Osobliwe i przypadkowe zagęszczenie muzealnych wizyt z oczywistą szkodą dla słabszych placówek, których mizeria tym mocniej zostaje wyeksponowana. Dla (dość przypadkowego i incydentalnego) towarzystwa poszedłem zwiedzić Muzeum Historii Żydów Polskich "Polin".
Wspaniała architektura, robiąca wrażenie ukształtowaniem bryły, narracją zawartą i w niej i w detalu, jakością wykonania prac wykończeniowych.
Ogromna ekspozycja, na którą potrzeba wiele czasu. Na wystawę stałą anonsowane w materiałach Muzeum 2 godziny to absolutnie za mało, chyba że na przelot z gatunku "Rusz się, Zdzisiu, bo nam Galerię Handlową zamkną!". Nam zeszło 5 godzin, a i tak miałem pewne wyrzuty sumienia, że zbyt pobieżnie zwiedzam i przeczytałem pewnie może z połowę eksponowanych tekstów.
Pewnym zaskoczeniem był rodzaj ekspozycji - przytłaczająca większość to właśnie teksty w najróżniejszej formie. Przedmiotów źródeł materialnych (niepisanych) było stosunkowo bardzo, bardzo mało. Nomen omen, gwoździem ekspozycji wydaje się imponująca (także użytymi technikami!) rekonstrukcja oszałamiającego bogactwem kolorów wnętrza synagogi z Gwoźdźca.
Układ wnętrz i trasa zwiedzania przywodzi na myśl głęboko przemyślaną łamigłówkę, starannie skorelowaną z treścią wystawy - różnica wobec muzeów starego typu jest ogromna.
Imponująco bogata, bajecznie kolorowa oferta sklepu muzealnego - tym dobitniej widoczna jest nędza innych naszych placówek, po prostu przepaść! Do tego ceny na tyle inteligentnie dobrane, że każdy może znaleźć sobie ładną kolorową pamiątkę już za kilka-, kilkanaście złotych. Jedyne rozczarowanie to oferta książek, z której jakoś nic mi nie podeszło; inna rzecz, że muszę trochę uważać na finanse, żeby do końca miesiąca na papu starczyło.
Mam jednak i pewne uwagi krytyczne. Zarzuty o jednostronność narracji wystawy głównej nie są tak do końca bezzasadne - udział ludzi żydowskiego pochodzenia w działalności polskiego ruchu komunistycznego, zwłaszcza w aspekcie antyniepodległościowym, został tak delikatnie zasygnalizowany, że można bez najmniejszego problemu, przy przeciętnie uważnym zwiedzaniu w ogóle go nie zauważyć. To jednak przesada, bo to był poważny problem rzutujący na stosunki polsko-żydowskie. Ja bym te akcenty jednak trochę inaczej rozłożył - jak sądzę, bliżej obiektywności historycznej. Taka narracja wystawy jest niestety prezentem dla środowisk nacjonalistycznych, które zyskują pole do zarzutów trudnych do całkowitego zdezawuowania.
No i trudno ukryć żal, że jakoś nie potrafimy innych naszych muzeów zorganizować w podobny sposób, utrzymując je na poziomie archaicznym, jak tragiczno-żałosne Muzeum Wojska Polskiego czy Muzeum Techniki w PKiN.
____
____