Infekcja z wolna ustępuje, choć sądząc po tempie w jakim to czyni, musiała mieć dziadka w Wehrmachcie. Dni przelatują niepostrzeżenie, mijające tygodnie uświadamiam sobie wychodząc z pracy o zmroku w piątek.
Ogłoszony ranking jednostek pływających nie pozostawił złudzeń co do kondycji tratwy Meduzy. Nie dla nas linie z nabrzeżami, dworcami morskimi, czy choćby zadaszoną wiatą dla pasażerów. Nasze miejsce to kabotażówka, snucie się wzdłuż wybrzeża w charakterze trampa, zbierającego wszelkich podróżnych, zainteresowanych tylko jak najtańszym biletem, a jeszcze lepiej - darmowym. Już nie nabrzeża do cumowania, lecz co najwyżej drewniane mola, i to daj Boże, jak stałe, na palach, a nie w formie pomostu z poluzowanych desek ułożonych na kilku beczkach, telepanych falami. Za parę lat i to będziemy wspominać jako "luksus i lepsze czasy", bo podróżnych zbierać będziemy wprost z plaży. Albo wyławiać z wody. Jęk zawodu koleżanki, która właśnie zajrzała do rankingu, skwitowałem suchym: "A co myśmy zrobili, żeby tak nie zjechać? Przecież nie zrobiliśmy ABSOLUTNIE NIC. To skąd miałoby być lepiej?"