Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

piątek, 30 listopada 2012

87.Wymień fotel, a twoja Dacia stanie się Maserati

Wreszcie w domu. Kiedy rano wszedłem do pracy miałem poczucie jakbym z niej w ogóle nie wychodził. Z pewnością narodzinom takiego poczucia sprzyjał fakt, że wczoraj z roboty wyszedłem o siódmej wieczorem, po 10 godzinach w pracy. Najpierw lekcje ciurkiem, bez okienka. Na przerwach - dyżur. Na dużej przerwie latanie w kilku sprawach. Prosto z lekcji na akcję wspierania firmy oświatowej i konta jej właściciela, czyli pseudoszkolenie. Potem jeszcze na deser dnia - zespoły pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Zjeść coś mogłem dopiero na "szkoleniu" - drożdżówkę (własną).

Z ulubionej firmy naszej dyrekcji przyjechała rozlazła, nieemanująca inteligencją jejmość z irytującym głosem i "jakby" w co drugim zdaniu. Mówiła słowo w słowo to, co wyświetlała rzutnikiem na ekranie i co było w  broszurkach, które rozdała. Kiedy odchodziła od tekstu sprawiała wrażenie, jakby nie bardzo wiedziała o czym ma mówić, pamiętając jednakowoż że trzeba mówić dużo. W dodatku sama sobie przeczyła ("Ja tu państwu podaję przykłady dokumentacji, ale nic z tego nie jest wymagane. Mogą państwo żadnych takich dokumentów nie wytwarzać. Ale naturalnie proszę pamiętać, że najważniejsze w metodzie projektu jest właściwe udokumentowanie podjętych działań. Musi być przynajmniej kontrakt, w którym wszystko będzie opisane.")

Kilka godzin takiego ględzenia, które w najlepszym razie można by nazwać prezentacją, nazywa się "szkoleniem". Absmak. Jedna z koleżanek podsumowała je następująco:
"Zauważyłeś, że wszyscy na tym szkoleniu zajmowali się czymś innym - sprawdzali prace, porządkowali dzienniki, czytali? Aha, no poza tobą oczywiście."

To "szkolenie" przywołało mi wspomnienia pewnego interesującego doświadczenia w moim życiu, kiedy szukając pracy trafiłem na spotkanie informacyjno-werbunkowe dla agentów ubezpieczeniowych. Na naszej radzie czułem się jakby prowadząca próbowała sprzedać mi polisę.

Wymowne było to, że  w całym tym pierdoleniu o nowej cudownej metodzie, która przełamie brak umiejętności pracy zespołowej u naszej młodziezy i roztworzy na łoścież bramy ku świetlanej przyszłości obfitości kompetencji społecznych, w tym bogactwie druczków i procedur jakoś trudno było zauważyć UCZNIA. Bo przecież nie o niego w tym wszystkim chodzi, lecz o mądrale wymyślające "cudowny eliksir", o biurokratów starających się przyoblec żywą materię nauczania w jedyny zrozumiały dla nich sztywny gorset papierów i kwitków, i o obrotnych biznesmenów korzystających ile wlezie z rwącej rzeki pieniędzy "na oświatę" z funduszy krajowych i unijnych - organizując takie "szkolenia" jak wspomniane.

Cały nasz system edukacyjny jest nastawiony na indywidualizm i zwalczanie pracy zespołowej. Cały segment pomiaru dydaktycznego jest zdominowany przez sprawdziany wymagające samodzielnej, czyli samotnej pracy. Od małego dziecko (jako uczeń) jest rozliczane z tego czy osiągnęło sukces samo: samo zrobiło pracę domową, czy ktoś mu pomagał, czy od kogoś przepisał? czy na kartkówce nie korzystał ze ściągi? czy na klasówce nie spisał od kolegi? Czy na maturę nie wniósł komórki na salę, bo wtedy wszyscy tam zdający mają unieważnioną maturę. W praktyce reszta systemu ciągnie pod ten segment i stąd mamy dominację solówek, a nie zespołów. 

