro uciekają przed nimi oddając je w ręce innych.

niedziela, 7 października 2012

57.Napięcie niedzielne

Lekarstwa tak sobie podziałały. Mam wrażenie, że efekt jest powierzchowny. Jutro do pracy, co nie cieszy mnie zupełnie. Na szczęście nie mam jeszcze takich reakcji jak niektóre koleżanki, które w nocy z niedzieli na poniedziałek nie mogą zasnąć, a już od niedzielnego popołudnia chodzą podenerwowane. Robota sama w sobie mocno obciążająca psychicznie, ale najgorsze jest to do czego doprowadziło firmę przez ostatnie lata jej kierownictwo. Nie potrzeba złej woli by firma podupadła, wystarczy rozpaczliwa głupota i ograniczenie - dla systemu nie są to cechy przeszkadzające (o dyskwalifikacji nawet nie wspominając). Co bystrzejsi zorientowali się, że trochę tylko poznawszy myślenie i działanie kierownictwa mogą robić co chcą. Oczywiście - kosztem tego co powinni. Nieliczni pozostali pamiętający firmę z lepszych czasów chodzą sfrustrowani widząc jak bardzo podupadła. Nieliczni zachowujący jeszcze jakiś kręgosłup moralny patrzą zniesmaczeni na śliskich i elastycznych, którzy czują się w tych warunkach jak ryba w wodzie. Niestety, zmiana pracy bez dobrych znajomości jest niemożliwa, branża jest przesycona i do kadr stoją kolejki chętnych, choćby na ułamkowe angaże.

sobota, 6 października 2012

56.Krew z krwi, kość z kości

Rysująca się niewielka poprawa dennego nastroju nieco się podłamała. Rodzinna imprezka wystarczyła. Moja przyjaciółka zauważyła kiedyś, że jest dla niej tajemnicą jakim cudem stałem się taki jakim jestem w tej rodzinie. Dzisiaj miałem przebłyski zrozumienia, czemu tak uważa.

Wkurzył mnie mój siostrzeniec. Arogancki bałwan. Coraz bardziej przypomina swojego ojca. Ta sama arogancka pewność siebie przemieszana z zadufaniem. I jeszcze to podejście do picia i jedzenia. Czy może raczej - podbiegnięcie. No, ale to ma i po rodzicach i po dziadku.

To towarzystwo podniecone nadejściem pory jakiegoś mydlanego serialu, te komentarze na temat postaci i aktorów... Pomyślałem - co ja tu jeszcze robię? Posiedziałem chwilę i wyszedłem.

Tylko mnie z tego wszystkiego głowa rozbolała.

piątek, 5 października 2012

55.Oczekiwanie

Wczorajsze nadzieje, że przeziębienie mija, nieznacznie przywiędły. Tu znów troszkę zabolało, tam znowu się zapchało, ówdzie pociekło. Irytujące. Nie lubię chorować. Niepełnosprawność mnie deprymuje. Dobrze chociaż, że wziąłem te parę dni zwolnienia - obawiam się, że łażenie w taką pogodę nie podziałałoby zbyt dobrze na moje wredne zatoki.

Siedzenie w domu ma ten plus dodatni, że może uda mi się spotkać Pana Kuriera. Liczę na ten cień szansy, że zastuka i odda paczkę, a jeszcze lepiej jak zadzwoni i zaanonsuje swe rychłe przybycie. Bo jakoś nie bardzo mi się uśmiecha w obecnej formie zdrowotnej zasuwać Bóg wie gdzie do jakiegoś Parcel Shopu, czy jak to się tam nazywa, w celu osobistego odbioru. Niezbyt też dogodne jest siedzieć dziś cały dzień w domu, bo choroba chorobą, ale przecież jakieś zakupy trzeba zrobić.

Jeśli mam wybierać: firma kurierska czy poczta, to w ciemno wybieram pocztę. Jest o wiele wygodniejsza. Wiem gdzie są placówki, przy niektórych usługach mogę wybrać do której mają mi przysłać. Paczka leży i czeka, mogę sobie wygodnie zaplanować odbiór. Listonosz (a właściwie paczkonosz) bywa po południu, kiedy wracam z pracy, jeden z nich obłaskawiony napiwkami dzwoni i ustala kiedy przywieźć żeby mi było wygodnie. A kurier?
  • pędzi kiedy chce,
  • mając mój telefon nie próbuje nawet umówić się na obecność w domu, 
  • kłamie że nikogo nie było w domu i  paczka wraca do nadawcy a ja muszę jeszcze raz za to płacić, 
  • nie awizuje,
  • chce paczkę z cenną zawartością zostawiać w warzywniku na rogu (sic!),
  • nie chce mu się podjechać 250 metrów (sic!) i muszę go łapać na skrzyżowaniu,
  • próbuje naciągnąć na wyższą opłatę przy przyjmowaniu paczki wmawiając, że paczka jest na pewno cięższa; tyle że on ją oszacował na jeden rzut oka, a ja zważyłem i spooorooo do progu brakowało.
Dlatego nie lubię firm kurierskich.