Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

niedziela, 2 maja 2021

1192.3D

 I pyk! Klasy trzecie sobie poszły. A przecież ledwie co przyszły. Z mozołem tłukę oceny, żeby wyglądało, że pracuję. Tłukę, tłukę, a i tak mam jakieś 2/3 tej ilości, co miałbym w normalnych warunkach o tej porze roku. Z podziwem i może nawet jakąś zazdrością patrzę na tych, którzy nasprawdzali prac, że ho-ho!

Głupia pogoda - to ciepło, to zimno, to słonecznie, to deszczowo... Zwariować można. Wychodzę troszkę częściej niż zimą, ale i tak za mało. Praktycznie pół tygodnia ciągiem nie ruszam się z domu. Chore.

Po raz pierwszy od kilkunastu lat ogarniam nową grę. W odróżnieniu od wszystkich dotychczasowych nie z płyty, tylko ze strony Microsoftu. Miasto sobie buduję. Fajna zabawa, lecz trochę irytują rosnące ceny gruntu koniecznego do rozszerzania miasta - bardzo spowalniają grę.

Kupiłem sobie pierwszą figurkę wydrukowaną (a nie odlaną jak wszystkie dotychczasowe). Szok, jaka jakość! Nie spodziewałem się aż tak dobrej. Głupie Games Workshop dawno temu zarzuciło Bretonnię (armię królestwa Bretonnii z gry Warhammer Fantasy Battle), a tu rzutcy ludzie wyczuli niszę i można sobie zbudować piękną armię Bretki na samych figurkach 3D. To samo z krasnoludami Chaosu. Cudo.

Każda wizyta u rodziców to utyskiwania Mamy na Dziedzicową, która tam ustawicznie przesiaduje. Ostatnie rewelacje powinny zaniepokoić, bo to, jak to się mówi "nie jest normalne". Tylko nie bardzo jest z kim mówić.


niedziela, 11 kwietnia 2021

1191.Brnięcie

Jak woda z dziurawego kranu tak pomalusieńku kapią mi sprawdzane prace. Zazdroszczę innym jak im to szybko idzie. Plecy i głowa... jak zwykle tylko częściej. Dziś mnie zwlekły z łóżka już po nędznych pięciu godzinach snu. Brakuje mi ocen (nie przysyłają prac), a klasyfikacja za moment. Koszmar.

Pogoda wkurzająca tymi przeskokami miedzy ciepłem i chłodem. Dziś zrobiłem sobie energiczny spacer po Powiślu i trochę byłem sfrustrowany kontrastem między ciepłem w słońcu a silnym chłodzącym wiatrem - taka kombinacja fatalnie działa na moje zatoki. Mnóstwo rowerzystów i barowiczów.

Zbyt często nie wychodzę z domu. Jak poszedłem w niedzielę wielkanocną do rodziców, to potem dopiero wyszedłem w piątek; jakoś tak samo tak głupio wychodzi. O dziwo, Wicedziedzic nie rozryczał się na mój widok, tylko skrzywił z obrzydzeniem - to pierwszy raz w życiu kiedy nie wszedł w tryb jerychoński.

Przeczytałem "Upadek Gondolinu" J.R.R. Tolkiena. Zanudził mnie. Najwyraźniej nie jestem fanem, który ekscytuje się czytając kolejne wersje fragmentu dzieła. Wcześniej - po raz pierwszy - przerwałem po kilkunastu stronach lekturę przygód Gotreka i Felixa; jakoś opowieść o "Królowej węży" mnie zupełnie nie zainteresowała. Teraz do poduszki poczytuję opowiadania Neila Gaimana "Dym i lustra".

Modele nie tknięte.

Ktoś mi znowu wyjadł całą torbę śliwek w czekoladzie.


piątek, 2 kwietnia 2021

1190.Krążenie na niczym

Dobrze, że wreszcie choć na chwilę się ociepliło i słońce wszystko zalewa. Nie chce mi się wierzyć, że już jedna trzecia roku minęła. Wydaje się, że dopiero co patrzyłem z przygnębieniem w kalendarz w połowie stycznia widząc ile tygodni do przerwy świątecznej. Całe życie mi tak na niczym zlatuje.

Te onlajny z domu fatalnie odbijają mi się na krążeniu. Spuchnięte łydki, spuchnięte kostki - coś takiego kojarzyło mi się ze starymi ludźmi prawie nad grobem. A tu... paczpan. W poniedziałek po całym dniu siedzenia przy kompie i pracach, kiedy wreszcie skończyłem w pół do ósmej, to wprost wyleciałem na spacer, czując jakiś potężny wewnętrzny przymus wyjścia i maszerowania bez konkretnego celu, po prostu przed siebie. Wczoraj świtem do Biedrony, potem do jednego sklepu, drugiego, do rodziców. Ruszać się! Ruszać! Aż mnie po powrocie zmogło i musiałem się zdrzemnąć - chyba organizm domagał się rekompensaty za niecałe sześć godzin snu w nocy. 

Dziś wyszedłem na długi spacer pod pretekstem zakupu różnych drobiazgów. Pierwszy raz zobaczyłem czynną nową Warszawę Główną; aż nadto dobrze pamiętam tę stację przed likwidacją, żeby nie westchnąć smutno nad naszym polskim burdelem gospodarczym. Widoki zbudziły stary sentyment do kolei. Przemknęła stara i dawno wyblakła już myśl, jak fajnie byłoby zrobić sobie makietę kolejową. A jak jeszcze fajniej byłoby mieć gdzie ją zbudować. Cóż, to właściwie był duch myśli, nieodwracalnie już umarłej. Swoją drogą to ciekawe, czy jest gdzieś w Polsce jeszcze takie miasto, w którym nazwę "Główna" nosi stacja marginalna.

Pierwszy raz od może nawet dwóch lat przeszedłem się Grzybowską od Towarowej do Żelaznej. Niesamowite, jak tam się pozmieniało! Ileż nowych budynków postawiono i stawia się! Stare kamienice wyglądają już na wysiedlone. Pewnie pójdą pod kilof, jak kiedyś wszystkie pozostałe.

Żale i utyskiwania Schwester, że nie daje rady na stare lata zajmować się wnukiem. Do tego smęty związane z budową (Dziedzic spełnia swe ziemiańskie marzenia i chałupę za miastem stawia). Muszę się pilnować, żeby mi się coś nie wypsło, bo obawiam się, że przestaliby się do mnie odzywać.