A tu raptem się obudzono, że mamy młodzież nie umiejącą współpracować. Zamiast zastanowić się nad modyfikacją systemu, w typowym dla nas stylu zmieniamy jeden element i oczekujemy, że już będzie wszystko grało. 

Nie będzie.

Bo u nas dominuje myślenie wycinkowe o oświacie, zamiast kompleksowego. Widzi się i próbuje naprawiać fragment, zamiast starać się ogarnąć całość systemu, a więc przede wszystkim najważniejsze zależności między jego składowymi.

wtorek, 27 listopada 2012

86.Nic się nie odzywaj

Uczennica wścieka się na wychowawczynię, która się na nich wydziera i wyzywa. Ale zrobić z tym coś (w postaci skargi) nie chce - sądzi, że się nie opłaci.

Koleżanka wściekła się na dyrekcję za jej nazwijmy to... walory intelektualno-osobowościowe. Amerykę tę odkryła, kiedy dyrekcja w końcu i po niej chamsko pojechała. Ale zamiast się postawić, to wyszła żeby nie wybuchnąć. Bo przecież ma dziecko. Po części rozumiem, ale po części patrzę na to krytycznie. Takiemu małemu tyranowi trzeba stawiać opór, bo się rozbestwia i włazi ludziom na głowy. A jak się kalkuluje i ubiera to w szaty "wznoszę się ponad i nie zejdę na jej poziom" to ma się potem coraz swobodniejsze jazdy. Część koleżanek to by chyba umarła, gdyby miała wygłosić to czym parę razy zdarzyło mi się publicznie skomentować to i owo z naszej szkółki kochanej. A przecież ja byłem kulturalny. Tylko dobitny i bezpośredni. Nie owijałem po prostu w bawełnę i nazwałem (przypominam - kulturalnie!) po imieniu co mnie się nie podoba. 
Jakoś dotąd nie zauważyłem prześladowań i sekowania.

Odpukać. ;-)


niedziela, 25 listopada 2012

85.En temps de galop

Tydzień przeleciał niezauważenie, nadszedł kolejny weekend, a i ten przemknął gdzieś - ani się obejrzałem. A jutro już nowy tydzień. I tak życie mija, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo na czym. Kiedy zastanowić się co nam z tego mknącego czasu zostało, czego dokonaliśmy wartego pamiętania, robi się niezręcznie. Bo z tej całej rutyny dnia codziennego podzielonego na pracę i obowiązki domowe, coś trwałego trudno dostrzec.

Niedzielę udało mi się w sumie spędzić nawet stosunkowo przyjemnie. Prace przy modelu reduty posunęły się naprzód, tak w zakresie wykonawstwa, jak i projektu. 

Kupiłem sobie obie części ekranizacji ostatniego tomu Harry'ego Pottera i nawet z przyjemnością pierwszą z nich obejrzałem. Na raty, ale całą. 

Pierwszy raz w życiu słuchałem audiobooka ("Mistrza i Małgorzatę" czytaną przez Wiktora Zborowskiego). Własnej lektury to nie zastapi, ale wzbogaciło ją na pewno. Ciekawe doświadczenie.

Myślałem o  poście Atlu i komentarzach. Chyba raczej jest tak jak napisał Sansenojski. Starość nie jest piękna, to przygotowanie do śmierci, takie by powitać ją z ulgą, że wreszcie przyszła. Skojarzył mi się z tym ten demot .


piątek, 23 listopada 2012

84.Bachory i Zmory

Nie poznałem szczęścia nim zostałem wychowawcą. 

Potem było już za późno.


Ogarnianie czeredy choler zwanej też moją klasą wychowawczą to zajęcie wycieńczające. To krzyżówka łapania setki pcheł z przepychaniem kowadła po plaży i napełniania sita wodą. Mimo bliskiej pełnoletności prezentują bogaty wachlarz zachowań infantylnych zdradzających rozwój seksualny na poziomie wczesnego gimnazjum, emocjonalny - z późnej podstawówki, zaś socjalny na przełomie podstawówki i przedszkola.

