Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

wtorek, 15 września 2020

1155.Pigułka

Dziś chyba na przerwie wyglądałem mało kwitnąco i niedostatecznie promiennie, bo zauważyłem, że uczennice zaczęły mi się z pewnym niepokojem przyglądać i spytały, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku. A ja po prostu tylko byłem w fazie przestawiania się z lekcji właśnie zakończonej na lekcję nadchodzącą, z jednoczesnym podładowywaniem akumulatorków wyzerowanych lekcją minioną.

W ramach zaciekłej walki z wirusem zastosowaliśmy śmiertelnie dlań groźną broń masowego rażenia, czyli zasadę, że klasy zostają w salach lekcyjnych, a nauczyciele przychodzą do nich. Chodzi o to, by uczniów przesunąć z zatłoczonych korytarzy do sal. 

Pomińmy fakt, że cofnęliśmy się do czasów przednapoleońskich - bo wtedy zdaje się wprowadzono pracownie przedmiotowe, gdyż rzeczywistość jest tak paradna, że nie warto małostkowo czepiać się przeszłości.
Belferstwo lata po szkole, bo lekcje mamy porozrzucane po całym budynku. Klniemy w żywy kamień, bo przecież nie sposób brać ze sobą potrzebnych pomocy dydaktycznych. Nowocześniejsi - mający materiały w postaci cyfrowej klną jeszcze dosadniej, bo wyposażenie sal w sprzęt jest mozaiką na wysypisku. Nie zdawałem sobie sprawy jaki szrot mamy po salach poupychany. Nadzieja, że może w sali będzie rzutnik... Że może ten rzutnik będzie miał ekran (tzn. kawałek ściany do wyświetlenia całego obrazu)... Nadzieja, że komputer będzie chodził w takim tempie, żeby się dało wpisać temat i sprawdzić listę obecności w nie więcej niż dziesięć minut... Nadzieja, że na kompie będzie oprogramowanie którym otworzymy potrzebne do lekcji pliki... Nadzieja że w ogóle w sali będzie internet... Nadzieja, że ogólne hasło logowania będzie ustawione także na tym komputerze... My po prostu tryskamy nadzieją. I jej siostrami też tryskamy - kurwamacią i kurwynędzą.
  
Klas mamy więcej niż dużych sal, co w połączeniu z lekcjami języków obcych w grupach międzyoddziałowych powoduje, że uczniowie część lekcji i tak mają w różnych salach. Podobnie jak informatykę, bo tej nie da się realizować poza pracownią. Wszystkie inne przedmioty - przecież da się...

Ale są i chwile, kiedy można się uśmiechnąć. Z zażenowaniem, kiedy wchodząc na lekcję widzimy dziennik  otwarty na koncie koleżanki, która jakoś zapomniała się wylogować z tegoż dziennika, w którym mógłbym ileż figielków podłych jej wykroić!
A bywają i chwile, kiedy można i śmiechem parsknąć, szyderczym a szczerym. Jak wtedy, kiedy ujrzałem i przeczytałem polecenie, by nauczyciele przed udaniem się na kolejną lekcję w innej sali upewnili się, że salę w której mieli zajęcia opróżnili z uczniów i starannie zamknęli. Dzięki temu uczniowie lądują na zatłoczonym korytarzu, z którego ich przecież usuwaliśmy wprowadzając zajęcia "cały dzień w tej samej sali". Polska oświata w pigułce. Pigułka na przeczyszczenie górne.
  

niedziela, 13 września 2020

1154.Zbieranie się zmiotką i szufelką

Robię się za stary do tej roboty. A może do każdej roboty? Tydzień robienia brum-brummm-brum-brum-brum! i zapieprzania jak mały brewsterek (bo meserszmitki były szczupłe). W sobotę paliwa starczyło jeszcze na zakupy w Wola Parku i odwiedziny u rodziców. A potem się ździebko roztentegowałem. Stres trzymany w ryzach do tej pory poczuciem obowiązku trzasnął i rozlał się szeroko załatwiając resztę dnia, noc i ranek. Dopiero po południu dziś wyszedłem na powolny spacer klnąc pod nosem na chłodny porywisty wiatr. Próbowałem coś zrobić do roboty, ale szło mi to z prędkością dryfu kontynentalnego i z takimiż widocznymi postępami.
Jutro zaczynamy pracę w nowych warunkach organizacyjnych - covid nie ma szans. Najmniejszych. Jakość nauczania też nie ma. 
Nie wiem od czego niektórym bardziej odbija - od strachu przed wirusem, czy od strachu przed nauczaniem zdalnym.
Trzeba się jakoś pozbierać, żeby jutro świtem wstać.

środa, 9 września 2020

1153.Pożegnanie z ennealogią

Zmęczenie daje o sobie znać, choć to dopiero połowa tygodnia, a jutro bieg maratoński i pojutrze na średnim dystansie. Nie mam siły na zrobienie czegokolwiek nowego do pracy - jadę na dotychczasowych co mnie niezbyt satysfakcjonuje. Nie wyobrażam sobie w tych warunkach sprawdzania jakichkolwiek prac.

Nowe zasady bezpieczeństwa kruszą się i rozbijają o niewzruszone skały przyzwyczajeń personelu - w bufecie jak był tłum tak jest, rysunek na ławce zastany w poniedziałek zdradza w środę, że żadna szmatka z płynem dezynfekcyjnym nawet się doń przez trzy dni nie zbliżyła.

Pilnowanie jakichś minimalnych standardów snu kiepsko mi wychodzi. Wczoraj zarwałem kawał nocy, żeby dokończyć ostatni tom ennealogii Robin Hobb o przygodach Bastarda i Błazna. Wzruszyłem się zakończeniem. Rankiem po przebudzeniu zdałem sobie sprawę, że rozmyślam o tej lekturze.