Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

wtorek, 14 sierpnia 2012

27.Nihil novi

Skorzystałem z okazji malowania i spróbowałem inaczej ustawić meble w sypialni. Z uwagi na rozmiary mebli i sypialni był to dość hardcorowy puzel. Wniosek po przeanalizowaniu różnych kombinacji: zostaje po staremu. Dotychczasowe ustawienie jest niestety jedynym możliwym.

I przyszła mi myśl, że to zarazem jest jakaś metafora mojego życia. Mogę sobie odmalować pokój, żaluzje na zasłony i firanki wymienić, a i tak generalnie wszystkie kluczowe elementy zostają bez zmian. Mogę próbować coś zmienić w swoim życiu (czyli to czym się zajmuję w ostatnich latach), a i tak generalna architektura pozostaje niezmienną. Fasadę możemy odmalować, ale nieciekawa chałupa ta sama.

Stopniowo nabieram przekonania, że moja decyzja sprzed lat o powrocie do szafy była jednak trafna. Mówi się, że dobrze jest mieć marzenia, żyć nadzieją itp. Tyle, że w pewnym momencie dociera do ciebie, że to samooszukiwanie się - potrzeba nie zostanie zaspokojona. Jeśli jest ona dla ciebie ważną - jest to duży problem. Trzeba sobie jakoś przebudować piramidę, żeby dalej z tym deficytem żyć, a tu w środku piramidy zieje czeluść. Potrzeba bliskości, czułości, miłości, bycia kochanym (człowieka dorosłego) jest ściśle związana z orientacją. Jeśli nie mogę ich zaspokoić jako gej, to po co w ogóle być gejem? To znaczy - definiować się jako gej, myśleć o sobie jako o geju, być dla innych kojarzonym jako gej. To staje się zbędnym balastem, niepotrzebnym ozdobnikiem, co gorsza - niebezpiecznym, bo przypominającym o bolesnych deficytach.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

26.Deska

Drobne prace: szpachlowanie otworów po kołkach i ubytków, obsadzenie gniazdka, wybór karnisza, zasłon i firanek do sypialni, montaż karnisza, oddanie szmatek do skrócenia. Drobne zakupy. I jakoś dzień zszedł.

Byłem u rodziców. Ojciec miał refleksję:
- Szkoda żeś się z tym stołem pośpieszył i nie poradziłeś się. Byś powiedział to byśmy ci dali ten czeski z dużego pokoju.
Powinienem był ugryźć się w język, ale wypsnęło mi się w tempo bez zastanowienia:
- Dziękuję, ale za bardzo by mi przypominał to mieszkanie.
- A co, niedobrze ci tu było???
- Wystarczająco, żebym nie miał ochoty do tego wracać.

Może i nieładnie chlapnąłem, ale co mam udawać że to była sielanka? Nie mam na to siły, ani ochoty. Kiedyś ktoś rozmarzony wspominając swe licealne czasy spytał mnie czy chciałbym móc cofnąć czas i jeszcze raz być nastolatkiem. Odpowiedź nie zmienia mi się do dziś: Nigdy w życiu. Nie chcę jeszcze raz przeżywać tych lat permanentnego stresu i poniżania.

Wieczorem pełniłem funkcję specjalnego doradcy technicznego ds. zakupu deski klozetowej. M. wróciwszy ze swych alpejskich wywczasów zapragnęła mieć kaprys w postaci nowej i kompletnej deski klozetowej. W głowie się dziewczynie od tych szwajcarskich luksusów przewróciło i szaleje. Poważnym utrudnieniem było to, że deska ma być dwufunkcyjna: oprócz funkcji typowych, ma służyć wyrabianiu pudziańskich mięśni przy jej podnoszeniu - słowem: ma  być ciężka. A to poważnie ograniczylo wybór.

- Wiesz możemy pojechać do Castoramy, tam mają dużo większy wybór.
- Nie potrzebuję większego wyboru. Potrzebuję deskę.

Po fafnastu minutach bezowocnego przymierzania odrysu sedesu do kolejnych desek i po dojściu do wniosku, że deski, które by pasowały - wykupili bądź zdekompletowali, nastąpiła modyfikacja planów:

- Dobra, nie musi być ciężka.

Wreszcie jedna z desek dostąpiła zaszczytu przebrnięcia przez sito gęściejsze niż w "Top model" i "You can dance" razem wzięte i podążyła z M. ku jej przybytkowi ulgi, by pełnić swą zaszczytną misję.

sobota, 11 sierpnia 2012

25.Czerwone spodnie

Właśnie sobie siadłem po dniu umiarkowanie pracowicie spędzonym. Przed południem poszedłem na długie trzygodzinne spacero-zakupy.

Dość znamienny incydent miał miejsce przed wyjściem. Sprawdzam na balkonie - rze-e-eśko. O samym t-shircie nie mam mowy, więc trzeba się przeprosić z bluzą. Dyżur miała dziś brązowa, to jakie spodnie do niej? Czerwone. Ubrałem się, założyłem tenisówki i... niestety, spojrzałem w lustro. Myśl, a za nią decyzja. 
"Weź się stuknij w czerep! Stary dziad i się w czerwone wąskie ubiera. I jeszcze do nich tenisóweczki. Pośmiewisko z siebie robisz!" Czerwone poszły do szafy, przebrałem się w ciemnooliwkowe. Koniec koloru, bezpieczne nijakie brązy i zgniłe zielenie, stosowne na jesień życia. Do tego przypadkiem rozmiarówka z czasów ~10 kilo temu, kiedy tuszę trzeba było maskować, więc cokolwiek luźno powiewająca. 
I w takim nastroju poszedłem sobie na spacer...

Spacer humoru nie poprawił. Smutne myśli w głowie, smutne widoki przed oczami - tu para, tam para, tu chłopak, tam facet. I przebłysk, że czuję się bardzo podobnie jak przed dwudziestu paru laty, kiedy wracałem do szafy gorzko zawiedziony i rozczarowany.

Po południu ostatnie zacierki gipsiarskie wokół okien i malowanie ściany z oknami (choć proporcje są takie, że to właściwie okno ze ścianą. Dwie warstwy. Ładnie wyszło. Jednakowoż po 20 latach od poprzedniego malowania to każda nowa farba, choćby w kolorze srajdemańkowatym, będzie wyglądała atrakcyjnie. Mści się przyoszczędzenie przy zakupie mieszkania i niewyrównanie ścian w dużym pokoju. Przez te wszystkie lata nierówności kryła tapeta, ale teraz po jej zerwaniu ukazuje się w całej okazałości ten marsjański krajobraz. Chociaż jak się przyglądam, to nie ma pewności czy sonda marsjańska na mojej ścianie nie urwałaby koła. Nie mam siły wygładzać ścian - myśl o tonach gipsowego pyłu ze szlifowania odbiera mi wszelką chęć działania w tym kierunku.

Teraz czekam aż dobrze podeschnie, żeby założyć karnisze i powiesić z powrotem tekstylia, bo na razie jestem wyeksponowany na jakąś setkę wścibskich spojrzeń z naprzeciwka. A że nie mam celebryckich skłonności, to nie lubię jak mi kto do mieszkania zagląda jak pies do jatki.