Matma za mną. Dziś było urozmaicenie - robiłem za członka zespołu, a nie jak zwykle, za przewodniczącego. Różnica okazała się dość kosmetyczna, bo byłem jedyną zorientowaną w zadaniach i czynnościach osobą w zespole. Koleżanka Zagubiona kulturalnie (i rozsądnie) poprosiła, żebym zwracał uwagę, czy czegoś nie przeoczyła, ale w praktyce wyglądało to nieco inaczej.
- Pani Asiu, proponowałbym podzielić się zadaniami przy wpuszczaniu tak, jak zwykle to się robi, bo to sprawdzone i pójdzie sprawnie: pani pilnuje listy i podpisów, ja wydaję naklejki z kodami, a kolega (z innej szkoły) zajmie się losowaniem miejsc.
- Aha, dobrze.
To "ahadobrze" wyglądało to tak, że kolega rozsiadł się i ani myślał palcem kiwnąć, a koleżanka przewodnicząca stała jakieś półtora metra ode mnie rozmawiając sobie z oczekującymi w kolejce do wejścia maturzystami, najwyraźniej zupełnie bez świadomości, że jej zadania jako przewodniczącej zespołu nadzorującego w tym momencie wyglądają zupełnie inaczej. Pendant tego ja obskoczyłem wszystkie czynności i wpuściłem zdających, chyba sprawniej niż w tercecie, a bez wątpienia z takim zapasem czasu, żebyśmy mogli zacząć punktualnie. Zapas się wziął i rozszedł, kiedy koleżanka poszła po arkusze i przepadła w otchłani mostka, gdzie rozdawane były te specjoza; wprawdzie uprzedzałem że przy tylu zdających będzie kolejka, ale... widać nie dotarło. Instrukcję dla zdających wobec tego wziąłem na siebie, wychodząc ze słusznego, jak się okazało, założenia, że dzięki temu unikniemy obsuwy czasowej liczonej już nie w minutach, a w kwadransach. Przy okazji dokonałem przeglądu przyborów piśmienniczo-rysowniczych i konfiskaty zabronionych przez JWW CKE. O tym, że to był obowiązek przewodniczącego nie warto już nawet wspominać.
Zasada wychodzenia po skończeniu jest taka, że zdający podnosi rękę i czeka, aż ktoś z nadzorujących doń podejdzie, sprawdzi czy wszystko OK (kodowanie i przeniesienie odpowiedzi na kartę odpowiedzi) i wtedy pozwala na opuszczenie sali. Nadchodzi początek końca, pierwszy zdający podnosi rękę, pani przewodnicząca widzi, kiwa głową, uśmiecha się i.... nie rusza się z miejsca. Sekunda, druga, trzecia, zaraz wejdziemy w tajming groteski, więc szybko podszedłem do szczęśliwego finalisty, sprawdziłem i dałem zgodę na wyjście. Wracając na miejsce musiałem mieć chyba niezbyt pokerową minę, bo nie tylko koleżanka przewodnicząca zajarzyła co ma robić w takich sytuacjach, ale pod koniec nawet kolega z innej szkoły się podźwignął dwa albo trzy razy do odprawy skończonego zdającego. Prawda, że byłoby to paradne, gdyby któreś z nas - zamiast niego - musiało tam podejść, bo on miał ich w promieniu metra od siebie, a my byśmy musieli przejść przez całą salę. Ale prawda i to, że nie takie cuda na maturach widziałem, więc nie byłoby to niczym aż tak nadzwyczajnym.
W sumie więc, wolę chyba być przewodniczącym, niż członkiem w takim zespole, bo jako przewodniczący, to mogę komuś pozlecać zdania, a nie samemu robić je za przewodniczącego, który nie umie zapoznać się z obowiązkami i zrobić co do niego należy.
Na koniec właściwie powinienem się użalić nad swoim losem, albo nad tym, co mi (los ów) przynosi. Z innej szkoły przyszedł taki ładny, zgrabny chłopiec, na którego pewnie miło byłoby przez te trzy godziny popatrzeć, ale - naturalnie trafił do jakiegoś innego zespołu nadzorującego, a ja siedziałem z panem, który niestety, wybaczcie brutalność lecz trudno wykrzesać z siebie jakiś eufemizm, ale przywodził na myśl skojarzenie z kloszardem. Gdybym był dyrektorem, to bym nauczyciela tak ubranego i prezentującego się do pracy na maturze, z miejsca z placówki wyprosił i daj Boże, jakbym przy tym język powściągnął.
To zresztą zrodziło u mię także refleksję ogólniejszą - wraz z postępem wieku granica między luźnością (swobodą) ubioru a niedbałością (jako siostrą niechlujstwa) dramatycznie blaknie i zaciera się. Niestety, ale jak się przekracza pięćdziesiątkę, to już trzeba bardzo, ale to bardzo uważać na to co się na siebie wkłada, bo może się łatwo zdarzyć, że nam się będzie wydawało, że jesteśmy ubrani "wygodnie i na luzie, swobodnie tak", a inni zobaczą starego, niechlujnego, zaniedbanego dziada.