Spacer nad Wisłę i do Portu Czerniakowskiego. Widać w nim jak wiele zrobiono przy wybudowaniu nabrzeży. Nad Wisłą mnóstwo ludzi. Blisko brzegu powoli sunął tramwaj wodny. Czuć powiew lata.
Samotny w mej małej celi,
samotny jak ona sama,
samotny idę do świata,
samotny stamtąd powrócę.
samotny jak ona sama,
samotny idę do świata,
samotny stamtąd powrócę.
niedziela, 19 maja 2013
sobota, 18 maja 2013
164.Kwiatki w domu
Zalatany dzień. Rano - do Ikei po suwenir dla Mamy, bo w nadchodzącym tygodniu będę miał tyle roboty, że nie dam rady pojechać, a dzień Matki już za tydzień. Wracając - drobne zakupy, przeszedłem spory kawał na piechotę. Ruszyło mnie, żeby znowu posadzić kwiatki na balkonie, więc zaszedłem na bazar i sprawiłem sobie kilka krzaczków pelargonii. To zaś oznaczało konieczność ogarnięcia balkonu. Na szczęście nie miałem na nim żadnych gratów poza kilkoma skrzynkami na kwiaty. Plastik skrzynek zestarzał się już i zaczął pękać, więc skrzynki na śmietnik, balkon umyty, a ja do marketu po ziemię i nową skrzyneczkę. Wróciłem sobie jeszcze dłuższym spacerem. W sumie więc dzisiaj ładnych kilka (7) kilometrów machnąłem.
Pelargonie posadzone, a jeszcze trochę ich chyba dokupię.
Pod moją nieobecność zakradła się moja Mamusia przytaszczywszy całą tortownicę jakiegoś ciasta. Wściekłem się, bo słodkie mam na kilka dni kupione, a tu jeszcze takie młyńskie koło kalorii. Wyrzucić mi to szkoda, bo nie wyrzucam jedzenia, a jak to zjem, to będę jeszcze bardziej tłusty. Niestety do moich rodziców to absolutnie nie trafia - jak dostali pierdolca kilkadziesiąt lat temu, że synuś nie je i matkoboskacotobędzieumrzepewniezgłodu! tak im zostało. Ich zdolność przyswajania sobie czegokolwiek nowego, zawsze raczej skromna, na starość jeszcze się zredukowała. Moje prośby, żeby Matka sobie przeliczyła jakąkolwiek wałówkę na konkretne porcje, które można bez szkody dla organizmu dziennie zjeść i dopiero wtedy oceniła ile mi pakować, żebym na przykład nie jadł czegoś przez trzy tygodnie bez przerwy, są chyba przeze mnie wygłaszane w suahili. Niestety taka gorliwa była tylko w pchaniu żarcia, a tam gdzie naprawdę potrzebowałem wsparcia i pomocy to była pustka, albo żenada.
A wracając do tych kwiatków, to ciekawa sprawa. Kiedyś miałem cały balkon w kwiatach, rok w rok. Ale kilka lat temu, jakoś straciłem do nich serce i całą roślinność z balkonu usunąłem. A dziś do nich wróciłem. Dziwne to się może wydać, ktoś pomyśli, że fundnąłem sobie ładnie rozwijającą się obsesję, ale czuję się jakbym był także w aspekcie tych kwiatów, zieleni, roślinności w mieszkaniu, w tym samym punkcie co kiedyś, gdy żegnałem się z nadziejami na ułożenie sobie z kimś życia i wyrzekałem się w gruncie rzeczy swojej orientacji. Kwiaty i rośliny były chyba substytutem życia, czymś jedynym żywym co miałem. Kiedy postanowiłem ponownie spróbować wyjść do ludzi - straciłem zainteresowanie roślinami.
Dziś... wracam do nich znów.
Dziś... wracam do nich znów.
piątek, 17 maja 2013
163.Nuty wolą tańczyć solo, ale wiedzą...
Ostatni krzyk mody oświatowej to ewaluacja. Właściwie to pojawiła się już kilka lat temu, ale to nie podważa trafności metafory, bo ducha oświaty dobrze wyraża krzyk długi i rozdzierający. Oczekuje się, że belfer dokonuje ewaluacji swojej pracy, by wiedzieć czy pracuje dobrze. Wśród różnorakich obszarów składających się na owo "dobrze" jest także (co za niespodzianka!) jakość kształcenia. Innymi słowy - belfer winien baczyć, czy dobrze uczy. Przyznam się ze wstydem niejakim, że czasami (coraz częstszymi czasami) wolę nie myśleć nad tym czego się moi uczniowie co niektórzy nauczyli i co umieją.
Uczeń liceum nie mający pojęcia jakiego państwa stolicą jest Wiedeń, z żadnym państwem nie kojarzący Budapesztu ani Bukaresztu, lokujący Wiosnę ludów (omawianą na poprzedniej lekcji!) w XVII wieku, wśród największych mocarstw morskich w połowie XIX w. wskazujący Austrię i Szwajcarię, szukający Australii na Atlantyku... Imię ich - Legion.
Wiedza przekazana. Egzekwować skrupulatnie? Musiałbym oblać połowę, w niektórych przypadkach 2/3 klasy. Rodzice, dyrekcja i kuratorium by mnie za to zlinczowali. Jeśli nauczyciel obnaży brak wiedzy, umiejętności i przede wszystkim chęci do pracy uczniów, którzy przecież tak dziarsko przemaszerowali przez I, II i III etap kształcenia, to może to świadczyć tylko o jednym: że to nauczyciel jest do dupy, bo w przeciwnym razie należałoby się przyjrzeć właśnie tym poprzednim etapom kształcenia (podstawówce i gimnazjum) - co tam się działo, za co ci uczniowie dostawali tak pozytywne oceny i co jest wart egzamin gimnazjalny, z którego dostali tak dobre wyniki, żeby się dostać do naszej szkółki. Jest chyba oczywiste, że nikt na rozwiązanie drugie nie przystanie, skoro można to załatwić taniej, prościej i bezpieczniej pacyfikując durnego belfra, który najwyraźniej w swej tępocie nie pojął, że gra w gromadzie, według reguł narzuconych przez sędziego. A dlaczego w "gromadzie" a nie w zespole? Bo kadra pedagogiczna, jak już kiedyś pisałem, nie działa zespołowo, lecz każdy na własną rękę.
W czasie pisania tej notki przyszła mi na myśl "Piosenka o nutach" Włodzimierza Wysockiego, którą PT Czytelnikom polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
