Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

niedziela, 30 grudnia 2012

104.Co sprawiło mi przyjemność

Był sobie na pewnym forum taki wątek "Co sprawiło mi przyjemność?". Przypomniał mi się, kiedy kładłem się na kanapie sięgając po lekturę ostatnich dni. 
Niewątpliwą przyjemność sprawia mi kolejny tom sagi "Pieśń Lodu i Ognia" George'a R.R. Martina. W odpowiedzi na namolne nalegania, żebym powiedział co chcę pod choinkę (nie znoszę tego!) zasugerowałem między innymi I tom rzeczonej sagi - "Grę o tron". Myśl żeby sobie to przeczytać, chodziła za mną już od jakiegoś czasu, więc sie złożyło akuratnie.
Muszę przyznać, że czyta mi się to świetnie. Wartka akcja, fajni bohaterowie i nie nachalny humor składają się na przyjemną lekturę. Co bardzo ważne, saga jest długa - siedem tomów po 800-1000 stron, więc prędko się nie skończy, a ja nie lubię wychodzić ze świata który mi się spodobał i w którym się "zanurzylem". Pierwszy tom już machnąłem, teraz zbliżam się do połowy drugiego ("Starcie królów"). 
Do tego randkowanie z dwoma marynarzami*) i można powiedzieć, że ostatnie dni wolnego mijają mi nawet dość przyjemnie.
Myśl o powrocie do pracy... eee... nie cieszy mnie nadmiernie.
___________________________________
*) Kapitan Morgan i bosman Cola. ;-)

piątek, 28 grudnia 2012

103.Podsumowanie?

Niektórzy blogowicze pracowicie podsumowują kończący się właśnie rok 2012. Konformistycznie zaświtało mi czy może też powinienem taki bilans stworzyć, ale szybko myśl ta wyparta została inną: a co ty chcesz bilansować? co tu podsumowywać?
Na swój sposób ciekawym jest, że niejako wbrew zainteresowaniom i wykształceniu, nigdy nie miałem skłonności do większego analizowania przeszłości. Raczej "było, minęło, idziemy dalej" lepiej opisuje moją postawę. Miałbym poważne problemy by tak szczegółowo opisać poszczególne miesiące jak to zrobił kolega Sansenojski [raport 2012 początek]. Oczywiście, istnieje możliwość, że to nie tyle jego skądinąd nader ścisły umysł, ile prowadzenie skrupulatnych dzienników co dzień uzupełnianych ("siusiu, paciorek, wpis i spać") umożliwia mu tak dokładną relację, a ja musiałbym się opierać tylko na coraz bardziej sklerotycznej pamięci, ale nie zmienia to faktu, że moje podsumowanie musiałoby wyglądać nieporówanie bardziej ubogo.

Cóż... jakie życie taki bilans.

Tym co na plan pierwszy we wspomnieniu tego roku powinno się wysunąć, to grzebanie nadziei na odmianę życia. Stopniowo docierało do mnie, że trzeba się pogodzić z rzeczywistością, że byłem, jestem i pozostanę sam. Myśl to nie nowa, gdyż już raz przed wielu laty przyjęta i zaakceptowana, przed kilku laty odrzuconą wróciła ponownie. Tak jak wtedy, zacząłem zwijać się do środka i stronić od ludzi. Pokasowałem konta na portalach - bez najmniejszego żalu, bo niczym nie zaowocowały. Przestałem dawać anonse i odpowiadać na nie - to było jedno długie pasmo przykrych doznań. Zakończyłem działalność na branżowym forum. Z całej mojej aktywności sieciowej został już tylko ten blog. Któregoś dnia i on zniknie, a wraz z nim i ja, bo nowego już raczej nie założę. Można powiedzieć, że ponownie kończę swoje otwarcie na świat i ludzi.

Trudno mi przychodzi kontaktowanie się (we wszelkiej formie) z ludźmi, którym życie osobiste pomyślniej się układa niż mnie. Nie chodzi tu o zazdrość, że mnie skręca z zawiści, iż ktoś ma a ja nie - to uczucie (dzięki Bogu) jest mi obce. Raczej chodzi o to, że głodny nie czuje się dobrze w towarzystwie najedzonego; łatwiej swój ból znosić w samotności, odcinając się od tego co o nim przypomina.

