Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

czwartek, 20 kwietnia 2017

604.Przebudzeni

Coraz bliżej koniec klas trzecich. Przebudzenia optymistów, odkrywających, że jednak ich bardziej radośnie niż trzeźwo optymistyczne scenariusze wyciągania się "na dopa" czemuś nie wypalają. Piszemy decydujący sprawdzian, nie sprawdzamy co z niego dostaliśmy i jedziemy beztrosko na wycieczkę w czasie, kiedy mija nam termin na skorzystanie z awaryjnej procedury "uzyskania oceny wyższej niż przewidywana"; a przewidywaną mieliśmy niedostateczną. I gwałtu-rety! zły nauczyciel - jak mógł?! To głębokie zdumienie, że nauczyciel, którego przedmiot olewaliśmy przez większość klasy maturalnej, nie chce nas wyciągać. Nie chce oceny naciągnąć z niczego. No jak on tak może?! Zwariował?! Rodzic nie pojawiający się od dawna na zebraniach i nie kontaktujący się z wychowawcą, nagle przypomina sobie o nim i wydzwania łzami się zalewając, bo pociecha pałę z maturalnego przedmiotu dostała i gwałtu-rety! ratuj!
Rodzic z rady rodziców wparowujący z pretensjami o niepłacenie na fundusz tejże rady w takim stylu, że moje wstrząśnięte mamy podzieliły się na dwa obozy: jedne uznały, że bezczelny, drugie, że cham.

A ja się przepiłowuję na pół tępą piłą sprawdzając na jutro klasówki.

wtorek, 18 kwietnia 2017

603.Pan Profesor

Pewnego dnia mama zbudziła się z opadniętą połową twarzy i niezamykającym się okiem. Przerażeni popędzili do lekarza. Diagnoza wstępna - jakiś stan zapalny nerwu, ale skierowanie do specjalisty w WUM (btw. wygląda to jak wydział urzędu miejskiego). Tam pan profesor po "kominku" - za moich czasów to się nazywało konsylium - orzekł, że to nie żadne zapalenie, tylko nowotwór nerwiak, a niedomykające się oko trzeba zoperować wstawiając gdzieśtamjakąśtam cenną płytkę. Mamę coś tknęło, że lekarka która ją przyjmowała i w wysokie profesorskie progi ekspediowała szepnęła jej na ucho: "Na miłość boską, niech się pani nie da operować!". Przeprosiła się z moimi wcześniejszymi naleganiami i poszła prywatnie do poleconego jej na samym początku innego specjalisty - też profesora (pisałem o tym aluzyjnie jakiś czas temu). Ten obejrzał uważnie dokumentację i zdumiony oznajmił, że tu nie ma najmniejszych śladów nowotworu, ani w ogóle nie ma co operować. Dopytywał się z niedowierzaniem, podejrzewając chyba że źle staruszkę zrozumiał, co jej zapisali poprzedni lekarze (a raczej czego jej nie zapisali). Diagnoza - zapalenie nerwu twarzowego, wkrótce powinno zacząć ustępować. I takoż się stało - i opad policzka i ust się cofnął i oko się domyka. 

A mama przy świątecznym stole westchnęła: "A przecież tamten chciał mnie już natychmiast kroić! I co by oni mi z okiem zrobili jakąś tam złotą płytkę wstawiając, kiedy nie potrzeba? A przecież Pan Profesor diagnozę postawił. I studenci widzieli jaki on wielki, że tak szybko rozpoznał schorzenie. Tylko tego, że się pomylił, to już nie zobaczyli. Jacy z nich lekarze po takiej nauce będą?"

niedziela, 16 kwietnia 2017

602.Pogodni staruszkowie

Wielkanocna posiadówka rodzinna. Średnia wieku - 76 lat. Ze mną licząc. Przekrzykiwanie się, niesłuchanie, wcinanie się w słowo, licytowanie kto więcej (albo mniej...) pamięta, wspomnienia okupacyjne - normalka. 

Uczucie jak z "Dnia świstaka", kiedy ciotka po raz kolejny, identycznymi słowami zatacza koło w dyskusji, zdradzając, że kompletnie nie pamięta tego o czym się z nią przez mijający kwadrans mówiło. Trudno się przestawić na to, że znów się posunęła i mniej klapuje.

Dwoje schorowanych staruszków sarkających na trzecią, której nogi odmawiają posłuszeństwa, że się trzęsie na schodach z trudem i niepewnie po nich schodząc: "Bo ona się boi, że się wywróci i dlatego się wywróci. Jakby się tak nie trzęsła, tylko szła normalnie, to nic by jej się nie stało!".

Gruntowna analiza na kilkadziesiąt lat wstecz, świeżo, w pewnym sensie, upieczonej zmarłej - jej charakteru, życia i wszystkiego co się dało przypomnieć. Ileż wzbogaceń biografii, gdyby ktoś chciał ją pisać.