Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

wtorek, 7 kwietnia 2020

1090.Dziennik czasów zarazy XII

Jaka prześliczna pogoda! Podobno 20 stopni! Na tę okoliczność posprzątałem zeszłoroczne pelargonie i wypucowałem balkon. 
Wklepałem dwadzieścia parę maili, poobsyłałem lekcjami, zadaniami itp., odbyłem telefoniczną naradę z mostkiem, uzupełniłem dokumentację i chyba z wolna zbliżam się do końca dnia pracy.

W niedzielę zainteresowałem się Schwester i jej przychówkiem. Na swoją zgubę. Sądzę że to od tego tak mi pospinało plecy, że jeszcze teraz ramię i szyja mnie bolą. Toksyczny nastrój wypełzł ze słuchawki i zaatakował. Po rozmowie zacząłem się zastanawiać czy to ja jestem tak niefrasobliwym idiotą kompletnie niepojmującym skali zagrożenia, czy też im troszkę dekle się poprzekrzywiały wskutek wewnętrznego histerycznego ciśnienia. Rozumiem obawy z uwagi na małe dziecko, ale chyba trochę przesadzają i wzajemnie nakręcają się lękami. Schwester w ogóle już z domu nie wychodzi ("bo ktoś może na mnie nakichać!"). I kiedy ja zachęcam rodziców, żeby wychodzili choćby na krótki spacer wokół domu, to ona ich zaklina na wszystkie świętości, żeby się z domu nie ruszali. I lamentuje do mnie że ojciec na (ogromną) klatkę schodową wychodzi, żeby coś tam (nie rozmawiać z nikim, nie).
Dziedzic jakoś na początku zamykania wszystkiego nawet do mnie zadzwonił*) z poufną radą z najsurowszym zastrzeżeniem żebym nikomu o tym nie mówił - zawoalowany kontekst: "Info od wtajemniczonych dla wtajemniczonych". Zignorowałem uznając to za fantastykę. Jak się okazało - słusznie, bo parę dni później media podały to jako jeden z przykładów rozsiewanych w sieci wyssanych z palca plotek.
___________________________________________
*) Dzwoni do mnie mniej więcej raz lub dwa na rok.

sobota, 4 kwietnia 2020

1089.Dziennik czasów zarazy XI

Napoleoński plan, aby przedostać się do Biedrony rankiem, licząc na mniejsze oblężenie, okazał się Mackowskim planem - kolejka była jeszcze dłuższa niż w dnie powszednie. Zakupy dla rodziców musiałem zrobić w lokacjach alternatywnych. Ojciec nie wygląda najlepiej, nie wychodzą w ogóle z domu. Zachęcam ich do krótkich spacerów wokół kwartału, bo obawiam się, że ojciec już w ogóle może z domu nie wyjść; nie dlatego że go wirus wykończy, tylko dlatego że mu motoryka zupełnie wysiądzie.
Wróciłem zmęczony, spocony, jakiś rozbity. 

"Jonas" i "Tamte dni, tamte noce" obejrzane w ostatnich dniach nie poprawiły mi nastroju. Chyba nie powinienem oglądać takich filmów. Miarą desperacji jest, że obejrzałem "The Meg", bynajmniej nie film biograficzny o Meg Ryan. Liczyłem, że takie idiotyczne filmidło chyba nie da rady pogorszyć humoru. Właściwie słusznie, ale pojawiły się wyrzuty sumienia, że w ogóle tracę czas na takie coś, co jest tylko o kategorię wyżej od "Rekinado".

Wyciągnąłem rozgrzebany projekt Thunderbolta zaczęty... nie pamiętam ile lat temu, ale chyba z siedem czy osiem. Szlag mnie trafia bo ni cholery nie potrafię sobie przypomnieć jaką farbą go pomalowałem. Ziemio rozstąp się! nie pamiętam! a metalizer wyszedł mi najlepiej w karierze.

piątek, 3 kwietnia 2020

1088.Dziennik czasów zarazy X

Zaczynam odczuwać pierwsze oznaki tego uwięzienia jako dyskomfortu. Niektórzy ludzie głupieją ze strachu. Mam nowe odczucie - niepokoju co mnie czeka za drzwiami mieszkania. Nie z powodu wirusa, lecz ludzi - tych którzy nami rządzą, i tych którzy bezrozumnie w istocie rzeczy kierują się ich nakazami. I nie, nie chodzi o wybory.

Dwa wyjścia po zakupy do Biedrony zakończyły się zawróceniem z niczym na widok ciągnącej się na kilkadziesiąt metrów przed sklepem kolejki.


Ale zmuszać się, żeby nie czuć nic, żeby całkiem przestać odczuwać... Co za marnotrawstwo!

"Tamte dni, tamte noce"