Szczurki z górki znowu mnie zalały. Klosz łazienkowej lampy zamienił się w basenik, zaś z oprawki żarówki jak gdyby nigdy nic kapała sobie kropelka za kropelką. Poszedłem do nich z tą radosną wieścią (Matkobosko, co za slums!!!). Jak zwykle: nie wiadomo skąd ciecze, u nich wszystko sucho! Postraszyłem, że jak szybko nie odkryją miejsca przecieku to kiedy u mnie dojdzie do zwarcia, to tylko ich te spięte wolty rąbną.
Jak przestali korzystać z wanny, to cieczenie ustało, ale ich wanna szczelna jest i nic absolutnie nie przepuszcza, a nie korzystają tylko tak, na wszelki wypadek! Cóż za zawiła łamigłówka, prawdaaa?
Takie to uroki mieszkania w bloku.
Sprawy z tym związane zajęły w znacznym stopniu moją uwagę. Musiałem wyłączyć prąd w połowie mieszkania, a żeby nie siedzieć po ciemku i choć do kompa się dostać, trzeba było przeciągnąć kabelkiem prąd z zasilanej połówki, co wymagało nabycia rzeczonego kabelka, poprzez pojechanie do bardzo, bardzo dużego sklepu z między innymi kabelkami.
Potem szukając zajęcia upiekłem ciasto i porcję zaniosłem rodzicom. Wróciłem okrężną nieco drogą dla spaceru. Ciepło się zrobiło pod wieczór i wiatr zelżał. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby mróz już nie wrócił. Myśli były tylko smutne, więc nienajgorzej.
Gdzieś w necie przemknęło mi określenie facetów po czterdziestce przez jednego z naszych "braci w orientacji" per "próchno". Nie przejąłem się tym zbytnio, bo już przywykłem do ageizmu (szczególnie silnego) w naszym światku, ale jakoś mimo wszystko przykre to było.