Taki to pozostanie w mej pamięci ten rok.


wtorek, 25 grudnia 2012

102.Świąteczne nastroje chrześcijańskie

Dzień pierwszy, czyli ostatni Świąt już za mną. I Wigilia i I dzień przeszły spokojnie, bez spięć, ale i tak mnie zmęczyły. Głośno mi się powiedziało, że ja pojęcia nie mam skąd ja się wziąłem w tej rodzinie.

Siedzimy przy stole, a obok włączony telewizor i jakieś zwykłe tiwipierdy z niego lecą. Broń Boże wyłączyć!

To wyborne oblatanie ktozkimgdziekiedyjakico, nieważne czy chodzi o jakichś pożal się Boże celebrytów, czy o sąsiadów z naprzeciwka. Niby wiem że jak na polskie standardy rodzinka jest w tej ciekawości nader wstrzemięźliwa, ale i tak wprawia mnie w osłupienie, że można tak się interesować bezużytecznym dla siebie życiem innych obcych ludzi. Patrzę i słucham jakby obcych ludzi...

Te obezwładniające dialogi w rodzaju:

-Mieszkanie Kowalskich jest takie samo jak nasze.
-Jeśli ma inny metraż i inny układ to chyba nie jest takie samo jak...
-Takie samo jest!

***
-A czemu ty tego sobie nie nałożyłaś?
-Bo ja nie jem bigosu.
-Jak to nie jesz? Przecież zawsze jadłaś.
-Nigdy nie jadłam.
-Jak to nigdy? Słyszałeś co ona wygaduje? Przecież zawsze jadła.

***
-Mamo, a ty dodajesz do bigosu wina?
-A po co? To przecież tylko kapusta jest.
Ja: -Bo wina szkoda. W sumie tej kiełbasy i wędzonki też można było nie dodawać. Bo to przecież tylko kapusta jest. 


A dla wszystkich rodzin niewierzących praktykujących
oddających się nastrojowi rodzinnych chrześcijańskich świąt
"Chorał poranny" Brechta
w wykonaniu Kazika Staszewskiego.


poniedziałek, 24 grudnia 2012

101.Szczęśliwych Świąt

Niech te Święta okażą się dla Was czasem spokoju, wytchnienia i radości.
Abyście zaznali ciepła i życzliwości.
I ocalili nadzieję, że będzie dane czego Wam dzisiaj brak.


Господи, мой Боже
зеленоглазый мой
пока земля ещё вертится
и это ей странно самой
пока ещё хватает времени и огня
дай же ты всем по не многу
и не забудь про меня....

Дай же ты всем по немногу
и не забудь про меня...

Bułat Okudżawa, Modlitwa

niedziela, 23 grudnia 2012

100.Mam chłopaka

Temat akurat na jubileuszowego, setnego posta.

W końcu się doczekałem.
Kręciłem się, rozważałem, nie byłem pewien, ale w końcu się udało.
O mały włos nic by z tego nie wyszło, bo został niespodziewany przeniesiony na Wschód.
Specjalnie dla mnie wrócił.
Teraz jest u mnie i mam nadzieję, że zostanie już na zawsze.
My preciousss...














A oto i on:


Czyż nie jest piękny? Aquarius z serii Zodiac manufaktury Royal Copenhagen.

