Jakoś coraz trudniej mi przychodzi pisanie notatek - nie mam o czym. Dzień do dnia podobny, przemykają nie wiadomo kiedy, nic po sobie nie zostawiając - pusta jałowa egzystencja, której jedynym celem jest jej podtrzymanie. Można by rzec - egzystencjalne perpetuum mobile.
Znajomy, który chlebkuje jako treser gimbazy, dosłownie złożył się w pół ze śmiechu, kiedy usłyszał, jak moje kierownictwo zarządziło końcówkę tygodnia przedświątecznego. Powiedział, że w żadnej szkole w której pracował (a kilka ich już było w różnych gminach) normalnych lekcji w piątek nikt nie robił, bo to fikcja jest a nie nauka, gdyż dzieciaki mają już dosyć - są zmęczone miesiącami szkoły w depresyjnej porze roku i nie mogą się doczekać pierwszej dłuższej przerwy, tym bardziej, że okraszonej prezentami. Powiedział, że w jego szkole wigilie klasowe po lekcjach w piątek to większość by olała.
Obejrzałem sobie obie części "Igrzysk śmierci" (drugą w kinie, pierwszą na DVD). Interesująca scenografia, szczególnie pomysły oddania fikcji przyszłości w strojach i fryzurach mieszkańców Kapitolu. Przyszło mi na myśl, że pesymistyczna wizja naszej przyszłości, podobna do ukazanej w filmie, ostatnio wydaje mi się nieco bardziej prawdopodobną, niż wizja pomyślnego, szczęśliwego społeczeństwa. Kiedy patrzę na to jak się u nas podchodzi do poważnych problemów społecznych i perspektyw ewolucji naszego państwa i społeczeństwa, to coraz trudniej przychodzi mi wierzyć, że sprawy zmierzają w dobrym kierunku.
