Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

czwartek, 2 sierpnia 2012

19.Nowe okno na świat

Zmachanym kapkę.
Wczoraj wymieniono mi okna. 4 metry z hakiem długości, więc było co wymieniać. Ekipa była zaanonsowana na 9. rano. Coś mnie tknęło, żeby nie wstawać jak zwykle o 8. tylko ciut wcześniej. Bingo! Zjawili się o 8.30. Nie zdążyłem zjeść śniadania.

Trzech wspaniałych:
  1. Pan majster - mógłby robić za wzorzec stereotypowy: wąsaty, bardzo brzuchaty, chodził i schylał się z niejakim trudem, mamroczący pod nosem tak, że musiałem się wysilać, żeby go zrozumieć, w dość charakterystycznej beżowo-burej koszulce polo.
  2. Pomocnik fachowy - młody, małomówny facet, widać że wie co, kiedy i jak robić - rutyniarz. Z miłą nawet twarzą, jakby go odszykować mógłby mieć nawet niejakie wzięcie, pod zasadniczym jednak warunkiem: odszorować z dziwnego zapachu, to nie był smród brudasa, to było coś innego, sam nie wiem co. Spekulowałbym w kierunku obory lub ewentualnie stajni, raczej z wykluczeniem chlewu i kurnika.
  3. Pomocnik fizyczny - (za) młode, bardzo apetyczne chłopię. Widać było, że w robocie od niedawna. Jaki on był rozbrajająco słodki kiedy sobie stał oparty o czekającą na montaż ościeżnicę i przydeptywał jedną nóżkę drugą. Albo kiedy przykucnąwszy bawił się bezmyślnie kotwami. No po prostu jak szczeniaczek.
Robota poszła im sprawnie i żwawo, mimo pewnych problemów z dopasowaniem (beton + koślawizny budynku). Dwie rzeczy wzbudziły we mnie mieszane (tzn. głównie niechętne) uczucia: zdezelowane narzędzia, przenoszone byle jak, niczym groch z kapustą, oraz kosmetyka wykończenia dokonywana przez pobijanie dokręconej kotwy młotkiem. Patrząc na to ich narzędzia doszedłem (po raz nie pierwszy) do wniosku, że chyba jestem pedantem w tej kwestii (generalnie za takowego się nie uważając).

Od rozpoczęcia demontażu starego okna do wyjścia z domu cała robota zajęła im równo 4 godziny.

Nie sądziłem, że będzie się tak koszmarnie pyliło. Cały pokój miałem gruntownie zapylony na jasno szaro. Koszmar. Odkurzam, wycieram, a po godzinie-dwóch znowu szaro.

Ale okna - szok! Po tych półwiecznych starociach gomułkowskiej proweniencji, przez które ledwie co było widać, teraz - jakbym przez kryształ na świat patrzył! Jakby mi chałupę w nowe, lepsze miejsce przeflancowali. Przejrzystość obłędna - kiedy w nocy wszedłem do pokoju miałem wrażenie, jakbym w ogóle nie miał okien. Budynki naprzeciwko, latarnie uliczne, przemykające samochody, nieliczni przechodnie - to wszystko wydawało się jak na wyciągnięcie ręki. Wspaniała sprawa. Kocham to miasto nocą w takich widokach. Chyba nie czułbym się dobrze w małym miasteczku, czy na wsi. Nocny widok na światła Nowego Jorku to mogłoby być to co pokochałbym.

Nowe okna niestety oznaczały konieczność dalszych inwestycji i wydatków. Do tej pory miałem żaluzje, ale już mi się znudziły i postanowiłem przeprosić się ze szmatkami. Trzeba więc było nabyć karnisze, firanki i zasłony. Dwie wyprawy do Lerłasa i mam wszystko: karnisze zamontowane, firanki się skracają, zasłony kupione i czekają na skrócenie. Zostały jeszcze drobne roboty tynkarskie po usuniętym parapecie, ale na razie mam dosyć - zmęczony jestem. A jeszcze przede mną poukładanie z powrotem na regale ćwierci tony czasopism, które musiały wyfrunąć na czas wymiany okna.

Pokazuję rodzicom zasłony. 
Ojciec: - TAKI kolor? Nie podoba mi się!
Ja: - To nie tobie ma się podobać, tylko mnie.
Ojciec: - Pfff!

* * *
Humor mi popsuło zamknięcie bloga (z usunięciem wszystkich postów) przez Anta. Tak lubiłem czytać jego notatki. Mrówku wróć! :-(

A klip, toutes proportions gardées, tytułem komentarza do tej niewesołej nowiny. "A przecież mi żal" Bułata Okudżawy wspaniałym, głębokim głosem Edmunda Fettinga.


2 komentarze:

  1. Ale wiesz - jeśli tych nowych okien nie będziesz mył, to za kilka lat znów stracisz wygląd na miasto :P

    OdpowiedzUsuń
  2. e tam, to były tylko chwilowe zawirowania:P

    OdpowiedzUsuń