sobota, 22 grudnia 2012

99.Pralinki

Rodzinka już w prezenty obkupiona, z wyjątkiem ojca, któremu postanowiłem dać słodycze. Niestety kupno jakiegoś bardziej konkretnego prezentu dla niego zawsze było koszmarem. Żadnego hobby, żadnych zainteresowań, nic mu nie potrzeba, niczego mu nie kupować, ale od zawsze wiadomo że takie okazje traktuje jak plebiscyt nt. Czy mnie kochają? Nieodmiennie odstawia też to samo minoderyjne przedstawienie pod tytułem jaki to jest zaskoczony, jak to zupełnie nic a nic się nie spodziewał, że i on też dostanie prezent jakikolwiek, że Mikołaj nie powinien wydawać na niego pieniędzy, że NIE TRZEBA BYŁO mu nic kupować... Żałuję, że resztki kindersztuby powstrzymują mnie od palnięcia na to, że "Chyba faktycznie kurwa nie trzeba było!".
Otrzymane prezenty skrzętnie pakuje z powrotem w opakowania firmowe i chowa do szafy. Pomysł, żeby z nich korzystać od razu jawi mu się jako niewyobrażalny nonsens, jakby ktoś zaproponował żeby rowerem latać. Prezenty trzeba schować i cieszyć się myślą że są. Używać lub zjeść? Toż to przecież zmarnować ledwie co pomnożone dobro! Głupi tylko by tak robił. A tatuś przecie swój rozum ma. Więc trzyma na cudowne rozmnożenie... Kiedy to ciuch czy artefakt jakiś to pół biedy - niech leży, gorzej że tak samo traktuje słodycze. Nie muszę chyba dodawać, że takimi drobiazgami jak upływ terminu ważności zupełnie się nie przejmuje. Machnąłem w końcu na to ręką, bo nie zmienię tego. Zje kiedy będzie chciał.

Od równie dawna wiem, że komentuje prezenty jakie on i inni dostają, więc jasnym jest, że i prezent ode mnie też się doczeka recenzji. Ale oficjalnie to oczywiście broń Boże! Podła potwarz i oszczerstwo tak o nim mówić, bo przecież on NIGDY nie komentuje i cieszy się z każdego, a w ogóle to najlepiej mu nic nie kupować, bo on niczego nie potrzebuje. Jasne, a ja jestem reinkarnacją Herodota.

W wyżej wymienionej kwestii na podpowiedzi matki liczyć niestety nie można, bo jej absurdalne rady co też kupić tatusiowi zniechęcają do zadawania takich pytań.

"Przechodząc do adremu" kompletuję właśnie paczkę z łakociami kupnymi i własnej roboty. Mam gotowe czekoladki w dwóch smakach i postanowiłem dorobić jeszcze trzecie, wybierając nań czekoladki wg przepisu Asi z Kwestii Smaku pralinki . O rany, ale super wyszły! Polecam. W sklepie takich pyszności nie dostaniecie.

piątek, 21 grudnia 2012

98.Barszczyk

No i ostatni dzień w pracy już za mną. Na szczęście. Te kilka miesięcy od początku roku szkolnego zleciało wyjątkowo szybko. Wiem, że się powtarzam, bo już o tym pisałem, ale wciąż jestem zdumiony przyśpieszeniem upływu czasu. Z pewnością niezbyt udany plan lekcji, sprawiający że wracam późno do domu, do tego się przyczynił. Ale nie może to być główną przyczyną. Jest nią, jak sądzę, starzenie się i związana z tym zmiana subiektywnej oceny tempa upływu czasu, a ponadto skoncentrowanie się na pracy. Daje ona nie tylko flotę na papu i opłacenie rachunków, ale przede wszystkim odwrócenie i zajęcie uwagi.

Wigilia klasowa udała się nie najgorzej, to znaczy nic nie zdemolowali, oczków sobie prezentami nie wydziubali a sufitu barszczem nie spryskali. W dużym stopniu dlatego, że barszcz poszedł na pracownianego kompa. Mam nadzieję, że nie wlali mi go do monitora, zaś między kartą graficzną a RAMem nie znajdę uszek. Po obejrzeniu moich chłopaków realizujących misję pn. "Operacja: Odgrzewanie barszczu", pojąć  nie mogę jakim cudem mistrzami kuchni są głównie faceci. Za to nie ulega dla mnie wątpliwości, że przed pójściem za parę lat do restauracji, najpierw upewnię się, czy przypadkiem żaden z tych moich wychowanków w niej nie pracuje. Generalnie prezentują filozofię kucharzenia, którą na Demotywatorach nazywa się studencką lub z akademika.


