Dziwna rzecz mi się przydarzyła, a może nie tyle dziwna, ile niespodziewana. Pokręciłem się po mieszkaniu w rutynowych czynnościach, zrobiłem pranie itp. Wyjrzałem przez okno na skąpaną słońcem, niemal opustoszałą ulicę i nagle przyszło mi do głowy: "Fajnie byłoby się przejechać na rowerze." Co więcej, po kilku minutach byłem już w ferworze czyszczenia i smarowania roweru, pompowania kół i innych czynności przygotowujących go do jazdy.
Zadziwiające jest to, że ostatnim razem jechałem rowerem jakieś 4 lata temu. Od tamtej pory z przyczyn niezbyt uświadomionych roweru nie tykałem. Ostatnio zacząłem o tym więcej myśleć i doszedłem do wniosku, że mogło to mieć jakiś związek z dawniejszym incydentem. Jechałem szybko pustym chodnikiem, w małoludnej okolicy i minąłem w pewnym momencie wejście do budynku - zwykłe drzwi, na poziomie chodnika, bez schodków itp., przejeżdżając tuż przy ścianie tego domu.
Zadziwiające jest to, że ostatnim razem jechałem rowerem jakieś 4 lata temu. Od tamtej pory z przyczyn niezbyt uświadomionych roweru nie tykałem. Ostatnio zacząłem o tym więcej myśleć i doszedłem do wniosku, że mogło to mieć jakiś związek z dawniejszym incydentem. Jechałem szybko pustym chodnikiem, w małoludnej okolicy i minąłem w pewnym momencie wejście do budynku - zwykłe drzwi, na poziomie chodnika, bez schodków itp., przejeżdżając tuż przy ścianie tego domu.
Jakiś czas później - tydzień czy miesiąc, nie pamiętam - jechałem w tym samym miejscu, ale tym razem po drugiej stronie tego samego chodnika, czyli przy krawężniku, a nie przy ścianie. I nagle z tych drzwi wybiegła mała dziewczynka, taka z 4-5 lat może, dokładnie w momencie kiedy byłem na wysokości drzwi. Nie dobiegła do mojego toru jazdy, lecz zatrzymała się w połowie chodnika, ale mnie oblał lodowaty pot przerażenia. Uświadomiłem sobie co by się stało, gdybym jechał jak poprzednio, albo gdyby ona wtedy wybiegła. Staranowałbym i zapewne zabił małą. Jeszcze dziś, gdy o tym myślę, robi mi się słabo. Bóg miłosierny czuwał nad nami i dzięki mu za to.
Chyba podświadomie bałem się siadać na rower. DC to nie jest miasto przyjazne rowerzystom i jeździ się tu mało komfortowo, by nie powiedzieć wprost - niebezpiecznie dla siebie i innych.
Druga możliwa przyczyna rowerowej abstynencji, to powrót z pewnej przejażdżki. Była piękna, słoneczna pogoda, zdecydowanie ciepło, a trasa wiodła odkrytą przestrzenią. Równa nawierzchnia wprost zachęcała do rozpędzenia się i upajania pędem. Dwie czy trzy godziny w takich warunkach, dla takiego starszego pana jak ja, okazały się troszkę zbyt ciężkie. Dojechałem do domu, na ostatnich 200 metrach czułem już, jak sądziłem, lekkie zmęczenie, troszkę może mdłości, ale luzik, zaraz sobie na kanapie klapnę i odsapnę.
Wszedłem na klatkę schodową, czekam na windę i nagle nachodzi mnie fundamentalne pytanie: "Dlaczego przede mną jest sufit, skoro oczekiwanym widokiem powinna być ściana?" Po nim przyszła kolej na pytanie egzystencjalne: "Dlaczego ja leżę na klatce schodowej?" Pozbierawszy się w celu powrotu do postawy pionowej, odetchnąwszy z ulgą, że nikt mnie w tak kompromitującej pozycji nie widział, wtarabaniłem się z rowerem do windy i ruszyłem. Boh trojcu liubit, jak mawiają Francuzi, więc pojawiło się i trzecie pytanie: "Dlaczego ja siedzę na podłodze windy, skoro zawsze w niej stałem?". Przy otwieraniu drzwi do mieszkania omal nie sturlałem się z rowerem ze schodów, ale nauczony już doświadczeniem, żeby nie zadawać nic nie wnoszących pytań, pokornie przyjąłem to jako zrządzenie losu, który widać miał taki kaprys, by pobawić się moją wertykalnością.
Pamiątki po tym incydencie miałem dwie: znaczna redukcja ochoty do letnich przejażdżek i potężny guz głowy, którą przyfastrygowałem w posadzkę korytarza, bolący jeszcze przez wiele dni. Miałem zresztą jeszcze więcej szczęścia, bo gdybym poleciał kilkanaście centymetrów w lewo, to nie pacnąłbym makówką w gładką posadzkę, tylko w ostry narożnik ściany, co skończyłoby się szyciem rozciętej łepetyny. Nie mówiąc o tym, że gdybym odpłynął minutę wcześniej, w trakcie jazdy ulicą, to bym się albo rozplaskał na krawężniku, albo wturlał pod jadące samochody.
Wszedłem na klatkę schodową, czekam na windę i nagle nachodzi mnie fundamentalne pytanie: "Dlaczego przede mną jest sufit, skoro oczekiwanym widokiem powinna być ściana?" Po nim przyszła kolej na pytanie egzystencjalne: "Dlaczego ja leżę na klatce schodowej?" Pozbierawszy się w celu powrotu do postawy pionowej, odetchnąwszy z ulgą, że nikt mnie w tak kompromitującej pozycji nie widział, wtarabaniłem się z rowerem do windy i ruszyłem. Boh trojcu liubit, jak mawiają Francuzi, więc pojawiło się i trzecie pytanie: "Dlaczego ja siedzę na podłodze windy, skoro zawsze w niej stałem?". Przy otwieraniu drzwi do mieszkania omal nie sturlałem się z rowerem ze schodów, ale nauczony już doświadczeniem, żeby nie zadawać nic nie wnoszących pytań, pokornie przyjąłem to jako zrządzenie losu, który widać miał taki kaprys, by pobawić się moją wertykalnością.
Pamiątki po tym incydencie miałem dwie: znaczna redukcja ochoty do letnich przejażdżek i potężny guz głowy, którą przyfastrygowałem w posadzkę korytarza, bolący jeszcze przez wiele dni. Miałem zresztą jeszcze więcej szczęścia, bo gdybym poleciał kilkanaście centymetrów w lewo, to nie pacnąłbym makówką w gładką posadzkę, tylko w ostry narożnik ściany, co skończyłoby się szyciem rozciętej łepetyny. Nie mówiąc o tym, że gdybym odpłynął minutę wcześniej, w trakcie jazdy ulicą, to bym się albo rozplaskał na krawężniku, albo wturlał pod jadące samochody.
Bóg miłosierny z pewnością i wtedy czuwał nad tym swoim niewydarzonym eksponatem.
A dzisiejsza przejażdżka była przyjemna i uwieńczona spotkaniem ex-ucznia, z którym odbyliśmy długi spacer przegadany na różne tematy. Miło było.
Tylko tyłek mnie boli - jak zawsze, kiedy po dłuższej przerwie siadam na rower. Cóż, stare gnaty muszą się ułożyć do niezbyt wygodnego siodełka.