Jak im ktoś (z kadry) nie spodoba się na dzień dobry, to go kompletnie olewają, nie kryjąc się z tym ani trochę. Jeśli spróbuje czegoś od nich żądać, wymagać, to doczeka się momentalnie rozpieprzenia lekcji i to w tak koncertowym stylu, że roztrzęsiony poleci skarżyć się wychowawcy i wszystkim którzy się po drodze nawiną.

Działają jak dzieciaki z podstawówki: lubimy naszą panią to lubimy przedmiot, którego uczy. Jeśli pani nie lubimy, to w dupie mamy jej przedmiot

Wychowawca jest jak rodzic - coś tam zrzędzi, coś tam się czepia, ale przecież krzywdy zrobić nie może i psi jego obowiązek kochać i dbać o swoje dzieci, żeby im dobrze było. A przecież podstawowe prawo dziecka to BRAĆ nic w zamian nie dając. No nie, przepraszam, dziecko deklaruje: Ale my pana kochamy! Więc oczywiste jest, że wychowawca domagający się uczenia i spokoju na swoich lekcjach gwałci prawo natury i zaburza naturalny porządek istnienia.

A grono szanowne oczekuje skrojonego na miarę jego oczekiwań produktu pt. Grzeczne, Ciche, Pilne Dzieci. Kiedy nie dostaje tego co sobie zażyczyło leci z reklamacją do wychowawcy i ze skargą do dyrektora. A co ja mogę? Co ja mogę?


wtorek, 20 listopada 2012

83.Szara wstęga

Dziś zdałem sobie sprawę z tego co mnie najbardziej demotywuje w pracy. Otóż nie burdel, głupota i brak profesjonalizmu, jak moją koleżankę, bo do tego jakoś przywykłem i w większości spływa to po mnie jak woda po kaczce (ale tylko w większości!), lecz uczniowie i ich gnuśność oraz brak zainteresowania (tudzież kindersztuby).

Wpadły do szkoły z odwiedzinami zeszłoroczne absolwentki, między innymi zajrzały do mnie. Pogadaliśmy parę minut o tym co studiują, gdzie pracują, co planują. Poszły. A ja do tej pory nie pamiętam jak one się nazywały.
Coraz więcej roczników, coraz więcej osób przewijających się na nieskończonej rolce pokoleń przez moją salę. Te same ławki, te same tematy, tylko twarze różne. Nieliczne tylko twarze z nazwiskami, zapadłe w pamięć, gdy ich właściciele byli choć trochę wyraziści, gdy byli "jacyś" choć na tyle, by się wyłonić z tego bezimiennego, anonimowego szarego tłumu nijakich ludzi. 

To w gruncie rzeczy przerażające. A może tylko smutne?




sobota, 17 listopada 2012

82.Tęsknota za domkiem na wsi

Chciałbym mieć dom na wsi. A jakby było fajnie, gdyby to był taki dom, jak Bag End Bagginsów w Hobbitonie.
Kiedy oglądam ilustracje i zdjęcia z planu filmowego wprost czuję swojskość i przytulność tego miejsca. Miło byłoby...
I pomyśleć, że piszę to ja - zdeklarowany szczur wielkomiejski. :-o Ani chybi starzeję się.








piątek, 16 listopada 2012

81.Zwieńczenie tygodnia pracy

To był ciężki tydzień. Zapieprz w rutynowych w gruncie rzeczy sprawach, bez jakichś ekstra nówek zadań. Co dzień sprawdzałem jedną klasę (tzn. sprawdziany jednej klasy). Dwa koła po lekcjach, jakieś dodatkowe poprawy. Wyjazd na indywidualne, które samo w sobie wystarczy, żeby skopać nerwy.  Koleżanka Piiiip, która najpierw przypieprzyła się do mnie i do moich dzieciaków, a potem popełzła nasłać na mnie dyrekcję. Od początku tygodnia brałem drugie śniadanie i wracałem z nim do domu, bo nie było kiedy się za nie wziąć. Dopiero w piątek udało mi się je zjeść. Kiedy dziś znów jako ostatni wyszedłem z roboty miałem wrażenie, że pęka mi głowa - organizm wreszcie zaczął odreagowywać kilkudniowe napięcie. Ot, nagroda taka za ciężką pracę.