czwartek, 20 grudnia 2012

97.Przedświąteczny finisz

Ostatni tydzień pracy Anno Domini 2012 zwolna (po prawdzie to: zszybka) ma się ku końcowi. Pech chciał, że tak mi się ułożyły treści programowe we wszystkich klasach, że ostatnio miałem festiwal sprawdzianów, kartkówek, popraw i kart pracy. Nie chciałem zostawać z tym na święta, a i dzieciaków nie chciałem trzymać w niepewności, więc się sprężyłem i posprawdzałem wszystko. Tyle że za cenę takiego zużycia umysłowego, że mi kojarzenie wyraźnie już siadało. Pewnie po świętach dowiem się co której cholerze w kwestii klasyfikacji śródrocznej teraz obiecałem...

Końcówka tygodnia w klimacie miejsca. Dziś miałem nadzieję wyjść trochę wcześniej niż zwykle, bo nie chciałem zostawać na "belferskiej wigilii". Już był w ogródku, już witał się z gąską, a tu jeb! W łeb. Dyrekcja uznała że absolutnie nie można kończyć roku tak nijako i trzeba zrobić jeszcze jedną radę. Więc sobie posiedziałem i poczekałem. A że rada płynnie przeszła w "opłatek", to musiałem się salwować błyskawicznym manewrem odwrotowym. Bo ja nie znoszę dzielenia się opłatkiem; z nikim.

A że nieszczęścia chodzą, jak wiadomo, parami, to jutro dostałem zastępstwa. Miałem nadzieję, że sobie trochę odsapnę, a zwłaszcza przypilnuję moje potwory przygotowujące wigilię klasową, a tu - kupa. Mam odbębniać jakieś psu na budę potrzebne zastępstwa, z obcymi uczniami marzącymi o spotkaniu klasowym i odpoczynku a nie o pracy na lekcji w ostatni przedświąteczny dzień.

A w charakterze krzepiącej informacji, żebyśmy do świątecznych stołów zasiedli pełni radości i ufności w nadchodzący rok, dowiedzieliśmy się, że gmina nasza kochana, najjaśniejsza chlebodawczyni nasza w hojności swej niezmiernej zaplanowała nam budżet na rok następny taki, że nie tylko na dodatki do pensji, ale i na same pensje pieniędzy nie ma prawa starczyć.

Kiedyś dostawaliśmy na święta karpiowe, żadne sensacyjne kwoty, ale te 200-300 złotych się przydawało (10-15% pensji - nie w kij dmuchał). Od kilku lat mowy o tym nie ma; od gminy dostajemy tylko redukcję wynagrodzeń. Ale ludek i tak wie, że nauczyciele podwyżki dostają.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

96.Drogi Mikołaju...

...gdybyś zastanawiał się nad prezentami dla mnie, to nie miałbym nic przeciw odkryciu rano takiego widoku:


Pozwolę sobie zauważyć, że nigdy Ci sempiterny nie zawracałem żadnymi listami, więc mógłbyś to docenić i na zaprezentowany zestaw się szarpnąć. Wiem że kryzys, ale nie bądź kutwa. Miej gest!

niedziela, 16 grudnia 2012

95.Zastanawiająca choinka

Cóż za paskudna pogoda. Wczoraj ślisko, dzisiaj błotno. Ciemno, ponuro, bleueee.

Po raz pierwszy od kilku lat wyciągnąłem choinkę. Bombki kupiłem. Sam nie wiem co mnie naszło. Ze świąt się nie cieszę, co najwyżej z kilku dni odpoczynku od pracy. Choć słowo "cieszę" też nie oddaje emocji, bo troszkę się obawiam tego braku dostatecznie absorbującego zajęcia, pozostawiającego mnie sam na sam z myślami, a te specjalnie radosne nie są. Raczej odczuwam zmęczenie perspektywą (bliższą) wymyślania prezentów i (dalszą) dwu dni z rodzinką.

