Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

czwartek, 13 sierpnia 2020

1139.Cold bitch

Trzeba się było wybrać na daleki wschód za Wisłę, do osiedli zwanych z uprzejmości Warszawą.😉 Celem podróży było odprawienie rytuałów akustyczno-medycznych. Roztropnie wziąłem dodatkowy przyodziewek, pomny tego jak wymarzłem tam kiedyś. I tak zresztą zimny nawiew w środku dudniącej tubki był nieprzyjemny. Personel jak zawsze - sprawny i sympatyczny; widać tu od lat rękę szefa. W tubce koncentracja na niemyśleniu że jestem  w niej tak ciasno zapakowany zadziałała bez zarzutu, garda ani na chwilę nie odpadła, choć potem pomyślałem, że nie zaszkodziłoby może gdybym troszkę mniej płytko oddychał. Gdy pani mi zmierzyła temperaturę pomyślałem sobie, że o ile to iż hot boyem nigdy nie byłem więc tym bardziej nie jestem, to truizm, o tyle temperatura 36,1 stopnia mogłaby ucieszyć moich niegodziwych wrogów (których wszak nie mam), jako (rzekomy) dowód na to, żem cold bitch.😉

Po wyjściu postanowiłem zrobić sobie mały spacer (nie sprawdzałem wcześniej ile do mojej chałupy, poza tym, że to daleko jak cholera). Przedzierając się przez dzikie i na wpół cywilizowane osiedla przypuszczalnie ludzi, doszedłem  końcu w sąsiedztwo Teatru Powszechnego, gdzie zdecydowałem się jednak na podwózkę tramwajową; przede wszystkim dlatego, że trasa stamtąd do Wisły i przez Wisłę jest nudna, a od Wisły do mojej chałupy - zbyt dobrze znana, żebym odnalazł w tym jakąś przyjemność. Poza tym musiałem po drodze zrobić małe zakupy, co psuło (zaburzało) finał "czystego" spaceru. Co by nie było, to od medycznego centrum do tramwaju w równiutko półtorej godziny przeszedłem 7,2 km. Plus wcześniej w sumie 2 km na dojścia w kierunku "tam".

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

1138.Oj, nie zrażajmy!

W latach 1830-31 toczyliśmy przeciw Rosji powstanie listopadowe. Zdecydowana większość ludności polskojęzycznej w istocie miała je głęboko w dupie, ale tę kwestię pomijamy, zastępując ogólnym stwierdzeniem "Polacy walczyli o wolność". Charakterystyczną cechą powstania było odsunięcie na bok radykałów i przejęcie władzy przez konserwatywne elity, które przyjęły osobliwą strategię prowadzenia walk, którą można by ująć następująco: 
"Walczmy z Rosjanami, ale tak, żeby nie zdenerwować cara. Bo my się chcemy z nim porozumieć, żeby zaakceptował naszą emancypację. On wprawdzie mówi, że nas nienawidzi, ale nie łapmy za słówka, to na pewno rozsądny człowiek i się z nami dogada, czyli nam da swobody. Czyli walczmy, atakujmy wojska carskie, ale tak z umiarem, żeby nie wyszło na to, żeśmy cara ośmieszyli roznosząc jego oddziały, żeby car się nie wściekł, żeśmy mu np. gwardię dowodzoną przez brata zaskoczyli i zniszczyli. Walczymy, ale nie przypieramy do muru i nie stawiamy w złym świetle. Bo car na pewno jest gdzieś tam dla nas łaskawy i jak będzie musiał to się zgodzi na to czego oczekujemy, ale to "musiał", to tak bez przypierania do muru, bo wtedy się nie zgodzi." 
Maniera przyjęta w naszej historiografii nie pozwala nazywać różnych poczynań przodków po imieniu; przytoczonej strategii władz powstańczych nie określamy więc mianem kretyńskiej, choć w pełni na to zasługuje. A szkoda, bo to część szerszego u nas zjawiska.

Dziedzic znęca się nad chłopami, nawet zatłuc na śmierć zdarza mu się, ale sprzeciwić mu się? Ubić skurwiesyna po  kryjomu? Eee, nie no... Trzeba nieść ten krzyż swój... poza tym ten dziedzic i nie taki najgorszy, inni to dopiero wyprawiają...

Tatuś bije mamusię, ale nie można iść z tym na policję, bo przecież poza tym to kocha, nie pije, na dom daje. Tylko czasem tak mu się zdarza, bo zły dzień ma. Nie jego wina przecież.

Kowalski terroryzuje psychicznie rodzinę, idą za nim jak zastraszone cienie, ale nie można zawiadomić kogokolwiek, bo to przecież taka porządna rodzina, "dzień dobry" mówią i w domu zawsze cisza i schludnie. No i zaraz "kapuś" powiedzą. Nie nasza sprawa.

Ksiądz łamie kodeks karny, dziesięć przykazań i Ewangelie, ale przecież nie taki zupełnie zły, dzwonnice odnowił i taki energiczny jest, gospodarz w parafii dobry, więc nie narzekajcie tak na niego, bo gorszy się może trafić. No i przecież to ksiądz - sługa Boży.

Biskup tuszuje przestępstwa, pomaga przestępcom seksualnym i... jak to tak - do prokuratury go wzywać? postępowanie karne przeciw niemu wszczynać?! przecież to biskup!

Wójt kradnie, kłamie, rodziną i znajomkami obsadza co się da, ale no nie taki on najgorszy, i jak to tak - pójść na referendum i odwołać? Eee, nie, no jakoś tak, lepiej nie. Z władzą lepiej nie zadzierać.

