Co może uczynić pracę nauczyciela choć odrobinę przyjemniejszą? A przynajmniej sprawić, żeby między pracą w szkole a ciągiem dalszym pracy w domu pojawiły się jakiekolwiek odczucia ulgi bądź rozluźnienia?
Wypicie pół flaszki wina. No dobra, może 4/10 flaszki.
Szkoda tylko, że efekt zaraz mija, kiedy się spojrzy na prace do sprawdzenia i pomyśli o jutrzejszych siedmiu lekcjach ciągiem.
EDIT.
Chyba zidentyfikowałem france co mi wspomniany wcześniej dyskomfort trawienny fundowała - turecka chałwa, którą wiedziony słabością chyłkiem nabyłem. Jak zemsta za Chocim, normalnie...