Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

poniedziałek, 12 marca 2018

772.Logika

Moi uczniowie to chyba najczulsze barometry na świecie. Wiosna ledwie dała znać, że nadchodzi, a oni już czują jej skutki - połowa rozradowana, że o świecie bożym wokół siebie zapomina, a druga połowa już cierpi na przemęczenie wiosenne. Siedem lekcji ciągiem i wychodząc z roboty czułem sforsowane gardło. O nerwach nie wspominając - seria zderzeń z rzeczywistością zmęczyła mnie tak, że teraz dopiero próbuję (bez powodzenia, jak widać) zmusić się do pracy.

Niby wiem i nie nowina to, ale i tak za każdym razem kiedy konfrontuję się z morzem niekompetencji moich uczniów w zakresie dość elementarnych zdolności czytania w języku polskim, czuję się jakbym miał zawroty w głowie i wrażenie, że nie do końca wiem gdzie się znajduję. Dziesiąty rok w systemie edukacji, a umiejętność czytania jak u ćwierć-analfabetów. I nie chodzi tu o jakieś trudne teksty, tylko najzwyklejszy podręcznik do pierwszej klasy LO. Wygląda to tak, jakby ich pole widzenia i zasób pamięci pozwalał zobaczyć i przetwarzać tylko jedno krótkie, lub pół długiego zdania. Jeśli szukają w tekście daty jakiegoś wydarzenia, to przestają widzieć litery i widzą tylko cyfry, co prowadzi do zupełnie fantastycznych efektów, kiedy wyszukawszy w akapicie daty, za potrzebną datę wydarzenia biorą tę, która wystąpiła jako pierwsza. Próby wytłumaczenia, że to jakaś data z genezy tego wydarzenia, a ono samo mają wskazane wytłuszczonym drukiem parę zdań dalej, są przyjmowane jak deklamacja w języku obcym.

To, że polecenie w zadaniu z mapą konturową zaczyna się od słów "Na mapie Europy zaznacz..." wcale, ale to wcale nie sugeruje, że nie trzeba zaznaczać nic w Afryce, którą widać przecież na dole mapki i zwrócenie przeze mnie na to uwagi, jest witane jak ogromna niespodzianka. 

Zdaniem przyszłości narodu rozumowanie "Do Abacji i Babacji dołączyła Cabacja i razem utworzyły Dabację, a więc Dabacja to jest Cabacja" jest absolutnie poprawne logicznie i nie do podważenia, więc czemu ja twierdzę, że jest bzdurą?

Bez związku z powyższym wypsnął mi się na innej lekcji wulgaryzm - poniosło mnie w dynamicznym wywodzie, w którym tłumaczyłem pewne procesy społeczne sprzed stuleci. No i zły jestem na siebie.


piątek, 9 marca 2018

771.I co to komu kurwa przeszkadzało

Pardon wulgaryzmy będą.

Logując się do blogera zdałem sobie sprawę, że chyba skumulowało mi się parę rzeczy, które mnie wkurwiają.

Niedziela wolna od handlu. Kurwa. Jechałem sobie w niedzielę na zadupie do marketu i bez tłoku, famuł i znaczących kolejek robiłem zakupy dla siebie i dla rodziców. Nie było tłumów, nie było rozwrzeszczanych bachorów, nie było gamoni telepiących się tak, że ani przeskoczyć, ani obejść. To znaczy - nie było w ilościach zauważalnych. Do kasy były 2-3, góra 5 osób, co dla mnie, który swoje w kolejkach odstał za jebanej komuny było ważne. Trzy godziny od wejścia do wyjścia*) i miałem: i zakupy obleciane, i nerwy w dobrym  stanie. A dziś sobie liczę, i wychodzi mi, że po pracy nie zdążę ani obrócić przed korkami, ani przed wysypem ludzi z roboty. Już to przerabiałem i kurwicy omal nie dostałem czekając aż autobus pokona na przykład 750 metrów w Centrum w szczycie. W sobotę zawsze były tłumy famuł (od familia i muł) z rozwrzeszczanymi bachorami i wózkami wypchanymi zakupami pod sufit hali. Teraz będzie jeszcze gorzej, bo dołączą do nich niedzielni. Kurwa mać!  Pojechałbym sobie do IKEI po poduszkę - ale znów to samo, czyli tłumy w weekendy, skomasowane likwidacją niedzieli. Pracowałem kiedyś w markecie i robocze niedziele podobały mi się, bo miałem dzięki temu wolny dzień w tygodniu - w sam raz na załatwianie różnych spraw. W tygodniu nie kończę tak wcześnie, żeby móc się wybrać do marketu nie utkwiwszy w dzikich korkach, które w Syrenim Grodzie potrafią trzymać do szóstej i siódmej godziny.

