Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

piątek, 30 sierpnia 2013

220.Karoshi, albo co to jest to duże białe przed dziobem?

Jestem coraz bardziej zdeprymowany perspektywą pracy w rozpoczynającym się właśnie roku. Wygląda na to, że w szkole będę siedział (z okienkami) co najmniej 33 godziny, a do tego nauczania indywidualne poza miastem. Do tego 5 różnych trybów przedmiotowych (inne programy, zakresy, treści, ilości godzin) w 11 klasach. Jakby tego było mało - klasy "kołchozy" po 34-35 uczniów.  Jak pomyślę ile to oznacza ślęczenia nad sprawdzaniem prac, co dla mnie jest torturą, to nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić.  Do tego wychowawstwo. Ponadto oczywiście różne obowiązki pozadydaktyczne. Dla introwertyka, nie umiejącego pracować "na odwal się", lecz wkładającego wiele energii w wykonywaną pracę, to wszystko oznacza zmierzanie ku katastrofie.
Zajebię się.

środa, 28 sierpnia 2013

219.Poprawki

No i po egzaminach poprawkowych. Sporo oblanych. Zdane - wysiłkiem głównie komisji. Żeby uczeń zdał, musimy stawać na głowie niemal - zachęcać, dopytywać się czy aby na pewno zrozumiał polecenia, dla pewności tłumaczyć mu o co chodzi w tym i tym poleceniu, naprowadzać, dopytywać, sugerować itp. Jakby policzyć na stenogramie, to by zapewne się okazało, że komisja wypowiedziała więcej słów (i dłuższych...) niż zdający. A jak uczeń coś duka ćwierćzdaniami, jarzy piąte przez dziesiąte, ułamek tego co by należało oczekiwać, to własnemu szczęściu nie wierzymy i z  radości się nie posiadamy.
Niektórzy w ogóle się nie przygotowali. Inni - bez najbardziej nawet podstawowej wiedzy, wyobraźni i najmarniejszej choćby wiedzy ogólnej. Takim nawet nie ma jak podpowiedzieć i na trop naprowadzić. 

Stan wojenny wprowadził Piłsudski, albo Gomułka. Wynik podzielenia 54 przez 6 jest prawdziwą zagadką. Woda jest pierwiastkiem. Linia prosta narysowana w kształcie błyskawicy jak najbardziej pozostaje linią prostą. "Górki i dołki" to jedyna znana nazwa sinusoidy. [wszystko - LO]

Można by rzec, że mam uczucia ambiwalentne: z jednej strony uzyskałem dobitne potwierdzenie, że wystawione przeze mnie na koniec zajęć niedostateczne nie były aktem niesprawiedliwości i krzywdzenia niewinnych, bo osoby te zawaliły poprawkę totalnie i absolutnie bez cienia wątpliwości. Z drugiej zaś strony to frustrujące dla nauczyciela widzieć takie zwieńczenie swoich całorocznych wysiłków.

Nie mówiąc o niesmaku takiego, jak na wstępie przytoczono, egzaminowania. Ale co począć - system preferuje i premiuje, de facto wymuszając, przepychanie każdego ucznia przez kolejne etapy edukacyjne, bo "za uczniem idą pieniądze". Tak w praktyce wygląda sławiony przez wielu bon edukacyjny - jesli szkoła dostaje za ucznia pieniądze, to nie jest zainteresowana pozbywaniem się go, a jednocześnie pieniądze te są zbyt małe, by dało się skutecznie i znacząco podnieść poziom jego faktycznego (a nie nominalnego) wykształcenia. Pieniądz idzie za uczniem, więc bierze się każdego. Tylko najlepsze szkoły mogą sobie pozwolić na luksus selekcji i odrzucania nie dających sobie na tym poziomie rady. Reszta szkół musi obniżać poziom i przepychać uczniów przez system.

wtorek, 27 sierpnia 2013

218.Środek prozakopodobny

Zaczynam odczuwać chyba pierwszy powiew terapeutycznego wpływu pracy. Wizyta w szkółce, rozmowy, narady, egzaminy zaczynają na mnie działać pobudzająco.

Po sesji doradzania i pocieszania Emusia ruszyłem w rajd po księgarniach, by zorientować się jak wygląda dostępność podręczników do wspaniałej reformy programowej (Hallowej). Wygląda tak, że musiałbym użyć słów powszechnie uznawanych nawet u nas za obelżywe. Na kilkanaście modułów, o których wiadomo od kilku już lat, dostępne są do trzech, o resztę - pytać Cyganki pod dworcem. Ktoś powie - przecież można uczyć bez podręcznika. Naturalnie, ale wymaga to dwóch drobiazgów: wsparcia materialnego szkoły, w której belfer musi pokserować przygotowane materiały, oraz odpowiedniego nastawienia uczniów do pracy i współpracy, a to w naszej szkółce jest takie, że sugestia jakiegokolwiek wysiłku z ich strony jest odbierana jak brutalna napaść psychola. Oba więc warunki w moich warunkach to dobro deficytowe.

Zajęcie się pracą skutecznie odwraca moją uwagę ode mnie. Ponieważ, jak plota niesie, będę miał duży przydział obowiązków w tym roku (zresztą jak skończony debil zaproponowałem dorzucenie mi jeszcze jednego, bo nie mogłem już patrzeć na amatorską niekompetencję), zanosi się na to, że będę na tyle umordowany, że w ciągu doby nie zostanie mi wiele czasu na myślenie o smutku i pustce. Tu też widać problem wakacji i długich urlopów - brak pracy oznacza zdjęcie zasłony zakrywającej żałosną pustkę, by nie powiedzieć - klęskę, mojego życia osobistego i konieczność konfrontowania się z nią, a to nawet dla mojej psychiki zbyt duże obciążenie.

Tak więc, można łyknąć tabletkę prozacu i popić szklaneczką wody, albo zająć się pracą popijając szklanką spirytusu - bo kto by  na trzeźwo w tym domu wiariatów wytrzymał. ;-)