Kiedy kładę się spać trudno odpędzić natrętne myśli o samotności, o pustce. Ale się staram.

wtorek, 13 listopada 2012

80.Szczęśliwa trzynastka

Dzisiejszy dzień zapowiadał się nieciekawie - wizyta u dentysty, napędzona strachem, że to co się ukruszyło kilka dni temu, to był kawałeczek skrycie popsutego zęba. A tu trzynastego, więc wróżba jakoś niezbyt zachęcająca. Szczęściem - nie bardzo wierzę w takie przesądy, wolę w Boga.

Zauważyłem, że poczyniłem w kwestii panowania nad sobą na froncie medycznym spore postępy. Kiedyś to bym łaził po ścianach z lęku i niepokoju, a teraz... czysto zadaniowe podejście: coś się dzieje? łapiemy za fona i umawiamy wizytę u mojej przemiłej pani doktor. W tym momencie zrobiłem co mogłem i co należało i teraz pozostaje czekać do wizyty i rozpoznania lekarza. Nim to nastąpi, nic nie mogę poradzić, więc problem odfajkowany i nie warto się nim nakręcać - będzie co będzie. Podobnie mi się zrobiło z dochtórami ogólnemi: chrypię, kaszlę, rzężę, to po prostu idę do przychodni. 
Muszę przyznać, że stwierdzenie u siebie takiej przemiany i dojrzałości podejścia wzbudziło we mnie zadowolenie z siebie. A ja bardzo rzadko jestem z siebie zadowolony. Bo i z czego tu być?

Z lecznicy wyszedłem w radosnym nastroju (nawet wykonałem dyskretny podskok z radości, ale to była ciemna droga osiedlowa, więc czuję się usprawiedliwiony). Okazało się, że ukruszył się tylko kawałek kamienia nazębnego, a ząbki (syćkie cy! ;-) ) są całe i nie dziurawe. Korzystając z okazji, za radą mojej ulubionej pani doktor sprawiłem sobie usuwanie kamienia nazębnego. Wyglądałem przy tym jak kamienica czyszczona myjką ciśnieniową na okoliczność procesji z biskupem. Teraz językiem macam i własnych zębów nie poznaję. Co by nie mówić, to jednak kamień spadł mi nie tylko z zębów, ale i z serca - w aspekcie i zdrowotnym i finansowym. Bo przychodnia jest porządna, pani doktor super, ale ceny mają hiper - zupełnie z moją pensją niekompatybilne.

A ja właśnie skończyłem dzionek pracy, znów parę minut przed jedenastą w nocy. Choć właściwie powinienem jeszcze prac dosprawdzać, żeby jutro klasie oddać. Ale chyba powlokę się spać, bo muszę raniutko wstać na drugą zmorę tego tygodnia - wyjeżdżam na indywidualne. 


poniedziałek, 12 listopada 2012

79.Kocham pocztę

Poszedłem na pocztę po awizowaną paczkę. Naiwnie sądziłem, że uwinę się w jakieś 20 minut. Niemylną wskazówką mej głupoty jest fakt zignorowania ostrzeżenia w postaci nieodnalezienia mojej przesyłki na poczcie w trakcie piątkowej wizyty. Życzeniowo myśląc (inna nazwa: nastawienie optymistyczne do świata) uznałem, że to tylko chwilowe potknięcie listonosza i po weekendzie paczuszka będzie na mnie czekać.

I faktycznie czekała.

Tylko dwie poczty dalej.

