Samotny w mej małej celi,

samotny jak ona sama,

samotny idę do świata,

samotny stamtąd powrócę.

poniedziałek, 3 marca 2014

297.Czysta podłość

Pierwszy dzień w pracy po urlopie i gardło sfatygowane wysiłkiem. Nerwy zresztą też. Aczkolwiek swą czarną podłą duszę belferską posmarowałem słodkim balsamem pomsty obdzwaniając rodziców tych co mi za skórę (ponownie)  zaleźli. 


Buehłełe!
Komuś się kieszonkowe zmniejszy, własne autko odjedzie w nieokreśloną przyszłość a innemu wakacje na Majorce zamienią się w kopanie rowów w Pipidówce!
Cóż, było słuchać jak tyle razy upominałem po dobroci. A skoro nie, to nie. Więc proszę bardzo - mam rodzica i nie zawaham się go użyć!

Ale dla równowagi od innego usłyszałem: "No dobrze, panie profesorze... porozmawiam z nim. Ale pan przecież wie - co ja mogę...? no co ja mogę? Pan wie jaki on jest..."

niedziela, 2 marca 2014

296.Gollumy

No i po urlopie. Zleciał jak z bicza strzelił. Jak życie całe. Po krótkim spacerze trzeba siąść do pracy i przygotować się na poniedziałek. Ochotę mam na to jak na... no, niedomówienie takie. Straciłem poczucie sensu swojej pracy. Kolejne reformy oświaty i przemiany w świadomości ludzi sprawiły, że praca nauczyciela jawi mi się jako w istocie teatr fikcji. Próbuję uczyć ludzi treści i umiejętności, które oni sami i (w większości) ich rodzice uważają za zupełnie niepotrzebne i bezużyteczne, faktycznie wspierani w tym przez system oświatowy.

Propaganda doktrynerskich głupców lansujących od nastu lat wizję nowoczesności polegającej na uczeniu umiejętności zamiast wiedzy (wyszydzanej jako encyklopedyczna) zrobiła swoje. Uczeń uzbrojony w smartfona, tablet lub lapka uważa że nie ma potrzeby uczyć się na pamięć czegokolwiek, bo wszystko co mu w życiu jest potrzebne znajdzie w necie. Nie chce przyjąć do wiadomości, że informacja wymaga  weryfikacji (zwłaszcza z netu!),  przetworzenia, zinterpretowania itp. Jak ktoś ma się nauczyć umiejętności przetwarzania danych, bez przygotowania tych danych? Bez wiedzy nie sposób rozwijać umiejętnosci, przynajmniej tych bardziej złożonych niż Ctrl+C i Ctrl+V. Niestety, ale nie potrafię przebić się z tym do umysłów moich uczniów. Ich wygodnictwo zyskało cudowną relikwię - urządzenia z Wi-fi, dającą absolutną dyspensę od pracy. To jak uzależnienie - od alkoholu, narkotyków itp. Próba ograniczenia dostępu jest odbierana jako agresja na najważniejsze strefy życia. Są jak Gollum, a ich smartfony jak Jedyny Pierścień, odbierający im rozum, wolę i zamieniający w (intelektualne) upiory.

Zdaję sobie sprawę z tego, że moje pokolenie w uczniowskich czasach żyło w deficycie informacji i musieliśmy je gromadzić w swoich głowach, a pokolenie dzisiejsze tego robić nie musi, jednak nastąpiło przesadzenie - spostponowanie wiedzy w ogóle. Młodzi ludzie działają na wzór i podobieństwo swoich urządzeń - oni są jak system operacyjny, który w zasadzie nie gromadzi żadnych danych, ma tylko umożliwiać łączność z chmurą, z której dane są pobierane kiedy zajdzie potrzeba. Nie dostrzegają tylko dwóch drobiazgów: sam system jest bezużyteczny, kiedy trzeba wykonać jakąś konkretną pracę - potrzebne są aplikacje. A tych im się nie chce rozwijać i tworzyć, bo sądzą że skądś je sobie ściągną kiedy będą musieli, nie rozumiejąc tylko, że te apki w ich przypadku to są ich umiejętności które oni sami mieli sobie stworzyć, a z głupoty i wygodnictwa nie zrobili.

Ponadto nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich wartość intelektualna jest wprost proporcjonalna do stopnia naładowania baterii i wielkości pozostałego transferu danych z netu. Kiedy odbierze się im urządzenie, są jak system operacyjny bez apek i chmury - bezużyteczni.

Osobną kwestią jest co oni maja w tej chmurze, do czego im służy smartfon/tablet, a co za tym idzie - jakie dane oni uczą się przetwarzać z własnej woli. To niemal wyłącznie rozrywka i przyjemności. Fajne i pożyteczne - na pewno tak. Tylko jak to ma się do życia ludzi dorosłych, którzy muszą pracować? Ile z tego będzie dla nich użyteczne w pracy? Tak, tak, wiem - praca to nie wszystko. Ale jeść coś trzeba i rachunki płacić, bo rodzice tego wiecznie nie będą robić.

Nie potrafię zmienić tego podejścia.  

czwartek, 27 lutego 2014

295.Tłusty czwartek

Już wczoraj mi się włączył biper "Już za parę dni z powrotem do pracy!" Akurat wtedy, kiedy właśnie zacząłem jako tako sypiać (do 7.30-8.00, a nie zrywać się przed 6.00).

Rano wybrałem się do Wróbla po pączki, po czym zaniosłem je rodzicom. Ojciec oczywiście musiał wytknąć niedoskonałość ("A czemu nie mają skórki? Tu powinna być z wierzchu skórka pomarańczowa!") Ale jak na niego przyjął to wspaniałomyślnie i nawet dziękował za niespodziankę. Ponieważ zostawiłem im wszystkie, to poszedłem drugi raz - tym razem dla siebie i Emusia, który zaanonsował się z wizytą.

Wpadł jak zwykle spóźniony, zdał relację ze swoich ostatnich randek i spałaszował po kolei 3 pączki. Kiedy szedł po trzeciego przecierałem oczy ze zdumienia, gdyż jego życiową pieśnią przewodnią jest chorał "Jaką ja mam wielką dupę!", a ideałem własnego piękna jest "jak mi tak wszystkie kosteczki tu i tu i tu tak wystają". Jak ja bym miał jego sylwetkę i przemianę materii, to bym co roku na kolanach zasuwał do Częstochowy, a ten cymbał chciałby się na szkieletora przerobić. 
Co by nie było, to jednak sprawił mi przyjemność, że jadł z apetytem, zamiast odstawiać jakieś sceny ze wzbranianiem się skosztowania choćby kęsa. Miło było tak patrzeć jak mu smakuje...

A potem poleciał na kolejną randkę, a ja po farbki do figurek.

A pączków zjadłem trzy.
Sztuki, nie tuziny.