Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

środa, 31 sierpnia 2016

516.Kocioł

Pięciogodzinna mordęga ze stadem nieznośnych bab. Hałaśliwe, skupione na sobie, bez pojęcia o przepisach prawa, nakręcane różnymi lękami odbierającymi zdolność myślenia i czytania ze zrozumieniem, uparte jak oślice, elastyczne jak płyta pancerna, nie pokazujące się w fazie przygotowania projektu, ale pierwsze do gmerania wedle swego widzimisię przy jego przedstawieniu i przyjęciu, nie zniżające się do uzasadnienia swojego zdania - ma tak być, bo tak.

I Emuś, który chce żeby mu złożyć szafkę, ale już dwa razy kiedy zadzwoniłem z propozycją, że mogę przyjechać, to mu nie pasowało, bo miał inne plany, bynajmniej nie zawodowe. Wydawało mi się, że jak ja komuś wyświadczam przysługę, to raczej on się do mnie powinien dostosować, a nie ja - kołatać, suplikować i wyczekiwać, żeby mu było najwygodniej.

A tu się rok jeszcze nawet na dobre nie zaczął.

wtorek, 30 sierpnia 2016

515.Pchajmy!

Rada pedagogiczna, uwzględniając możliwości edukacyjne ucznia, może jeden raz w ciągu danego etapu edukacyjnego promować do klasy programowo wyższej, (...) ucznia, który nie zdał egzaminu poprawkowego z jednych obowiązkowych zajęć edukacyjnych albo zajęć z języka mniejszości narodowej, mniejszości etnicznej lub języka regionalnego, pod warunkiem że te zajęcia są realizowane w klasie programowo wyższej(...).

Art. 44m ust. 6. Ustawy o systemie oświaty.

No to do dzieła i pchamy! :-(

sobota, 27 sierpnia 2016

514.W Nowej Zelandii i Ameryce Południowej...

...prawie byłem. To jest poczułem się jakbym był, dzięki zetknięciu się z okazami ichniej fauny - kiwi i leniwcami. Na poprawkach, znaczy, siedziałem. Masakra. 3/4 oblało i to w stylu klęski totalnej. Dyrekcja nie wytrzymała i wygarnęła, że się w ogóle nie uczyli i nie przygotowali, bo nie mają najbledszego pojęcia o najgłośniejszych, najważniejszych zdarzeniach z naszej historii. Zmilczała, rzecz jasna, o drugim powodzie porażki - braku pomyślunku i niezdolności do jakiejkolwiek improwizacji, oraz skorzystania z tzw. naprowadzania komisji. Cóż, od biedy można jeszcze uczniowi wytknąć lenistwo, ale nie do pomyślenia jest wskazać głośno, że jest po prostu tępy. Tu działa jakaś swoista poprawność edupolityczna, która nie pozwala postawić takiej diagnozy. 

Z jednej strony system oświaty nie przyjmuje do wiadomości czegoś takiego jak uczeń tak mało inteligentny, że praktycznie niewyuczalny, o ile nie ma orzeczenia o niepełnosprawności intelektualnej. Podstawę programową mają opanować wszyscy uczniowie (bez orzeczeń). Pewna psycholog kiedyś mi rzekła "Wiesz... czasem widzisz że dziecko na pograniczu normy, ale pisze się: że dziecko w normie". "Pogranicze" - pytanie tylko po której stronie tej granicy... Cóż, podstawę programową stworzyła władza i eksperci, więc musi być super, bo władza ma rację, gdyż jest władzą. W praktyce, ostatnia podstawa jest wyraźnie napisana pod młodzież z najlepszych szkół; to co przychodzi do średniaków i gorszych - nie jest w stanie tego opanować. To jednak do Olimpu w Alei Szucha nie może z zasady dotrzeć.

Z drugiej strony my, nauczyciele, mamy pewne zahamowania powstrzymujące nas przed powiedzeniem rodzicom, że ich dziecko jest tak mało zdolne, że nie jest w stanie się tego nauczyć. Po części z syndromu Siłaczki - porażka nie mieści się w etosie nauczyciela. Po części z braku asertywności. Po części z pewnej obawy, jak ów zarzut tępoty uzasadnić i obronić w razie konfliktu, bo kuratorium nas nauczyło czego się po nich możemy wówczas spodziewać. Wreszcie last but not least z życzliwości i sympatii dla młodego człowieka, bo nawet w wypalonych do cna belfrach gdzieś tam się jej resztka tli.

czwartek, 25 sierpnia 2016

513.Zapomniana rocznica

O matulu! Dziś minęła 6. rocznica mojego blogowania! Gdyby nie hamletyzowanie kolegi Sansenojskiego, to bym w ogóle nie pomyślał o tym, kiedy mi się zaczęła ta grafomania. Kawał czasu... Blog jak Rzym - dwa były, ten trzeci, a czwartego nie będzie.