Konieczność popłacenia rachunków zmusiła do zapoznania się ze stanem konta. Niby wiedziałem, że motywacyjny obcięty, ale wiedzieć, a zobaczyć to jednak subtelnie co innego. No i subtelnie się zmartwiłem. Ktoś powie: 120 złotych na rękę, a cóż to jest? O cóż się tak bulwersować? Bogaty nie poczuje, ale jak mam teraz na rękę w sumie dwa siedemset (a od maja jeszcze mniej), to te zniknięte 120 złociszy robiły różnicę. A jak się nadmę, obrażę i trzasnę drzwiami, to w nowej szkole (o ile ją znajdę, na co się nie zanosi) dostanę jeszcze mniej, bo dyrektor nie da debiutantowi dodatku motywacyjnego ponad przepisane minimum.

No i tak w ogóle to o kant dupy potłuc to wszystko.
________________________________

*) poniewczasie zauważyłem pomyłkę, powinno być: od wyjścia do wejścia (z i do domu).

czwartek, 8 marca 2018

770.Relaks

Ależ się ciepło zrobiło! Nie umiem się tak szybko przestawić na nowe zestawy ubiorcze i albo mi zbyt rześko, albo pocę sie jak ruda mysz.
Na tratwie  klimat staje się osobliwy, bo brygada Vaselinos trzyma się wszędzie zwartą grupą i gdzie nie stąpnąć, tam się człowiek na nich napatoczy, jak stoją lub siedzą w swojej gromadce i zawzięcie dyskutują, rzucając tylko dyskretnie wzrokiem, kto obok przechodzi.

Poszedłem się rezonować magnetycznie. Pierwszy raz w życiu, więc tylko mgliście i ogólnie wiedziałem jak to ma być. Troszkę in minus mnie zaskoczyło, że to ma potrwać do 40 minut, myślałem że krócej - coś jak z tomografią. W ankiecie punkt dotyczący klaustrofobii sugerował czego się spodziewać. Położyłem się, pani przykryła mi łepetynę koszyczkiem, resztę - pledzikiem (bo bluza miała metalowy suwak - nie pomyślałem o tym, i musiałem ją zdjąć), w rękę wcisnęła gruszeczkę alarmową i ziuuuu! wjechałem w głąb dupy wieloryba, pardon - do wnętrza maszyny diagnostycznej. Jak widać mały wredniak siedzący mi w głowie próbował fikać (Oooo, jesteś w środku piramidy! Ooooo! Zaraz zaczniesz się duuuusiiiić!), ale spacyfikowałem go błyskawicznie. Zamknąłem oczy i skupiłem się na odprężeniu, żeby być grzecznym pacjentem i nie ruszać się - jak pani rezonansowa kazała. No i tak sobie leżałem, leżałem i... sam nie wiem, trochę głupio to może zabrzmieć, ale całkiem przyjemnie mi się zrobiło, hałasy wydawały się po trosze zabawne, po trosze transowe (nie chodzi o transpłciowość, tylko o trans z rytmu na przykład), nie myślałem o niczym konkretnym, tylko tak sobie leżałem. Całkiem miło było. W sumie tak szybko to minęło, że nie jestem pewien czy się tam nie zdrzemnąłem odrobinę. W końcu wstałem z tej "kołyski"... jakby to powiedzieć... w gruncie rzeczy zrelaksowany (nie wiem jak to jest być zrelaksowanym, więc domyślam się). Mam świadomość, że brzmi to nieco dziwnie, zważywszy na agresywną akustykę aparatury, ale wygląda na to, że w niej znalazłem więcej spokoju, wyciszenia i relaksu niż w swoim codziennym życiu.