Tak więc dziwna sprawa z tą choinką. Tym bardziej, że krytycznym okiem zerknąwszy na to zielone czupiradło, przyjrzałem się choinkom w markecie i dostrzegłem subtelną różnicę między technologią fabrykacji sztucznych choinek ostatniej dekady wieku XX i początku drugiej dekady wieku XXI. Spostrzeżenie to zaowocowało (czy może zadrzewkowało?) sprawieniem sobie nowej sosnopodobnej choinki, która właśnie została ubrana w światełka i bombki (serduszka i paczuszki prezentowe) i zadaje szyku na stole.

A czemu to wszystko? Nie wiem. Może formą próbuję pokryć pustkę treści? Świąt od dawna nie lubię, ale przez ostatnie lata, kiedy poddałem się złudzeniu że może jednak uda mi się odmienić swoje życie osobiste, nie miałem najmniejszej ochoty wyciągać choinki z szafy. Teraz, kiedy owo złudzenie odchodzi do krainy wiecznych łowów, wyciągam choinkę. 

Kto wie, może coś w tym jest, że sięgamy po symbol i rytuał kiedy odczuwamy jakiś deficyt, aby go sobie nie pokryć (bo mamy go przecież niezaspokojonym), ale zasłonić, zamaskować, by łatwiej się uspokoić samooszukiwaniem, że nie jest tak źle i żyjemy, gorzej czy lepiej, ale w sumie - normalnie. Wypieramy to, że jest to pusty już symbol i przebrzmiały rytuał, skupiając się na eksponowaniu pozytywnych skojarzeń jakie w nas kiedyś budziły. W ten sposób łagodzimy Schmerz des Daseins próbując plastrem przeszłości przykrywać rany teraźniejszości.

Pamiętam ciche, jasne, złote dnie,
Co mie się dzisiaj cudnym zdają snem,
Bo był otwarty raj także i mnie,
Bo był otwarty w dzieciństwie mem.

I czasem myślę, żem ja tylko spał,
Że całe życie moje było snem,
Zbudzę się, raj ten odnajdę com miał
Com miał w dzieciństwie mem!

Kazimierz Przerwa-Tetmajer


piątek, 14 grudnia 2012

94.Cholerni Majowie

Tydzień zleciał, nie wiem kiedy, nie wiem jak. Bzzzt! I właśnie się kończy. 

Końca świata niestety nie było. Przedkolumbijskie dupki pieprzone, tylko człowiekowi nadziei narobili! Nie żeby jakiejś wielkiej, bo pewien rozum nie do końca jeszcze zwapniały mam, ale zawszeć to jakiejś. Gdyby naprawdę był koniec świata to bym z ulgą odetchnął, że wreszcie koniec. Choć obawiałbym się przy tym, czy aby Bozia jakiegoś głupiego numeru z jednak nieśmiertelną duszą nie szykuje.

Z pracy wyszedłem ostatni. Jak zwykle. Ale za to mam dziennik elektroniczny uporządkowany i na bieżąco prowadzony (tzn. zapisy zgodne z papierowym). Ordnung muß sein.

Teraz siedzę sobie i sprawdzam klasówki. Dzięki temu nie sposób mi zarzucić, że w piątkowy wieczór, zamiast imprezować, siedzę w domu sam jak palec i nic nie robię. Otóż, może i siedzę, ale pracuję. Poza tym w moim wieku to już się nie imprezuje, tylko grzeje stare kości przy kominku z garnuszkiem ziółek w garści. 
Tylko nie wiem skąd przez umysł przebiegła myśl, że jak wszystko sprawdzę dzisiaj, to co ja będę robił w sobotę i niedzielę? Z drugiej zaś strony, jak nie sprawdzę teraz, jeszcze rozpędem z tygodnia pracy, to skończę ślęcząc nad tymi klasówkami w niedzielny wieczór (by nie powiedzieć - noc), odsuwając je od siebie przez te dwa dni.

Na forum oświatowym urocza dyskusja dyrektorów szkół o homoseksualistach. Uwielbiam tę odmianę tolerancji, którą można by ująć następująco: mogą sobie być, byle by się nie pokazywali, zwłaszcza MI. I to durne pieprzenie o modzie na bycie homo lub bi. Ci ludzie nie mają pojęcia o czym mówią.

