Zapowiada się długi dzień, więc warto by wziąć drugie śniadanie, żeby przez 10 godzin żołądek od trawienia się nie odzwyczaił. Troszkę obeschnięte jabłuszko (już?! przecież dopiero co je kupiłem!) ląduje w teczce. Jeszcze nie wie, że wróci nietknięte - przez 9 godzin nie będzie chwili nawet, żeby je zjeść. Urzekają mnie ludzie przekonani, że belfer to ma kupę czasu i na przerwach odcisków na mózgu z nudy dostaje.
Na dużej przerwie idę na dyżur. Wdrapawszy się na ostatnie piętro rozglądam się po korytarzu niepewnie - czy ja czegoś nie pokręciłem? przecież już tu dopiero co dyżurowałem, zaraz, wczoraj nie... Przedwczoraj! Eee, też nie... cholera, no w tym tygodniu... Kurde. To było tydzień temu, to był poprzedni dyżur piątkowy.
Nastawiałem pierdylion zagrożeń, a na jednej ręce zliczę rodziców, którzy się pofatygowali, żeby się czegoś bliżej na temat problemów swej pociechy dowiedzieć. Swoich muszę ścigać telefonicznie, żeby przyszli zagrożenia podpisać, bo "są zajęci i na zebraniu być nie mogą" i "czy muszą przyjeżdżać w następnym tygodniu, bo są zajęci?". Straszna sprawa mieć dzieci - absorbujące człowieka takie.
Dzień rady i zebrania przebrnąłem na podwójnych dawkach leku przeciwbólowego. Mój kark mógłby zawstydzić pancerz czołgowy - kruszyłyby się na nim pociski przeciwpancerne. Wyszedłem jako ostatni, bo się jakiejś mamie za bramą przypomniało, że może by jednak o córkę spytała.
W suahili mówię już płynnie i znakomicie udaje mi się pozorować go na polski. Słuchacze nie zdają sobie nawet sprawy, że mnie nie rozumieją i mówię do nich w języku obcym.