Nim się udało ustalić gdzież ona się podziała, zwiedziłem trzy urzędy pocztowe, w każdym stosowne pokutne odstawszy. Zamiast 20 minut zeszły mi 3 godziny z okładem. A roboty sterta leży. Planowałem na jutro sprawdzić klasówkę, a teraz jeszcze nad nią siedzę, krótką przerwę dla relaksu przy kompie sobie robiąc. A właśnie 23.00 dochodzi.

Nie ma to jak pracować w szkole - 3,5 godziny dziennie przy tablicy i szlus!


niedziela, 11 listopada 2012

78."Hobbit" na horyzoncie

Milowymi krokami zbliża się premiera pierwszej części "Hobbita". Trochę irytuje mnie konieczność tak długiego czekania na kolejne części. Obawiam się, że tak jak LOTRa Peter Jackson przyciął, tak "Hobbita" rozedmie ponad rozsądną miarę.

W necie roi się już od zapowiedzi różnych albumów i książek starających się zdyskontować sukces (?) kasowy filmu. Zrobiłem już małą listę planowanych zakupów. Przypominam sobie czas premiery LOTRa - trochę żałuję, że wtedy stałem dość krucho z kasą i mogłem sobie pozwolić tylko na nieliczne albumy. Najbardziej chyba żal wspaniałego wydania całej muzyki do poszczególnych części. Kupiłem tylko album "Two Towers", bo na pozostałe zabrakło floty - drogie to było dla mnie wtedy jak diabli, na kieszeń młodego nauczyciela nie projektowane. 
Ale...

Na Białe Drzewo! Warto było! Wartooo!

Choćby dla samego obłędnego chóru "The Host of Eldar" w rytm którego elfowie Haldira przybywają na odsiecz Helm's Deep, by walczyć jak za czasów Ostatniego Sojuszu. Wciąż chwyta mnie wzruszenie kiedy oglądam tę scenę.

To odstępstwo od książki Jacksonowi wybaczam, gdyż to jedna z najwspanialszych scen w filmie. W ogóle chyba obrona Helm's Deep jest, obok Hobbitonu, moim najbardziej ulubionym fragmentem filmu.


Teraz nie będę się szczypał i obkupię w hobbitiana jak dziki chomik. A co! Raz się żyje (i tak już za długo...).


sobota, 10 listopada 2012

77.Kompleks orderowo-prowincjonalny

Z okazji Święta Niepodległości prof. Norman Davies zostanie odznaczony Orderem Orła Białego. Nie podoba mi się ten pomysł. Bo niby za co? To nie jest wybitny historyk, jego prace nie mają dużego ciężaru gatunkowego, ani nie cieszą się specjalną renomą u fachowców. To popularyzator, najwyżej dobry, o ile nie przeciętny.

Uznawanie jego działalności za "znamienite zasługi cywilne" (za to przyznaje się OOB) to moim zdaniem spora przesada. Owszem, na odznaczenie zasługuje, popularyzując nasze dzieje i nas za granicą, ale nie na najwyższe! To dewaluacja Orderu. Polonia Restituta II lub III klasy byłaby adekwatna, ale mam wrażenie że  tu zagrał nasz kompleks prowincjusza: -Łomatkoboskojezusiemaryjo! Profesor z Oksfordu... prawdziwy! o nas... pisze! Jakaż to promocja dla nas i zaszczyt wielki! Dawać co mamy najlepszego!

Żenujące.



środa, 7 listopada 2012

76.W oparach surrealizmu

Kończy się lekcja. Uczennica, spakowana już, podchodzi do biurka:

-Panie profesorze, czy ja mogę wyjść wcześniej?
-A dlaczego?
-Bo ja muszę łyżkę umyć.

* * *
-Dlaczego dziś tak cholernie grzeją?
-Bo wczoraj nie grzali.
-Ale dziś jest na dworze ciepło.
-Ale wczoraj było zimno.
-To dlaczego wtedy nie grzali?
-Bo nie wiedzieli że jest zimno. Teraz już wiedzą, więc grzeją.

poniedziałek, 5 listopada 2012

75.Job, sweet job

Kładłem się spać z bólem głowy. Rozsądek podpowiadał, że to taki, który sam nie przejdzie i będzie trzymał rano, ale pozytywne nastawienie (zwane też głupotą) wzięło górę i przyjąłem że będzie dobrze.