środa, 12 grudnia 2012

93.Zmory za mną

Dwie grudniowo-zawodowe zmory za mną; obie jednego dnia opędzone. Teraz jeszcze tylko przekopanie się przez stosik(i) prac do sprawdzenia, przestawienie mózgu zapierdalającego chomika z trybu "praca, praca, praca!" na tryb "kup te prezenty cymbale!" i będzie można odsapnąć trochę.
O ile zdrowiem dzisiejszego dnia, w tumanach wirujących wirusów i innych zarazków się zaczynającego, nie przypłacę.

Refleksja (moja, rzecz jasna) ze "szkolenia": Prawo oświatowe piszą szkodliwi głupcy, zaś my wszyscy wychowujemy pokolenie maminsynków i ciamajd, intensywnie NIE uczonych brania za siebie odpowiedzialności.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

92.***

Zimno na dworze, zimno w pracy. Trzeba jednak wyciągnąć cieplejszą, zimową kurtałkę, bo w dotychczasowej to mi tak rześkuchno było jak wracałem z roboty, że aż się zabałem że się przeziębię. 
W domu świetnie się sprawdzają moje specjalne papucie z owczej wełenki. Wyglądam w nich dość groteskowo, ale niech się wstydzi ten kto widzi - grunt to ciepło.
Zresztą... nikt nie widzi.

Zmartwiła mnie rysująca się perspektywa ponownej utraty anonimowości na blogu. Trochę szkoda byłoby mi go zamykać, bo nowego już bym chyba nie otwierał. Nie byłoby warto.

Poczytałem sobie różne dobre rady "jak znaleźć faceta". Sam mógłbym takie napisać od ręki. 

Stos prac do sprawdzania a dochodzą kolejne. Wkrótce kolejne "szkolenie".


sobota, 8 grudnia 2012

91.O zagrożeniach jeszcze

Kiedy u nas jest zebranie, zawsze jest i rada. Bardzo pouczające doświadczenie. Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład tego, na którym miejscu listy spraw ważnych są zagrożenia. Nie należy sugerować się tym, że posiedzenie rady jest anonsowane jako "zagrożeniowe". Zagrożenia (oceną niedostateczną) były na końcu.

O wiele ważniejsze  okazały się wnioski z matur próbnych (że mamy je przedstawiać dowiedzieliśmy się po rozpoczęciu rady). Po cóż wcześniej? Przecież wystarczy, że dyrekcja pomyśli że o tym będzie mowa i już to się stanie, tzn. wszyscy powinni wiedzieć.
Naturalnie w praktyce wnioski te niczemu nie służą i mogą być spokojnie powielane z roku na rok, bo nie chodzi o wspólne zastanowienie się nad tym jak i co usprawnić dla poprawy skuteczności nauczania, lecz o to tylko by w protokole znalazł się zapis, żeśmy wnioski wyciągnęli i od teraz dzięki temu będzie lepiej.
Analiza miałaby sens w małym gronie szefów zespołów przedmiotowych plus dyrekcja. Niestety nabycie umiejętności współpracy z podwładnymi i twórcze ich wykorzystywanie jest wciąż w planach.

Ważniejsze od zagrożeń był także instruktaż wypełniania druczków takich i owakich, absolutnie kluczowych z racji tego, że kiedy przychodzi kontrola od władz wyższych to je właśnie sprawdza. Więc cała reszta może (co znaczy "może"?! MUSI!)  poczekać, gdyż nic nie może być ważniejsze od tego, aby w oczach wysokich i pełnomocnych władz wypaść należycie. Bo i te władze - trudno takiego wrażenia się pozbyć - przede wszystkim papiery interesują.

No i na koniec zostało nam trochę czasu, aby się i zagrożeniami zająć. Czasu było akurat tyle, żeby galopkiem po klasach przelecieć, co się błyskawicznie zamieniło w dyktowanie nazwisk zagrożonych. Na dyskusję o poszczególnych przypadkach po paru początkowo robionych klasach - czasu zabrakło.

