Pierwsza niedziela października w pięknej ciepłej pogodzie, cała skąpana w słońcu. Na niebie choć jednej chmurki - sam lazur. Jak miło było by mieć teraz parę dni wolnego w takiej ślicznej pogodzie... Bez myśli, że jutro znów do pracy.
Mamin jubel się udał na spokojnie. Jeśli jedyna kłótnia (i to stosunkowo spokojna) dotyczyła sprawy odwołania Gronkiewicz-Waltz, to znaczy że rodzina odbyła sielankę. Mamusia z heroiczną ofiarnością powstrzymała się od robienia słodkości i moje biszkopty z owocami i kołderką bitej śmietany okazały się jedynym deserem. Smakować pewnie smakowały, bo niektórzy brali po trzy dokładki, ale czy rzeczywiście były takie rewelacyjne jak cmokali to nie wiem, bo mogli z grzeczności mi kadzić.
Wracałem z zakupów w markecie (gdzie kupowałem rzeczy potrzebne do zrobienia pewnego mebelka małego) i akurat trafiłem na imprezę "Biegnij Warszawo". Nie chciałem przeszkadzać, więc stałem i czekałem aż przebiegną. A jak stałem to i patrzyłem, bo cóż było innego robić. Pewnym zaskoczeniem było, że biegli tacy, przy których ja się jakimś cudem łapię na kategorię "młody i szczupły". Ale to był margines. Mój Boże, ileż tam ciasteczek biegło! Aż mi się smutno zrobiło i spuściłem wzrok. W końcu masa biegaczy rozluźniła się i przemknąłem między nimi na drugą stronę ulicy i poszedłem do domu.
Kiedyś lubiłem biegać, wieczorne przebieżki były super! Ale z czasem, kiedy doszły regularne wiosenno-letnie infekcje wybijające z rytmu biegania, kiedy nastrój z wolna nurkował ku skorupce, bieganie gdzieś zanikło. A po wyprowadzce od rodziców, już okolica do biegania mi nie odpowiada - próbowałem, ale było nieprzyjemnie. Szkoda.