Jesteśmy z tym tak oswojeni, że nawet nie zastanawiamy się jaki jest wspólny mianownik - tak silnie wdrukowane przekonanie, że władza to władza i nie można jej się sprzeciwiać, a nawet jeśli już się odważymy, to tak delikatnie, żeby się nie zirytowała, maksimum buntu to subtelna sugestia że są pewne inne ewentualne opcje postępowania. Mamy głęboko zakodowaną niewolniczą mentalność wobec władzy - nienawidzimy jej, boimy się jej, nie wierzymy że można ją zmienić, nie wierzymy że można ją okiełznać. I jednocześnie - marzymy, żeby wskoczyć na jej miejsce i poczuć tę swobodę jaką ona się cieszy. I utrwalamy model władzy na wszystkich szczeblach społecznych - od władzy rodzicielskiej poczynając, z przyzwyczajenia, ale i z tej podświadomej nadziei, że kiedyś z niej skorzystamy; i się odegramy.

To ostatnie, to istota tego, co nazywamy polskim duchem anarchii. My tak naprawdę nie chcemy zniesienia władzy, tylko zajęcia jej miejsca, choćby na mikro polu: w domu rodzinnym ("To mój dom i ja tu ustalam zasady!"), na urzędzie ("Ja tu decyduję - prawnie lub faktycznie!"), za kierownicą auta ("Jak jedziesz gnoju?! Rusz tę leniwą dupę! Nie będę się wlókł!") i wszędzie, gdzie możemy poczuć że możemy kogoś mieć "pod sobą", choćby to był kawałek plaży, który zagrodziliśmy parawanem i wokół którego zostawiliśmy stertę śmieci.

Tę mentalność widać w komentarzach do buntu tęczowych małolatów. "Niech protestują, ale nie zrażają tych nam życzliwych!" To znaczy mogą protestować, ale tylko na zasadach, warunkach i w granicach wyznaczonych przez tyrana. Rozumiane jest to jako przejaw dojrzałości, odpowiedzialności i cywilizowania. 
Kiedy chłopi poszliby do dziedzica z prośbą, żeby dziedzic łaskawie wyznaczył czas, miejsce i formy które by go nie zrażały, w których chłopi mogliby zaprotestować przeciw uciskowi jakiemu są poddani przez tego dziedzica - czy dojrzali i odpowiedzialni krytycy tęczowego flagowania pomników nie mieli by poczucia, że to jakaś farsa? A przecież to ten sam nonsens, który głoszą.

sobota, 8 sierpnia 2020

1137.Nic, zupełnie nic

Przez tydzień wisiała promocja w sklepie modelarskim i nie zdecydowałem się skorzystać, choć jeszcze miesiąc-dwa temu zaklaskałbym z uciechy i zanurzył w katalog, jak delfin w lazurowe wody. Siódemka hobbickiego pospolitego ruszenia czeka, aby im tylko pasy pomalować; kwadrans, może dwa, roboty i można za podstawki się brać. Nie potrafię się zmusić.

Patrzę na zasady w jakich mamy uczyć i nie pojmuję jak to ma nie doprowadzić do szybkiej katastrofy. Patrzę na, jak się zdaje nieuchronne, zdalne nauczanie i nie wiem jak to opanuję. Szkoleń w pracy - żadnych, mamy to opanować na własną rękę, własnym sumptem. Widzę  w tym wszystkim potworną arogancję władzy, która ma nas wszystkich w dupie, opierając się na przekonaniu, że są bezkarni i nikt z tego durnego społeczeństwa ich nigdy nie rozliczy, nawet z trupów.

Patrzę na popisy siły i nienawiści wschodniego reżimu, który nami rządzi, i czuję okropne przygnębienie. Wierzyłem, naprawdę wierzyłem, że udało nam się przezwyciężyć "klątwę" i wreszcie dzięki integracji  z Zachodem ucywilizujemy się, przyjmiemy dorobek praw człowieka, będziemy może biedniejszym, ale jakoś sprawiedliwszym wreszcie społeczeństwem, a nie tylko zbiorowiskiem grup społecznych. Patrzę ze smutkiem i rozpaczą, jak te moje nadzieje walą się w gruzy. Czuję się jak postać z filmu, która odetchnęła że potwór zginął, i optymistycznie zabiera się do dalszego życia, a tymczasem w miejscu, gdzie zakopano truchło potwora zaczyna się ruszać ziemia i wyłazi z niej ówże potwór, troszkę tylko może przebarwiony, ale w istocie ten sam. Wraca PRL. Wbrew popularnemu mitowi, PRL to nie był w istocie ustrój komunistyczny, komunizmu po mniej więcej 1970 r. nie było w nim więcej niż  w lodach malinowych. PRL to była dyktatura, w której duża część naszego "społeczeństwa" odnajdywała się znakomicie. System klientelizmu, korupcji, bezkarności ludzi władzy, brutalnego represjonowania słabszych, dogadania się z Kościołem i propagandowego podbijania symbolicznego patriotyzmu - to wszystko wielu, wielu zwykłym ludziom całkiem odpowiadało. I taki PRL właśnie nam się odradza. 
Mówi się, że historia lubi się powtarzać, tylko większość ludzi tego nie zauważa, bo ona nie powtarza się identycznie, a te drobne różnice sprawiają, że ludzie nie poznają, lub nie chcą rozpoznać powtórki, skupiając się na tych różnicach, a nie na podobieństwach.

Jest mi smutno - jako człowiekowi i Polakowi.

Co gorsza, nie mam dokąd uciec - ani emigracja zewnętrzna, ani wewnętrzna nie oferuje mi nic, zupełnie nic.