Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

środa, 3 czerwca 2015

411.Pierdyliony

Pierwszy upał roku. Za kilka tygodni zda się ledwie miłym ciepełkiem, dziś jednak perli czoło potem. Wokół krótkie rękawy, krótkie nogawki, rozchełstane koszule. Trudne dylematy - w co się ubrać? Kolejne spodnie i koszulki lądują z powrotem w szafie, zdyskwalifikowane z racji zbyt wesołych zestawień. Nawet bananowe spodnie wracają z klatki schodowej. Już nie.

Wszystkie prace posprawdzane, dziwnie pusta półka kłuje w oczy. Może gdzieś w okolicy potrzebują do tłuczenia kamieni na szosę, albo coś? Tym bardziej, że ustawicznie doznaję poczucia pewnej nieadekwatności, mianowicie moich starań do ich recepcji przez przyszłość narodu. I ten powracający koszmar na lekcji, kiedy z wolna ogarnia mnie przerażająca myśl, że chyba bezwiednie przeszedłem na suahili lub ankhmorporski i tłumaczę w nim od jakiegoś czasu, lecz nie mam w sali nikogo, kogo mógłbym dyskretnie spytać czy tak jest w rzeczywistości, czy to tylko moje złudzenie. Rozpiętość między moimi wysiłkami wytłumaczenia demotom na czym na przykład polegał kryzys Rzeczypospolitej w XVII wieku, a ich chęcią przyswojenia sobie czegokolwiek z tego, należy mierzyć chyba już w pierdylionach lat świetlnych.

Stos rozmaitych książek do przeczytania wysoki jak nigdy (tzn. dawno temu). Jakoś naszła mnie faza na lektury gettowo-judaistyczne. Ciekawy dwugłos braci Szapiro: dziennik pisany w ukryciu przez jednego i znaleziona w necie wideorelacja drugiego brata, z szerokimi odniesieniami do przedwojnia. Mój Boże, ależ myśmy się paskudnie zachowywali! Przy okazji lektur - stara Warszawa, zdjęcia znikniętego miasta - dzielnicy północnej. Podziw dla pasjonatów lokalizujących ocalałe z wojny zdjęcia. Jedyne pamiątki po tamtej Warszawie. Nie ma domów, nie ma ulic, nie ma ludzi.

sobota, 23 maja 2015

410.Polecone

Kolejna sobota bólem głowy anonsuje i kwituje koniec tygodnia. 

Ostatnie w tym roku szkolnym zebranie z rodzicami - szybko i bez jakichś atrakcji. Frekwencja - jak u dzieci, mimo iż to obowiązkowe zebranie i kilkakrotnie prosiłem o obecność, to 1/3 olała. Nie mam już siły i ochoty obdzwaniać i upraszać esemesami o łaskawe przybycie i pokwitowanie pobrania informacji o przewidywaniach, jakież to oceny ich dziedzice i sukcesorki mogą na koniec roku otrzymać. Przekonałem się, że część i to zignoruje. Nie zważając na jęki i lamenty administracji biadającej nad spustoszeniem budżetu obesłałem olewaczy poleconymi z potwierdzeniem odbioru. 

Na 15 czy 16 zagrożeń jakie wystawiłem, przychodzi do mnie 3 rodziców. Reszta widać nie czuje potrzeby.

Właśnie kończą się matury - spora ulga, zważywszy, że w zwyczaj już weszło iż wsadza się mnie na przewodniczącego zespołu nadzorującego. Zwykły członek może sobie podejść na luzie i niemal*) za figuranta robić, a cały stres i odpowiedzialność na przewodniczącego spada. W dodatku nawet jak kto na maturze danego dnia nie siedzi, to może zostać znienacka**) uszczęśliwiony zastępstwami w ilościach przewyższających dawkę potrzebną dla osiągnięcia szczęścia.

-Od dawna nie odzywałeś się do mnie.
-Ja już do nikogo nie dzwonię.
-Oj, nie mów tak.
-Kiedy to prawda.
-Nie możesz żyć samą pracą.
-Ale ja nic poza nią nie mam.
-...
____________________________________
*) Niektórzy bez "niemal" - ich użyteczność jest na poziomie paprotki z prezydialnego stołu. Albo i niżej.
**) To znaczy dopiero przyszedłszy do pracy, gdyż niekiedy skojarzenie kto danego dnia siedzi na maturze, albo jest gdzieś oddelegowany i przygotowanie dzień wcześniej zastępstwa, okazuje się być niejakim wyzwaniem i dziełem ostatniej chwili.

niedziela, 17 maja 2015

409.Pięć zeszytów

Rutyna lekcyjno-maturalna pożera dni i tygodnie z szybkością i bezrefleksyjnością kombajnu. Już tylko miesiąc nauki do końca zajęć. Ani się człowiek obejrzy, jak i to zleci. Tym bardziej, że dla dozorcy dziennika to jeden z dwóch najgorętszych okresów w roku. Rzygać mi się chce od sprawdzania prac.

M. zniesmaczona sprawdzaniem matur (warunki, klimat, sensowność itp.). Cóż, nie powiedziała mi o tym niczego, czego bym nie wiedział już od dawna. No może poza tym, że sprawdzanie obstawiają głównie panie emerytki, podchodzące do tego... hmmm... ujmijmy to - akordowo. Jedna z młodszych (znaczy - przedemerytalnych) egzaminatorek skwitowała całą imprezę - "Gdyby nam porządnie płacili, to przecież nikt by do tej roboty nie przyszedł".

Czytam "Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta" Dawida Sierakowiaka. Dawno nie czytałem niczego równie przygnębiającego. Wydawało mi się, że jestem dość uodporniony na lekturę o różnych okropieństwach wojennych, ale zapiski tego biednego chłopaka, który umarł z głodu w Łodzi w 1943 r. podziałały na mnie bardzo depresyjnie. Czytam pomału, po kilka, najwyżej kilkanaście stron, bo więcej nie daję rady. Strasznie smutne. Po nim został choć taki ślad: grupowa fotografia i te pięć ocalałych zeszytów. A ilu nie zostawiło po sobie żadnego śladu istnienia?