środa, 24 sierpnia 2016

512.Powrót na tratwę

Pierwszy dzień w pracy po urlopie. Koszmar. Po powrocie do domu jestem jak rozbity, nie umiem sobie miejsca znaleźć. Ścięła mnie drzemka, co nie jest dobrym objawem, bo w dzień śpię tylko jak jestem poważnie chory. Nie wiem co z sobą zrobić, nawet nie tyle nosi mnie, ile czuję się jak spadnięty z księżyca i zdezorientowany. Kark mnie boli. Na tratwie Meduzy kosmiczny bałagan plus nowe "kwiatki", poprawkowicze zieloni jak szczypiorki. Dobry Boże, mam tam wrócić na kolejny rok!

niedziela, 21 sierpnia 2016

511.Szafowanie

Jak wyszedłem w południe, tak wróciłem o dziesiątej w nocy. Przerwa na odpoczynek była jedna, kiedy musiałem wyskoczyć do marketu po wkręty i kołki, gdyż te które miałem okazały się nieodpowiednie. Była kupa mordęgi z poziomowaniem i pionowaniem szafy na straszliwie koślawej podłodze; nie sądziłem że może być tak pokoślawiona podłoga. Tak to jest z wykończeniówką - jak jeden majster odwali fuszerkę, to potem wszyscy po nim mają problem robiąc cokolwiek na tym elemencie. Szafa była dość skomplikowana z racji przesuwnych drzwi, których dotąd nie składałem. Jednak wydaje się, że chyba wszystko dobrze wyszło - szafa stoi, drzwi wyregulowane, całe wyposażenie wnętrza zamontowane, wygląda to bardzo dobrze, eMuś zadowolony. Szanowny inwestor przyznał, że nie spodziewał się, że montaż mebli wymaga tyle zachodu. Jak do wałka malarskiego się rwał, tak do śrubokręta już nie tak bardzo - ilość i skomplikowanie elementów chyba go nieco przeraziło. Zdaje się, że urosłem trochę w jego oczach. Choć i tak tylko szybki unik uchronił go od oberwania po łepetynie japonkiem, kiedy wyraził refleksję, jak to dobrze że zdecydował się na te lustrzane drzwi, choć ja mu radziłem inne. Bo to ja mu od początku trułem, żeby nie brał drzwi pełnych lub z matowym szkłem, tylko z lustrem, które mu zmniejszy i optycznie zgubi tę wielką skrzynię szafy w pomieszczeniu.
Zostało jeszcze zamontowanie hamulców drzwi, których nie dało się zamontować, bo Ikea spartaczyła i dała za krótkie śruby mocujące, które nie sięgają do nakrętek. Muszę poszukać odpowiednich i wrócić by dokończyć robotę. Poza tym będzie jeszcze tam parę robótek wnętrzarskich do uskutecznienia, ale malutkich w porównaniu ze zmaganiami podłogowo-szafowymi.

Dziś wciąż czuję "w starych kościach" (w rzeczywistości w mięśniach) wczorajszy wysiłek - odwykłem od takiego. Kiedy spakowałem narzędzia i eMuś dźwignął plecak, to tylko stęknął (ja go niosłem; plecak znaczy, nie eMusia).

piątek, 19 sierpnia 2016

510.Malowanie i skręcanie, ruch magnetyczny...

