Ciepło, słonecznie - jak nie w połowie lutego. Tylko silny, zimny wiatr nieprzyjemnie przypomina jaką porę roku mamy. Mogę sobie pozwolić na luksus trzymania uchylonego okna przez cały dzień, dzięki temu mam w mieszkaniu świeże powietrze.
Urlop powinien nastrajać optymistycznie; sądziłby człowiek, że powinienem tryskać zadowoleniem: że nie muszę iść do pracy, sprawdzać klasówek itp. A jednak nastrój fatalny; już od 2 tygodni zresztą. Trzeci dzień mimo wolnego budzę się po szóstej - jak spóźniony do pracy. Ta praca zresztą wykańcza, zwłaszcza w kiepskiej, fatalnie zarządzanej szkole. A kiedy się kończy urlopową przerwą, to i tak organizm w to nie może uwierzyć i trzeba czasu, by z człowieka choć trochę to zeszło, niczym sarumanowe opętanie z króla Theodena. A nim zejdzie - to już będzie koniec urlopu i znów odliczanie do jakiejkolwiek przerwy.
Przemyślenia i bilanse napełniają goryczą i smutkiem. Myśl i czyn choć trochę absorbuje powrót do sklejania i malowania figurek, ale to przecież za mało, moje serce, żeby żyć. Dzień czy tydzień da się tym zapełnić, ale lata pozostałe przecież nie.