Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

piątek, 11 maja 2018

807.Schmitt

Prace wszystkie sprawdzone, ale trzeba by lekcje przygotować. Jak siadłem, to po północy skończyłem. Żeby jakoś porządnie zrobić, to na takiej dłubaninie czas płynie jak woda w górskim strumieniu. A że rano trzeba było wstać wcześnie, to snu było 5 godzin... Za mało. Dziś zaś, dzięki zastępstwom, które zakitowały wszystkie szczeliny dylatacyjne, było gęsto... Za gęsto. Ani chwili oddechu, bo nawet w autobusach myśli pląsały wokół roboty. Potem prosto z roboty na pocztę, żeby paczkę z butkami odebrać, bo jutro poczta nie czynna. Jak doszedłem do domu, to zastanawiałem się, czy w ogóle chce mi się jeść sobie robić. Niestety, starzy ludzie już nie regenerują się tak szybko jak młodzi. Ich regenerację zastępuje poczucie obowiązku, dlatego po zjedzeniu kanapki i krótkiej odsapce, poszedłem na małe zakupy.

Kończę pierwszą powieść Érica-Emmanuela Schmitta "Sekta egoistów". Podoba mi się na tyle, że sięgnę po inne jego książki. Akurat w "Bonito" mają kończącą się promocję na książki Znaku, który wydał sporo "Schmittów".

Dziwne uczucie, że do końca zajęć zostało jakoś mało czasu. A po drodze jeszcze parę zbiegających się w czasie atrakcji, potęgujących wrażenie zagęszczenia i zabiegania. To nie jest terapeutycznie kojące dla mojej biednej, pierdolniętej głowy.

wtorek, 8 maja 2018

806.English owen

Uff, angielski za mną. Słońce już solidnie przygrzewa, budynek wyeksponowany na nagrzanie i w salach jak w piekarniku, zwłaszcza po południu, kiedy pisane było rozszerzenie. Kłania się głupota robienia matur w dwóch terminach dziennie - na 9.00 i 14.00. Termin popołudniowy jest nie fair wobec zdających (i nieprzyjazny nadzorującym).
Zaczynamy wpuszczać zdających na salę; koleżanka Nowe Pokolenie okazuje się być zieloniutka jak szczypiorek na wiosnę i troszkę bez wyobraźni. Zastanawiam się, jak ona się taka uchowała, przecież na maturach musiała już być co najmniej kilka, ale raczej kilkanaście razy, więc powinna już coś niecoś jarzyć. 
Koleżanki z innej szkoły dłuższą chwilę jakoś nie widać, wreszcie przybywa. Zgubiła się. No cóż, jak wiadomo naszą szkołę projektował inżynier Dedal na wzór swego opus magnum, więc pewnie da się tu zgubić. A "nadzieńdobry" pani jedzie z tekstem: "No, przynajmniej tutaj krzyż na ścianie jest." Tylko łypnąłem okiem wychwytując oznaki apodyktycznej fanatycznej zołzy i nie skomentowałem - zbyt duże było prawdopodobieństwo, że nasza rozmowa zamieniłaby się w wymianę zdań, jakie w szkole padać nie powinny; a przynajmniej nie przy uczniach. Nauczany przez panią "przedmiot" nie był trudny do zgadnięcia.
"Duże matury" się skończyły i jutro już normalne lekcje. Z tym, że dla specyficznych wartości normalności, bo przyszłość narodu wraca po 11 dniach wolnego, więc trochę potrwa ich przestawianie na tryb jakiejkolwiek, imitacji choćby, pracy.

poniedziałek, 7 maja 2018

805.A tak po matmie

Matma za mną. Dziś było urozmaicenie - robiłem za członka zespołu, a nie jak zwykle, za przewodniczącego. Różnica okazała się dość kosmetyczna, bo byłem jedyną zorientowaną w zadaniach i czynnościach osobą w zespole. Koleżanka Zagubiona kulturalnie (i rozsądnie) poprosiła, żebym zwracał uwagę, czy czegoś nie przeoczyła, ale w praktyce wyglądało to nieco inaczej.

- Pani Asiu, proponowałbym podzielić się zadaniami przy wpuszczaniu tak, jak zwykle to się robi, bo to sprawdzone i pójdzie sprawnie: pani pilnuje listy i podpisów, ja wydaję naklejki z kodami, a kolega (z innej szkoły) zajmie się losowaniem miejsc.
- Aha, dobrze.

