Wczoraj prosto z pracy na zakupy i do rodziców. Ponieważ mają niespodziewaną frajdę w postaci goszczenia (już od iluś dni) Dziedzicowej, musiałem wysłuchać Maminych relacji na temat połowicy wnuka. Właściwie byliśmy zgodni w ocenach. I na tym zakończmy ten wątek. Prosto od rodziców do IKEI po kilka drobiazgów. Wróciłem i nie padłem - byłem zbyt nakręcony tempem, żeby paść.
Dziś pojechałem do hipermarketu na małe zakupy, bo rozwój sytuacji epidemicznej sugeruje, że wkrótce taka wyprawa może być utrudniona. Jak zacząłem dokładać do koszyka niezbędne produkty, to musiałem wziąć drugi koszyk i zakupy zrobiły się duże. Dobrze, że plecak wziąłem. Uprzedzając szydercę z północnych kresów - żadnego produktu nie wziąłem więcej niż dwie sztuki, z wyjątkiem suszonych: drożdży i zakwasu, których wziąłem zapas na 14 chlebów; te ostatnie to konieczność, bo nigdzie koło mnie ich nie ma (podobnie zresztą jak większości pozostałych produktów).
Wracając z marketu zobaczyłem na ścianie ogromny mural z napisem "Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego". Przyszło mi na myśl, że właściwie ta dyrektywa wskazuje na jedną z głównych przyczyn tego, że jestem sam. O kochaniu nie ma najmniejszej mowy - udało mi się aż przyzwyczaić się do siebie i to jest chyba maksymalny możliwy na tym polu sukces, na jaki mnie stać.