Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

poniedziałek, 21 września 2020

1157.Kulki bzykają...

 ...znaczy front tuż, tuż. Zaczynają przychodzić pierwsze maile od rodziców, że ich dzieci wylądowały na kwarantannie - bo rodzic, bo rodzeństwo zetknęli się z kimś komu stwierdzono c-19. Przeciskając się w zbitym tłumie na korytarzu bądź schodach możemy się tylko zastanawiać, kiedy sami oberwiemy. 

Pogoda głupawa - kiedy rano wychodzę jest ziąb taki, że muszę się ubierać w trzy warstwy plus czapka, a kiedy wychodzę z pracy, to dość samej polo.

Koczownicze warunki pracy frustrują, mam duże trudności z realizowaniem zadań, które miałem obcykane w warunkach własnej pracowni (uprzednio zadbawszy o jej wyposażenie). Pięć lekcji i każda w innej sali, sale rozrzucone na trzech kondygnacjach, i biegamy, biegamy. Dla urozmaicenia dyżury też porozrzucane po wszystkich lokalizacjach. Sama frajda kończyć lekcję na drugim piętrze, pozamykać sprzęt, zebrać manatki i kłusem pomknąć na dyżur w piwnicy. Naturalnie koniec lekcji i początek dyżuru następują w tym samym momencie i równie naturalnie nie wolno skończyć lekcji przed czasem ani spóźnić się na dyżur. Speeeeedy Gooonzaleeeeeeees!!


piątek, 18 września 2020

1156.Biełużka ty maja!

 O matulu... Dużo. Za dużo dla starego człowieka. Z zastępstwami wyszło mi w tym tygodniu ponad półtora etatu. Po przyjściu do domu nie byłem w stanie już prawie nic do roboty zrobić. W biurwokracji mam zaległości - nie mogę się zmusić do przesłania dyrekcji papierów, które uważam za bzdurne mnożenie bytów. To co istotne mam ogarnięte, ale wyżej wspomniane odkładam na później, być może do opeeru, ale nie mam siły się zmusić. Dzisiaj wreszcie mogłem w ogóle jakieś zakupy po pracy zrobić - najpierw Biedrona (część dla rodziców), potem spory spacer (w sumie 6 km) do marketu biurowego (planowane od dawna, dla siebie i dla rodziców, zaskoczyło mnie znacznie zmniejszone wnętrze - poprzednio byłem tam dobrze przed lockdownem). Wróciłem i próbuję dojść do siebie. Przebłysk geniuszu, niewątpliwie napędzany potrzebą, przypomniał o kurzących się od paru lat prezentach od Dziedzica. Jednak whisky z colą smakuje zdecydowanie lepiej niż "Beluga", ale cóż, na bezrybiu i rak ryba. Grunt, że procenty są. Co za bezsens... To jakaś porażka takie życie.


wtorek, 15 września 2020

1155.Pigułka

Dziś chyba na przerwie wyglądałem mało kwitnąco i niedostatecznie promiennie, bo zauważyłem, że uczennice zaczęły mi się z pewnym niepokojem przyglądać i spytały, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku. A ja po prostu tylko byłem w fazie przestawiania się z lekcji właśnie zakończonej na lekcję nadchodzącą, z jednoczesnym podładowywaniem akumulatorków wyzerowanych lekcją minioną.

W ramach zaciekłej walki z wirusem zastosowaliśmy śmiertelnie dlań groźną broń masowego rażenia, czyli zasadę, że klasy zostają w salach lekcyjnych, a nauczyciele przychodzą do nich. Chodzi o to, by uczniów przesunąć z zatłoczonych korytarzy do sal. 

Pomińmy fakt, że cofnęliśmy się do czasów przednapoleońskich - bo wtedy zdaje się wprowadzono pracownie przedmiotowe, gdyż rzeczywistość jest tak paradna, że nie warto małostkowo czepiać się przeszłości.
Belferstwo lata po szkole, bo lekcje mamy porozrzucane po całym budynku. Klniemy w żywy kamień, bo przecież nie sposób brać ze sobą potrzebnych pomocy dydaktycznych. Nowocześniejsi - mający materiały w postaci cyfrowej klną jeszcze dosadniej, bo wyposażenie sal w sprzęt jest mozaiką na wysypisku. Nie zdawałem sobie sprawy jaki szrot mamy po salach poupychany. Nadzieja, że może w sali będzie rzutnik... Że może ten rzutnik będzie miał ekran (tzn. kawałek ściany do wyświetlenia całego obrazu)... Nadzieja, że komputer będzie chodził w takim tempie, żeby się dało wpisać temat i sprawdzić listę obecności w nie więcej niż dziesięć minut... Nadzieja, że na kompie będzie oprogramowanie którym otworzymy potrzebne do lekcji pliki... Nadzieja że w ogóle w sali będzie internet... Nadzieja, że ogólne hasło logowania będzie ustawione także na tym komputerze... My po prostu tryskamy nadzieją. I jej siostrami też tryskamy - kurwamacią i kurwynędzą.
  
Klas mamy więcej niż dużych sal, co w połączeniu z lekcjami języków obcych w grupach międzyoddziałowych powoduje, że uczniowie część lekcji i tak mają w różnych salach. Podobnie jak informatykę, bo tej nie da się realizować poza pracownią. Wszystkie inne przedmioty - przecież da się...

Ale są i chwile, kiedy można się uśmiechnąć. Z zażenowaniem, kiedy wchodząc na lekcję widzimy dziennik  otwarty na koncie koleżanki, która jakoś zapomniała się wylogować z tegoż dziennika, w którym mógłbym ileż figielków podłych jej wykroić!
A bywają i chwile, kiedy można i śmiechem parsknąć, szyderczym a szczerym. Jak wtedy, kiedy ujrzałem i przeczytałem polecenie, by nauczyciele przed udaniem się na kolejną lekcję w innej sali upewnili się, że salę w której mieli zajęcia opróżnili z uczniów i starannie zamknęli. Dzięki temu uczniowie lądują na zatłoczonym korytarzu, z którego ich przecież usuwaliśmy wprowadzając zajęcia "cały dzień w tej samej sali". Polska oświata w pigułce. Pigułka na przeczyszczenie górne.