To "ahadobrze" wyglądało to tak, że kolega rozsiadł się i ani myślał palcem kiwnąć, a koleżanka przewodnicząca stała jakieś półtora metra ode mnie rozmawiając sobie z oczekującymi w kolejce do wejścia maturzystami, najwyraźniej zupełnie bez świadomości, że jej zadania jako przewodniczącej zespołu nadzorującego w tym momencie wyglądają zupełnie inaczej. Pendant tego ja obskoczyłem wszystkie czynności i wpuściłem zdających, chyba sprawniej niż w tercecie, a bez wątpienia z takim zapasem czasu, żebyśmy mogli zacząć punktualnie. Zapas się wziął i rozszedł, kiedy koleżanka poszła po arkusze i przepadła w otchłani mostka, gdzie rozdawane były te specjoza; wprawdzie uprzedzałem że przy tylu zdających będzie kolejka, ale... widać nie dotarło. Instrukcję dla zdających wobec tego wziąłem na siebie, wychodząc ze słusznego, jak się okazało, założenia, że dzięki temu unikniemy obsuwy czasowej liczonej już nie w minutach, a w kwadransach. Przy okazji dokonałem przeglądu przyborów piśmienniczo-rysowniczych i konfiskaty zabronionych przez JWW CKE. O tym, że to był obowiązek przewodniczącego nie warto już nawet wspominać. 

Zasada wychodzenia po skończeniu jest taka, że zdający podnosi rękę i czeka, aż ktoś z nadzorujących doń podejdzie, sprawdzi czy wszystko OK (kodowanie i przeniesienie odpowiedzi na kartę odpowiedzi) i wtedy pozwala na opuszczenie sali. Nadchodzi początek końca, pierwszy zdający podnosi rękę, pani przewodnicząca widzi, kiwa głową, uśmiecha się i.... nie rusza się z miejsca. Sekunda, druga, trzecia, zaraz wejdziemy w tajming groteski, więc szybko podszedłem do szczęśliwego finalisty, sprawdziłem i dałem zgodę na wyjście. Wracając na miejsce musiałem mieć chyba niezbyt pokerową minę, bo nie tylko koleżanka przewodnicząca zajarzyła co ma robić w takich sytuacjach, ale pod koniec nawet kolega z innej szkoły się podźwignął dwa albo trzy razy do odprawy skończonego zdającego. Prawda, że byłoby to paradne, gdyby któreś z nas - zamiast niego - musiało tam podejść, bo on miał ich w promieniu metra od siebie, a my byśmy musieli przejść przez całą salę. Ale prawda i to, że nie takie cuda na maturach widziałem, więc nie byłoby to niczym aż tak nadzwyczajnym.

W sumie więc, wolę chyba być przewodniczącym, niż członkiem w takim zespole, bo jako przewodniczący, to mogę komuś pozlecać zdania, a nie samemu robić je za przewodniczącego, który nie umie zapoznać się z obowiązkami i zrobić co do niego należy.

Na koniec właściwie powinienem się użalić nad swoim losem, albo nad tym, co mi (los ów) przynosi. Z innej szkoły przyszedł taki ładny, zgrabny chłopiec, na którego pewnie miło byłoby przez te trzy godziny popatrzeć, ale - naturalnie trafił do jakiegoś innego zespołu nadzorującego, a ja siedziałem z panem, który niestety, wybaczcie brutalność lecz trudno wykrzesać z siebie jakiś eufemizm, ale przywodził na myśl skojarzenie z kloszardem. Gdybym był dyrektorem, to bym nauczyciela tak ubranego i prezentującego się do pracy na maturze, z miejsca z placówki wyprosił i daj Boże, jakbym przy tym język powściągnął.

To zresztą zrodziło u mię także refleksję ogólniejszą - wraz z postępem wieku granica między luźnością (swobodą) ubioru a niedbałością (jako siostrą niechlujstwa) dramatycznie blaknie i zaciera się. Niestety, ale jak się przekracza pięćdziesiątkę, to już trzeba bardzo, ale to bardzo uważać na to co się na siebie wkłada, bo może się łatwo zdarzyć, że nam się będzie wydawało, że jesteśmy ubrani "wygodnie i na luzie, swobodnie tak", a inni zobaczą starego, niechlujnego, zaniedbanego dziada.