Infekcja trochę zelżała, ale wciąż trzyma, czając się w oczekiwaniu na dogodny moment do ponownego ataku, by rozłożyć mnie na biedronkę (znaczy że ani rączką, ani nóżką).
Codziennie odliczam dni, które zostały do odejścia klas trzecich. Ubędzie mi godzin i zmory, jakiej mi moje niesforne cholery przysparzają. Jest niedzielne południe, a mam przed sobą stos prac do sprawdzenia na jutro i pojutrze. Tyle wypoczynku (rano zrobiłem zakupy).
Przez ten weekend nawet nie tknąłem pędzla, zresztą przez cały ubiegły tydzień także.
Emuś chory, infekcję jakąś złapał, wpadł jednak z wizytą. Chyba go znienawidzę za jego przemianę materii - nie ćwiczy nic, 200 metrów podwozi się autobusem, 2 piętra windą zjeżdża, żywi się kebabami i pizzą, ciastko z kremem zagryza całą tabliczką czekolady i... chudnie! Psiakrew, chudnie! A mi się przez ostatnie lata przytyło parę kilo. :-( "Zabawne", że jak szukałem faceta, to bez żadnej diety i wyrzeczeń waga mi zjechała w dół, poniżej nawet poziomu z wojska. A jak przestałem, to się dźwignęła w górę - cóż, tak się kończy (?) zażeranie stresów.