Moim zdaniem mówienie o "zagrożeniach" jest głupie. Bo to tworzenie atmosfery lękowej: dziecku coś GROZI! Jedynka na półrocze! Gwałtu rety! Co robić?! Co teraz?! Co ludzie powiedzą?!

Gówno grozi.

To tylko informacja, że dzieciak ma z którymś przedmiotem lub jego nauczycielką jakiś problem. Trzeba się temu spokojnie przyjrzeć, zdiagnozować przyczynę i ustalić działania zaradcze. I tyle. Na trzeźwo i spokojnie, a nie na lękowo i rozdmuchująco. Rozsądek i współpraca, zamiast histerii i konfrontacji (szkoła-rodzic, rodzic-dziecko).

Krokiem w dobrym kierunku jest podawanie wszystkich ocen przewidywanych, zamiast skupiania się wyłącznie na możliwych jedynkach. Myśmy ten krok, w niezmierzonej głębi mądrości lokalnej, uczynili wstecz. W sumie nie dziwi, kiedy sobie uświadomić, że cała sprawa "ocen przewidywanych" została zredukowana i jest rozumiana jako wymóg biurokratyczny do odfajkowania że "spełniony" ijako dupochron nauczyciela, żeby mógł jedynkę w klasyfikacji postawić, bo bez uprzedniego zagrożenia mu nie wolno.
Jak zwykle tryumf biurokratów nad pedagogami.


piątek, 7 grudnia 2012

90.Moje mysie

Dzień zapieprzu na szczęście już za mną. 12 godzin pracy w pracy bez przerwy. Lekcje, rada, zebranie. Na przerwach było tyle do zrobienia, że nie miałem kiedy tematów i obecności do dziennika elektronicznego wpisywać. Żadnego okienka. Między lekcjami a radą była godzinna przerwa, w której miałem nadzieję odsapnąć i coś zjeść. A guzik! Na papierkowej i innej robocie mi zeszło tyle, że ani się obejrzałem jak się rada zaczęła. Na radzie jak zwykle ględzenie bez ład, składu i leitmotivu, a przede wszystkim z obcą mi hierarchią ważności spraw. Prosto z rady na zebranie swojej klasy. Jeszcze "moi" rodzice nie skończyli ze mną rozmawiać, a już do sali się wdzierały pierwsze obce mamcie. Ostatnią pożegnałem przed dziewiątą. Już kiedy wychodziła poczułem że moja biedna głowa dotąd trzymana w całości poczuciem zadania i obowiązku, zaczyna się rozłazić i rozlatywać we wszystkich kierunkach. Wróciwszy do domciu, po wannie, padłem do łóżka parę godzin przed normalną (niestety) porą snu. Przespałem (prawie bez przerw) osiem godzin, żeby stwierdzić że jestem jak sflaczała dętka. Wróciłem do łóżka na jeszcze pół godziny, które przedrzemałem i dopiero wtedy nadawałem się jako tako do zatelepania swoich zwłok do pracy. Wróciłem z niej z bólem głowy.
Lodzio-miodzio, normalnie...

Za to moje cholery dzisiaj były jak mysie na lekcji. Cisza, spokój... mój Boże... jak nie oni! Rozdał bym im cukierki, gdybym wiedział wcześniej. A przecież ja tylko ich rodzicom na zebraniu opisałem zaledwie parę co barwniejszych scenek z ich udziałem. Część rodziców siedziała z ponurymi minami, część uśmiechała się zażenowana, ale zdaje się że większość opieprzyła swoje latorośle i to skutecznie. Ciekaw jestem na jak długo tego oddziaływania rodzicielskiego starczy. Z doświadczenia wiem, że nie jest to paliwo zbyt energetyczne i starcza na krótko. Jak dociągną do świąt to byłaby rewelacja i sensacja. 


środa, 5 grudnia 2012

89.Zagrożenia - jedynką i szlagtrafem

Za pasem zebranie "zagrożeniowe", więc ludzie chodzą podenerwowani i zmęczeni. Dzieciaki sobie przypominają o zaliczeniach, o dawno minionych sprawdzianach, solidnie już pokrytych kurzem, z których chciałyby (okazuje się) mieć lepszą ocenę. Albo w ogóle mieć ocenę. Robisz poprawę, kinderpotwór oddaje ci kartkę, myślisz, że chociaż tego masz z głowy, a tu słyszysz: "Proszę pana, a kiedy ja to mogę jeszcze raz napisać, bo ja dotąd nie pisałam i to jest mój pierwszy raz, więc mi przysługuje jeszcze drugi termin!".

