Z koleżanką Kowalską zgadujemy się, że mieliśmy identyczne przypuszczenia co do czasu trwania strajku - żadne z nas nie sądziło, że potrwa to tak długo; obstawialiśmy tak do 3 dni - maksymalnie.
Koleżanka Wiśniewska z rosnącym przerażeniem patrzy na przedłużanie się protestu. Musi utrzymać dwie osoby ze swojej pensji, a z powodu koniecznych wydatków na leczenie każdy kolejny miesiąc kończyła na debecie. Nie ma żadnych oszczędności.
Kolega Malinowski, uskarżający się od dawna, że "niektórzy tu mają go za pisowca, a on właściwie ma inne preferencje [fundamentalistyczna katoprawica - dop. mój Mr A]", oznajmił (podobno), że przeciw temu rządowi on strajkować nie będzie i z właściwą sobie odwagą i troską o finanse poszedł na zwolnienie. W pracy go nie ma, a na konto pieniążki płyną, wprawdzie tylko 80%, ale to i tak więcej niż 0% dla tego strajkującego lewactwa.
Koleżanka Nowak nie strajkuje i nie kryje się z tym, przychodzi do pracy i odsiaduje swoje godziny.
Martwię się klasyfikacją klas trzecich. Źle się czuję z tym, że być może nie ja sklasyfikuję moich uczniów. Byłby to pierwszy raz w mojej "karierze" zawodowej. Czuję, że jestem im to winien.
Z powodów strajkowych moje plany spłaty zadłużenia remontowo-kuchennego właśnie się komplikują. Na "antydepresanty" też nie bardzo jest.