Początek wolnego spędziłem w pracy. Papierkowa robota sama się nie zrobi. Miałem nadzieję, że uwinę się gdzieś do południa, ale choć ścigałem się z godziną zamknięcia sekretariatu, to przegrałem. Zeszło mi do czwartej. Po powrocie od domu siadłem do rozgryzania niuansów programu do pisania świadectw. Część zrobiłem, resztę muszę dokończyć przed środą. Na parapecie leżą rządkiem stosiki prac do sprawdzania. Oczywiście moje naiwne nadzieje, że dam radę sprawdzić je i oddać przed świętami okazały się... no, powiedzmy, że naiwne. Frustruje mnie wystawianie ocen zachowania - nasz system jest skomplikowany i sztywny, ale przynajmniej ma ambicje obejmować szersze spektrum poczynań ucznia niż tylko frekwencja. Niestety, kierownictwo naszej tratwy Meduzy w praktyce (i wbrew swoim gromkim deklaracjom) dostrzega głównie (by nie powiedzieć - niemal wyłącznie) nieobecności. No i z miejsca o-pe-er! Probowałem przybliżyć sytuację, objaśnić problem, oświecić... Syzyfowy wysiłek. Przyznaję się ze smutkiem do profesjonalnej porażki - niezdolnym wytłumaczyć. Od lat to się ciągnie.
Moje diablęta weneckie kończą szkołę w komplecie. Miło. Ale nawet nie mam czasu ani siły, żeby się nad tym zastanowić, o ucieszeniu nie wspominając. Któregoś dnia zauważę po prostu, że już ich nie ma i z niejakim zaskoczeniem skonstatuję, że nie ma ich już od dość dawna. Pokiwam głową w zamyśleniu i zajmę się bieżącymi zadaniami do załatwienia. Jak tyle już razy.
* * *
M.
Wiesz, myślę, że ty się strasznie angażujesz w swoją pracę. Ja się swoją tak bardzo nie przejmuję.
Mr. A.
Bo ja poza nią nic innego nie mam.
M.
beztrosko
beztrosko
Oh, ja mam swoje randki, a też nic z nich nie mam.