Trzeci dzień w IKEI. Jak się nie ma autka, to trzeba niestety pyrgać i targać po troszku autobusem. Choć przecież powinienem się cieszyć, a nie stękać, bo mam w Syrenim Grodzie luksus łatwej i dobrze zorganizowanej komunikacji. Naprawdę współczuję mieszkańcom mniej fartownych pod tym względem miejscowości. Pamiętam jak się nam okresowo mieszkało w małej dziurze, to trzeba było starannie planować wyjazdy i zakupy - istna wyprawa!
Mieszkanko robi się jeszcze mniejsze - jak dziupelka. A i tak mam wrażenie, że przestrzeni gablotowej na przyszłe modele zostało niewiele. Ach, wygrać w totka i sprawić sobie mieszkanie w rozmiarze luksusowym - salon, sypialnia i biblioteka. Żeby spadkobiercy mieli więcej do wynoszenia i wyrzucania. Widuję od czasu do czasu takie sceny - kontener pod domem i robotnicy wyrzucający na kupę rzeczy po zmarłym. A teraz siedzę przy kompie i tak się rozglądam wokół... Pokój z wolna zamienia się w przytulne gniazdko, dopasowane do mnie jak rękawiczka, jak trumna w której kiedyś znajdą trupa.
A żeby różni szydercy nie kpili, że tylko smęty&smuty, to pewną radość przyniosło mi odkrycie piwa ze Zwierzyńca w sklepie, w którym robię zakupy. Wprawdzie nie w klasycznych butelkach zwanych handgranatami, ale też smaczne. Ładnych kilka lat już go nie piłem. A powrót do piwa, jak już wspominałem, to Hanysowi Wędrowniczkowi zawdzięczam, któren mi jakoś o piwie przypomniał.