Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

sobota, 10 grudnia 2016

546.Kup większą choinkę

Otwieram oczy - ciemno. Patrzę na zegarek - 7.00. OK, słońce jeszcze nie wstało. 8.15 śniadanie i zastanawiam się czy nie włączyć światła, bo jem w półmroku. A dni jeszcze będą się skracać.

Coś noga mnie ostatnio pobolewa popołudniami, jak trochę (2-4 km) pochodzę to się robi mały problem z wejściem na stopień, wchodzę więc z drugiej; potem w domu ustępuje. Cóż, w końcu to normalne, że stary człowiek się sypie, choć miałem nadzieję, że zacznę później. Widać jednak, że u nas to się zaczyna wcześniej kompleksowo - starość po trzydziestce, a po czterdziestce to już tabliczka z własnym nazwiskiem na krześle przed gabinetem geriatry.

Pierwsze prezenty szczęśliwie kupione. Wyjąłem ze schowka choinkę i przeżyłem lekkie zdziwienie, stwierdziwszy że jakaś mała jest. Skurczyć się od poprzednich świąt nie mogła, więc widać to moje oczekiwania oderwały się od rzeczywistości, skoro spodziewałem się większego rozmiaru. Cóż, w pewnym sensie to dość branżowe rozczarowanie. No i zastanawiam się, czy nie kupić trochę większej. "Pusto masz w domu i życiu? Kup większą choinkę!". 

wtorek, 6 grudnia 2016

545.Maszyna czasu

Wychodzę, kiedy jeszcze ciemno. Wracam, kiedy już ciemno. Z trudem brnę przez sprawdzanie prac, których wciąż przybywa - niestety, kiedy ma się tyle klas, to prace mnożą się jak króliki. Niemal każda woła "Twoja praca nie ma sensu! Jest bezproduktywna.". Dni mijają nie pozostawiając po sobie żadnych wspomnień. Mama trochę się uspokoiła - tym że wie co jej jest. Cóż, kolejny rak do kolekcji.

"Ale w tych klasach są uczniowie, którzy cię uwielbiają. To jak prowadzisz lekcje. Mówią, że czują się jakby tam byli, jak ty opowiadasz."

czwartek, 1 grudnia 2016

544.Rzuty, siupy i przerzuty

Wczoraj miało być fajnie - badanie i mierzenie okularów, a zakończył się dzionek bólem karku, głowy i nieskończoną na dziś robotą. 

Zadzwonił ojciec, grobowym głosem prosząc, żebym do nich zaraz zaszedł. Ponieważ wiedziałem, że mama czeka na wyniki rezonansu od onkologa, zaniepokojonego niedowładem połowy twarzy, skojarzenie było proste: są przerzuty do mózgu. Nie powiem, żeby to była przyjemna droga.

Na miejscu okazało się, że jak zwykle z papierów połowy nie zrozumieli, a połowę  zinterpretowali swoiście. Musiałem im łopatologicznie tłumaczyć papiery i wypowiedzi lekarzy (choć przecież te fachowe opisy to dla mnie w suahili), że rezonans stwierdził zmiany, ale nietypowe i lekarze zlecają właśnie dalsze badania, bo uznają wynik za nietypowy i nie wiedzą co to jest (co sami jej wprost powiedzieli). A to, że są to przerzuty uznali za bardzo mało prawdopodobne.

Naturalnie nie byliby sobą, gdyby nie zaczęli kombinować w swoim charakterystycznym stylu. Skierowanie, dajmy na to, do prof. Kowalskiego na Banacha, a oni: 
-A może pojechać na Szaserów
-Czemu na Szaserów, a nie na Banacha
-A... bo... może... no nie wiem... może tam będzie lepiej? 
-A znacie tam jakiegoś specjalistę od tego? 
-No nie. 
-To czemu chcecie jechać w ciemno, nie wiedząc na kogo traficie, kiedy tu was lekarz prowadzący kieruje do konkretnego fachowca? Skąd wiecie że na tych Szaserów będzie lepiej?
-No... bo... myśleliśmy, że... 
I rzecz jasna już naburmuszeni.

Własną pięścią się idzie zabić! Dostają lekarstwa i zaczynają od studiowania ulotek: które im zaszkodzą, a których lekarz nie powinien im zapisywać. Rzecz jasna, zdemaskowane trucizny odstawiają na bok. Lekarzowi o tym się nawet nie zająkną, że ich nie zażywają. 

Proszą, żebym się dowiedział, gdzie przyjmuje jakiś prof. Malinowski, do którego kieruje ich lekarz prowadzący. Szukam w necie - wygląda dla mnie, że faktycznie fachman. Czytam im. Po pierwszym zdaniu na temat tego, w czym się profesor specjalizuje, przerywa mi: -A to on nie dla mnie! Krew mnie zalewa - już wie! Warczę, żeby wysłuchała do końca, bo facet działa na różnych polach, ale obejmujących jej przypadłość, więc wygląda na to, że lekarz kieruje ją do niego celowo i z pomyślunkiem. Wzdycha, jako nieszczęsna ofiara przemocowego syna, i wysłuchuje, bąkając na koniec łaskawie: No, może...

Po takich jazdach wracam obolały, dwie tabletki jako tako tłumią bóle i mogę zasnąć (zbudzę się i tak po 4 godzinach), ale roboty skończyć już nie daję rady.