Nie było.

Obudziłem się w pół do czwartej bólem takim, że czułem jakby mi kto mózg przekopywał niczym szpadlem ogródek. Dwie dawki środka od bólu głowy (jak dla mnie końska dawka) i nic. Dopiero w pół do piątej zelżało na tyle, że mogłem się z powrotem położyć i złapać do szóstej odrobinę drzemki.

Domyślam się przyczyny - powrót do kochanej pracy z długiego weekendu. Ból głowy zaczął się w niedzielny wieczór. Zamiast mięśni karku miałem ich twarde jak koci ogon odkuwki. Inaczej - stres spiął mi mięśnie, a te ograniczyły dopływ krwi do mózgu, jak sądzę.

Teraz z gulą w żołądku szykuję się na śniadanie. I tak dobrze, że mogę jeść. Przez cały ogólniak ze stresu nie byłem w stanie rano nic przełknąć.

I pomyśleć, że od dziecka chciałem być nauczycielem...


niedziela, 4 listopada 2012

74.Dziel się z bliźnimi

Dialog z rodzeństwem.

Ja: -W totka zagraj. 50 milionów można wygrać.
Schwester: -To nic nie padło w sobotę?! Łał, ile forsy!
Ja: -Ano.
S.: -A ty grasz?
Ja: -Grywam.
S.: -I co?
Ja: -I merde. Kupon wyślij, a nie tylko na gotowe czekasz.
S.: -Jakiś ty wredny! Jak bym wygrała, to ja bym się z tobą podzieliła!

Rozbrajająca kobieca logika. W takich chwilach to chyba się nawet cieszę, że nie jestem hetero. Ani les.



sobota, 3 listopada 2012

73.Nie warto przekonywać przekonanych

Wpadł z krótkimi odwiedzinami starożytny kolega, jeszcze ze szkolnych czasów. Widujemy się co kilka miesięcy. Drogi życiowe jakoś nas oddaliły. On - obabiony i rozmnożony heteryk, ja - samotny homo. On - własna firma i marka znana w swojej branży w całej Polsce, ja - anonimowy pracownik najemny. No i jeszcze mu się ostatnimi czasy odezwał lekki syndrom rabinacki.

Dziś kiedy jak zwykle o czymś sobie dyskutowaliśmy, nagle w trakcie rozmowy opadło mnie zniechęcenie do kontynuowania dyskusji. Siedziałem tylko i przysłuchiwałem się jego perorom. Poczułem że nie widzę sensu do przekonywania, względnie tłumaczenia komuś czegoś, kiedy jest on przekonany o swojej racji.

Rano miałem na podobnym tle spięcie z rodzicami - postanowili się (jak zwykle) dowartościować wydziwiając na sąsiadkę, że przez 60 lat życia w Polsce nie nauczyła się poprawnie po polsku mówić. Moje tłumaczenia, że to wcale nie musi być oznaką jej niskich zdolności, lecz czynników obiektywnych, puszczali mimo uszu. To że żyję z nauczania i mam na ten temat fachową wiedzę nie ma dla nich żadnego znaczenia - oni przecież wiedzą lepiej.

Fakt, że oni sami przez 40 lat nie potrafili nauczyć się jak sąsiadka ma na nazwisko i wciąż wymawiają je błędnie oczywiście zupełnie nie rzutuje.

Męczą mnie tacy ludzie.


piątek, 2 listopada 2012

72.Figurki i wspomnienia

Wolny dzień spędziłem nietypowo - od samego rana jeżdżąc po mieście. W sumie przejechałem dziś jakieś 25 km. Dziwna sprawa, bo w ostatnich miesiącach wolny dzień spędzałem niemal nie ruszając się z domu. A dziś mnie jakoś nosiło, nawet w deszcz po zmroku. Pretekstem do przewiezienia starego tłustego dupska było oblukanie portek w Tesco - przebrane, i jak fajne to nie było rozmiaru. Jedne nadały by się nawet, ciemnoszaropiaskowe czinosy, ale jak zobacyłem dzikie kolejki do kas, to obróciłem się na pięcie i wyszedłem z pustymi rękami. Swoje w kolejkach odstałem już za komuny i starczy! 

