Obserwuję od jakiegoś czasu częste występowanie pewnej cechy w przyszłości narodu: przerost ego w otoczce infantylizmu.
Zdumiewająco wielu młodych ludzi ma (bezpodstawnie) wysokie mniemanie o sobie w kontekście szans jakie się przed nimi otwierają, względnie - na nich czekają. Sprawiają wrażenie, jakby szczerze wierzyli, że mogą mieć co zechcą, bo im się to należy i właściwie sama ich wola wystarczy do uzyskania. Tego, że w życiu do realizacji celów z reguły oprócz pragnienia potrzebny jest jeszcze znaczny wysiłek, zupełnie nie biorą pod uwagę, czy też wręcz z góry odrzucają. "Chcę" utożsamiają z "mam". Na żądanie włożenia jakiegoś dłuższego, większego wysiłku w pracę dla osiągnięcia zachcianki, reagują frustracją i agresją, traktując jako bezpodstawne szkodnictwo wymierzone w ich fundamentalne prawa ludzkie. Przekonani, że osiągnięcie czegokolwiek jest w zasadzie niemal wyłącznie funkcją ich woli, nie są gotowi ani na trzeźwą ocenę swoich możliwości, ani na porażkę. Zderzając się jednak w młodzieńczym wieku z rzeczywistością często popadają w frustrację prowadzącą do obniżenia samooceny. Oto i paradoksalna pętla - od przerostu ego do niskiej samooceny.
Mam wrażenie, że część odpowiedzialności za kształtowanie takich postaw ponosi otaczający nas świat z bałamutnym i oszukańczym przekazem: "Możesz być kim chcesz! Nie daj się ograniczać!", a część - rodzice hodujący swe pociechy do wyższych celów. Obserwuję od ładnych kilku lat stały przyrost tych ostatnich - mam podejrzenie, że jest to efektem stołecznego zasysania "nowej klasy średniej". Klasy zachłyśniętej swym sukcesem życiowym, który na ogół bezpodstawnie przypisuje wyłącznie sobie, i traktującej innych z mniej lub bardziej skrywanym poczuciem nuworyszowskiej pogardy.