Ostatnio latam po sklepach modelarskich realnych i wirtualnych. Po ładnych kilku latach przerwy odkryłem w sobie ponowne zainteresowanie sklejaniem i (znacznie mniejsze) malowaniem modeli - aktualnie samolotów. Pierwsze symptomy tego wystąpiły już w zeszłym roku. A dziś tak się zastanawiałem wędrując do ukochanej pracy, że chyba historia się powtarza, że coś podobnego już kiedyś było.
Trudne i gorzkie godzenie się z samotnością, zaakceptowanie, czy może lepiej: przyjęcie do wiadomości niezaspokojenia ważnej sfery potrzeb, prowadzące do swego rodzaju powrotu do szafy już kiedyś przeżyłem. Wtedy reakcją na to było zaangażowanie się w modelarstwo, w fotografię, w studia, w pracę. Wystarczyło na wiele lat. Z czasem jednak stopniowo te wypełniacze wypaliły się, odsłaniając dziurę w tym samym miejscu, w którym była te 20 lat temu.
Dziś, kiedy znów przyjąłem do wiadomości, że dziura jest, a szanse na jej zapełnienie są tak małe, że nie mam siły na nich czegokolwiek budować, zdałem sobie sprawę z tego, że poszukuję jakichś obszarów zastępczej aktywności, łat, którymi zasłonię tę wyrwę. Powrót do sklejania samolotów jest chyba tym właśnie - powrotem do wypróbowanego erzacu. Jednak mam pewną rezerwę, wynikającą z pamięci o moim rozstaniu się z modelarstwem: porzuciłem bo uznałem że nie jestem dość dobry. Że są modelarze o niebo lepsi ode mnie, a moje modele są niewiele warte. Rola internetu była w tym katastrofalna - tam zobaczyłem to czego nie mogłem w modelarstwie osiągnąć.
Sądzę, że podobny mechanizm zadziałał później, kiedy net podsunął mi pod nos obraz innych, szczęśliwych gejów. Pomyślałem, że może nie wszystko dla mnie stracone, że może tę dotkliwą, ropiejącą w ukryciu dziurę da się zdrowo zapełnić, by zasklepiła się szczęśliwie.
Cóż - próbowałem, tak można by skwitować. Nieco złośliwie ujmując: po to by uświadomić sobie to co już wiedziałem dawno temu, ale miałem nadzieję że może się myliłem. Nic z tego nie będzie - nie dla psa kiełbasa. Wiem to - i co z tego? Czy mi lepiej, łatwiej? Nie - raczej gorzkie poczucie, że w zasadzie życie mi się już skończyło, a została tylko wegetacja i różnego rodzaju erzace, przez głupców nazywane aktywnym życiem pełnym pasji. Doprawdy, nadzwyczaj zniechęcająca perspektywa na następnych parędziesiąt lat.
Moja przyjaciółka niedawno westchnęła z zazdrością i podziwem, że chciałaby mieć moją umiejętność szybkiej i trzeźwej oceny perspektyw relacji i zdolność zdecydowanego jej przecięcia nim zacznie mnie poważnie ranić. Ona w swoich związkach orientowała się w co wdepnęła zwykle dużo później i dużo boleśniej. Z jednej strony to fajnie, że tak mam, ale z drugiej... być samotnym również boli.