Patrzysz innemu w oceny, kalkulujesz, że jak napisze najbliższą pracę, to może uda mu się wykaraskać z tego zastępu jedynek, a na przerwie przed tą lekcją słyszysz: "Ja nie będę tego dzisiaj pisać, bo ja mam jazdy." I w tym momencie czujesz że twoja żuchwa też ma jazdy, próbując zatrzymać formułujący się płynnym spontanem niedyplomatyczny komentarz na temat takiego podejścia do nauki.

Zastanawiasz się w końcu, czemu się czepiasz uczniów, skoro w dzień upływu terminu wystawiania (jak od lat) ocen przewidywanych (na półrocze), dyrekcja z radośnie bezrefleksyjną nonszalancją oznajmia, że nie trzeba wszystkich przewidywanych, tylko same zagrożenia wpisać. Oczywiście myśl, że coś takiego należałoby ogłosić w formie zarządzenia, lub chociaż komunikatu na tablicy w pokoju, nie została poczęta. Przecież, zdaniem dyrekcji, w zupełności wystarczy powiedzieć to w pokoju nauczycielskim do tych paru osób, które akurat się w nim znajdowały, a reszta się naturalnie dowie. Najważniejsza jest krzepiąca świadomość dyrektora, że powiedział. Nadał komunikat. Więc się samo przez się rozumie, że komunikat musiał zostać odebrany. Jakie to proste, prawda? 
Rozbraja ta niezachwianie trwająca od lat wiara w magiczną moc sprawczą własnych słów. Tylko czy nie można było tego ogłosić wcześniej? Żeby ludzie czasu i nerwów nie tracili sprężając się ze sprawdzaniem prac i miotaniem w poszukiwaniu dzienników? Żeby wychowawcy nie musieli chodzić za nauczycielami, by ci powpisywali im co trzeba gdzie trzeba? Ale to wymagałoby pomyślunku i szacunku dla drugiego człowieka, a to sztuka zbyt wielka.

sobota, 1 grudnia 2012

88.Papużka

Z niejakim zaskoczeniem zdałem sobie sprawę z tego, że właśnie skończył się listopad. Sam nie wiem kiedy minął. Skupienie na pracy, rutynowych obowiązkach i odpędzaniu smutku zaabsorbowało mnie, jak widać, zupełnie. Kiedyś, dawno temu, tak w okolicach górnej kredy, kiedy byłem nastolatkiem "miesiąc" to był szmat czasu. A teraz? Mija nie zauważony. Ale może to i lepiej...

Pojechałem na targi książki historycznej. Dawniej bywałem już pierwszego dnia, ale w tym tygodniu było tyle roboty w pracy, że ani w czwartek, ani w piątek nie było mowy o wizycie. A trzeciego dnia to już, mam wrażenie, oferta nieco przetrzebiona. Jakoś bez entuzjazmu zrobiłem zakupy. Nowości i pozycji z kategorii "Ooo! Muszę to mieć!" było co kot napłakał. Dawniej brakowało mi pieniędzy na kupno wszystkiego na co miałem ochotę, a dziś wydałem ledwie połowę tego co na zakupy odłożyłem. Oprócz książek kupiłem kolorowe grafiki z napoleonikami - będą akuratne na koniec roku na nagrody w szkolnym konkursie, który prowadzę. Radę rodziców naciągnie się na ramki i passe-partout, oprawię i będzie efektownie (oprócz tego, rzecz jasna, będą książki).

Dla ciała zaś kupiłem sobie kinderniespodziankę (pierwszą w życiu). W środku była zabawna papużka kosmonauta. Stoi teraz pod monitorem i wygląda zza trzymanego termometru. To takie ożywiające, kiedy w życiu pojawia się ktoś nowy.