Wczoraj była nauka malowania ścienno-wałkowego. EMuś bardzo się do nauki zapalił i dziarsko zasuwał wałkiem uzyskując bardzo dobre efekty. Powie ktoś, że to żadna filozofia - malowanie wałkiem ściany, ale są przecież prawdziwe antytalencia manualne. EMuś w każdym razie pomalował ścianę tak, że ja bym raczej nie zrobił tego lepiej. Co rzecz jasna tyle świadczy o jego, co o moich zdolnościach.
Dziś chyba jego zapał przygasł, kiedy przyszło do składania mebli, których góra paczek urosła na środku pokoju. Na początku było prosto - wbijanie kołków, wkręcanie śrub, ale wkrótce zaczęły się schody i mina inwestora zrzedła nieco. Wyraził to smętną refleksją: Bo ja to patrzę tylko żeby było ładnie, a ty patrzysz żeby było dobrze technicznie. Zważywszy, że pamiętałem jeszcze rozmowy sprzed kilkudziesięciu minut - kilkunastu godzin, kiedy perswadowałem mu niezbyt szczęśliwe estetycznie pomysły, nie wytrzymałem i skorygowałem: Ja  patrzę żeby było i ładnie i dobrze technicznie.
Robotę trzeba było pod wieczór przerwać, bo trafiliśmy na poważne utrudnienia i musiałem wrócić do domu, żeby przygotować materiały do ich pokonania. Jutro będzie ciąg dalszy i mam nadzieję - finał, czyli wszystkie meble będą gotowe do użytku na swoich miejscach.

Zauważyłem pracując z eMusiem, że kiedy mam chętnego ucznia, to dzielenie się swoją wiedzą i umiejętnościami sprawia mi przyjemność. Podobnej zaznaję, kiedy widzę jak dzięki mnie z powodzeniem opanowuje czynności wcześniej sobie obce.

To tylko potwierdza, że prawdziwym moim problemem zawodowym nie jest to, że straciłem serce do nauczania, lecz to, że tak zabójczo frustrują i zatruwają mnie niechętni do nauki uczniowie, gnuśni i lekceważący.

Przykro mi się tylko zrobiło, kiedy kolejny dzień eMuś wciskał mi pieniądze jako zapłatę za moją pomoc. Mówię mu wprost, że jest to dla mnie obraźliwe i przykre, ale on jakby tego nie słyszał,  a na pewno nie przyjmował do wiadomości. Mam chęć i możliwość to pomagam. Pomagam bo ja chcę, to mój autonomiczny wybór. Akurat znajduję w tym jakąś przyjemność i satysfakcję. A ten wjeżdża w to z pieniędzmi! :-(

wtorek, 16 sierpnia 2016

509.Konsilierka

Już tylko tydzień urlopu - nie powiem żeby mnie to nastrajało pozytywnie. Perspektywa powrotu do pracy jawi mi się dość koszmarnie, o czym m.in. świadczą nieprzyjemne sny. Można by rzec, że podświadomość wrzeszczy rozpaczliwie: "Nie idź tam idioto! Nie idź!"

Dziś rankiem niespodzianka - zadzwonił M.: "Mam do ciebie prośbę..." A to ci niespodzianka! Doszedł do wniosku, że wobec widocznego końca urlopu, jednak weźmie się za przemeblowanie i potrzebuje mojej rady i pomocy. Dobrze, pojechałem. Najpierw była prezentacja zamysłów. Potem jazda do Ikei i do budmarketu. Jak wyszedłem z domu o 10-tej, tak wróciłem w pół do ósmej, z prywaty po drodze zaliczając jedynie pocztę. 
Ciężka orka, bo eMuś zalicza się do tej samej grupy co mój ojciec i (zwłaszcza) moja siostra, tzn. zażądaną przez się poradę traktuje prawie jak atak wymagający niezwłocznego odparcia. Wprawdzie moja Schwester jest w tym ekstraklasą, zaś eMuś to tylko rezerwy okręgówki, ale i tak konsilierowanie mu to dość trudna misja, wymagająca mobilizacji wszystkich zasobów zręczności i dyplomacji. Czeka mnie jeszcze uczenie go malowania ściany, oraz zmontowanie zamówionych przezeń mebli (ale to już nie uczenie, lecz własne wykonanie).
Jak wróciłem, to mi się jakoś tak trochę smutno zrobiło. Tradycyjnie, można by rzec.

Odkryłem osobliwą prawidłowość - z każdym kolejnym drinkiem zmienia mi się proporcja lanych składników na korzyść alkoholu. :-o

niedziela, 7 sierpnia 2016

508.O naszym nacjonalizmie

Z głębokim smutkiem patrzę na odżywanie u nas demona nacjonalizmu. Celowo nie napisałem odradzanie się, gdyż on nigdy nie umarł, jedynie przycupnął sobie w kącie, czekając na okazję do powrotu. Dlaczego demona? Ponieważ jest to zjawisko szkodliwe i zabójcze przede wszystkim dla nas - Polaków. Może się to wydać komuś dziwne - jak to? przecież nacjonalizm polski głosi wielkość i chwałę narodu polskiego! 

