[to takie ostrzeżenie dla PT. Czytelników, żeby mogli zawczasu zdecydować, by dalej nie czytać, bo im się antyemetyk skończył]
Wczoraj niespodziewanie zadzwonił i wpadł Emuś. Zdziwiłem się, że tak bez powodu. Nawijał o szkole, o reformie szkolnictwa, o swoich uczuciach do minister oświaty, o tym, że potrzebuje aktów prawnych do przygotowania się do egzaminu awansowego i żebym je mu podesłał, o swojej siłce i muskulaturze... Jakoś tak w sumie - nie było przyjemnie. Udało mi się jakoś zdystansować od pracy, uświadomienie sobie że zostały już tylko 2 tygodnie urlopu nie podziałało pozytywnie na moje samopoczucie, a tu jeszcze wzmocnienie tego emusiową tyradą o pracy - no nie fajnie. Do tego na koniec bąknął, że "się spotyka z takim jednym", ale musi już lecieć, więc więcej opowie następnym razem.
I tak wizyta w domu chujowej starości zaliczona.
Po jego wyjściu jakoś tak mnie głowa i plecy rozbolały. Zapewne z przypomnienia o pływającym bałaganie, czyli tratwie Meduzy, oraz z przypomnienia o czymś, co usilnie staram się pogrzebać, zapomnieć i zdezawuować - o tym, że (niektórzy) ludzie wytrwale szukają partnerów, spotykają się, randkują i nie poddają się niepowodzeniom.


