Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

sobota, 14 lutego 2015

399.Filmy i Walenty

Przepiękne słońce rozświetla okolicę; gdyby nie patrzeć w kalendarz, można by ulec złudzeniu - jakże przyjemnemu! - że zapowiada nadejście wiosny. Długie promienie sięgające po południu przedpokoju wyraźnie sugerują, że dzień jest wyraźnie dłuższy niż przy ostatnim przesileniu.

Odkryłem darmowe filmy na vod.pl i dwa sobie obejrzałem - "Eastern boys" i "Śniadanie ze Scotem". Nawet spodobały mi się, choć z niewielkim przeskakiwaniem do przodu. "Eastern boys" bezpośrednio po obejrzeniu wprawił mnie w dobry nastrój - happy end bardzo mnie ucieszył (wzruszył?). Jednak następnego dnia jakby ujawniło się opóźnione działanie filmu i humor mi się popsuł. Nie do końca jestem pewien co mnie zasmuciło. A może sam nie chcę tego dociekać?

Pierwszy raz w życiu Walentynki trochę popsuły mi nastrój. Do tej pory po prostu nie zwracałem uwagi na to święto, mijając je obojętnie. Dziś, nie wiem czemu zasmuciły mnie jakoś. Można sobie narzekać, że to komercja, konsumpcjonizm i ogólna lipa & tandeta, ale czemuś trudno mi dziś uciec przed myślą o tym, o czym przypominają.

czwartek, 12 lutego 2015

398.Ciesz się tym co masz

Dziś dzień dyspensy od tycia.
-Witajcie, omnomnom, pączusie! 
-Witaj kuzynie!
-Morda w kubeł wredne gnojki! Nie jestem do was podobny! A przynajmniej - jeszcze nie.

Długa rozmowa z M., jak za dawnych czasów, sprzed pojawienia się nowego powiernika. Cóż, prościej się o pewnych sprawach rozmawia z kimś, kto ma podobne dziury w życiu, niż z kimś, kto ma je poukładane. Łatwo się mówi - skupiaj się na mocnych stronach, na tym co ci się w życiu dobrze ułożyło, doceń co masz, pomyśl, że mogło być gorzej, nie porównuj się z innymi itp.
Swoją drogą ciekawe, jak czesto porada nie porównywania się z innymi ma jednostronny charakter. Kiedy mówimy, że inni mają lepiej, słyszmy, żeby się nie porównywać z nimi, po czym za chwilę dowiadujemy się, że powinniśmy docenić ile mamy, bo inni mają gorzej.

Sęk w tym, że te wszystkie wyżej wspomniane rady mają pewien walor sensowności, tyle, że odwołują się one do sfery rozumu i są niczym innym jak próbą zduszenia emocji przez rozum. Jest to możliwe, ale trudne, bolesne i zawsze ma swoją dotkliwą, co nie znaczy - uświadomioną, cenę. 

Bo przyjmijmy, że mamy kobietę, która zawsze marzyła o licznej rodzinie, z mężem i gromadką dzieci i tak naprawdę tylko to było dla niej cenne i wartościowe, a jest samotna z jednym dorastającym dzieckiem, które wkrótce wyfrunie z gniazdka, pozostawiając je zupełnie pustym. Ma poczucie klęski życiowej w tym obszarze, który był dla niej najważniejszy. Słyszy, że przecież ma dom, ma pracę, w której jest świetna, nie ma kredytu do spłacenia itp. więc powinna się z tego cieszyć, docenić to, bo iluż ludzi tego nie ma. Istotnie, są to pozytywy, ale co z tego, kiedy w innych, mniej dla niej ważnych obszarach. Trudno cieszyć się faktem bycia świetną w pracy, kiedy pracę traktuje się wyłącznie jako źródło pieniędzy dla zaspokajania niezbędnych potrzeb życiowych, a nie obszar dowartościowywania się i spełniania. Można ująć to tak, że rozumowo doceniamy wartość posiadanych aktywów, lecz dla emocji niezbyt się one liczą z dwóch powodów: bo nie mamy do nich przypisanych najwyższych wartości, oraz dlatego że one już są, już je mamy. Docenilibyśmy je, gdyby je nam odebrano, ale to byłaby już zupełnie inna sytuacja, inna niż obecna. A przecież nasze postrzeganie siebie i swojego życia jest zawsze subiektywne, zawsze odbywające się w konkretnych warunkach, to znaczy w konkretnym zestawie okoliczności. Zmiana okoliczności zmieni i postrzeganie. Rozumowo jesteśmy w stanie jakoś wyobrazić sobie tę zmianę i ekstrapolować wnioski na stan obecny, ale emocje się przed tym bronią, gdyż czują że to zabieg jakoś nienaturalny, zaburzający czystość układu zależności "warunki - sytuacja własna" wynikającego z pierwotnej, biologicznej natury zwierzęcia zwanego człowiekiem. 

niedziela, 8 lutego 2015

397.Wdrukowane

Jutro poniedziałek - czas do pracy, niestety. Czuję się kiepsko.

Pierwsza diagnoza była chybiona, trzeba było więc pobrać nową. A jak dochtór spytał czy przedłużyć zwolnienie, to bez zastanowienia odparłem: "Nie, wolałbym nie.". No bo przecież już byłem na zwolnieniu, całe parę dni, nie pracowałem i jakby to mogło być, że miałbym nie pracować jeszcze parę? Przecież to nie do pomyślenia! Chodzę, mówię, gorączki że jajka na czole sadzić nie mam, w malignie nie bredzę, to znaczy że jestem prawie zdrowy. Obowiązek przecież! Co sobie by ludzie pomyśleli, że mnie TAK DŁUGO w pracy nie ma?!

Obowiązek!  
                   Idiota! 
                                        Obowiązek.  
                                   Idiota!
                                                                           Obowiązek...  
                                        Idiota!

Kiedy wracałem przyszlo mi na myśl, że jednak ze 2-3 dni L-4 by się jeszcze przydały, bo nowe leki nie zadziałają od razu, a poza tym pierwszą połowę tygodnia mam dużo cięższą niż drugą i łatwiej mi będzie sforsować się (zwłaszcza głos!) i paść. Ale cóż - było już za późno, słowo się rzekło. A wczoraj czułem się tak fatalnie, że z lękiem myślałem o poniedziałku. Teraz - już tylko się nim martwię. 

Tak to jest, jak się ma wdrukowane myślenie: "Ruszasz ręką, nogą? To marsz do szkoły!". Czegoś mnie to doświadczenie nauczyło. Szkoda, że tak późno. ..