Można powiedzieć że z rozpędu zaszedłem w pobliskiej galerii (właściwie: galeryjce) handlowej do jakiejś zachodniej sieciówki przeceny zmacać. Ciuchów parę by się może i wyhaczyło, ale rozmiarówka spodni jakaś dla mnie kompletnie egzotyczna (48, 52 itp, a ja tylko dwuliczbowej zwyczajny - długość pasa i nogawki w calach) więc się fochłem i poszłem.

Do galerii wspomnianej zaszedłem własciwie po co innego - do sklepu z grami, żeby sobie figurki obejrzeć. Jakoś ostatnio mam coś na kształt powrotu do sklejania i malowania figurek. Jeden regiment, stojący od paru lat rozbabrany, skończyłem. Drugi, z którego 7 było gotowych i stało tak parę lat już, ma pozostałych 43 dziś spodkładowanych. Z Angolii jadą do mnie pudełka z figsami na kolejne regimenty. Krasiowa armia troszkę się powiększy.

Przy tym zdaję sobie sprawę z tego, że moich zbiorów nigdy całych nie pomaluję. Spora (daj Boże - mniejsza) część zostanie w pudłach po mojej śmierci ku uciesze spadkobierców. Nawet nie mogę sobie zażyczyć, aby zostać z nimi pochowany (z figurkami, nie ze spadkobiercami), bo chcę zostać spopielony, a takiej porcji plastiku i metalu to piec krematoryjny na pewno nie zniesie. 

Dziś w trakcie miejskich podróży myślałem nad tym skąd mi się wziął ten powrót do figurek. Odstawienie modelarstwa zbiegło się w czasie z próbą ponownej deszafizacji i ułożenia sobie życia w większej zgodzie z emocjami. Trudno nie zauważyć, że dziś znów wycofuję się wyzbywszy się wiary i nadziei na odmianę życia. Żeby nie oszaleć zupełnie muszę się czymś zająć, naturalnym wydaje się powrót do starego hobby. Pewna korelacja jest tu niewątpliwie, ale budowanie na tej podstawie jakiejś bardziej stanowczej prawidłowości wiodłoby do humorystycznego efektu. A mnie jakoś zupełnie ostatnio nie do śmiechu.

* * *
Przejeżdżałem dziś koło domu C. i przykro mi się zrobiło. Znaliśmy się tylko parę miesięcy i ledwie kilka razy się spotkaliśmy, ale bardzo go polubiłem. Był taki miły, inteligentny i kulturalny. I taki słodki z tym swoim zniewalającym podlaskim akcentem... Przykre, że nie chciał dłużej utrzymać relacji ze mną choćby tylko jako znajomym, lecz zerwał kontakt bez słowa wyjaśnienia czy uprzedzenia.

czwartek, 1 listopada 2012

71.Okolicznościowo

Spostrzeżenie ze szkolnego Halloween. Nasza mlodzież generalnie nie umie się przebrać, nie umie się bawić. Większość przebranych sprawiała wrażenie przekonanych, że wystarczy włożyć na siebie cokolwiek, aby było to już "przebraniem halołinowym". Trudno też było opędzić się od natrętnej myśli, iż owo "przebranie" miało na celu wyłącznie załapanie się na "zwolnienie przebranych od odpowiedzi ustnych w Halloween". Na palcach (i to nie wszystkich) jednej ręki dało się policzyć ludzi przebranych fajnie i POMYSŁOWO. Co ciekawe osiągnęli to nader oszczędnymi środkami.

* * *

A dla oddania nastroju i klimatu dnia Świętego Nieboszczyka
Gustaw Lutkiewicz w piosence Wysockiego.