Franca jakaś w zatokach postanowiła, że czas już najwyższy o sobie przypomnieć. Tak, o niczym innym nie marzyłem.
Patrzę w swój plan i w przydział obowiązków i jakoś mi się nie składają razem. Godziny z przydziału (i paska z wypłatą) osobliwie się rozmnażają na planie lekcji, rozlewając się od rana do popołudnia przez cały tydzień - do wypłaty nie tak wiele, ale do roboty jakby od metra!
Straciłem komputer z pracowni i nie wiadomo kiedy dostanę nowy (w sensie nowy w tej sali, bo że solidnie przechodzona mocno leciwa używka to oczywiste - nowych nie dostajemy). Wielce to niewygodne - do lekcji i do prowadzenia dokumentacji brak kompa to brak dotkliwy. Są granice moich zdolności imitacyjno-rekonstrukcyjnych. Takiego, na przykład, legionistę rzymskiego mogę odegrać, ale legionu w szyku manipularnym już ni cholery.
Organizacja u nas wciąż idzie dokonywać czynów lubieżnych. Dane niezbędne do spotkania z rodzicami dostaliśmy godzinę przed zebraniem, więc nie było jak przygotować standardowej informacji - była improwizacja, a i tak części danych nie było. Koleżanka Kowalska dowiedziała się, że ma prowadzić pewne zajęcia, umówiła się już z uczniami, po czym zupełnie przypadkiem usłyszała od koleżanki Malinowskiej, że to jej zlecono prowadzenie tych zajęć. Pointą niech będzie to, że zajęcia wpisano do przydziału obowiązków całkiem nieświadomej koleżanki Wiśniewskiej.
W czwartek spędziłem w robocie równo 12 godzin. W piątek moje optymistyczne plany, że po lekcjach zdążę zajść do banku, do sklepu, żeby kupić coś na obiad i o jakiejś ludzkiej porze coś na ciepło zjeść wzięły rzecz jasna w łeb. W pracy mi zeszło tak długo, że wracałem w stanie rosnącej frustracji, rezygnacji i poczucia bezsilności, widząc jak plany się rozwiewają niczym sen złoty. Przez myśl mi nawet przemknęło w pewnym momencie, czy jakbym siadł na jakiejś ławeczce, to miałbym siłę, żeby wstać i dojść do domu. W to się wcięła z radosnym telefonem M.
-Co porabiasz? Dawno dziś skończyłeś?
-Właśnie wracam z pracy.
-O... Bo ja właśnie jadę na dworzec. Po tym tygodniu muszę odpocząć i jadę do B. na weekend. Pierdolę robotę.
Wyjechać do przyjaciela na weekend... Czysta abstrakcja...