No własnie - głosi, lecz tylko werbalnie, bo w działaniach swych jest śmiertelnym zagrożeniem. Cała jego energia jest skierowana nie na budowanie i pomnażanie sił narodu, lecz na eliminację tego, co uznaje za szkodliwe. Tak jak nacjonalizm zachodnioeuropejski jest (był?) nastawiony raczej na przyciąganie i wzmacnianie wspólnoty, tak nasz, wschodnioeuropejski skupia się na usuwaniu tych, których uznaje za elementy niepożądane. Wystarczy popatrzeć na działania grup nacjonalistycznych - dominuje frazeologia i praktyka wojny, a nie współpracy. Przy najlepszej dobrej woli trudno wskazać praktyczne działania nacjonalistów pomnażające nasz potencjał, za to znacznie łatwiej powiedzieć - kogo nie lubią i kogo chcieli by się pozbyć. Zamiast przyciągać do szeregów narodowych - odpychają. Zamiast pomnażać - przerzedzają. Do tego w istocie sprowadza się istota programu nacjonalistycznego: szukanie wroga, dążenie do jego usunięcia z przestrzeni publicznej i zakładanie jako oczywistości, że po pozbyciu się tego wroga wszystkim Polakom będzie lepiej. 

To ostatnie jest traktowane jako coś tak oczywistego, że nie wymaga ani uzasadnienia, ani nawet werbalizacji - pozbycie się wroga ma automatycznie rozwiązać wszystkie istotne problemy. Doświadczenia ludzkości podpowiadają, że to nie takie proste i taka recepta jest fałszem. Tym niemniej nie widać żadnej recepty rezerwowej, co skłaniać musi do obawy, że powtórzy się mechanizm znany z rewolucji i systemów totalitarnych, czyli szukanie kolejnego wroga, na którego będzie można zwalić winę za wciąż nierozwiązane problemy i brak sukcesu "narodowej władzy". Sama logika filozofii objaśniania złożoności świata jedną przyczyną, wymusza wieczne istnienie tej przyczyny. W społeczeństwie niechętnym dogłębnej analizie otoczenia takie uproszczenie ma duży potencjał trwania. Zamiast racjonalności oferuje się magiczność i można liczyć na długą władzę. 

Nasz społeczeństwo cechuje właśnie znaczny stopień infantylności wyrażający się w niechęci do dogłębnego rozumowania i skłonność do powodowania się emocjami, choćby najbardziej chwilowymi, niż rozumem. Życie z dnia na dzień, bez rozsądnego planowania przyszłości jest również przejawem tej postawy. Również w drugą stronę osi czasu to działa - nie interesuje nas historia jako dostarczycielka informacji o skutkach określonych działań (a więc ostrzeżeń), lecz co najwyżej jako źródło zabawy i doraźnego pokrzepienia wyrwanymi z kontekstu opowiastkami.

Mając powyższe na uwadze, możemy łatwiej pojąć, jak ludzie mieniący się polskimi patriotami, działaczami narodu polskiego mogą z takim sentymentem traktować nazizm, nieustannie sięgając po jego formy, treści i bohaterów (np. choćby niedawna sprawa z Degrellem w awatarze rzecznika narodowców). Przecież wydawać by się mogło logicznym powinno być potępienie ruchu, który za jeden z istotnych, realizowanych celów postawił sobie zniszczenie naszego narodu. Dla każdego rozumnego człowieka powinna być tu dobitnie widoczna sprzeczność fundamentalna: jedni chcieli zlikwidować nasz naród, drudzy pracę dla jego dobra czynią rdzeniem swego życia - tu nie ma i nie może być jakiegokolwiek wspólnego mianownika. A jednak wyjaśnienie jest proste. Obie grupy mają bardzo mocną wspólną płaszczyznę, na której może się sentyment i podziw dla nazizmu rozwijać. Jest nią wyżej przytoczone przekonanie o tym, że wystarczającym kluczem do rozwiązania problemów (oficjalnie) oraz przejęcia i sprawowania władzy (w rzeczywistości) jest wskazanie grupy będącej kozłem ofiarnym. Do tego dodać trzeba przyznanie sobie prawa do stosowania nieograniczonej przemocy. Tu się spotykają naziści i nasi narodowcy.

Tragedią polskiego ruchu narodowego i co za tym idzie naszego społeczeństwa jest to, że ludzie ci nie pojmują, że prawdziwe, najgłębsze zło nazizmu polegało na uznaniu, że można głosić i praktykować rozwiązywanie problemów społeczeństwa przez eksterminację różnych jego części. To oznacza wypuszczenie i zalegitymizowanie demona, który może zniszczyć każdego; widać to w mikroskali np. w Wielkiej Rewolucji Francuskiej (Wielki Terror). Tymczasem nasi narodowcy zdają się uważać, że zło nie polega na eliminacji (nawet zupełnej) ludzi, tylko na tym że to nie oni ją stosują.

Wielu ludzi popiera narodowców, którzy dzisiaj występują przeciw muzułmanom i Ukraińcom. Nie myśli jednak o jutrze - kogo narodowcy jutro uznają za wroga? Jak daleko się posuną w eliminacji? Tylko z przestrzeni publicznej? Czy może z wolności? A może z życia? Jeśli ktoś sądzi, że posuwam się za daleko i oskarżam bezpodstawnie, niech się zastanowi ilu Niemców wiosną 1933 r. zareagowałoby obawą, gdyby te pytania postawiono pod adresem ludzi świeżo upieczonego kanclerza Hitlera? Krematoria Auschwitz w 1933 r.? Toż to byłby absurd, potwarz i fantastyczne lewackie wymysły.

No właśnie - lewackie. Człowiekowi rozumnemu powinno dać do myślenia, jak dzisiaj używane są słowa lewak i lewacki. Funkcjonują one jako uniwersalne epitety mogące pomieścić wszystko - wszelkie postawy, wartości, treści i zachowania, które nie podobają się piszącemu z pozycji tzw. narodowych. Co istotne, epitety te nie wymagają żadnych uzasadnień, ani objaśnień, żadnego wysiłku intelektualnego ze strony piszącego. Są uniwersalną identyfikacją wroga. Co jeszcze ważniejsze - są zbiorem otwartym, do którego można wrzucić każdego; klasyfikacją nie przewidującą możliwości obrony. Lekkomyślność naszego społeczeństwa powstrzymuje wielu ludzi przed zadaniem sobie pytania: A jak mnie tam kiedyś zaliczą? A zwłaszcza - przed trzeźwą odpowiedzią na to pytanie.

Wreszcie warto zauważyć, że koncepcja naszych narodowców prowadzi de facto do konfliktów z naszymi sąsiadami, zgodnie zresztą z zabójczą tezą Dmowskiego, że naszymi ówczesnymi wrogami były nie państwa, lecz narody. Problem polega na tym, że jesteśmy wymierającym narodem, otoczonym przez narody liczniejsze i w przeszłości agresywne aż do ludobójstwa. Rozsądek podpowiada, że powinniśmy być zainteresowani przeniesieniem wzajemnych stosunków jak najdalej od płaszczyzny konfliktu, na płaszczyznę współpracy; wygnać demona wojny, zamiast go podkarmiać, bo kiedyś nas może pochłonąć. Dlatego uważam filozofię polskich narodowców za zabójczą dla naszego narodu - ona może nam przynieść zagładę, której przecież ledwie uniknęliśmy w połowie XX wieku.

środa, 3 sierpnia 2016

507.Zaksiążkowywanie

Prace remontowo-budowlane w zasadzie dobiegły końca. Regały już stoją, zmontowane i przykręcone do ściany. Teraz trwa ich zaksiążkowywanie, które jest dość skomplikowanym procesem, z uwagi na dwie kwestie: trzeba książki posegregować w jakiś funkcjonalny układ uwzględniający wielkość nowych regałów, a ponadto trzeba te książki segregować z kilku miejsc (regały, podłoga). A że jest tego ponad 18 metrów bieżących półek, to jest z tym trochę roboty. Na razie inwestycja pozostanie rozgrzebaną, bo nie mam jeszcze do nich drzwiczek, które dopiero nadadzą stosowny sznyt całości. Księgowy we mnie walczy z wnętrzarzem; na razie księgowy nie daje się.

Drugą noc z rzędu męczą mnie i budzą o świcie nader nieprzyjemne koszmary - z gatunku horrorowo-demonicznego. Sam nie wiem skąd się to wzięło - czy stoją za tym wyziewy formaldehydów z regałów czy widmo nieodległego powrotu do pracy.